Dłoń na Serce / Your hand on His heart

Ciągnąc temat wyobraźni, kilka tygodni temu, gdy zaczynałam się dekoncentrować przy spowiedzi (słuchając już wielebnego), przypomniało mi się coś, czym natchnął mnie dawno temu Duch Święty właśnie na okoliczność tego sakramentu.

Spowiedź była dla mnie najtrudniejszym elementem, gdy się nawracałam. Mądrzy ludzie wysłali mnie na rozmowę do o. Macieja Biskupa OP, któremu zadałam trzy pytania, w tym jedno na temat sensowności spowiedzi. Niestety nie pamiętam, co mi odpowiedział, ale wiem, że tak mi powiedział, że od tego momentu nie miałam już żadnych wątpliwości (tak, szkoda). Potem ogromne wrażenie zrobiła na mnie historia z o. Pio, kiedy to musiał wyjść z konfesjonału, ale człowiek w nim klęczący dalej się spowiadał, bo w konfesjonale siedział Jezus (nie mam źródła). To uświadomiło mi, że kapłan naprawdę jest tylko pośrednikiem. Jak się okazało, uświadomiło mi jedynie na poziomie teorii, bo po wielu latach dopiero Duch Święty podsunął mi pomysł, który zrewolucjonizował moje spowiedzi.

Uwielbiam spowiadać się w konfesjonale – wtedy wszystko jest jakby na swoim miejscu, czuję się osłonięta i bezpieczna (nawet jeżeli konstuktorem mebla był ktoś, kto chyba w życiu nie klęczał, bo gdyby klęczał, nigdy by tak nie wyprofilował klęcznika) (spowiadałam się już idąc, na łące, w ławce, przy stole – konfesjonał najlepszy). W związku z przyciskaniem głowy bokiem do kratek, zwróciłam kiedyś uwagę na to, że z boku jest zazwyczaj deska, która tworzy ramę okienka z kratką. Położyłam na tę deskę całą otwartą dłoń z obrazem w głowie, że kładę ją tak Jezusowi na klacie i mogę poczuć bicie Jego serca. BUM.

W relacjach ważny jest dotyk (albo żeby tego dotyku nie było), a taki gest jest (w mojej skali) zarezerwowany dla BARDZO wąskiej grupy (aktualnie liczy ona zero członków, nie licząc Jezusa), a nawet bym powiedziała, że dla jednej osoby (nie licząc Jezusa). Wyobrażam sobie również, że mnie jako kobiecie łatwiej przychodzi stworzenie sobie takiego obrazu intymności z Jezusem, bo to w końcu mężczyzna (chętnie posłucham jak mężczyzna to widzi 🙂 ). Uczyniło mi to spowiedź prawdziwą rozmową od serca do Serca (kiedy pamiętam o tym, żeby tę dłoń położyć).

Wpis ten nie pojawił się tutaj rozmyślnie na początku Adwentu – jest to zbieg okoliczności, nieplanowany przeze mnie, ale może przez Boga. Mam teraz po prostu – po wielu miesiącach – własny pokój. A jak wiadomo, kobieta, żeby pisać, musi mieć własny pokój i 500 funtów rocznie. Oczyszczenie w spowiedzi to zawsze nowy początek, tak jak początek roku liturgicznego. Czyste serce daje Bogu ogromne pole do popisu. Życzę Wam, by się popisał!

*Wiem, że ze spowiedzią i spowiednikami bywa różnie – sama mam na koncie kilka takich, po których myślałam, że już więcej nigdy się nie wyspowiadam, o wielu kwiatkach słyszałam. Wiem też, że niektórzy ludzie wyznają teorię (zwłaszcza w mniejszych miejscowościach), że proboszcz po to spowiada, żeby wiedzieć, co się we wsi dzieje – pewnie też tak bywa. To wszystko jednak nie zmienia faktu, że jest to sakrament, w którym kapłan mocą udzieloną mu przez Jezusa rozgrzesza – jest to spotkanie z Nim samym. I jeżeli ten spowiednik w jakikolwiek sposób skrzywdzi, to już się Jezus z nim policzy.*


Continuing with the subject of the imagination, a few weeks ago during confession, when my thoughts begun wandering towards some other things than confession (while listening to the to priest after confessing my sins), I thought about something that the Holy Spirit inspired long time ago.

The confession was the most difficult element for me when I was converting. Wise people sent me to talk to Fr. Maciej Biskup OP, who I asked come three questions, including one on the meaning of confession. Unfortunately, I do not remember what he said to me, but I know that he told me something that caused that I had no doubts anymore (it’s a pity, I know). Then I heard a powerful story about Fr. Pio, when he had to leave the confessional during confession, but the man stayed kneeling and continued to confess because Jesus was sitting in the confessional sat Jesus (I have no source for this, I read this somewhere long time ago). This made me realize that the priest is really just an intermediary. Theoretically, I had known since then, that this is Jesus who you confess your sins to, but after many years he Holy Spirit gave me an idea that revolutionized my confession.

I love to confess in the confessional – then everything has its place, I feel sheltered and safe (even if the furniture’s constructor was someone who probably did not ever kneel in his life because if he was kneeling, he would never shape the kneeler the way they are often shaped) (I’ve confessed already in the meadow, on the bench, at the table – the best place for me is the confessional). While I once leaned my head against the bars, I noticed that on the side there is usually a board that forms a window frame for the bar. I put a whole open hand on this board with a picture in my head that I put it on Jesus’s chest and I can feel the beat of His heart. BOOM.

In your relationships, touching is very important (or it is important that there should be no touch), and this gesture is (on my scale) reserved for a VERY narrow group (currently it counts zero members, not counting Jesus), I would even say that for the one person (not counting Jesus). I also imagine that it is easier for me as a woman to create such an image of intimacy with Jesus, because he is a man (I would like to know how a man sees it 🙂 ). This made my confession a real conversation from heart to heart (when I remember to put this hand against the confessional).

This entry did not appear here deliberately at the beginning of Advent – it is a coincidence, not planned by me, but perhaps by God. I’ve got now – after many months – my own room. And as you know, a woman must have her own room and 500 pounds a year to be able to write. Confession is always a new beginning, just like the beginning of the liturgical year. A pure heart gives God a great opportunity to show off. I wish He will show off in your life!

Reklamy

242. Chrzest

„Wtedy Jezus podszedł do nich i przemówił tymi słowami: Dana Mi jest wszelka władza w niebie i na ziemi. Idźcie więc i nauczajcie wszystkie narody, udzielając im chrztu w imię Ojca i Syna, i Ducha Świętego. Uczcie je zachowywać wszystko, co wam przykazałem. A oto Ja jestem z wami przez wszystkie dni, aż do skończenia świata.”

Mt 28,16-20

***

W sobotę minęło 27 lat od mojego chrztu. Miałam wtedy niecałe trzy miesiące, więc niemożebnym jest, bym coś pamiętała. Ze zdjęć wiem, że moi rodzice biologiczni i chrzestni stali wraz z tłumem innych takich samych rodziców w długim rzędzie. Tak, jak nie mam sentymentu prawie do niczego, tak w kościele, w którym mnie ochrzczono, czuję się jakoś tak u siebie (a nie jest to moja obecna parafia). W dorosłym życiu na chrztach jestem zdecydowanie przypadkiem, gdy trafi mi się jakiś na niedzielnej mszy. Strasznie żałuję, że nie mogę być niczyją matką chrzestną, ale widocznie tak ma być. Chrzest to ogromna odpowiedzialność rodziców, którzy od momentu tego wydarzenia odpowiadają za religijne wychowanie swojego dziecka. Szlag mnie jaśnisty trafia, gdy słyszę „chrzciny”, bo co to jest? Obchodzenie nazw świąt i uroczystości nazwami świeckimi sprawia, że pozbawia się je ich religijnego, czyli prawdziwego, wymiaru – „Gwiazdka” zamiast „Bożego Narodzenia”, „Zielone Świątki” zamiast „Zesłanie Ducha Świętego”.

Nie wiem, gdzie kończy się religijne wychowanie dzieci. Moja mama na moją wyraźną prośbę prowadziła mnie do kościoła, gdy byłam w przedszkolu, poszłam do I Komunii. W „biały tydzień” jednak przyjeżdżała babcia, bo nie było komu zaprowadzić mnie do kościoła (mama w pracy, tata antykościelny i antyreligijny). W późniejszym życiu, gdy nie chodziłam do kościoła, krycie siostry przed tatą, że poszła do sklepu, kiedy faktycznie szła do spowiedzi. A później nawrócenie z przytupem i rozmachem, którego mój ojciec zatrzymać wyśmiewaniem już nie mógł. Prześladowanie umacnia i rozjaśnia umysł. Nie uważam, żeby moi rodzice przyłożyli się do mojego stricte religijnego wzrostu, jednak cieszę się, że mnie ochrzcili tego 2. czerwca 1985 roku. Wtedy przejęła mnie już Maryja i Duch Święty, którzy i tak mnie wszystkiego nauczyli. Później i w bardziej skondensowanej formie. Rodziców mam najlepszych, jakich mogę mieć, nie tylko dlatego, że mimo wszystko zanieśli mnie wtedy przed ołtarz. Chcieli czy nie chcieli oddali mnie wtedy Bogu, a Ten jak już chwyci…