Przedradość / Exciting anticipation

Starsze panie zazwyczaj otrzymują skrzydła jak orły, gdy następuje moment wydawania Pana Jezusa w Komunii.

Ja lubię przyjmować Go na końcu.

Rozpraszają mnie ludzie, wracający do ławek, więc wolę, by wrócili zanim ja wrócę. Staję na końcu kolejki na końcu kościoła. Lubię ten rytm, kiedy kolejka się kołysze i zbliża do ołtarza. Lubię patrzeć na ludzi, którzy dostają Pana Jezusa i na Niego, gdy Go kapłan trzyma w dłoni, robiąc mi mini adorację. Lubię, kiedy w tym czasie ładnie śpiewają ładne rzeczy. Lubię patrzeć na ludzi, którzy stoją w tej kolejce; dzieci przyklejone do rodziców z każdej strony świata. Lubię, kiedy się wtedy nikt nie spieszy.

wLubię wracać do ławki po Komunii jakby z Panem Jezusem za rękę.


Older ladies usually soar on wings like eagles when the moment of the Holy Communion comes. I like to take Him at the end.

People are distracting me, going back to the benches after receiving the Communion, so I prefer them to come back before me. I stand at the end of the queue at the end of the church. I like this rhythm when the queue is swaying and approaching the altar. I like looking at people who receive Jesus and at Him when the priest holds him in the hand, making me a mini adoration before handing Him to a person. I like when they sing nice things nicely. I like to look at the people who stand in this queue; children sticking to their parents. I like when nobody is in a hurry.

Afterwards, I like going back to my bench as if I was holding Jesus’ hand.

Reklamy

Strach ogranicza

Gdy się nawróciłam chciałam dużo dowiedzieć się o Kościele i katolicyzmie. Czułam intuicyjnie, że to, czego doświadczałam wcześniej to nie był prawdziwy katolicyzm. Do spowiedzi poszłam drugi raz kilka dni po tej pierwszej od dawna, bo nie byłam pewna, czy o niczym nie zapomniałam za pierwszym razem (to nie było po katolicku, ale cóż – lepiej dwa razy niż wcale). Część rzeczywistości, która się przede mną otworzyła zdominowała moje życie. Nie bardzo wiedziałam, o czym rozmawiać z ludzmi niewierzącymi. Bałam się niezrozumienia i tego, że mogę ich czymś urazić.

Moje doświadczenie podpowiadało mi, że człowiek niewierzący to ktoś bardzo agresywnie zwalczający katolicki światopogląd (miałam po prostu idealny realny wzorzec takiej osoby w moim najbliższym otoczeniu). Bałam się tych relacji, bo kto lubi siedzieć ciągle w okopie i bronić swoich przekonań, więc unikałam. Bardzo niesprawiedliwie jest wrzucać wszystkich tak do jednego worka, jak okazało się ponad dziesięć lat później.

unnamed

Ponad dziesięć lat później całkiem zaskakująco wylądowałam z umową o pracę w #korpo we Wrocławiu. W dwa tygodnie spakowałam całe swoje dotychczasowe życie i zamieszkałam w mieście, w którym nikogo nie znałam, z którym nie łączyło mnie nic (drama ekstrawertyka). Podeszłam praktycznie, zaczęłam się modlić o przyjaciół. Po wielu miesiącach byłam otoczona wspaniałymi ludźmi. Pan Bóg odpowiedział na moje modlitwy w dużej mierze przez… ludzi niewierzących. Kiedy się zorientowałam, bardzo mnie to zdziwiło, zaskoczyło, a w efekcie wiele nauczyło.

Przyjaźń to dla mnie ważna rzecz, a o nią niełatwo. Okazało się, że istnieją ludzie, którzy szanują odmienne poglądy i nie toczą krucjaty przeciwko KK. Niewierzący, którzy nie przewracają oczami, gdy na pytanie jaką decyzję podjęłam odpowiadam „Modliłam się i postanowiłam tak i tak” (a niestety strach tak czasem powiedzieć „katolickiej inteligencji”). Niewierzący, którzy na wieść o pracy w katolickim wydawnictwie cieszyli się razem ze mną i mnie wspierali. Przekonałam się, że to nie jest kwestia wiary, jaką się wyznaje, a człowieka jako takiego. Dzięki nim ja stałam się lepszym człowiekiem, bo mogłam wyjść z okopów. Nauczyć się mówić o mojej wierze asertywnie, rozumieć ją lepiej. Zobaczyłam, że nie są złymi ludźmi bez moralności, którzy chcą mi udowodnić, że jestem głupia. Nie są ludźmi, Przed którymi muszę się ciągle bronić z husarią gotową do walki. Zobaczyłam pięknych ludzi, przez których Bóg okazuje mi swoją miłość i pokazuje mi świat. Którzy również czasem się boją, bo mają kiepskie doświadczenia z wierzącymi.

Smutno mi, że nie dzielą ze mną doświadczenia Pana Boga, które uważam za najcudowniejsze na świecie. Każdy ma swoją drogę i po katolicku jest, dać drugiemu człowiekowi wolność, bo wolność to Boska rzecz. Wiem, że On jest dawcą życia i stwórcą świata i dla mnie te konkretne osoby są jednym z dowodów na Jego istnienie. Chciałabym, by kiedyś Go poznały, bo jest Najlepszy, a dla bliskich chce się przecież tego, co najlepsze.

***

Pan Jezus gnoił tych, którzy uzurpowali sobie prawo do bycia sędziami, rozmydlali doktrynę i nakładali dodatkowe ograniczenia z powodu swojego ego. Z Samarytanką spokojnie rozmawiał przy studni, bronił jawnogrzesznicy, ucztował z tymi, którzy w społeczeństwie żydowskim funkcjonowali jako wyrzutki i niegodni. Nie tracił przy tym niczego ze swojej jednoznaczności i czystości. Kapłan katolicki poniżający i krzyczący na mamę, która żyje w niesakramentalnym związku i prosi o chrzest dla swojego dziecka nie jest odbiciem Jezusa w świecie. Grupy, które uważają się za „prawdziwych” katolików w opozycji do jakichś innych grup nie są odbiciem Jezusa w świecie.

Upici zapachem bzu / Made drunk by the lilac scent

20180501_105211_0001

Modliłam się ostatnio na Różańcu i kolejny raz moje myśli gdzies odleciały. Czasami jedną dziesiątkę odmawiam trzy razy, bo nie jestem usatysfakcjonowana jej jakością (trzecim razem też nie jestem usatysfakcjonowana zazwyczaj, ale kapituluję, bo nic innego bym nie robiła w ciągu dnia, tylko odmawiała Różaniec). Wtedy też nie było inaczej. Przypomniałam sobie o tym, że Różaniec to po prostu dawanie Maryi bukietu róż i pomyślałam sobie, że ten mój bukiet to jakiś taki naprawdę słaby. Duch Święty porwał moje myśli i w wyobraźni go zobaczyłam – róże takie jakieś przekwitłe, wysmagane gwałtowną letnią burzą; listki ponadgryzane przez robaczki – obraz nędzy i rozpaczy. Wiedziałam jednak, że innego nie mam i muszę dać taki. Jakże wielkie było moje zaskoczenie, gdy Maryja rozpromieniona wyciągnęła po niego rękę. Wstydziłam się bardzo, że on taki brzydki, ale nie zdążyłam nic powiedzieć, bo Maryja się odsunęła i pokazała mi wszystkie bukiety, jakie ode mnie dostała. WSZYSTKIE – stały po horyzont w wazonach na podłodze. Trzyma je WSZYSTKIE i one żyją. Wszystkie tak samo „brzydkie”. Jeżeli Twoja mama wyrzuciła kiedyś laurkę od Ciebie, to wiedz, że Maryja trzyma wszystkie bukiety.


Some time ago I was praying the Rosary and one more time my thoughts were running like crazy in some strange directions. Sometimes I pray one decade three times in a row because I am not satisfied with the ‘quality’ of it (the third time isn’t actually satisfying as well, but I surrender because I would only pray the Rosary the whole day long). It was also the case on that day. I remembered that the Rosary is actually a bunch of roses for Mary and it came to my mind that my bunch is really poor. The Holy Spirit inspired me and I imagined it – the roses were faded, destroyed by the summer storm, the leaves gnawed by some bugs. I knew I have only this one to give Her. I was very surprised when she reached out her hands for it beaming. I was very ashamed because it was so ugly in my opinion, but I didn’t manage to say a word since she moved and showed me all the bunches she had ever received from me standing in vases on the floor. There were ALL I have ever given her. She keeps them all and they live although they’re all as much ‘ugly’ I imagined the current one. If your mum has ever thrown away some DIY gift from you, you should now that Mary keeps all the bouquets.

„…i serce me w ukryciu cicho szepnęło: to jest on!”*

IMG_20180113_111121Jakiś czas temu w ciemne styczniowe popołudnie po pracy z przystanku G. uciekł mi tramwaj. Widząc na tablicy, że zaraz przyjedzie inny, zaczęłam się zastanawiać, czy jechać nim i się przesiąść czy poczekać po prostu na swój. Wybrałam opcję z przesiadką. Na przystanku T. wysiadłam z tramwaju X i przeszłam na przystanek w stronę domu. Nadjechał tramwaj Y, w którego beznamiętnie wsiadłam, zajmując miejsce na składanym krzesełku. W tłumie umościłam głowę na obwiązanym wokół szyi szalu, układając na kolanach torbę i siatę z zakupami, po czym oddałam się bezrefleksji, starając się nie stracić równowagi i motywacji do życia. Patrząc bezmyślnie na sufit (ja zawsze na sufit lub podłogę, by uniknąć spojrzeń), zauważyłam, że stoi w tym tłumie mężczyzna, który musi schylać głowę, bo się nie mieści. Miał ze dwa metry wzrostu. Przesuwałam wzrok po nim ku podłodze i nie dało się nie zauważyć idealnej długości granatowego płaszcza, następnie fikuśnych jasno-szarych, nieco przykrótkich spodni. W drugiej turze (po wewnętrznym okrzyku „PANIE BOŻE, JAK TY ŁADNIE UMIESZ W CZŁOWIEKA!!!” ) rzucił się w oczy perfekcyjnie zamotany wokół szyi wiśniowy szal, który okazał się być dopasowany kolorystycznie do skarpetek. Czarne buty coś między eleganckimi a na co dzień. Włosy ciemne, kręcone, ale bardzo krótko przycięte (na dole mniej, u góry więcej, ale nic mu nie sterczało, raczej przylegało). Prawdopodobnie ciemne oczy. Pięknie wyrzeźbione dłonie – męskie, ale delikatne. Takie miał obejście łagodnie pogodne – żywiołowy, ale nie za bardzo. Nie narzucający swojej obecności, ale wyraźny. Idealna równowaga między elegancją a nonszalancją i elegancka, delikatna, ale zdecydowana męskość. To najpiękniejszy mężczyzna, jakiego w życiu spotkałam.

Jechaliśmy razem może jakieś 7 minut, ani razu nie spojrzał w moją stronę (ja nie mogłam przestać się w niego wpatrywać). Prawie nie ogarnęłam manewru wysiadania na moim przystanku, gdy słyszałam z ich strony (jechał z kolegą), że się żegnają. Niestety razem ze mną wysiadł kolega, a mój ideał pojechał. Nigdy wcześniej nie doświadczyłam czegoś podobnego – zachwyt od początku do końca w drugiej sekundzie patrzenia. Znalazł się jakiś puzzel, który wskoczył w miejsce dla niego przeznaczone, zupełnie bez świadomości, że ono istnieje gdzieś puste. A mogłam nie wsiąść do tego tramwaju…

Oczywiście może być prywatnie i osobiście wstrętnym chamem (ale na pewno nie jest).

*TYTUŁ TO FRAGMENT  „REBEKI” ANDRZEJA WŁASTA.

Some time ago in the dark January afternoon after work, I missed my tram. Seeing on the board that another one will arrive soon, I began to wonder whether to get on it and change for another tram. I chose the option for a change. At the T. stop, I got off the X tram and went to the stop towards home. The Y tram came, in which I Got In dispassionately, taking up a seat. In the crowd, I had my head put on my shawl wrapped around my the neck, and my bags on my lap, then I was staring into the void, not thinking too much, trying not to lose balance and motivation for life. Looking thoughtlessly at the ceiling, I noticed that there is a man in the crowd who must bend his head because he can not fit. He was about two meters tall. I moved my eyes to the floor and it was impossible not to notice the perfect length of his navy blue coat, then the flirting light-gray, slightly short trousers. In the second round (after the inner exclamation „GOD, YOU DID IT SO WELL!!!”), a cherry scarf perfectly wrapped around his neck, turned out to be color-matched to the socks. Black shoes something between elegant and every day. Dark, curly hair, but very short cropped (lower on the bottom, more on the top). Probably dark eyes. Beautifully carved hands – masculine, but delicate. He had such a gentle cheerful manner – lively, but not too much. Not imposing his presence, but vivid. The perfect balance between elegance and nonchalance – elegant, delicate but determined masculinity. He is the most beautiful man I have ever met.

We were together maybe 7 minutes on the tram, he never looked at me (I could not stop staring at him). I almost didn’t manage to get off the tram on my stop when I heard from them (he was with a friend) that they were saying goodbye. Unfortunately, a friend got off with me and my ideal Man went. I have never experienced such a thing before – a delight from the second secondo of looping at him. There was a puzzle that jumped into the space intended for him, completely without me being aware that this emptiness exists somewhere there.

Of course, he can be personally a disgusting boor (but he is certainly not).

Jak Abraham / Like Abraham

Przełęcz ocalonych to amerykański film o amerykańskim bohaterze.  Dodatkowo chciałabym na początku zaznaczyć, że zdaję sobie sprawę, że gdyby wszyscy byli obdżektorami (słowo, które poznałam  w wieku lat trzydziestu z procentem) (i nawet Word go nie podkreśla, a myślałam, że go zagnę), nie miałby kto nas bronić z bronią w ręku i tu nie chodzi o popieranie tej postawy czy jej ganienie. Gdy to już jest jasne, mogę przejść do dalszej części wywodu, czyli do meritum.

Prawdziwe historie są najlepsze, bo najlepsza jest prawda. Historia Desmonda Doss’a jest prawdziwa – to człowiek, który postanowił nigdy nie dotknąć broni, a potem zaciągnął się do wojska (ostatecznie broni dotknął, ale zrobił z niej nosze, więc jakby się nie liczy). Codziennie czytał Biblię, z powodu swoich przekonań często był szykanowany przez kolegów, którzy uważali się za męższych od niego. Desmond Doss brał udział jako personel medyczny m.in. w bitwie na Okinawie (na której to właśnie skupił się Gibson w swoim filmie) – wnętrzności na wierzchu pomieszane z błotem, po których w nocy chodziły szczury, śmigające kule i Biblia (zastanawiałam się, czy on już nie zna jej całej na pamieć, bo tyle jej czyta, jednak się zaraz zawstydziłam  i przypomniałam te wszystkie spowiedzi, na których kapłani mówili mi, ze lekarstwem na moje słabości i niewiedzę jest czytanie Pisma Świętego). Jego modlitwa na szczycie, już po bitwie, gdy ocalałe resztki ewakuowały się z pola bitwy i odjechały do obozu, przypomina modlitwę Abrahama – „Panie, pozwól mi uratować jeszcze jednego”. Uratował życie przynajmniej 75 rannym, którzy ostali się na polu bitwy bez szansy na jakąkolwiek pomoc, skazani na śmierć w męczarniach.  Niesamowity przykład, jak Pan Bóg powołuje konkretnych ludzi w konkretne miejsca i posługuje się ich wiarą, przełożoną na czyny.

Warto zobaczyć.

hacksaw-ridge-22


„Hacksaw Ridge” is an American film about an American hero. Additionally, I would like to add that I am aware that if all were objectors (a word that I got to know at the age of thirty something) (and –MS Word doesn’t highlight it and I thought it wouldn’t recognize it), there would be nobody to defend us and this is not about supporting this attitude or not. Once this is clear, I can go to the point.

True stories are the best, because truth is the best. Desmond Doss’ story is true – this is a man who decided never to touch a weapon and then enlisted in the Army (he eventually had to touch the weapon, but in order to build a stretcher, so  it doesn’t count). He read the Bible every day, because of his beliefs he was often harassed by his fellows who considered themselves braver than him. Desmond Doss participated as medical personnel, among others, at the Battle of Okinawa (on which Gibson concentrated his film) – guts on top mixed with mud, with rats walking among it at the night, zipping bullets and the Bible (I wondered if he knows it all by heart, because he reads Bible so often, but immediately I was ashamed and remembered all these confessions, when the priests told me the cure for my weakness and ignorance is reading the Scripture). His prayer at the summit after the battle, when the surviving alive remnants evacuated from the battlefield and pulled away to their camp, was like Abraham’s prayer – „Lord, let me save one more” . He saved the lives of at least 75 wounded, who were left on the battlefield with no chance of any help, sentenced to death in agony. An amazing example of how God calls specific people in specific places and uses their faith, translated into deeds.

Worth seeing.

Pa!

Od dłuższego czasu się tutaj niewiele dzieje i wbrew moim dobrym chęciom i zamiarom, nic już z tego raczej nie będzie. Niczego nie będę kasować, wszystko sobie tutaj będzie leżeć, jednak aktualizować będę jedynie Twittera i – mam nadzieję – facebooka, chociaż to mi opornie idzie. Jedyne, co chciałabym tutaj zadeklarować to to, że nie pojawią się już raczej nowe wpisy – archiwum jest już bardzo bogate i mam poczucie, że co miałam powiedzieć, to powiedziałam. Nie chcę się powtarzać, ani uprawiać ekshibicjonizmu, tym bardziej, że najważniejsze rzeczy dla mnie na świecie nie dotyczą już tylko mnie, a pisanie dalej w takiej konwencji bez ekshibicjonizmu byłoby niemożliwe. Mam nadzieję, że przez to, co tutaj napisałam spływały i spływają na Was błogosławieństwa, ale absolutnie za ich przyczynę nie uważam siebie – jeden jest tylko Pan. To był wspaniały czas, pisanie tutaj. Pa!

Są na tym świecie rzeczy

Jakiś czas temu byłam świadkiem dyskusji traktującej o pewnej młodej pannie, wiosen dwadzieścia dwie, jak zaznaczono – głęboko religijnej, która związała się rok temu z pewnym młodzieńcem, któremu wiosen dwadzieścia siedem (tyle lat człowiek studiuje germanistykę, że potem nie wie, jak po polsku rozpisać liczby – wstyd) i postanowili się pobrać. PO ROKU. 22 LATA. Oburzonko. Zareagowałam na to może nazbyt gwałtownie (ale i tak robię postępy w nieodzywaniu się niepotrzebnie i hamowaniu swojego temperamentu), że sorry, ale ja do tego chóru nie dołączę, bo uważam, że to bardzo fajnie. Gdy ludzie razem dojrzewają i uczą się dorosłości i rodzą dzieci w wieku, kiedy organizm jest w pełni sił (sorry, ciało nie czyta kosmomagazynów) i potem, gdy mają lat pięćdziesiąt mają wreszcie z powrotem swój święty spokój i drugą młodość (pozdro, Rodzice) (sama tak nie będę miała, więc nie jestem jedną z tych, co uważają, że ich sposób jest najlepszy). W odpowiedzi spadł wodospad historii rozwodów po roku małżeństwa i że jak się ma lat dwadzieścia dwa, to się jest niedojrzałym. Pewnie, że się jest. Tylko są na tym świecie rzeczy, o których ludzie niewierzący nie mają pojęcia, a co jest śmieszne – uważają właśnie, że wiedzą więcej, że są ponad to. Małżeństwo to SAKRAMENT, glejt od Boga. Nie żyję na ziemskiej orbicie, wiem jak jest, żoną nie jestem, ale wnoszę po mocy innych sakramentów, których doświadczam, że małżeński jest tak samo silny jak te mi dostępne. Poza tym, sorry – życie latami w związku w czystości to jest tortura, chuć jest bezlitosna, a niemieszkanie razem jest naprawdę wielce nieekonomiczne. Zatem dla zakochanej osoby wierzącej (tutaj oczywiście zakładam brak jakiejkolwiek patologii psychologicznej, oszustw i wypaczeń oraz rozeznanie swojego powołania) naprawdę bardziej opłaca się wejść w związek małżeński niż w niego nie wchodzić. Dla ludzi wierzących sakrament małżeństwa ma OGROMNĄ wartość, więc proszę go nie spłaszczać.

A, że życie w małżeństwie nie jest łatwe? Cóż, życie w ogóle nie jest łatwe.

Różaniec – don’t talk, just pray

Z różnych logistycznych względów nie zmawiałam dziś Różańca w drodze do pracy, został mi więc na wieczór. Kiepska jestem w skupianiu się 30 minut na rozmowie z Bogiem (tłumaczę sobie, że to pewnie dlatego, że jestem kobietą, mam tysiąc myśli na minutę i wszystko łączy mi się ze wszystkim, a wszystko wynika ze wszystkiego). Kiedy zorientowałam się, że kolejny raz, dziesiątkę za moich Rodziców spędziłam na planowaniu czegoś tam, na następnej dziesiątce postanowiłam się już skupić. Postanawianie trwało 5 „Zrowasiek”, po czym o intencji przypomniałam sobie przy ostatniej. Zawsze wzbudza to we mnie poczucie bycia beznadziejną w modlitwie.

Ktoś mi kiedyś powiedział, że w każdej modlitwie, gdy człowiek wraca z zabłąkania myślowego, to Bóg się cieszy, że wrócił, a nie roztrząsa, gdzie był. I że skoro o tym człowiek myślał, to o było ważne i żeby to oddać Bogu.

Ja (raczej: Duch Święty i ja) sobie dzisiaj pomyślałam, że Różaniec to modlitwa do Boga PRZEZ MARYJĘ. Czyli ja idę do Maryji, Maryja idzie do Boga. Pojawił mi się w głowie obraz klęczącej Maryi, zwróconej w stronę Światła i modlącej się, spoglądającej od czasu do czasu na mnie, raczkującą gdzieś tam, czy aby nie poszłam za bardzo w krzaki.

b0da00e01d3ad8ac815cb5170f63217d

(nie wiem, czyj to obraz – znam go z Pinterest)

Myśmy myśleli.

Gdy się biega z Różańcem wokół kuli ziemskiej przez 54 dni, to ma człowiek nieco czasu na medytację – odmawianie Różańca to wcale nie jest taka bułka z masłem, jak mogłoby się wydawać. Trudna ta sztuka rzadko mi się udaje, mimo że próby podejmuję codzienni. Czasem Duch Święty przebija się jednak przez moje rozproszenia i w monotonnym – mogłoby się zdawać – odgłosie kolejnych „Zdrowaś…”, w tajemnicach – mogłoby się zdawać – tak już znanych i przemyślanych, zauważam coś, na co przez poprzednie minione lata nie wpadłam (to jest swoją drogą to, w jaki sposób definiuję sobie żywość Pisma Świętego). Tkwiąc głęboko w Wielkim Poście, przy trzecich już tajemnicach tamtego dnia (czytaj: „Panie-Boże-jeszcze-tyle-mi-zostało-ja-już-nie-mogę”), Maria Magdalena wpadła na Jezusa w Ogrodzie po zmartwychwstaniu (to był ten – jeden z wielu – momentów postanowienia skupienia się jednak na Różańcu). Pod krzyżem Jezusa stały prawdopodobnie trzy kobiety oraz – zapewne niepełnoletni wtedy – późniejszy św. Jan Ewangelista. Następnego dnia rano po szabacie do grobu Jezusa wybrała się Maria Magdalena. Wzięła z domu, co miała wziąć i poszła (pewnie poszła zaraz jak tylko mogła). Grób znalazła pusty, rozmawiała z Aniołami (!), którzy nie zrobili na niej wrażenia, po czym zaproponowała rzekomemu ogrodnikowi, że weźmie ciało Pana, tylko niech jej powie, gdzie Go przeniósł. Ona, sama, ciało trzydziestoletniego mężczyzny. Nie roztrząsała, czy to wszystko, co się właśnie wydarzyło jest logiczne. Czy ją Jezus oszukał, czy jest zawiedziona. Kobieta, która kocha – którą uwiódł Bóg.

Kilka kilometrów zapewne dalej siedzą Apostołowie. Jedenastu chłopa, zawiedzionych i rozczarowanych. Jakby nad kartkami z dwoma równoległymi, które mają się łączyć w nieskończoności, ale im kartki nie starcza na tą nieskończoność i całość się kupy nie trzyma. Potem powiedzą, że spodziewali się, że On wybawi Izraela i że trzeci już dzień leży w grobie, mimo że były u nich kobiety, mówiąc, że grób jest pusty. Przez wiele miesięcy chodzili i widzieli, co Jezus robił. Mówił im przynajmniej trzy razy o tym, co się stanie, ALE PRZECIEŻ ONI POTEM WIDZIELI JAK GO ZABILI.

Westchnął pewnie zmartwychwstały Bóg i powiedział „No dobra…” i chodził od jednego do drugiego. Jadł, przechodził przez drzwi i pozwalał wkładać sobie ręce w rany. Uff, udało się. Równoległe się połączyły.

Biblia zawsze będzie prawdziwa, bo jest to historia życia Boga z ludźmi. Bóg jest zawsze taki sam i człowiek też. Biblia to kopalnia wiedzy o kobiecym i męskim sposobie myślenia i działania – historia relacji Boga i Człowieka czyli.