Panna Mruk / Miss Gruff

easter-desktop

Jesteśmy ludźmi Wielkanocy, a „Alleluja” to nasza pieśń (za św. Janem Pawłem II) – tapeta wykonana przez Ericę Tigh dla „Blessed is She” / by Erica Tigh for „Blessed is She”

Dzisiaj chciałabym o samopoczuciu. Odkąd pamiętam moim wnętrzem targały emocje i nastroje w szaro-czarnych barwach – Weltschmerz, strach, kosmiczne wahania nastroju i codzienna walka o przetrwanie. Gdy się nawróciłam, tłumaczyłam sobie, że pewnie mnie tak Bóg doświadcza i że muszę to znosić z godnością (g prawda – że uprzedzę wypadki). Świat jest zły, a ja się muszę jakoś przebić, karczując te krzaki i pchać taczkę obłędu, aż wreszcie dotrę do bram nieba. W moim rodzinnym domu też wszyscy byli raczej przygnębieni i przygnębiający, więc myślałam, że tak to już jest. A nie jest.

Włos mi się jeżył zawsze na głowie, gdy słyszałam hasła w stylu „Twoje szczęście zależy od Ciebie”, ponieważ nie natrafiłam na żaden pomysł, który mógłby sprawić, że stanie się to, czego – jak uważałam – do szczęścia mi brakuje. A ja się naprawdę starałam. W efekcie popadałam  jeszcze większą rozpacz i jeszcze silniej zaciskałam zęby, pętając się w to tak naprawdę jeszcze bardziej. Z ambony kapłani grzmieli z grobową miną, że chrześcijanin musi być i jest szczęśliwy, a ja szczęśliwa sama ze sobą nie byłam, więc zaciskałam zęby jeszcze mocniej i robiłam w dalszym ciągu dobrą minę do złej gry (miałam poczucie, że moje życie jest pełne braków, czyli niepełne). Na szczęście jakimś cudem Duch Święty zaczął się przebijać ze swoim oświeceniem i moje życie nabrało nowej jakości.

|DECYZJA|

Dotarło do mnie, że jest wiele sytuacji na co dzień, gdzie ode mnie zależy, jak zareaguję. Mogę eskalować jakąś agresywną sytuację, a mogę ją zatrzymać na sobie (i oddać Bogu – to już jest wyższa szkoła jazdy w moim przypadku, ale robię postępy). Gdy mnie ktoś w sklepie szturchnie, mogę się uśmiechnąć i powiedzieć, że nic się nie stało (nie dotyczy dzieci biegających po Rossmannie, bijących pięściami ludzi w kolejce – true story). Przestałam być negatywnie nastawiona do świata, zaczęłam życzyć mu miłego weekendu i się uśmiechać. Po kilku tygodniach żyło mi się lżej, świat nabrał kolorów, a ja stałam się spokojniejsza. Nastawienie do świata zależy ode mnie.

|WDZIĘCZNOŚĆ|

Słyszałam o tym wiele, ale nigdy w to nie wierzyłam, że bycie wdzięczną może zmienić świat, bo przecież od manipulowania swoim fokusem fakty się nie zmienią. Jednego dnia coś (Ktoś) mnie jednak natchnęło i postanowiłam kończyć dzień podsumowaniem go z naciskiem na to, co było miłe, sprawiło mi przyjemność czy z czego byłam dumna i podziękować za to Bogu. Okazało się, że tych rzeczy każdego dnia jest mnóstwo o różnym stopniu pozytywności (np. to że komuś nie przywaliłam, a mu się należało albo że szłam ulicą i zapach piwonii mieszał się w słońcu z zapachem czarnego bzu). Przypomina mi się św. Ignacy, który podkreślał wagę codziennego rachunku sumienia na koniec dnia – żeby właśnie uporządkować i wiedzieć, na czym się stoi. Smutne wydarzenia dnia (prawda życia i prawda ekranu) zdają się mieć większą siłę przebicia w naszych mózgach, ale one nie są całością. Wdzięczność otworzyła mnie na dzielenie się, wyciszyła. Z czasem zaczęłam dostrzegać coraz więcej rzeczy, które są pozytywne, a których wcześniej nie dostrzegałam. Widzę, że jest to proces jak pielenie ogródka – trzeba regularnie, bo inaczej się zachwaszcza.

Okoliczności zewnętrzne się nie zmieniły, ja jednak przestałam czuć, że mi czegoś ciągle brakuje – czuje się całością kochaną przez Boga.

|ZAUWAŻANIE DOBREGO W DRUGIM|

Kiedyś (do czego przyznaję się ze wstydem) byłam jak saper w myśleniu o ludziach – gdy pomylili się raz, wrzucałam ich do szufladki z tymi, którym nie można ufać i którzy na pewno nie mają mi nic ciekawego do powiedzenia. Dłużej już teraz trochę żyję i widzę, co się dzieje – że miłość i rodzina nie istnieją bez przebaczania. Zdaję sobie sprawę jak to smętnie brzmi, bo przebaczanie zakłada krzywdzenie, ale przebaczanie właśnie to jest to fajne w tym całym interesie (nie jest fajne krzywdzenie). Natchniona znowu przez łaskę, spróbowałam koncentrować się w ludziach tych na ich zaletach, nie poddawać się przy jakimś ich potknięciu. Wtedy zobaczyłam, jacy piękni i jacy niesamowici mnie otaczają. Nawet jeżeli jest to jakiś jeden talent albo jakaś inna cecha w nich, zaczęłam je bardzo cenić. To są te obszary często, w których ja mam braki, więc ludzie ci są dla mnie ogromną inspiracją, by stawać się coraz lepszą wersją mnie.

|BIOLOGIA|

Last but not east – nie zgadzała mi się chemia w głowie. Ponad dwutygodniowe PMSy, ciągłe migreny i zmęczenie – kiedyś o była moja codzienność i naprawdę przedzierałam się przez życie jak przez zaspę. Zdiagnozowanie tarczycy polepszyło jakość mojego życia niewymiernie, a od kiedy suplementuję się cynkiem, migreny praktycznie zniknęły (selen pomógł na nerwobóle – btw). Nie jestem lekarzem, więc piszę tylko, co sprawdziło się u mnie, ale wiem jedno – permanentne złe samopoczucie jest patologiczne. I nie, że Bóg doświadcza, by cierpieć za naród – trzeba po prostu iść zrobić badania, bo fizyczna strona życia może być jak motylek na majowej łące.

PODSUMOWUJĄC

Zrozumiałam, że chrześcijanin swoją radość czerpie z tego, że jest człowiekiem Wielkanocy, a Alleluja jest jego pieśnią (za Janem Pawłem II). Nie chodzi w tej radości o to, by nigdy nie poczuć smutku lub udawać, że coś nie zasmuca, ale o to, by nie wpadać w rozpacz i żyć nadzieją. Słyszę z różnych miejsc od czasu do czasu, że rozpacz to jedna z największych pokus, które podsuwa szatan. W rozpaczy nie ma nadziei, jest tylko szaro-bura ciemność. Rozpacz jest kłamstwem, bo Jezus zwyciężył świat. Pierwszy raz w życiu przyjęłam to do środka siebie. Przeniosło mi to punkt ciężkości – widzę, skąd dochodzi Światło.


Today I would like to talk about mood. Since I remember I felt miserable because of too many emotions and moods in gray-black colors in my heart and head – Weltschmerz, fear, cosmic mood swings and daily struggle for survival. When I converted, I explained that I was probably God experiencing me (#facepalm) and that I have to bear it with dignity). The world is bad, and I have to break through, clearing these bushes and pushing a wheelbarrow of insanity until I finally reach the gates of heaven – these were my thoughts. At home my family there was no optimistic mood, so I thought that was the way it is. But it is not.

I hated it always when I heard the words „Your happiness depends on you” because I had no idea what else I could do to finally be happy. And I really tried. As a result, I felt even more desperate and even more tightly clenched my teeth to walk the line. Priests tell you that as a Christian you should be happy, but I didn’t know how – I felt that my life is not complete. Fortunately, by some miracle, the Holy Spirit began to break through this with His enlightenment and my life got a new quality.

|DECISION|

It came to me that there are many situations during the day, when it depends upon me how I react. I can escalate some aggressive situation or I can keep it on myself (and forward it to God – it’s harder than you can imagine, but I’m progressing). When someone in a shop pokes me, I can smile and say that nothing has happened. I stopped feeling negative towards the world, I began to wish it a nice weekend and smile. After a few weeks everything became and I became calmer. My attitude towards world depends upon me.

|GRATITUDE|

I’ve heard a lot about being grateful, but I had never believed that being grateful can change the world, because after manipulating your focus the facts will not change. One day something (the dearest Holy Spirit) inspired me and I decided to end the day summing it up, emphasizing what was nice, what made me happy or proud  and I thanked God for it. It turned out that there are plenty of things that were good each day (for example, I did not punch some colleague or I was walking down the street smelling the mixture of peonies, sun and elderberry). It reminds me of St. Ignatius, who stressed the importance of daily examination of conscience at the end of the day – to just sort things out and know where you are. The sad events of the day (the truth of life and the truth of the screen) seem to have more power to pierce in our brains, but they are not the whole picture. Gratitude opened me up to share, calm down. Over time, I began to see more and more positive things that I had not seen before. I see that this is a process like gardening – we need to be regular, otherwise weeds take control.

The external circumstances have not changed, but I have ceased to feel that I am still missing something – I feel totally full and loved by God.

|NOTICING THE GOOD THINGS IN OTHERS|

Once (I’m ashamed) I was like a sapper in thinking about people – when they were wrong once, I threw them into a drawer with those you cannot trust and who certainly have nothing interesting to say to me. Now I’m a little bit older and see what’s going on – that love and family do not exist without forgiveness. I realize how sad it sounds, because forgiveness involves harm, but forgiveness is exactly the cool part in this whole business. Inspired again by grace, I tried to focus on these people merits, not to give up after some failure. Then I saw how beautiful and amazing people around me are. Even if it is one talent or some other feature in them, I started to value them much more. These are often areas where I have shortcomings, so these people are a great inspiration for me to become a better version of me.

|BIOLOGY|

Last but not east – the chemistry in my body didn’t tally. Over two weeks of PMS, constant migraines and fatigue – it was all my everyday life and I really struggled through life like through a huge snowdrift. Diagnosing my poor thyroid has improved the quality of my life immeasurably, and since  I suplement zinc, migraines have virtually disappeared (selenium helped on neuralgia – btw). I am not a doctor, so I write only what works for me, but I know one – permanent malaise is pathological. And not that God experiences to suffer for the nation – you just have to go examine yourself, because the physical side of life can be like a butterfly on a May meadow.

TO SUM UP

I did understood that the Christian joy is derived from the fact that he is a man of Easter, and Alleluia is his song (after John Paul II). It is not about the feeling of never being sad or pretending that something isn’t grieving, but about not falling into despair. I hear from time to time that despair is one of the greatest temptations that Satan offers. In despair there is no hope, there is only gray-clack darkness. Despair is a lie, because Jesus conquered the world. For the first time in my life I took it to myself and really believed it. It has shifted my focus – I see where the Light comes from.

Reklamy

Popoście / Afterlent

Processed with VSCO with f2 preset

Od wczoraj pojawiają się przed oczami i w uszach słowa pocieszania, że zostało jeszcze kilka dni Wielkiego Postu, więc można go jeszcze uratować. Postanowienia wielkopostne to pikuś przez pierwsze cztery tygodnie, schody zaczynają się później, gdy koniec majaczy już na horyzoncie – takie doświadczenia mam ja. Jaki był mój Wielki Post? Myślę, że dobry, a dotarło to do mnie w jeden powszedni dzień zeszłego tygodnia, gdy zmywając naczynia nagle i na chwilę poczułam się z sobą tak od początku do końca dobrze – kochana przez Boga i taka, której niczego nie brakuje. Taka, która nic nie musi – przez błysk chwili było tylko tu i teraz, było JESTEM. Pomyślałam wtedy, że chyba udało się to, czego chciałam na początku tego Postu – zbliżyć się do Boga i wyciszyć się. Odkrywam od kilku miesięcy, że w religii katolickiej chodzi o RELACJĘ, nie o zbiór zasad moralnych do przestrzegania, za których przestrzeganie czeka nagroda. Życie w Bogu to dar, nie nagroda.

Wraz z nastaniem Triduum (tradycyjnie) cała harmonia bezwietrznej tafli jeziora jest brutalnie burzona nawałnicą emocji w ilości (liczbie?) do powymiotowania. W zeszłym roku podczas kilku godzin którejś z liturgii zły duch przypominał mi WSZYSTKIE, ale to WSZYSTKIE moje porażki i grzechy, nie pomijając okresu przedszkolnego. Przypominał mi rzeczy, o których już wieki nie pamiętałam – czułam się jakbym stała pod ścianą przed plutonem egzekucyjnym, który strzelał do mnie, ale nie mógł mnie zabić. Wiedziałam, że to minie, gdy skończy się liturgia i wiedziałam, że to wszystko, co o sobie wtedy myślałam nie jest prawdą. Nigdy nie czuję się tak daleko od Boga i tak sucha jak podczas Triduum. Czuję, że Bóg nie słucha moich modlitw i nie interesuje się mną wcale, bo ma aktualnie ważniejsze sprawy na głowie. Rozum stoi na straży mojej wiary, ale jako że na drugie imię mi emocja, wychodzi z tego starcia zawsze strasznie wyczerpany.

W Wielkim Poście nie zaczęłam nawet żadnej duchowej lektury (czekają urodzinowe Objawienia Bożej Miłości, do których może rzutem na taśmie zajrzę w pociągu oraz w drodze, który zapowiada się niezwykle interesująco), ani nie udało się uczestniczyć w żadnych rekolekcjach (jedyne które mnie zaciekawiły prowadził ojciec z Poznania, który był we Wrocławiu wtedy, kiedy ja w Poznaniu). Mimo tego albo może właśnie dzięki temu przekonałam się o wadze własnego zaangażowania w budowanie osobistej relacji z Bogiem. Katolicki internet atakował bez przerwy konferencjami, kazaniami, rekolekcjami, artykułami – aż do przesytu. Nic nie zastąpi codziennych kilku minut tylko dla Boga, bo – tutaj znowu przypomina mi się biskup Ryś – „Kiedy rozmawiamy z Jezusem, nasze myślenie się porządkuje”.

Dzisiaj po mszy obejrzymy z Tomkiem kolejny raz Pasję Mela Gibsona, mocno siedzi we mnie w tych godzinach rubikowe Ecce homo – coroczne rytuały. Te Święta nie są wesołe, one są głębokie, a w finale tryskają radością, której nigdy nic nie powstrzyma. Bo wiecie, „mieszka w was Duch Tego, który Jezusa wskrzesił z martwych” (Rz 8,11).


Since yesterday I’ve been seeing and hearing some comforting words on the Internet, that Lent is not over yet, you can still have something from it. To me, all Lenten resolutions are easy to keep through the first four weeks of Lent – the worst time begins with the fifth week when you can see the end already. I think my Lent was a good one. It came to me on some ordinary day last week while I was doing my dishes. I suddenly felt good with myself, loved by God and sort of full, like nothing would be missing. For a minute there was no time, there was only now and I AM. I thought afterwards that it is exactly what I wished for this Lent – I wanted to come closer to God. For some time now I’ve been discovering, that the Catholic faith isn’t about fulfilling some moral rules, for which you can get a prize, but it is all about the relationship with God. Life in God is a gift, not a prize.

With the beginning of the Triduum all the harmony I got from Above has been destroyed by some huge amount of various emotions (like every year). Last year during one of the liturgies two hours long the evil spirit reminded me of ALL, but literally my ALL failures and sins from the past, even those from my kindergarten. He recalled me some things that I managed to forget during all those years – I felt like I was standing in front of a firing squad that shoot at me, but wasn’t able to kill me. I knew it would all go away after the liturgy and it wasn’t true what those memories made me think about myself. I never feel so far away from God and this kind of dry than during Triduum. I feel like God doesn’t hear my prayers, because He has got some more important things to do right now. My reason defends my faith, but it is very exhausting for it, as my second name is “Emotion”.

During this Lent I haven’t manage to even start any spiritual book or attend any retreat. Maybe that is why I convinced myself that without your personal engagement you will never build any relationship with God. Nothing will ever replace those several minutes only for God – ‘While talking to God our thinking gets its order’ as bishop Ryś said.

Today after mass we will watch ‘The Passion of the Christ’ by Mel Gibson with Tomek and ‘Ecce homo’ by Piotr Rubik resonates strong with me these hours – these are my annual rituals. These holy days  aren’t happy, they are deep and they finally burst with the true joy. Because you know, ‘the Spirit of the one who raised Jesus from the dead dwells in you’ (Ro 8:11).


Zdjęcie zrobione u Kasi W.-P. Najpiękniejszy krucyfiks jaki w życiu widziałam.

/ I took this photo at my friend’s house – it’s the most beautiful crucifix I have ever seen.