Styczeń 2020 / January 2020

Foto

Dietmar powiedział, że mogłoby tu być więcej zdjęć. To spróbuję. Troszkę jeszcze grudnia, ale zasadniczo styczeń.

Dietmar told me there could be more photos on the blog. So I thought I will give myself a try. A little bit of December, but rather January.

D75E7E61-FE8D-4388-84DD-EF87A2AD3A0Ba

śnieg dobrze robi na głowę

16FD4CA7-DACF-42A7-A3D0-1721FBEDFFDFa

Maria z pomelo

IMG_0604a

disco Matka Boża

IMG_0509a

życie w chacie

IMG_0627a

muzeum, dużo muzeów

19E4A83E-207F-427A-B0FB-E08302B67E72a

mój girl crush, Agnieszka Niwińska

IMG_0727a

IMG_0671a

typografia ♥

IMG_0808a

dużo muzyki

F861CEB0-5A33-465C-AF1D-211EAEB17DEFa

pomarańcze, złoto zimy

852C2268-2532-461D-96CD-1990E6E473C7a

korpo siksy

Czuj, katoliku / Catholics, feel

Blubry, Duchowe

Moje nawrócenie było przepełnione emocjami (całość można przeczytać tutaj). Ostateczna decyzja była decyzją racjonalną (ja naprawdę nie jestem łasa na tanie pocieszenia), ale nie doszłoby do niej, gdyby nie te wszystkie emocje. Chwila ta nie byłaby także taka piękna w moich wspomnieniach, gdyby w sekundzie po jej podjęciu nie zalała mnie fala spokoju i przyjemnych emocji, zupełnie „nie wiadomo skąd” (no ale przecież wiadomo skąd). Kiedy kilka miesięcy później weszłam do pokoju, w którym ksiądz Marian Piątkowski, poznański egzorcysta archidiecezjalny, przyjmował petentów, poczułam się tam najlepiej na świecie. Trafiłam potem w (wydaje mi się jednak zdecydowanie, że w umiarkowanie) charyzmatyczne środowisko, widziałam pierwsze spoczynki w Duchu Świętym i sama też spoczęłam. Spoczynek w Duchu Świętym to jest naprawdę niezły haj. Nie wiem jak to jest podczas śmierci klinicznej, ale mogę sobie łatwo wyobrazić, że ludzie nie chcą wracać, bo ja po jednym spoczynku w Duchu Świętym nie chciałam. Bardzo długo jednak (jeszcze przez jakieś naście lat od tych wydarzeń) pokutowało we mnie przekonanie, że emocje przeszkadzają i że trzeba się ich wyzbywać, unikać, ignorować. Są rzeczy na świecie, które TRZEBA i w ogóle życie TRZEBA. Trzeba być dyspozycyjnym codziennie tak samo. Trzeba być opanowanym. Trzeba siedzieć cicho. Trzeba się nie bać. Trzeba być ponad wszystko. BO TAK CHCE BÓG I MATKA KOŚCIÓŁ. Próbowałam się jakoś wpasować. Uznałam, że to jest po prostu jedna z moich wielu wad, trzeba się trzymać krótko za mordę i jakoś to będzie. Zamiast przybliżać się do Boskiego ideału, oddalałam się. Przede wszystkim od siebie, tworząc jakieś pruskie monstrum. Był to pewnie wynik tego, co od dziecka słyszałam w domu, kościele i na religii w szkole; moich interpretacji pism ascetycznych świętych i przekonania, że nie wolno popełnić błędu, bo a) idzie się do piekła, b) zniszczysz sobie życie. Żyłam tak 30 lat. Na szczęście jeden ksiądz w najbrzydszym kościele na świecie zapytał mnie kiedyś podczas spowiedzi z największą możliwą miłością „A Ty czego być chciała w tej konkretnej sprawie?”. Duch Święty wyważył kopniakiem drzwi do pruskiej twierdzy, bo oto w sakramencie Bóg mnie pyta, czego ja bym chciała, tak naprawdę od środka. Nie, co myślę, że powinnam.

Bóg stworzył człowieka całego, emocje w pakiecie. Jezus miał emocje, Maryja miała emocje, Józef miał emocje, święty Paweł miał emocje, święty Piotr miał EMOCJE (ja kompletnie identyfikuję się z faktem wyskoczenia z łodzi do wody, bo Jezus stoi na brzegu; JAK W OGÓLE MOŻNA ZROBIĆ INACZEJ?!), św. Tomasz Didymos miał emocje, św. Maria Magdalena miała emocje. Kiedy pewna jawnogrzesznica obmyła Jezusowi stopy łzami, to nie powiedział jej, żeby przestała histeryzować. Kiedy na drodze krzyżowej spotkał płaczące niewiasty, powiedział im, by nie płakały nad Nim, a nad swoimi dziećmi – nie, żeby nie płakały (swoją drogą, mówienie komuś, kto płacze, żeby nie płakał jest tak skrajnie głupie, że nie rozumiem, dlaczego się tak panoszy). Ekstazy świętych, dar od Boga i znak jakiegoś szczególnego wybrania do poznawania Go to kupa emocji. To nie jest blog psychologiczny, ja nie jestem żadnym wyedukowanym ekspertem w tej dziedzinie, więc ograniczę się do tego, że emocje nie pojawiają się z kapelusza i komunikują nam dużo o nas samych. Negowanie ich jest kontra produktywne. Otaczanie ich nadmierną uwagą i rozdrabianie się nad nimi również szkodzi. Dyktatura emocji jest tak samo szkodliwa jak dyktatura rozumu. Jeżeli jednak ktoś coś poczuł, to nie wolno mu mówić, że przesadza czy histeryzuje; także sobie nie wolno tego robić. Z jakiegoś powodu poczuł, to jest zawsze komunikat. Pomocny także przy rozeznawaniu woli Bożej!

Człowiek nie jest duszą uwięzioną w ciele ani rozumiem uwięzionym w emocjach.


My conversion was full of emotions (the whole story can be read here). The final decision was a rational decision (I am really not greedy for a cheap consolation), but it would not have happened if it wasn’t for all these emotions. This moment would also not be so beautiful in my memories if, a second after taking it, I was not flooded with a wave of calmness and pleasant emotions, completely „out of nowhere” (but we all know where did they come from, though). When I entered the room a few months later, in which Father Marian Piątkowski, a Poznań archdiocesan exorcist, received petitioners, I felt amazing calm there. Later I found myself in a (not very strongly) charismatic environment, I saw the first rest in the Holy Spirit and I rested myself as well. Resting in the Holy Spirit is like being on a really good high. I don’t know what it’s like during clinical death, but I can easily imagine that people don’t want to come back because I didn’t want to after one rest in the Holy Spirit. However, for a long time (for about a decade or so from those events), I was convinced that emotions disturb you while growing and that you have to get rid of them, avoid them, ignore them. There are things in the world that NEED to be done. You have to be available to the same extent every day for everything and to everyone. You have to be calm. You have to sit quietly. You Carnot be afraid. You have to be above this all. BECAUSE GOD AND MOTHER CHURCH WANT YOU TO. I tried to fit in somehow. I decided that this is just one of my many drawbacks, I have to hold on and somehow I will manage to survive. Instead of approaching the divine ideal, I went away, creating some Prussian monster. It was probably the result of what I had heard from my childhood at home, church and religion at school; my interpretations of the ascetic scriptures and the conviction that one must not make a mistake because a) one goes to hell, b) you destroy your life. I lived like this for 30 years. Fortunately, one priest in the world’s ugliest church once asked me during confession with the greatest possible love, „And what do you want in this particular case?” The Holy Spirit kicked open the door to the Prussian fortress because here in the sacrament God asks me what I would like, from the bottom of my heart. Not, what I think I should.

God created the whole human being, with emotions.  Jesus had emotions, Mary had emotions, Joseph had emotions, Saint Paul had emotions, Saint Peter had EMOTIONS (I completely identify with the fact of jumping from a boat into the water, because Jesus was on the shore; HOW CAN YOU NOT?!), Saint Thomas Apostle had emotions, Saint Maria Magdalena had emotions. When a certain prostitute washed Jesus’ feet with tears, he did not tell her to stop overreacting. When he met crying women on his way of the cross, he told them not to cry over Him but over their children – not that they would not cry at all (by the way, telling someone who is crying not to cry is so stupid that I do not understand why it is so common). The ecstasy of saints, a gift from God and a sign of being some kind of chosen in order to get to know Him is a pile of emotions. This is not a psychological blog, I am not an educated expert in this field, so I limit myself to the fact that emotions do not appear from nowhere and communicate a lot about us. Denying them is not productive at all. Paying much attention to them is also harmful. The dictatorship of emotions is just as harmful as the dictatorship of reason. However, if someone has felt something, he must not say that he is exaggerating or overreacting. For some reason one felt it, it is always a message. Also helpful while discerning God’s will!

Man is not a soul trapped in the body nor reason trapped in emotions.

W rękach Twoich

Blubry, Duchowe

Postanowienia robię przed Adwentem i Wielkim Postem. Przed nowym rokiem jakoś nie bardzo, bo to można jedynie na styczeń/luty, bo przecież skąd będę wiedziała w końcówce grudnia, co będzie dla mnie najtrudniejsze/najważniejsze w przyszłym październiku?

W listopadzie 2018 pojechałam na rekolekcje organizowane przez Blessed Is She do Irlandii, gdzie Beth mówiła o swoich noworocznych rytuałach. Jednym z nich jest wybór—a raczej zesłanie jej—słowa na nadchodzący rok. Beth jest dosyć przekonywująca, więc sceptyczna, ale jednak, pomyślałam, że spróbuję. Trudność polega głównie na tym, że to słowo trzeba usłyszeć na modlitwie. Centralnie od Pana Boga. Tak całkiem bez pośredników. SKĄD MAM WIEDZIEĆ CZY DOBRZE USŁYSZĘ. Wysiliłam zasoby i duchowymi uszami zobaczyłam słowo „przebaczenie”. Pomyślałam, że to ma sens, bo borykałam się wtedy z przebaczaniem samej sobie. Nie bardzo wiedziałam, co się z takim słowem robi (Beth na 2018 rok dostała słowo „prezent”, więc wiadomo, że ja bym też takie chciała i że to ona dostawała, a nie że robiła coś). Jest to jedyne coś na jakiś rok, które przetrwało przy mnie żywe przez wszystkie 12 miesięcy (losowałam też sobie świętego, ale to jednak nie jest mój sposób na życie z intencją) (chyba, że to chodzi o to, że dany święty się jakoś szczególniej opiekuje delikwentem przez te miesiące?) (Franciszku Ksawery?) (to by była świetna realizacja świętych obcowania i integracja z Kościołem uwielbionym). Może trzeba na to patrzeć jako szczególne łaski zsyłane w jakimś kontekście? W każdym razie, rok 2019 sprawił, że na jego końcu jestem o jakieś o 5 lat starsza niż 12 miesięcy temu. Niestety mam ograniczone możliwości zaspokojenia ciekawości Czytelników w tej materii, bo rzeczy dotyczą także osób trzecich, ale wierzcie mi—musiałam się nawybaczać, aż iskrzyło (ostatnie dni grudnia mocno dołożyły do pieca, więc Duch Boży nie zwalnia). Nie znoszę tych wszystkich katolickich wpisów o egzaltacji dobrocią Pana Boga, ale w sumie nie ma w nich żadnych konkretów. Spróbuję popełnić taki egzaltujący, ale mięsisty.

Musiałam pogodzić się z tym, że do niektórych rzeczy zawodowo się nie nadaję. Różne trudności, które mnie spotykały, zaowocowały jednym z największych kryzysów osobowościowych, jaki mam w dorobku. Doszło nawet do tego, że pierwszy raz w życiu wpadłam w kompleksy odnośnie mojego wyglądu. Dzięki łasce Bożej jednak, wszystkie te rzeczy postanowiłam przeżywać/załatwiać w nowy sposób, mimo że bardzo się bałam. Wchodziłam w nie (bardzo nieudolnie, ale ostatecznie skutecznie) patrząc im prosto w oczy i trzymając się jak brzytwy przekonania, że mam prawo siebie bronić, wszystkiego nie wiedzieć, a Pan Bóg stoi po mojej prawicy. Bywało, że się bałam, ale postanowiłam wtedy posłuchać wprost tego, co jest napisane w Biblii – nie bój się, kiedy się boisz, bo Bóg jest i jest większy od tego, czego się boisz. Tu i teraz jest większy. Po tym wszystkim kilka tygodni temu dostałam od Ducha Świętego obraz – stoję na jeziorze, a tafla jest spokojna, mimo że w realu siekają błyskawice. Przestało mnie martwić, co myślą sobie o mnie inni—wcześniej nie umiałam pogodzić się z tym, że ktoś myśli o mnie nieprawdę. Przestałam się bać, że zachoruję na jakąś poważną chorobę. Zaczęłam mówić Panu Jezusowi o WSZYSTKIM, nawet o moich zachciankach i kompleksach. Codziennie przed spaniem szukałam w minionym dniu chociaż jednej pozytywnej rzeczy (by zasypiać będąc pewną konkretów i prawdziwego stanu gry). Pan Bóg dał mi odwagę do wypowiadania swojego zdania w konfliktowych sytuacjach. Kiedy nie umiałam wybaczyć, modliłam się o to, żeby umieć. To są w moim życiu ogromne zmiany, a nie byłoby ich, gdybym nie siadała wtulona w fotel i nie opowiadała Panu Bogu o tym, co mnie wkurzyło, o co mam do siebie i do innych pretensje, że coś mi się udało lub że coś mi się nie udało, jakie mam plany, do czego nie mogę się zebrać, co mnie ucieszyło. I nie słuchała, co ma mi na ten temat do powiedzenia. Czasem więcej, czasem mniej. Więcej kazań powinno być na ten temat.

Ten był rok był strasznie krwawy, ale także kwitnący. Tak naprawdę, najpiękniejszy w moim życiu.

097ce4bb-9422-4540-ad74-b760dade4808

***

Ja (już zasypiając, wieczorem): Kończy się rok, trzeba będzie się pomodlić o słowo na 2020. To jutro.

Duch Święty: Dom.

Ja: Nie, no jutro. Teraz nie, skąd mam wiedzieć, że to prawdziwe słowo na 2020, kiedy jestem półprzytomna?!

Duch Święty: Dom.

Ja: No dobra, pomyślę o tym jeszcze jutro.

Po kilku minutach prawie podskoczyłam.

Ja: Długa droga do DOMU – kurka, umrę!

Anioł Stróż: #facepalm

 

 

[Podcast] nie o Wszystkich Świętych

Duchowe, Uncategorized

Mówię tu o świętych, którzy są dla mnie ważni i mówię też, dlaczego tacy dla mnie są.

Nagrany bardzo chałupniczymi metodami z głową w książkach, ale wreszcie jest. Zaczęłam myśleć o podcaście w maju 2018 roku, mamy koniec października 2019 roku. Oznacza to tylko tyle, że miałam wystarczająco dużo czasu, by sobie wszystko dokładnie przemyśleć.

Świadoma wszelkich niedociągnięć technicznych (podobno za bardzo się uśmiecham, gdy mówię i przez to jest czasem mniej wyraźnie niż być powinno – poprawię się!) oddaję pierwszy odcinek Waszym uszom (van Gogh też nie szkicował i było widać pociągnięcia pędzla). Nie ukazałby się on, gdyby nie techniczne wsparcie @Yanussona – nie wiem ile razy musiałabym powiedzieć, że dziękuję, by było wystarczająco 🙂

Nagranie wkrótce pojawi się w iTunes, tylko walczę jeszcze z techniką…

Przedradość / Exciting anticipation

Duchowe

Starsze panie zazwyczaj otrzymują skrzydła jak orły, gdy następuje moment wydawania Pana Jezusa w Komunii.

Ja lubię przyjmować Go na końcu.

Rozpraszają mnie ludzie, wracający do ławek, więc wolę, by wrócili zanim ja wrócę. Staję na końcu kolejki na końcu kościoła. Lubię ten rytm, kiedy kolejka się kołysze i zbliża do ołtarza. Lubię patrzeć na ludzi, którzy dostają Pana Jezusa i na Niego, gdy Go kapłan trzyma w dłoni, robiąc mi mini adorację. Lubię, kiedy w tym czasie ładnie śpiewają ładne rzeczy. Lubię patrzeć na ludzi, którzy stoją w tej kolejce; dzieci przyklejone do rodziców z każdej strony świata. Lubię, kiedy się wtedy nikt nie spieszy.

Lubię wracać do ławki po Komunii jakby z Panem Jezusem za rękę.


Older ladies usually soar on wings like eagles when the moment of the Holy Communion comes. I like to take Him at the end.

People are distracting me, going back to the benches after receiving the Communion, so I prefer them to come back before me. I stand at the end of the queue at the end of the church. I like this rhythm when the queue is swaying and approaching the altar. I like looking at people who receive Jesus and at Him when the priest holds him in the hand, making me a mini adoration before handing Him to a person. I like when they sing nice things nicely. I like to look at the people who stand in this queue; children sticking to their parents. I like when nobody is in a hurry.

Afterwards, I like going back to my bench as if I was holding Jesus’ hand.

Strach ogranicza

Uncategorized

Gdy się nawróciłam chciałam dużo dowiedzieć się o Kościele i katolicyzmie. Czułam intuicyjnie, że to, czego doświadczałam wcześniej to nie był prawdziwy katolicyzm. Do spowiedzi poszłam drugi raz kilka dni po tej pierwszej od dawna, bo nie byłam pewna, czy o niczym nie zapomniałam za pierwszym razem (to nie było po katolicku, ale cóż – lepiej dwa razy niż wcale). Część rzeczywistości, która się przede mną otworzyła zdominowała moje życie. Nie bardzo wiedziałam, o czym rozmawiać z ludzmi niewierzącymi. Bałam się niezrozumienia i tego, że mogę ich czymś urazić.

Moje doświadczenie podpowiadało mi, że człowiek niewierzący to ktoś bardzo agresywnie zwalczający katolicki światopogląd (miałam po prostu idealny realny wzorzec takiej osoby w moim najbliższym otoczeniu). Bałam się tych relacji, bo kto lubi siedzieć ciągle w okopie i bronić swoich przekonań, więc unikałam. Bardzo niesprawiedliwie jest wrzucać wszystkich tak do jednego worka, jak okazało się ponad dziesięć lat później.

unnamed

Ponad dziesięć lat później całkiem zaskakująco wylądowałam z umową o pracę w #korpo we Wrocławiu. W dwa tygodnie spakowałam całe swoje dotychczasowe życie i zamieszkałam w mieście, w którym nikogo nie znałam, z którym nie łączyło mnie nic (drama ekstrawertyka). Podeszłam praktycznie, zaczęłam się modlić o przyjaciół. Po wielu miesiącach byłam otoczona wspaniałymi ludźmi. Pan Bóg odpowiedział na moje modlitwy w dużej mierze przez… ludzi niewierzących. Kiedy się zorientowałam, bardzo mnie to zdziwiło, zaskoczyło, a w efekcie wiele nauczyło.

Przyjaźń to dla mnie ważna rzecz, a o nią niełatwo. Okazało się, że istnieją ludzie, którzy szanują odmienne poglądy i nie toczą krucjaty przeciwko KK. Niewierzący, którzy nie przewracają oczami, gdy na pytanie jaką decyzję podjęłam odpowiadam „Modliłam się i postanowiłam tak i tak” (a niestety strach tak czasem powiedzieć „katolickiej inteligencji”). Niewierzący, którzy na wieść o pracy w katolickim wydawnictwie cieszyli się razem ze mną i mnie wspierali. Przekonałam się, że to nie jest kwestia wiary, jaką się wyznaje, a człowieka jako takiego. Dzięki nim ja stałam się lepszym człowiekiem, bo mogłam wyjść z okopów. Nauczyć się mówić o mojej wierze asertywnie, rozumieć ją lepiej. Zobaczyłam, że nie są złymi ludźmi bez moralności, którzy chcą mi udowodnić, że jestem głupia. Nie są ludźmi, Przed którymi muszę się ciągle bronić z husarią gotową do walki. Zobaczyłam pięknych ludzi, przez których Bóg okazuje mi swoją miłość i pokazuje mi świat. Którzy również czasem się boją, bo mają kiepskie doświadczenia z wierzącymi.

Smutno mi, że nie dzielą ze mną doświadczenia Pana Boga, które uważam za najcudowniejsze na świecie. Każdy ma swoją drogę i po katolicku jest, dać drugiemu człowiekowi wolność, bo wolność to Boska rzecz. Wiem, że On jest dawcą życia i stwórcą świata i dla mnie te konkretne osoby są jednym z dowodów na Jego istnienie. Chciałabym, by kiedyś Go poznały, bo jest Najlepszy, a dla bliskich chce się przecież tego, co najlepsze.

***

Pan Jezus gnoił tych, którzy uzurpowali sobie prawo do bycia sędziami, rozmydlali doktrynę i nakładali dodatkowe ograniczenia z powodu swojego ego. Z Samarytanką spokojnie rozmawiał przy studni, bronił jawnogrzesznicy, ucztował z tymi, którzy w społeczeństwie żydowskim funkcjonowali jako wyrzutki i niegodni. Nie tracił przy tym niczego ze swojej jednoznaczności i czystości. Kapłan katolicki poniżający i krzyczący na mamę, która żyje w niesakramentalnym związku i prosi o chrzest dla swojego dziecka nie jest odbiciem Jezusa w świecie. Grupy, które uważają się za „prawdziwych” katolików w opozycji do jakichś innych grup nie są odbiciem Jezusa w świecie.

Empatia kluczem

Blubry, Samotność

Każdy ma swoje ciężko. Innym cierpieniem jest rozczarowanie mężem/żoną, innym gryzienie ściany z samotności. Poznawanie nowych ludzi, tracenie nadziei, dawanie kolejnej szansy, remontowanie mieszkania i przeprowadzania się samej, podejmowanie ważnych decyzji finansowych, choroba przeżywana w samotności, poczucie bezpieczeństwa tylko jeżeli naprawdę zaufa się Bogu. Tak jak wspominałam na początku – celem tego cyklu nie jest robienie z siebie ofiary ani gloryfikowanie cierpiętnictwa samotności. Te wszystkie wymienione wyżej sprawy są do dźwignięcia. Każde życie jest trudne i każde jest bezcenne.

|EMPATIA|

Nie zapewniaj starej panny, że na pewno kogoś znajdzie, musi tylko trochę poczekać. Nie wiesz tego. Nie udzielaj banalnych rad. Nie wypychaj na portale randkowe. Nie opowiadaj historii o znajomych dalszych i bliższych, które długo były same, a potem się związały. Nie mów, że jest jeszcze młoda i ma dużo czasu. Jest różnica między mobilizowaniem i byciem oparciem a bezmyślnym podsuwaniem kolejnych kandydatów. Traktuj z miłością. Nic tak nie dodaje mocy jak usłyszeć „Rozumiem, że jest ci ciężko. Bardzo mi przykro, że czujesz się tak źle” (młodej mamie też jest ciężko i samotnie, chodzi po prostu o wrażliwość i przyjęcie, że kogoś boli coś, co mnie może by nie bolało). Traktuj poważnie jej problemy, nawet jeżeli tobie wydają się banalne i uważasz, że ty masz większe. W miarę możliwości okazuj wsparcie logistyczne (jeżeli przeprowadzka albo inny tego rodzaju kataklizm). Interesuj się jej życiem. Módl się za nią.

Mały suplement, bo nie mogę się powstrzymać

|JAK NIE REAGOWAĆ (sytuacje autentyczne)|

– Czuję się bardzo samotna, mam poczucie, że moje życie nie ma sensu. Nie mam dla kogo żyć. Jest mu trudno.

– Przestań! Wiesz jak ja bym chciała być w twojej sytuacji!? Masz tyle czasu dla siebie, ciszę w domu, możesz się rozwijać! Ciesz się!

*

– Przeprowadzałam się prawie miesiąc. Samej ciężko było zwozić rzeczy z trzech mieszkań i sprzątać po remoncie.

– A wiesz jak ciężko jest się przeprowadzać z dziećmi!?

Trawa jest zawsze bardziej zielona po drugiej stronie płotu. Powyższe sytuacje spowodowały, że poczułam się jeszcze gorzej niż wyjściowo. To niczego nie poprawia ani nie zmienia.

***

To tyle, co miałam do powiedzenia w temacie 🙂

Jak zatem żyć?

Blubry, Samotność

Moja droga do zaprzyjaźnienia się z samotnym życiem była bardzo długa i wyboista. Tak jak pisałam już wcześniej – nie gloryfikuję żadnego stanu cywilnego. Każda droga życia ma swoje blaski i cienie, miło to będzie po paruzji.

Przez lata denerwowało mnie stwierdzenie „twoje szczęście zależy od ciebie”. Jak zmienić swoje nasycenie nieszczęściem, gdy nie można zmienić warunków zewnętrznych? Jedyny sposób to prosić Boga o wsparcie. Z wyjścia za mąż uczyniłam sobie idola. Modliłam się tylko o to, by wreszcie zaliczyć tę bazę. W końcu zrozumiałam i zmieniłam swoje intencje. Modliłam się o to, bym umiała szukać szczęścia głębiej. Żeby moje serce się rozszerzyło, a tęsknota uciszyła. Nie o człowieka, który to usunie. Nie o konkretne wydarzenia. O to, by Bóg zmienił moje nastawienie. W takim znaczeniu zależy od ciebie.

13467AA8-D6F1-467A-B366-A3F2611D7C62.JPG

Czas życia solo można spożytkować bardzo twórczo. Taki stan ma pewne plusy, którym nie odznacza się życie w małżeństwie, więc dlaczego z tego nie korzystać?!

|NIECH SAMOTNOŚĆ BĘDZIE PO PROSTU SAMOTNOŚCIĄ|

Przestałam wpadać w rozpacz, kiedy przestałam dorabiać do poczucia samotności ideologię. Że jestem gruba, brzydka i bez talentów – w ciągu kwadransa z małej śnieżnej kulki robił się wielki potwór, który wywoływał lawinę łez. Kiedy czuję się samotna, przerywam robotę i mówię Panu Jezusowi „Czuję się samotna. Potrzebuję pomocy”. Najłatwiej jest oczywiście do kogoś zadzwonić, spotkać się. Czasami jednak się nie da, bo każdy ma swoją agendę wypełnioną po brzegi.

Kluczowa była dla mnie nauka rozpoznawania tego momentu, kiedy zaczynałam czuć się samotna. Do tej pory się czasem czuję, ale nie pozwalam jej rozkwitnąć. Otwarta modlitwa skutecznie pomaga – nie ma takiego uczucia, które wstyd by było Bogu opowiedzieć.

|POZNAJ SIEBIE|

Regularne badania, troska o swoją fizyczność i fizyczną atrakcyjność. Dla nikogo tak bardzo nie warto czuć się zadbaną jak dla samej siebie. Dla każdego może to oznaczać coś innego. Ja odkryłam, że chodzenie na siłownię poprawia mi wszystko – fizyczną samoocenę, spanie i trawienie. Czuję się mniej rozlazła i ociężała.

Warto poznać swoje ciało – umiejętność rozpoznawania płodności to coś, z czym nie ma na co/kogo czekać. Bez względu na światopogląd to świetna metoda kontroli, czy jest się zdrową i możne reagować na nieprawidłowości niezależnie od tego czy się stara się o dziecko czy nie.

To doskonały czas, żeby poznać swój charakter i temperament (na przykład tak). Świadomość siebie zbliża do Boga i do własnego człowieczeństwa. Święta Katarzyna Sieneńska mówiła, że poznając siebie samego, poznajemy Boga.

|INTERESUJĄCE ŻYCIE STAREJ PANNY|

Próbuj nowych rzeczy, wychodź ze swojej strefy komfortu. Nie bój się ryzykować (zmienić pracę, jechać na drugi koniec świata na wolontariat, założyć własną firmę). Oczywiście, biedermeierowski filister rzekłby, że to strach, bo nie ma się pleców w postaci statecznie zarabiającego męża. Z drugiej jednak strony konsekwencje ewentualnego niepowodzenia ponosi się samej, bez krzywdy dla nikogo. Poza tym, każde niepowodzenie można przekuć w zysk, każdy kryzys to szansa. Brzmi jak slogan, wiem. Wiem także, ile ja się nauczyłam z tych wszystkich sytuacji, które obiektywnie wydają się błędem i porażką. Nic tak nie pcha do przodu rozwoju osobistego jak dobrze przeżyty kryzys.

|WYJDŹ Z DOMU, POZNAWAJ LUDZI|

Jestem człowiekiem ze smutnej planety – nie znoszę small talku, bezproduktywnego gadania o pogodzie i pracy. Przekonanie się do większego otwarcia na nowe znajomości wszelakie było bardzo trudne. Biorąc przykład z mojej przyjaciółki, przełamuję się i bywam szczerze zachwycona ludzkością (okazuje się, że są jeszcze jacyś fajni ludzie, których nie znam) (jest ich nawet całkiem sporo).

Iść do ludzi. Czasem biorę książkę do kawiarni i siedzę tam kilka godzin, czytając. Chadzam sama do kina. Zdobyłam koronę staropanieństwa, bo poszłam sama na wesele i sylwestrową zabawę folkową (oczywiście byli tam przyjaciele i inni znajomi, ja przyklejona i zaadoptowana przez nich, ale nie miałam „swojego” człowieka u boku), pojechałam sama do Rzymu na wakacje.

|DBAJ O INNYCH|

Dla swoich przyjaciół, rodziny. Pomagaj, kiedy potrzebują – nawet jeżeli masz tylko stare auto i na raz jesteś w stanie wziąć tylko jeden karton.

Ciesz się szczęściem innych. Kolejne śluby i narodziny w otoczeniu potrafią być bardzo bolesne, ale można wyćwiczyć się w radości. A przynajmniej w tym, by tych pięknych wydarzeń nie odbierać jako zagrożenia dla siebie.

|NIE ZNĘCAJ SIĘ|

Jest granica między wychodzeniem poza swoją strefę komfortu a znęcaniem się nad sobą. Kluczem jest słuchanie siebie i Ducha Świętego. Znęcanie się nad sobą prowadzi tylko do nieszczęścia.

Trudności / Difficulties

Samotność

Pociągając smutne kwestie, dzisiaj o trudnych aspektach życia solo.

|NIE JEST SIĘ DLA NIKOGO NAJWAŻNIEJSZYM|

To jest bardzo bolesne. Żadnego mojego awansu ani podwyżki nie miałam z kim świętować, czasem nawet urodzin. Nie to, że rodziców i dziadków to nie obchodzi, tylko obchodzi inaczej niż by się chciało. Nikt na Ciebie nie czeka, nikt Cię nie odbiera z dworca.

Rozwiązałam to pracując nad świadomością, że dla Boga jestem najważniejsza na świecie. Jezus nigdy nie zastąpi ukochanego/męża (nie odbierze Cię z dworca), ale bardzo realnie może pomóc przeżywać samotność.

*Zdaję sobie sprawę, że to brzmi kościółkowato i banalnie, ale mnie naprawdę pomogło przyjęcie tego tak na serio, do krwi. Że cierpienie przeżywane z Jezusem rozszerza serce, zwiększa empatię i robi z nas lepszego człowieka. Potraktowanie Jezusa tak realnie jak realnie traktuję np. Marysię.*

|NIKT CIĘ NIE DOTYKA|

Są jakieś badania amerykańskich naukowców, które stwierdzają, ile dotyków dziennie człowiek potrzebuje. Osoba, która żyje solo bardzo często dostaje zero albo grubo poniżej uśrednionej normy.

*Wiem, że są mamy, które marzą o tym, by ich przez chociaż kwadrans nikt nie dotykał ani nie wołał – możecie ofiarować w intencji osób, które żyją same.*

Lekarstwem są przyjaciółki, które są świadome powyższego. Trzeba po prostu iść i powiedzieć, że potrzebuje się człowiek przytulić. Długie przerwy źle robią na życie.

|ŚWIADOMOŚĆ, ŻE MOŻNA NIGDY NIE ZOSTAĆ MAMĄ|

Zegar biologiczny tyka i jest bezlitosny. Trwałam w poczuciu tymczasowości mojego życia z założeniem „że to przecież w końcu przestanie tak być”. Że może wtedy, tam za rogiem czeka zmiana. Nie czekała. Przyszedł moment, że usiadłam i powiedziałam sobie tak realnie, że może się zdarzyć, że nigdy nie będę mamą. Bolało, bardzo mocno. To jednak uwalnia od życia w iluzji i trwania w poczekalni aż cię wreszcie wywołają. Życie kobiety bezdzietnej nie jest mniej warte niż życie mamy. Kobietą jest się w pełni także wtedy, gdy dzieci się nie posiada. Jeżeli ktoś twierdzi inaczej, to kłamie. Tę tęsknotę można ofiarować w różnych intencjach, jak każde cierpienie. Ważne, by nie urosło do rozmiarów przysłaniających inne aspekty życia. Nie chodzi o to, by popadać w fatalizm, tylko po prostu oswoić się i podchodzić do każdego wariantu bez rozpaczy.

DSC01915

|PYTANIA RODZINY (i ZNAJOMYCH, jeżeli ma się niefajnych)|

Coś, co mnie na szczęście omija, ponieważ w mojej najbliższej rodzinie do obowiązku sparowania podchodzi się raczej z dystansem. Uratować życie może wtedy jedynie solidne poczucie własnej wartości i asertywność. Wyobrażam sobie, że mogą być w rodzinie osoby, które nie przestaną pytać ani „doradzać”. W moim przypadku skończyłoby się niestety na pewno bardzo drastycznym ograniczeniem kontaktów, bo wiem, że na niektórych nie ma rady.

|BANK|

Dla banku w kontekście kredytu jest się najniżej w hierarchii, emeryci są bardziej wiarygodni niż stara panna.

Powiedział mi to doradca kredytowy. Oczywiście użył łagodniejszych słów. Nie jestem jakąś orędowniczką lichwy i zadłużania się do końca życia. Kiedy jednak nie pochodzi się z rodziny obszarników i żyje się z jednej pensji, trudno uciułać.

Następny wpis już będzie nieco bardziej optymistyczny.

Dlaczego to piszę

Część pierwsza


Difficult aspects of solo life:

|THERE IS NOBODY FOR WHOM YOU ARE THE MOST IMPORTANT PERSON|

This is very painful. I didn’t have anybody to celebrate my promotion or rise with, sometimes even my birthday. Not that parents and grandparents don’t care – they do, but in a different way. Nobody is waiting for you, nobody picks you up from the train station.

I solved this by working on the awareness that for God I am the most important in the world. Jesus will never replace your beloved / husband (he will not pick you up from the station), but he can really help you survive loneliness.

* I realize that it sounds „churchy” and banal, but it really helped me when I started thinking about Jesus as a fellow living person like e.g. my friend Marysia. The suffering experienced with Jesus extends the heart, increases empathy and makes you a better human being.*

| NOBODY TOUCHES YOU|

There are some studies of American scientists who state how many touches a person needs per day. A person who lives solo very often gets zero or well below the average norm.

* I know that there are moms who dream of not being touched or not being called by anyone for a quarter of an hour – you can offer it up for people who live alone. *

The cure for this is friends who are aware of that above. You just have to go and say that you need a hug. Don’t take long breaks.

|BEING AWARE THAT YOU CAN NEVER BE A MOM|

The biological clock is ticking and it’s ruthless. I live in the sense of temporariness of my life with the assumption that „after all it will stop to be this way”. That maybe then, there is a change waiting around the corner. There wasn’t. The moment came that I sat down and told myself so realistically that it could happen that I would never be a mum. It hurt, very much. This, however, freed me from life in illusion and the feeling I in a waiting room until they finally call me. The life of a childless woman is not worth less than the life of a mother. A woman is also fully a woman without having a child. If someone says otherwise, he’s lying. You can offer this longing in various intentions, like every suffering. It is important that it doesn’t grow to dimensions that obscure other aspects of life. It isn’t about falling into fatalism, but simply getting used to this option and approaching every variant without despair.

|QUESTIONS FROM FAMILY (and FRIENDS, if they aren’t cool friends) |

Something that, fortunately, bypasses me, because, in my family, the obligation to have somebody is approached with a distance. I think the only resolution is solid self-esteem and being assertive. I imagine that there may be people in your family who don’t stop asking or „advise”. In my case, unfortunately, it would definitely end up with limiting the relationship with this part of my family.

| BANK |

For the bank, in the context of a loan, you’re the worst potential client, the pensioners are more credible than you (at last in Poland).

This is what a credit adviser told me, of course, he used nicer words. I’m not an advocate of usury and indebtedness for the rest of your life. However, when you don’t come from a family of landowners and live on a single salary, it is difficult to get along.

This is the last entry about shadows, the next one will be all about the bright sides of solo life.

Pułapki samotności / Traps of loneliness

Samotność

Wokół osób małżeńsko niezrzeszonych krąży trochę stereotypów. Pewnie istnieją opracowania psychologów, dlaczego pewne procesy w głowach ludzi żyjących solo zachodzą. Mieszkając samemu, nie ma się lustra w postaci innych domowników. Nastrój, zmęczenie czy też choroba innych nie ma na starą pannę wpływu. Jeżeli zostawi się w kuchni posprzątane przed wyjściem do pracy, to jak się wraca dalej posprzątane jest. Jeżeli się zostawi bałagan, to bałagan dalej oczywiście będzie. Nikt ci niczego nie podbiera, nie wchodzi w obłoconych butach na wymytą podłogę.

Processed with VSCO with a5 preset

Patrząc na różne panie, które żyją solo (i oczywiście na siebie samą), zauważyłam kilka pułapek, w które łatwo wpaść:

|ŻYCIE ZAWODOWE|

Przesunięcie pracy zawodowej w centrum swojego życia i poświęcanie jej 120% swojego czasu (to oczywiście dotyczyć może każdej kobiety, także żony i mamy). W związku z brakiem poczucia spełnienia w życiu prywatnym, szuka się bodźców, gdzie to spełnienie i czucie się potrzebną znaleźć można. Praca zawodowa świetnie się do tego nadaje.

Pewnie są zawody, gdzie tak trzeba. Pewnie są bardzo konkretne osoby, które tylko dzięki temu, że żyją solo, są w stanie być aniołem dla świata. I to jest super. Mniej super jest, gdy wynika to z chęci zagłuszenia w sobie bólu i tęsknoty.

Przeczytałam kiedyś artykuł na jednym z katolickich portali, że pracodawcy nowoczesnych firm bardzo cenią „ustabilizowaną” (mąż/żona + dzieci) sytuację życiową swoich pracowników. Po pierwsze, fakt posiadania lub nieposiadania dzieci i stan cywilny nie mogą (zgodnie z polskim prawem) (i logiką) mieć wpływu na ocenę pracy pracownika (przecież co ma piernik do wiatraka?). Po drugie, gdy nie założyło się rodziny, nie oznacza to, że sytuację ma się nie ustabilizowaną.

Osoby nie posiadające męża/dzieci mają prawo do spędzania swojego czasu wolnego poza pracą. Obarczanie właśnie ich nadgodzinami, ponieważ „przecież nie muszą zajmować się domem i dziećmi” jest dyskryminacją.

|WIĄZANIE SIĘ Z KIMŚ, BYLE NIE BYĆ SAMĄ|

Fakt zakończenia pewnego związku w przeszłości nie napawał mnie szczególnym smutkiem. Smutek poczułam dopiero w momencie, kiedy uświadomiłam sobie, że będę (znowu) sama. Solo byłam (i jestem) szczęśliwsza niż tkwiąc w tamtej relacji. Bycie solo niesie ze sobą inne problemy niż bycie w parze. Wiązanie się nie jest lekarstwem na całe zło. Naprawdę lepiej jest być samą niż związaną z nieodpowiednim człowiekiem. To nie daje szczęścia, zamyka w więzieniu jeszcze bardziej. [temat rozwinę w następnym wpisie, więc tutaj tylko chciałam to zaznaczyć – proszę się nie irytować z powodu pozornych komunałów i banałów!]

|CZEKANIE „AŻ SIĘ ŻYCIE ZACZNIE”|

Życie trwa. Pan Bóg nie uzależnia powodzenia niczyjego życia od wyjścia za mąż. Istniejemy na świecie, bo Bóg nie chciał Go bez nas. Zadaniem człowieka jest pełnić wolę Bożą i czynić sobie ziemię poddaną. Nie znaczy to, że nasze pragnienia nie mają znaczenia – mają. Instynkt macierzyński, potrzeba poczucia spełnienia i bezpieczeństwa są przecież naturalne (co nie znaczy, że każda z pań odczuwa je tak samo). Uświadomiłam sobie kilka miesięcy temu, że za chwilę (no dobra, dłuższą chwilę) skończę 40 lat. W mojej głowie wyznacza to umowną połowę życia. Połowa życia spędzona na smutku i czekaniu aż się życie zacznie? Nie, dziękuję – chyba jednak nie o to Bogu chodziło.

|SZUKANIE PRZYCZYN|

Bardzo wyczerpująco mówi o tym ojciec Adam Szustak tutaj. Po długim (wieloletnim) namyśle ufam jego osądowi, bo sensowniejszego nie znalazłam. Nie szukam, po prostu żyję i patrzę w przyszłość.

|WMAWIANIE SOBIE POWOŁANIA DO ZAKONU|

Nie potrafię wytłumaczyć na czym polega rozeznawanie powołania. Nie wiem, jakie modlitwy są skuteczne i skąd się wie. Szczera relacja z Bogiem jest niezbędna. Rozeznać można tylko na modlitwie. W jakimś sensie ciśnie mi się na usta, że się to „czuje”. Na pewno argumentem nie jest bycie solo. Powołanie do zakonu lub do życia małżeńskiego daje Pan Bóg jako najlepszą drogę dla konkretnej osoby. Takie decyzje nigdy nie powinny wynikać z „braku laku”.

|POGRĄŻANIE SIĘ W ROZPACZY|

Rozpacz jest szatańską pokusą i należy się modlić o rozeznanie, kiedy nadchodzi i krąży jak lew ryczący. Tylko Bóg sam jeden wie (bo ja nie pamiętam), ile dni i nocy przepłakałam, ile miesięcy ciurkiem pogrążona byłam w beznadziei. Nie warto. Robią się wory pod oczami i traci bardzo dużo cennego czasu. [temat rozwinę w następnym wpisie, proszę się wstrzymać z oskarżeniami, że łatwo mi mówić – NIE JEST ŁATWO]

|NIENAWIŚĆ DO MĘŻCZYZN I DEMONIZOWANIE MACIERZYŃSTWA|

Kiedy już polubi się swoje staropanieństwo i nauczy się doceniać jego blaski może się zdarzyć, że wyobrażenie o zmianie tego status quo napawa strachem i sprzeciwem. Czasem składa się, że przyjaciółki i znajome opowiadają o różnych małżeńskich i macierzyńskich trudnościach i się odechciewa od samego słuchania i wyciągania wniosków. Warto jednak pamiętać, że te opowieści to jedna strona medalu i mieć świadomość, że ta ścieżka jest również trudna, ale ma w sobie piękno, którego nie widać czasem na pierwszy rzut oka.

Ktoś ma jeszcze jakieś na podorędziu?


There are some stereotypes around unmarried people. Probably there are studies of some American scientists, explaining why certain processes are taking place in the heads of people living solo. When you live alone there is nobody in the house who can show you your shortcomings. The mood, fatigue or illness of others have no effect on you. If you leave the kitchen cleaned before going to work, it is clean when you come home. If you leave a mess, there is still the same mess in the afternoon.

Looking at different ladies who live solo (and of course at myself), I’ve noticed several pitfalls that are easy to fall into:

|PROFESSIONAL LIFE\

Shifting your work at the center of your life and dedicate it 120% of your time (this, of course, can happen to every woman, including wife and mother). In connection with the lack of a sense of fulfillment in private life, we look for stimuli, where this fulfillment can be found. Professional work seems to be perfect for filling this void.

Sure there are professions where you have to act so. Sure, there are very specific people who, thanks to the fact that they live solo, are able to be angels to the world. And that is great. It is less cool when it’s a result of the desire to drown out pain and longing.

I once read an article on one of the Catholic portals that the management of modern companies appreciate the „stabilized” life situation (husband/wife + children) of their employees’. First of all, the fact of having or not having children and your marital status cannot (according to the Polish law) (and logic) affect the assessment of the employee’s work. Secondly, when you didn’t start your own family, it doesn’t mean that your situation is unstable.

People who don’t have husband/children have the right to spend their free time outside of work as well. Charging them with overtime because they „do not have to deal with home and children” is discrimination.

|BEING IN A RELATIONSHIP ONLY NOT TO BE ALONE|

The fact of ending a certain relationship in the past didn’t fill me with particular sadness. I felt sad only at the moment when I realized that I would be (again) alone. I was happier solo than stuck in that relationship. Being solo carries different problems than being in a relationship – it isn’t a cure for all the evil in your life. It’s really better to be alone than related to the wrong person. It doesn’t give you happiness, it locks you in prison even more. [I will develop the topic in the next entry, so here I just wanted to point it out – please do not be annoyed because of apparent clichés!]

\WAITING „UNTIL THE LIFE BEGINS”|

Life is underway. You don’t have to be married to be successful in God’s eyes. We came to this world because God didn’t want Him without us. The only job a man has to do on earth is doing God’s will. It doesn’t mean that our desires don’t matter – they do! Maternal instinct, the need for a sense of fulfillment and security are after all natural (which doesn’t mean that all women feel this in the same way). I realized a few months ago that in a moment (well, a good while) I will be 40 years old. Mentally this sets the conventional half of my life. Half of your life spent on sadness and waiting for life to start? No, thank you – I do not think God meant it.

|SEARCHING FOR „CAUSES”|

Father Adam Szustak op talks about this in one of the films I linked in my previous blog post. To make a long story short – don’t do that and blame yourself. There are only two vocations – religious life and married life. There is no such vocation as a single life. You can find the note in the Scripture that there are people you were made unable to get married. Either by nature or by other people. The thing is you should live your life to fullest without looking for the cause.

|FEELING FORCED TO GO TO THE CONVENT|

I cannot explain how to recognize your vocation. I don’t know what prayers are effective and how they work. A sincere relationship with God is essential. You can discern only in prayer. I would say you can „feel” it, but „feel” seems not enough word. For sure being solo after 30 is not a reason to think God wants a religious life for me. Such decisions should never result from because of a lack of something.

|GETTING INTO DESPAIR|

Despair is a devil temptation and you should pray for the ability to identify when it comes and circulates like a roaring lion. Only God alone knows (because I don’t remember) how many days and nights I cried, how many months I was plunged into hopelessness. It was not worth my time.

|HATING MEN AND MOTHERHOOD|

When you begin to like your singleness it can happen that friends and acquaintances talk about various marital and maternal difficulties. Don’t judge the marriage and motherhood according to this. It’s good to have a perspective that it’s not always bright and shiny, but it’s not the whole truth.