Ludzie, którzy znają Boga

W zeszły piątek znalazłam się w kościele Społeczności Chrześcijańskiej we Wrocławiu (nie chcę tutaj nikogo urazić, tak było napisane na ogłoszeniach, z drugiej strony wiem, że to adres parafii luterańskiej – proszę mnie naprostować, jeżeli to miejsce nazywa się inaczej) na utopionym w soczystej zieleni maja wrocławskim Sępolnie, by posłuchać Mate.O i ich „Pieśni naszych ojców”. Materiał na płycie jest niesamowity – kręci mnie tradycja, a starodawne teksty (niektóre mające podobno ok. 1600 lat) niesamowicie zakotwiczają moje istnienie w wiekach ziemi, na której wszystko ma swój czas. Uwielbiam pieśń Kochanowskiego „Czego chcesz od nas, Panie…”, bo uwielbiam teksty napisane wieki temu, które używane są do dzisiaj (to jest pomnik trwalszy niż ze spiżu – podobne uczucia żywię ku twórczości Jane Austen) – Bóg wczoraj i dziś, taki sam.

W pewnym momencie Mateusz poprosił lud zebrany, by podnieśli rękę ci, którzy doświadczyli Ewangelii Chrystusowej. Praktycznie każdy obecny podniósł od razu. I nie jedną, a dwie. Ludzie Boga.

Reklamy

Wrocławski blues

Nie wyrwie się człowiek z korzeniami nigdy z żadnego miejsca, bo ludzkie korzenie zostają tam, gdzie są i już. Może sobie pęda zabrać, do wody wstawić i poczekać aż wypuści pierwsze małe korzonki, żeby potem móc zasadzić do ziemi. Słaby jest jednak ten pęd i mały, a świat taki duży i ciemny.

Chyba jestem na etapie, że trzymam tego pęda jeszcze w szkiełku z wodą i zastanawiam się, czy już aby na pewno się ukorzeni w ziemi, czy może jeszcze trochę poczekać.

Wiem już, gdzie są jednokierunkowe i gdzie nie skręcę w lewo. Przychodząc na przystanek, nie sprawdzam, który tramwajem mogę jechać do domu. Wiem, gdzie mielą mięso na życzenie (czasem mają też wołowe) i gdzie kupić nieshormonizowane kurczaki, za 55 zł filetów kilo. Ze słuchu wiem, gdzie mają atrapę Rynku Łazarskiego i gdzie kupić chleb, kiedy zapomnę wieczorem wyjąć zakwas z lodówki. Opracowałam już system wygodnego odbioru paczek i sprawnego sprzątania mieszkania. Pierwszy raz od ponad pół roku są sytuacje, gdzie nie jestem niezorientowanym i niezorganizowany głupkiem. Czuję się królową świata, gdy znam kilka dróg dojazdu do domu i wybieram tę, którą bardziej lubię. Mam swojego dentystę. Jest dobrze. Uświadomiłam sobie jednego głuchego formalnie styczniowego, ale realnie jakby listopadowego ciemnego popołudnia, że dzielną nie przestaje się być nigdy. Nie ma strachu – nie ma odwagi, nie ma trudności – nie ma zwycięstwa. Pokory nigdy nie przestanę się uczyć i poczułam się zmęczona na samą już o tym myśl. Postanowiłam jednak nie rozpaczać nad tym zbyt wylewnie i zająć się doprowadzeniem moich włosów do stanu, w którym nie będę wyglądać jak czarownica ze średniowiecza, bo się wysuszyły od pseudozimy, szala i czapki.