Moje świadectwo / My story

[for English scroll down]

Wpis opublikowany na blogu 9.06.2013 roku.

My heart belongs to my DADDY

Dzisiaj będzie bardzo długo.
Dziś jest dla mnie szczególne, bo dokładnie 10 lat temu temu na pewnym poznańskim przystanku autobusowym zaczęło się moje nowe życie. Ja moje rocznice bardzo wewnętrznie przeżywam, w końcu to moje ludzkie rocznice z Panem Bogiem. Nigdy wcześniej nie pisałam tutaj tego, co poniżej. Myślę, że dziś jest na to czas.
Moja historia, czyli jak to się stało, że jestem takim nawiedzonym katolem (wersja skrócona)
Wychowałam się w rodzinie o korzeniach katolickich, zostałam ochrzczona i zaprowadzona do I Komunii świętej, jak Pan Bóg przykazał. Mój ojciec to wielki przeciwnik jakiejkolwiek religii, wyrastałam zatem tak naprawdę w obecności dużej niechęci do Kościoła – bardziej podświadomie, publicznie nie były wyrażane jakiekolwiek negatywy (do czasu ;) ). O Bogu nie było mowy, pierwszych modlitw uczyła mnie moja babcia. Bierzmowanie przyjęłam w wieku lat czternastu, po czym rok później postanowiłam definitywnie zerwać z Kościołem. Staram się być konsekwentna w działaniu, nie chodziłam więc na religię, na mszę, do spowiedzi, nie obchodziłam katolickich świąt ani postów. Liceum było nowym początkiem, początkiem bez religii. Zainteresowałam się wtedy trochę filozofią i hipisami (ale to jeżeli chodzi o ciuchy, zostało mi w pewnym sensie do dziś). Szukałam i szukałam jakiś wskazówek odnośnie życia, ten okres wydaje mi się teraz być jednak niekończącą się doliną rozpaczy. W okolicach Wielkanocy 2003 roku, kiedy miałam niedługo stać się pełnoletnia, pojawiła się we mnie ogromna tęsknota za wspólnotą. Nasilały się także lęki przed śmiercią, przemijaniem i nicością, które wcześniej miewałam, ale zdecydowanie rzadziej. W Niedzielę Wielkanocną przechodziłam z mamą i psem (psy to w ogóle bardzo ważne istoty w moim życiu, dlatego tutaj to MA znaczenie ;) ) obok kościoła ewangelicko-augsburskiego i wpadłam na pomysł zostania protestantką. Większość moich znajomych i przyjaciół to byli ludzie głęboko wierzący, w tym pewna moja była nauczycielka, której bardzo wiele zawdzięczam (z którą mam kontakt do dziś i nie wiem, czy to czyta, ale jeżeli tak, to ściski!). Czas mijał, wiosna była piękna tamtego roku. Dotrwałam do czerwca. W czerwcu moje lęki stały się nieznośne, o śmierci myślałam praktycznie non stop, jednocześnie strasznie się jej bojąc, co nie przeszkadzało mi mieć myśli samobójczych. Permanentny płacz i dreszcze przy 30 stopniach upału. Koszmar. Pan Bóg wyposażył mnie jednak w instynkt samozachowawczy i zgłosiłam się do szkolnej pani pedagog, która to skierowała mnie natychmiast do poradni zdrowia psychicznego. 6. czerwca 2003 zadzwoniłam, by umówić się na wizytę. Cudem udało się załapać na poniedziałek, 9. czerwca, poza tym terminy same lipcowe. Zapakowałam się w autobus, pojechałam, zarejestrowałam się i czekałam pod drzwiami, podczas gdy pani psycholog ustalała szczegóły przyjęcia urodzinowego jakiegoś dziecka z panią rejestratorką. W końcu udało mi się wejść do gabinetu i spróbować jasno i klarownie powiedzieć, co mi jest. Gdy wiłam się w zeznaniach, a pani opowiadała mi historyjkę o człowieku, który wskoczył w przepaść, by sięgnąć poziomkę, a wiedział, że tym samym zginie, wszedł pan, który kazał nam już kończyć, bo musiał zamknąć budę. Pani zapytała czy chcę jeszcze do niej przyjść, jeżeli tak – termin w okolicach 15. sierpnia. A, miałam też narysować mój strach (pani chciała oczywiście dobrze, ale to, co mi proponowała było porywaniem się z motyką na słońce…). Wyszłam, oczywiście cała zapłakana i poszłam na przystanek. Stojąc tak w promieniach czerwcowego słońca, pomyślałam, że ona mi nie pomoże. I wtedy powiedziałam: No dobra, Panie Boże, niech Ci będzie… To było moje rockowe Fiat!. Poczułam Boga fizycznie, świat nabrał czwartego wymiaru. Nie umiem tego opisać (jakże to  banalne, ale sorry – naprawdę nie umiem). Jechałam autobusem do domu i byłam w nim najszczęśliwszą pasażerką. Moje lęki nie minęły od razu, ale z każdym dniem było coraz lepiej. Byłam zdeterminowana, w niedzielę poszłam na pierwszą mszę świętą. Przygotowywałam się z miesiąc do spowiedzi, potem zaraz poszłam jeszcze raz, bo nie wierzyłam, że tamta była w porządku. Uczyłam się odmawiać Różaniec. Uczyłam się mówić mojemu tacie, że idę do kościoła w co dzień i modlić się, żeby wytrzymać jego kpiny i by się nie złamać, kłamiąc. Minęło lato, przyszła jesień. Na pierwsze rekolekcje w życiu uciekłam, bo bałam się tacie powiedzieć, że jadę na rekolekcje (dostałam wcześniej od niego zakaz – mama wiedziała, bo mamie było wszystko jedno czy wierzę czy nie). Rekolekcje odbywały się w klasztorze, gdzie przełożony okazał się być egzorcystą. Gdy się o tym dowiedziałam, nie dziwił mnie już fakt, że po 24 godzinach praktycznie stamtąd uciekłam (dowiedziałam się dopiero w drodze powrotnej). Tylko przestąpiłam próg klasztoru, zaczął się wielogodzinny płacz. Taki płacz, że aż człowiekowi wyrywa wnętrzności. Nikt nie wiedział, co się dzieje. Supernauczycielka zaczęła składać wszystko w kupę i podsunęła myśl, że może trzeba wybrać się do egzorcysty. Gdy wróciłam zadzwoniłam do mojego katechety (złoty ksiądz, dał mi swój numer, gdy powiedziałam, że chcę chodzić na religię, w razie bym chciała kiedyś pogadać). Powiedział, żebym przyszła następnego dnia. Po kilku zgrabnych pytaniach o moje ewentualne kontakty z homeopatią, bioenergoterapią, wróżkami czy jogą powiedział w końcu: A jak Cię umówię do ks. Piątkowskiego (nieżyjący już poznański egzorcysta – ♥), to pójdziesz? Byłam w dzieciństwie leczona bioenergoterapią i homeopatią. Rzecz działa się w listopadzie, pierwszy wolny termin u ks. Piątkowskiego był na 1. grudnia. W trakcie oczekiwania nie miałam też spokoju. W końcu poszłam stawić czoła wyzwaniu. Drzwi otworzyła siostra ks. Mariana i zaprosiła mnie do pokoju, gdzie TE rzeczy się odbywają. Gdy tam weszłam, ogarnął mnie taki spokój i pokój, że wiedziałam, że czegoś takiego nigdy tu na ziemi więcej nie poczuję (nie przesadzam, jak na razie nie poczułam) i moją jedyną myślą, gdy na niego czekałam, siedząc na kanapie, było: Dobra, Panie Boże, to ja stąd nigdzie nie idę. Pokój był ciemny, pozasłaniany, z ciemnymi meblami, noszącymi oznaki długiego stażu. Nie wiedziałam jak ten ksiądz wygląda ani czego się spodziewać. Wszedł kochany staruszek, wszystko skrzętnie notował i powiedział No to pomodlimy się i zobaczymy… Pomodlił się, naoleił mnie i poszłam. To był poniedziałek. Nic za bardzo nie zmieniło się do soboty. W sobotę, 6. grudnia 2003 roku, ok. godziny 15.oo zaczęłam mieć problemy z widzeniem. Zamazywało mi się wszystko, zaczęłam być rozdrażniona. Moi rodzice o niczym nie wiedzą do dzisiaj. Pojechałam z nimi do marketu, bo nie mogłam się skupić na czytaniu książki, a chciałam coś ze sobą zrobić. Po powrocie siedziałam u siebie w pokoju i marzyłam o tym, żeby pójść spać. Była godz. 18.oo, więc musiałam jeszcze trochę poczekać, żeby nie wzbudzać podejrzeń. Próbowałam oglądać z nimi telewizję, nie dałam jednak rady usiedzieć w miejscu. Ok. 19.30 moje pójście spać nie byłoby już dziwne, więc zaczęłam się przygotowywać. Gdy myłam zęby uświadomiłam sobie nagle z wielką mocą – to jest TO. Chwyciłam za telefon do mojego katechety, który, z charakterystycznym sobie spokojem, powiedział, żebym mówiła Różaniec. Ja na to, że nie mogę, on – żebym się zmusiła. Usiadłam i mówiłam. Czułam, jak gdyby od środka coś rozrywało moje wnętrzności, koraliki Różańca kłuły mnie w palce, trudno nazwać słowami to, co przeżywałam (znowu – nie dziwię się Faustynie, że nie chciała pisać swojego Dzienniczka i wszystko wydawało jej się nie takie). Myślałam, że rozerwę Różaniec. Na trzecie Zdrowaś Mario… od końca Różańca poczułam nagłą FIZYCZNĄ ulgę… Położyłam się, jeszcze raz zmówiłam Różaniec, zasnęłam. Rano okazało się, że popsuł mi się wzrok, ale w duszy wiedziałam, że to koniec i jestem wolna (ks. Marian mówił, żeby się o ten wzrok modlić i się poprawiło).
Trudno jest jednoznacznie stwierdzić, skąd konkretnie wzięły się moje problemy. Na pewno wpływ miał na to mój grzech, homeopatia, różdżkarstwo i bioenergoterapia (ostrzegam!). Moi rodzice są wspaniałymi ludźmi – mój tata wie już, że ze mną nie ma żartów. Chciał wychować mnie na porządnego człowieka i robił to, co uważał za dobre. Dzięki niemu umiem postawić na swoim i obronić moje racje. Dziękuję Bogu za każde zdarzenie z mojego życia, także za te trudne chwile, do których często wracam, bo są dla mnie umocnieniem.
Mogłabym tak oczywiście jeszcze bardzo długo. Bóg stawia wspaniałych ludzi na mojej drodze, wspaniale łamie mój charakter, ucząc mnie wielu rzeczy. Nie zawsze jest tak, jak ja bym chciała, okazuje się jednak (jakie to znowu banalne), że szczęście, które teraz jest moim udziałem (jakże to kościelne…) jest lepsze od tego, które ja sobie wymyśliłam.
Kiedy złamie się nogę, ona się zrośnie, ale zawsze ślad zostaje. Ja też noszę w sobie ślad powyższych wydarzeń, który czasem ciągle krwawi i boli (i tu musi wystarczyć metafora ;) ). Kiedy mi się już nie chce albo coś i myślę – Dobra, ale skąd mam wiedzieć, że istniejesz? – przypominam sobie – Tyś jest Pan, Bóg mój, który mnie wywiódł z ziemi egipskiej, z domu niewoli.

ENGLISH:

 

This post was originally published on June 9th, 2013 – exactly 10 years after my conversion. What you will find below isn’t any direct translation – I will write this one more time, this time in English. I would write the above text in anoher way now, but I’ve got a rule here on the blog, that I do not remove or change anything from the past.

I was born in Poland, into a traditional catholic family. There are a lot families here, that are like mine then – the Church belongs to the tradition and it would be good if you obey the rules (but you shouldn’t exaggerate). My dad rejects any religion and my mum obeys the rules – long story short. 

My dad was (actually still is) a great enemy of the Church, but he was (and still is) a wonderful father. He wanted it best for my sister and me. We spent a lot of time with my dad, since my mum is a businesswoman and she worked a lot. When I was 15 and began my secondary school I decided to reject God, because I felt unhappy and blamed Him for this – for my dad (well, teens…), for my bad mood. I wanted to be free. I didn’t attend the religion lessons at school, I was very unhappy instead of being happier and pleased. Then during Easter 2003 (I was 18) I was walking past a protestant church and I suddenly missed a community – group of people who are joined by something big and strong. I started to think about conversion and joining the Lutheran church.  I realized I had very religious people all around me the whole time. From my teacher from my primary school (who is my close friend till now) I got my first Rosary, from Medjugorie. The next day I was terrible ill – flu or something like that – very sudden and strange. I started to have very heavy fears about life, death and being older, it became harder and harder with every week from that Easter. Then finally in June I knew I won’t make this out by myself – I went to the therapist. It was June 9th. The psychologist  told me a story about a man who died, because he wanted to pick up a wild strawberry and I was desperate, because I had no reason to live and had a horrible fear of death and that lady talked to me about wild strawberries. I was crying all the time and when she asked me if I want to meet her again, I knew she will not help me in any way. I went to the bus stop and said (literally I said so) „OK then God, have it your way!”. It was an incredible physical feeling, I have no words to describe it (in any language I know). It was like dicovering the 4th dimension – I was suddenly the happiest human being on the planet. My fears didn’t vanish completely, but it was significant better. I learned to pray the Rosary and went to confession. I chose the Catholic Church, it was no question then anymore. It was summer and attended mass very often, but I still had some fears. Then in November I decided to go to my first retreat, but I was afraid to tell my dad about it – he was against it (I know I was 18, but you know how it is, when you live all together), so I didn’t tell him about. I just walked out from home without telling anything to him (it was a good lesson for him, that he understood 😉 ), my mum knew, where I was going. During that meeting I began to cry, but literally CRY and couldn’t stop till I decided to leave and go back home the following day. I went back with Ula, my teacher from the past (see above) and some guy drove us home. He said that the superior of the monastery, where we were, was an exorcist. Ula replied “Now you know, why you couldn’t stand being there”. On the same day I called the priest who taught us religion at school (a wonderful man – he said to me, that whenever I will have any questions or sorrows, I can feel free to call him) and set up a meeting. We were talking and he asked me if I was practicing yoga, attended some bioenergy therapy or fortune-teller sessions or did I have something in common with homeopathy. Actually I did some of those things – bioenergy therapy and homeopathy. He asked me, if I go to the exorcist when he sets up a meeting for me. I said yes. I had to wait three weeks for the visit at exorcists and then finally, at December 1st, the day came. The door was opened by an elderly lady, the sister of the exorcist, as it turned out later. She took me to a room with windows covered with curtains, full of books. I was very anxious the whole time (while I was waiting for the visit, I used to have sometimes some kind of panic attacks, like something would tear my body from inside – when I discussed it with “my” priest it turned out, that he had mass during my attack and he prayed for me), but when I went into this room I felt heavenly. I thought, that I never ever want to leave this room, I was suddenly so calm. The exorcist was a wonderful elderly man – very calm with warm heart. He asked my some questions, prayed over me and I went home. That’s it, it was Monday. On Saturday at about 3 pm I started to feel dizzy and had problems with my sight, I was again very anxious – it is hard to find words to describe what I felt, as if my body was  going to fall apart. I tried to do something, watch TV or read, but I couldn’t concentrate on one thing (and my sight was very bad – I had never ever had problems with my eyes before). It was 6pm and I thought I would go to bed (I was at home with my parents, but they have no idea till today what happened in the room next to their room on that day), but suddenly I realized, that it was devil who made me feel that way. I called my priest and he told me to pray the Rosary. I couldn’t, he insisted. I started it – I was hardly able to hold a Rosary in my hands, it was very prickly and I felt like tearing it. I was very very scared. I prayed almost the whole Rosary and on the last third “Hail Mary…” I felt suddenly like something would set me free – I felt free. It was all very physically. I ended my prayer and went to bed. Someone was still walking around me, I felt that very well, so I prayed the Rosary one more time. I fell asleep. On the next day I waked up as a different person – I knew deep in my heart, in my bones and in my mind, that I was over – I was free. It turned out that my sight was damaged (it was really some kind of amazing) but the exorcist told us (my priest and me), that I should pray for my eyes – they recovered with time.

 So that’s my story – I skipped some moments, but that’s more or less the reason why I am today who I am. I met Jesus with His Mother, I felt His and Her power on my own body. It’s not easy, but I began a new life. Thank You!

 

8 thoughts on “Moje świadectwo / My story

  1. Przeszly mnie dreszcze…
    Ciesze sie, ze cie znalazlam. Bardzo. Czuje podobnie i przepelnia mnie to samo szczescie. Znalazlam je znacznie pozniej, niz ty, ale tym bardziej sie nim ciesze 🙂
    Pozdrawiam

  2. Jak łatwo przychodzi nam ocenianie innych. Nasze oko gorszy się tym, co wygląda w pierwszym momencie na tanią rozrzutność. Tymczasem właśnie to, co gorszy, bywa dla odmiany przepiękną perłą. Gratuluję odnalezienia tak pięknej perły.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s