Nadzieja zawieść nie może

Duchowe

Wszyscy o jednym.

Ekstrawertyk zamknięty w domu. Gdy o tym myślałam (a myślałam od kilkunastu dni, bo wiedziałam, że to przyjdzie), czułam jakby mi wielki kloc spadał na głowę. Klaustrofobia to takie dziwne uczucie, jakby się miało zaraz udusić, mimo że to tylko się dzieje w głowie, a nie w płucach. Minęło 5 dni, nie udusiłam się. Kryzys narastał do piątku, bo dopiero w piątek wpadłam na to, żeby Panu Bogu oznajmić (gdyby przypadkiem nie wiedział), że bardzo konkretnie potrzebuję pocieszenia. Zesłał mi je, częściowo tylko przez drugiego człowieka, bardziej Samym Sobą (nie umiem tego opisać – nie że coś obiecał; nie, że powiedział, że będzie dobrze – po prostu przez Swoją większą obecność, wyparł ze mnie smutek). Bardziej od choroby przeraża mnie samotność i tęsknota. Pod „przeraża” mam na myśli, że wywracają się flaki i boli fizycznie.

IMG-1181

Postanowiłam zacząć od systemowego podejścia (this is Prussia) – wiedziałam, że nowa codzienna rutyna pomoże mi to wszystko oswoić. Wiedziałam też, że nie będę miała wszystkich odpowiedzi od razu – dopiero po kilku dniach widzę, co się sprawdza, a co nie. Wymyśliłam sobie modlitewny zestaw na okoliczność wysłania wirusa gdzie pieprz rośnie. Taki, który wiem, że pociągnę codziennie. Miałam dwie litanie do wyboru, w końcu zapytałam Ducha Świętego, która to ma być (mam w sobie silne wewnętrzne przekonanie, że litania musi być tak „irytująca” dla Boga na dłuższą metę jak to biblijne walenie w drzwi po chleb w środku nocy – Łk 11, 5-8). Dotarło do mnie, że muszę mieć rozplanowany dzień jak w klasztorze, bo inaczej nie ujadę z niczym – ani z pracą, ani z modlitwą, ani z rozrywką.

Kiedy umarł Jan Paweł II, ludzie skrzykiwali się smsowo w różne miejsca o różnych godzinach, by się razem modlić. Bardzo szybko okazało się, że tych inicjatyw jest bardzo dużo, za dużo i spełniają głównie funkcję dawania poczucia ludziom, że są wspólnotą (nic w tym złego zasadniczo). To samo uczucie wzbudziły we mnie ostanie inicjatywy na gorąco. Dla wszystkich sytuacja jest nowa, wiele osób i instytucji przedstawia swoją ofertę kulturalną, by umilić czas wymuszonego odosobnienia. Ja wysiadam, nie dam rady. Podobnie mam z, nazwijmy to, ofertą religijną. Mnóstwo zachęt do wspólnej modlitwy, chaos w informacjach dotyczących streamingów nabożeństw i Mszy świętych. Uderzyłam sobie duchową pięścią w duchowy stół i postanowiłam trzymać się informacji o jednej konkretnej mszy i pozostałe info ignorować. Postanowiłam także nie wpędzać się w poczucie winy, że nie wezmę udziału w tej czy tamtej wspólnej wirtualnej inicjatywie. Przytłacza natłok tych informacji. W mojej duszy panuje wystrój skandynawski i paraliżuje mnie, kiedy ktoś wjeżdża z barokiem.

Wczoraj zakiełkowała we mnie myśl, że aktualnie jestem kompletnie nieprzydatna społeczeństwu. Oglądanie i czytanie o osobach, które są na pierwszej linii frontu powoduje, że czuję się jak ten czerwony owad w kropki, co latem się gnieździ pod kamieniami. Kiedy modliłam się tym wczoraj, żeby Pan Bóg pomógł być mi użyteczną, natchnęło mnie na siostry klauzurowe. Czy ich posługa na co dzień jest użyteczna i potrzebna? Jest. Obnażyło to tylko moje zwątpienie w moc i znaczenie modlitwy. Jeżeli wolą Boga jest aktualnie moja mini klauzurowość w mojej mini kwarantannie, to znaczy, że to najlepsze, co mogę światu od siebie dać.

Dobry Bóg nam zawsze pomoże. W tym czasie ludzie muszą stawiać czoło wielu trudnym sytuacjom w codziennym wymiarze (pomijam tutaj celowo oczywiste wyzwania osób chorych, wszystkich pracowników służby zdrowia, farmaceutów) – utrata źródła utrzymania, praca z domu wśród dzieci, zamknięcie w przemocowym domu, poród nieoczekiwanie bez partnera, przełożenie planowanych od miesięcy wydarzeń. Niektórym nasila się depresja i niepokój. To nie są małe rzeczy, to jest wszystko obiektywnie trudne. Kiedyś bardzo się bałam takich sytuacji, z jaką obecnie się mierzymy. Czułam się bardzo samotna w moim lęku. Nie miałam z kim porozmawiać, bo płynęła informacja zwrotna, że przesadzam. Jeżeli czyta to ktoś, kto potrzebuje porozmawiać lub popisać, by podnieść na duchu, to tutaj jest email do kontaktu.

Wzruszają mnie kapłani, którzy przez zęby godzą się na posłuszeństwo władzom kościelnym i świeckim, ale robią WSZYSTKO, żeby nie odciąć ludzi od Mszy. Wzrusza widok kapłanów w prezbiterium wielkiego pustego kościoła. Widok kapłanów z zagranicy, którzy latają samolotami nad krajami objętymi zarazą z Najświętszym Sakramentem w monstrancji i tych przemierzających ulice swoich parafii z Nim. Z tego wszystkiego będzie jeszcze bardzo dużo dobra. Tylko od nas zależy, ile.

Czuj, katoliku / Catholics, feel

Blubry, Duchowe

Moje nawrócenie było przepełnione emocjami (całość można przeczytać tutaj). Ostateczna decyzja była decyzją racjonalną (ja naprawdę nie jestem łasa na tanie pocieszenia), ale nie doszłoby do niej, gdyby nie te wszystkie emocje. Chwila ta nie byłaby także taka piękna w moich wspomnieniach, gdyby w sekundzie po jej podjęciu nie zalała mnie fala spokoju i przyjemnych emocji, zupełnie „nie wiadomo skąd” (no ale przecież wiadomo skąd). Kiedy kilka miesięcy później weszłam do pokoju, w którym ksiądz Marian Piątkowski, poznański egzorcysta archidiecezjalny, przyjmował petentów, poczułam się tam najlepiej na świecie. Trafiłam potem w (wydaje mi się jednak zdecydowanie, że w umiarkowanie) charyzmatyczne środowisko, widziałam pierwsze spoczynki w Duchu Świętym i sama też spoczęłam. Spoczynek w Duchu Świętym to jest naprawdę niezły haj. Nie wiem jak to jest podczas śmierci klinicznej, ale mogę sobie łatwo wyobrazić, że ludzie nie chcą wracać, bo ja po jednym spoczynku w Duchu Świętym nie chciałam. Bardzo długo jednak (jeszcze przez jakieś naście lat od tych wydarzeń) pokutowało we mnie przekonanie, że emocje przeszkadzają i że trzeba się ich wyzbywać, unikać, ignorować. Są rzeczy na świecie, które TRZEBA i w ogóle życie TRZEBA. Trzeba być dyspozycyjnym codziennie tak samo. Trzeba być opanowanym. Trzeba siedzieć cicho. Trzeba się nie bać. Trzeba być ponad wszystko. BO TAK CHCE BÓG I MATKA KOŚCIÓŁ. Próbowałam się jakoś wpasować. Uznałam, że to jest po prostu jedna z moich wielu wad, trzeba się trzymać krótko za mordę i jakoś to będzie. Zamiast przybliżać się do Boskiego ideału, oddalałam się. Przede wszystkim od siebie, tworząc jakieś pruskie monstrum. Był to pewnie wynik tego, co od dziecka słyszałam w domu, kościele i na religii w szkole; moich interpretacji pism ascetycznych świętych i przekonania, że nie wolno popełnić błędu, bo a) idzie się do piekła, b) zniszczysz sobie życie. Żyłam tak 30 lat. Na szczęście jeden ksiądz w najbrzydszym kościele na świecie zapytał mnie kiedyś podczas spowiedzi z największą możliwą miłością „A Ty czego być chciała w tej konkretnej sprawie?”. Duch Święty wyważył kopniakiem drzwi do pruskiej twierdzy, bo oto w sakramencie Bóg mnie pyta, czego ja bym chciała, tak naprawdę od środka. Nie, co myślę, że powinnam.

Bóg stworzył człowieka całego, emocje w pakiecie. Jezus miał emocje, Maryja miała emocje, Józef miał emocje, święty Paweł miał emocje, święty Piotr miał EMOCJE (ja kompletnie identyfikuję się z faktem wyskoczenia z łodzi do wody, bo Jezus stoi na brzegu; JAK W OGÓLE MOŻNA ZROBIĆ INACZEJ?!), św. Tomasz Didymos miał emocje, św. Maria Magdalena miała emocje. Kiedy pewna jawnogrzesznica obmyła Jezusowi stopy łzami, to nie powiedział jej, żeby przestała histeryzować. Kiedy na drodze krzyżowej spotkał płaczące niewiasty, powiedział im, by nie płakały nad Nim, a nad swoimi dziećmi – nie, żeby nie płakały (swoją drogą, mówienie komuś, kto płacze, żeby nie płakał jest tak skrajnie głupie, że nie rozumiem, dlaczego się tak panoszy). Ekstazy świętych, dar od Boga i znak jakiegoś szczególnego wybrania do poznawania Go to kupa emocji. To nie jest blog psychologiczny, ja nie jestem żadnym wyedukowanym ekspertem w tej dziedzinie, więc ograniczę się do tego, że emocje nie pojawiają się z kapelusza i komunikują nam dużo o nas samych. Negowanie ich jest kontra produktywne. Otaczanie ich nadmierną uwagą i rozdrabianie się nad nimi również szkodzi. Dyktatura emocji jest tak samo szkodliwa jak dyktatura rozumu. Jeżeli jednak ktoś coś poczuł, to nie wolno mu mówić, że przesadza czy histeryzuje; także sobie nie wolno tego robić. Z jakiegoś powodu poczuł, to jest zawsze komunikat. Pomocny także przy rozeznawaniu woli Bożej!

Człowiek nie jest duszą uwięzioną w ciele ani rozumiem uwięzionym w emocjach.


My conversion was full of emotions (the whole story can be read here). The final decision was a rational decision (I am really not greedy for a cheap consolation), but it would not have happened if it wasn’t for all these emotions. This moment would also not be so beautiful in my memories if, a second after taking it, I was not flooded with a wave of calmness and pleasant emotions, completely „out of nowhere” (but we all know where did they come from, though). When I entered the room a few months later, in which Father Marian Piątkowski, a Poznań archdiocesan exorcist, received petitioners, I felt amazing calm there. Later I found myself in a (not very strongly) charismatic environment, I saw the first rest in the Holy Spirit and I rested myself as well. Resting in the Holy Spirit is like being on a really good high. I don’t know what it’s like during clinical death, but I can easily imagine that people don’t want to come back because I didn’t want to after one rest in the Holy Spirit. However, for a long time (for about a decade or so from those events), I was convinced that emotions disturb you while growing and that you have to get rid of them, avoid them, ignore them. There are things in the world that NEED to be done. You have to be available to the same extent every day for everything and to everyone. You have to be calm. You have to sit quietly. You Carnot be afraid. You have to be above this all. BECAUSE GOD AND MOTHER CHURCH WANT YOU TO. I tried to fit in somehow. I decided that this is just one of my many drawbacks, I have to hold on and somehow I will manage to survive. Instead of approaching the divine ideal, I went away, creating some Prussian monster. It was probably the result of what I had heard from my childhood at home, church and religion at school; my interpretations of the ascetic scriptures and the conviction that one must not make a mistake because a) one goes to hell, b) you destroy your life. I lived like this for 30 years. Fortunately, one priest in the world’s ugliest church once asked me during confession with the greatest possible love, „And what do you want in this particular case?” The Holy Spirit kicked open the door to the Prussian fortress because here in the sacrament God asks me what I would like, from the bottom of my heart. Not, what I think I should.

God created the whole human being, with emotions.  Jesus had emotions, Mary had emotions, Joseph had emotions, Saint Paul had emotions, Saint Peter had EMOTIONS (I completely identify with the fact of jumping from a boat into the water, because Jesus was on the shore; HOW CAN YOU NOT?!), Saint Thomas Apostle had emotions, Saint Maria Magdalena had emotions. When a certain prostitute washed Jesus’ feet with tears, he did not tell her to stop overreacting. When he met crying women on his way of the cross, he told them not to cry over Him but over their children – not that they would not cry at all (by the way, telling someone who is crying not to cry is so stupid that I do not understand why it is so common). The ecstasy of saints, a gift from God and a sign of being some kind of chosen in order to get to know Him is a pile of emotions. This is not a psychological blog, I am not an educated expert in this field, so I limit myself to the fact that emotions do not appear from nowhere and communicate a lot about us. Denying them is not productive at all. Paying much attention to them is also harmful. The dictatorship of emotions is just as harmful as the dictatorship of reason. However, if someone has felt something, he must not say that he is exaggerating or overreacting. For some reason one felt it, it is always a message. Also helpful while discerning God’s will!

Man is not a soul trapped in the body nor reason trapped in emotions.

W rękach Twoich

Blubry, Duchowe

Postanowienia robię przed Adwentem i Wielkim Postem. Przed nowym rokiem jakoś nie bardzo, bo to można jedynie na styczeń/luty, bo przecież skąd będę wiedziała w końcówce grudnia, co będzie dla mnie najtrudniejsze/najważniejsze w przyszłym październiku?

W listopadzie 2018 pojechałam na rekolekcje organizowane przez Blessed Is She do Irlandii, gdzie Beth mówiła o swoich noworocznych rytuałach. Jednym z nich jest wybór—a raczej zesłanie jej—słowa na nadchodzący rok. Beth jest dosyć przekonywująca, więc sceptyczna, ale jednak, pomyślałam, że spróbuję. Trudność polega głównie na tym, że to słowo trzeba usłyszeć na modlitwie. Centralnie od Pana Boga. Tak całkiem bez pośredników. SKĄD MAM WIEDZIEĆ CZY DOBRZE USŁYSZĘ. Wysiliłam zasoby i duchowymi uszami zobaczyłam słowo „przebaczenie”. Pomyślałam, że to ma sens, bo borykałam się wtedy z przebaczaniem samej sobie. Nie bardzo wiedziałam, co się z takim słowem robi (Beth na 2018 rok dostała słowo „prezent”, więc wiadomo, że ja bym też takie chciała i że to ona dostawała, a nie że robiła coś). Jest to jedyne coś na jakiś rok, które przetrwało przy mnie żywe przez wszystkie 12 miesięcy (losowałam też sobie świętego, ale to jednak nie jest mój sposób na życie z intencją) (chyba, że to chodzi o to, że dany święty się jakoś szczególniej opiekuje delikwentem przez te miesiące?) (Franciszku Ksawery?) (to by była świetna realizacja świętych obcowania i integracja z Kościołem uwielbionym). Może trzeba na to patrzeć jako szczególne łaski zsyłane w jakimś kontekście? W każdym razie, rok 2019 sprawił, że na jego końcu jestem o jakieś o 5 lat starsza niż 12 miesięcy temu. Niestety mam ograniczone możliwości zaspokojenia ciekawości Czytelników w tej materii, bo rzeczy dotyczą także osób trzecich, ale wierzcie mi—musiałam się nawybaczać, aż iskrzyło (ostatnie dni grudnia mocno dołożyły do pieca, więc Duch Boży nie zwalnia). Nie znoszę tych wszystkich katolickich wpisów o egzaltacji dobrocią Pana Boga, ale w sumie nie ma w nich żadnych konkretów. Spróbuję popełnić taki egzaltujący, ale mięsisty.

Musiałam pogodzić się z tym, że do niektórych rzeczy zawodowo się nie nadaję. Różne trudności, które mnie spotykały, zaowocowały jednym z największych kryzysów osobowościowych, jaki mam w dorobku. Doszło nawet do tego, że pierwszy raz w życiu wpadłam w kompleksy odnośnie mojego wyglądu. Dzięki łasce Bożej jednak, wszystkie te rzeczy postanowiłam przeżywać/załatwiać w nowy sposób, mimo że bardzo się bałam. Wchodziłam w nie (bardzo nieudolnie, ale ostatecznie skutecznie) patrząc im prosto w oczy i trzymając się jak brzytwy przekonania, że mam prawo siebie bronić, wszystkiego nie wiedzieć, a Pan Bóg stoi po mojej prawicy. Bywało, że się bałam, ale postanowiłam wtedy posłuchać wprost tego, co jest napisane w Biblii – nie bój się, kiedy się boisz, bo Bóg jest i jest większy od tego, czego się boisz. Tu i teraz jest większy. Po tym wszystkim kilka tygodni temu dostałam od Ducha Świętego obraz – stoję na jeziorze, a tafla jest spokojna, mimo że w realu siekają błyskawice. Przestało mnie martwić, co myślą sobie o mnie inni—wcześniej nie umiałam pogodzić się z tym, że ktoś myśli o mnie nieprawdę. Przestałam się bać, że zachoruję na jakąś poważną chorobę. Zaczęłam mówić Panu Jezusowi o WSZYSTKIM, nawet o moich zachciankach i kompleksach. Codziennie przed spaniem szukałam w minionym dniu chociaż jednej pozytywnej rzeczy (by zasypiać będąc pewną konkretów i prawdziwego stanu gry). Pan Bóg dał mi odwagę do wypowiadania swojego zdania w konfliktowych sytuacjach. Kiedy nie umiałam wybaczyć, modliłam się o to, żeby umieć. To są w moim życiu ogromne zmiany, a nie byłoby ich, gdybym nie siadała wtulona w fotel i nie opowiadała Panu Bogu o tym, co mnie wkurzyło, o co mam do siebie i do innych pretensje, że coś mi się udało lub że coś mi się nie udało, jakie mam plany, do czego nie mogę się zebrać, co mnie ucieszyło. I nie słuchała, co ma mi na ten temat do powiedzenia. Czasem więcej, czasem mniej. Więcej kazań powinno być na ten temat.

Ten był rok był strasznie krwawy, ale także kwitnący. Tak naprawdę, najpiękniejszy w moim życiu.

097ce4bb-9422-4540-ad74-b760dade4808

***

Ja (już zasypiając, wieczorem): Kończy się rok, trzeba będzie się pomodlić o słowo na 2020. To jutro.

Duch Święty: Dom.

Ja: Nie, no jutro. Teraz nie, skąd mam wiedzieć, że to prawdziwe słowo na 2020, kiedy jestem półprzytomna?!

Duch Święty: Dom.

Ja: No dobra, pomyślę o tym jeszcze jutro.

Po kilku minutach prawie podskoczyłam.

Ja: Długa droga do DOMU – kurka, umrę!

Anioł Stróż: #facepalm

 

 

[Podcast] nie o Wszystkich Świętych

Duchowe, Uncategorized

Mówię tu o świętych, którzy są dla mnie ważni i mówię też, dlaczego tacy dla mnie są.

Nagrany bardzo chałupniczymi metodami z głową w książkach, ale wreszcie jest. Zaczęłam myśleć o podcaście w maju 2018 roku, mamy koniec października 2019 roku. Oznacza to tylko tyle, że miałam wystarczająco dużo czasu, by sobie wszystko dokładnie przemyśleć.

Świadoma wszelkich niedociągnięć technicznych (podobno za bardzo się uśmiecham, gdy mówię i przez to jest czasem mniej wyraźnie niż być powinno – poprawię się!) oddaję pierwszy odcinek Waszym uszom (van Gogh też nie szkicował i było widać pociągnięcia pędzla). Nie ukazałby się on, gdyby nie techniczne wsparcie @Yanussona – nie wiem ile razy musiałabym powiedzieć, że dziękuję, by było wystarczająco 🙂

Nagranie wkrótce pojawi się w iTunes, tylko walczę jeszcze z techniką…

Przedradość / Exciting anticipation

Duchowe

Starsze panie zazwyczaj otrzymują skrzydła jak orły, gdy następuje moment wydawania Pana Jezusa w Komunii.

Ja lubię przyjmować Go na końcu.

Rozpraszają mnie ludzie, wracający do ławek, więc wolę, by wrócili zanim ja wrócę. Staję na końcu kolejki na końcu kościoła. Lubię ten rytm, kiedy kolejka się kołysze i zbliża do ołtarza. Lubię patrzeć na ludzi, którzy dostają Pana Jezusa i na Niego, gdy Go kapłan trzyma w dłoni, robiąc mi mini adorację. Lubię, kiedy w tym czasie ładnie śpiewają ładne rzeczy. Lubię patrzeć na ludzi, którzy stoją w tej kolejce; dzieci przyklejone do rodziców z każdej strony świata. Lubię, kiedy się wtedy nikt nie spieszy.

Lubię wracać do ławki po Komunii jakby z Panem Jezusem za rękę.


Older ladies usually soar on wings like eagles when the moment of the Holy Communion comes. I like to take Him at the end.

People are distracting me, going back to the benches after receiving the Communion, so I prefer them to come back before me. I stand at the end of the queue at the end of the church. I like this rhythm when the queue is swaying and approaching the altar. I like looking at people who receive Jesus and at Him when the priest holds him in the hand, making me a mini adoration before handing Him to a person. I like when they sing nice things nicely. I like to look at the people who stand in this queue; children sticking to their parents. I like when nobody is in a hurry.

Afterwards, I like going back to my bench as if I was holding Jesus’ hand.

Cierpienie / Suffering

Blubry, Duchowe

O cierpieniu powiedziano i napisano już wiele i robili to o wiele mądrzejsi ode mnie (żeby wymienić już chociażby Jezusa jako pierwszego). Ja miałam jakieś tam teoretyczne przemyślenia, połączone z jakąś tam praktyką i tak, z zaciśniętą żuchwą, parłam do przodu. W zeszłym roku jednak okazało się, że przestrzeliłam z tymi moimi wnioskami z wcześniejszych doświadczeń, a wiedza teoretyczna, przekazana mi przez wcześniejsze pokolenia, okazała się bardzo niepełna i nieprawdziwa.

Processed with VSCO with a5 preset

 

Zauważyłam, że żeby przeżyć cierpienie, trzeba je do siebie dopuścić. Przyznać się, że przez coś się cierpi i nie wmawiać sobie, że to obiektywnie za mało, żeby przez to tak się czuć -> tak jest bardzo ŹLE, tak nie robimy. Nie pozwolić sobie wmówić innym, którzy trywializują rzecz, która sprawia nam cierpienie. Każdy ma swoje trudno, każdy ma inną wrażliwość i inne potrzeby. Jest oczywiście granica, za którą się histeryzowanie i przesadzanie zaczyna, jednak trzeba bardzo uważnie rozeznawać, bo można sobie lub komuś, kto potrzebuje naszego wsparcia, bardzo dużą krzywdę zrobić, bagatelizując. Ja długo trywializując swoje, zadawałam sobie jeszcze większe, bo zamiast je przerobić i być szczerą wobec siebie, udawałam, że pewne rzeczy mnie nie dotykają i jestem ponad nie.

Już kiedyś o tym pisałam, ale napiszę jeszcze raz. Kiedyś myślałam, że gdy się ofiaruje cierpienie za kogoś lub powie się sobie, że chce się je przeżywać z Jezusem, to ono przestanie boleć – że zniknie, bo „wchłonie” je Jezus. W następstwie udawałam, że już tego cierpienia w ogóle nie ma, że zniknęło (nie znikało, tylko je kneblowałam). Kilkanaście lat temu zostałam napadnięta na ulicy. Gdy po kilku tygodniach wreszcie uległam pokusie zapytania „Gdzie byłeś wtedy, Jezusie, Synu Jahwe?”, uświadomił mi On, że razem ze mną był ciągnięty po ziemi tamtego wieczoru. Wydarzenia ostatniego roku uświadomiły mi, że Chrystus nie patrzy na mnie z politowaniem, że sobie tak słabo radzę z trudnymi sytuacjami. On nie chce, żeby mi było trudno – stworzył mnie z miłości i do miłości. Nie muszę przed nim udawać, że nic mnie nie rusza. Jaką mnie Boże stworzyłeś, taką mnie masz – posiadanie większego wiaderka na wrażliwość z jakiegoś powodu będzie dla mnie zyskiem w różnych sytuacjach życiowych, skoro mnie tak Jahwe wymyślił. Nie zrobiłby mi psikusa, żeby się zabawić, oglądając. Może ktoś stwierdzić, że to niewiele zmienia w samym przeżywaniu cierpienia – mi jednak zmieniło. Nie ma we mnie tygodniami pielęgnowanego pod przykrywką buntu – pretensje zgłaszam od razu do Nieba. Nie było nigdy sytuacji takiej, żeby było to zostawione bez echa. Zawsze przynajmniej ulży mi emocjonalnie, nie mówiąc o tym, że czasem przypadkiem wpadam na kogoś życzliwego za rogiem lub ktoś zadzwoni.

Cierpienie uszlachetniło mnie w tym sensie, że wymieniłam sobie wiaderko z napisem „empatia” na większe. Postanowiłam sobie, że nie dam sobie wyhodować grubej skóry – już wolę wytrenować sobie pośladki, żeby mieć twarde cztery litery. Cierpienie dla samego cierpienia jest okrucieństwem. Negowanie czyjegoś cierpienia jest okrucieństwem.

Nie jestem ekspertem od cierpienia. Apoteoza cierpienia jest głupotą. Wierzę, że Bóg go nie chciał i nie chce, ale wie, jak to jest cierpieć. Zmartwychwstały Jezus ma na swoim ciele ślady męki, ale jaśnieje. Uratował człowieka, jest Bogiem, ale zostały Mu blizny. Bądź jak Jezus, niech z Twoich ran bije oślepiające światło miłości, które oświetla drogę. Drogę do Domu.


A lot has been already said and written about suffering and people much smarter than I did that (to mention e.g. Jesus as the first one). I had had some theoretical thoughts on it, combined with some practice and so, with my jaw clenched, I moved forward. Last year, however, it turned out that my conclusions from my previous experiences and the theoretical knowledge passed down to me by previous generations turned out to be very incomplete and untrue.

I noticed that in order to survive suffering, one must admit it. That means not telling yourself that this thing shouldn’t make you feel pain – it’s so WRONG, that’s not how we do it. If something causes pain it’s useless to pretend it’s not. Don’t allow yourself to be told by others who trivialize the thing that causes us suffering. People are different and different things make them suffer – everyone has a different sensitivity and other needs. There is, of course, a boundary behind which the hysterics begins, but one must carefully discern because you can do a lot of harm, belittle oneself or someone who needs our support. For a long time trivializing my own sufferings, I was hurting myself even more, because instead of working them out and being honest with myself, I pretended that certain things don’t affect me and I’m above them.

I wrote about it before, but I will write again. Once I thought that when one sacrifices suffering for somebody or one wants to share this pain with Jesus, it won’t hurt anymore – that it will disappear because „Jesus” will absorb it. In the aftermath, I pretended that there was no more suffering, that it disappeared (it didn’t disappear, I just gagged it). Some time ago I was attacked on the street. When, after a few weeks, I finally succumbed to the temptation to ask, „Where were you then, Jesus, Son of Yahweh?” he made me realize that he was dragged along with me on the ground that evening. The events of the last year have made me realize that Christ doesn’t look at me with pity, that I am so poor in dealing with difficult situations. He doesn’t want my life to be hard – he created me out of love and for love. I don’t have to pretend to him that nothing affects me. He knew what he was doing while creating me – having a bigger bucket for sensitivity for some reason will be a profit for me in various life situations. He wouldn’t do a trick to have fun watching me. Someone may say that it doesn’t change much in experiencing suffering – but it has changed me. I am not protesting weeks long in silence – I immediately complain to Heaven. There has never been a situation when it was unnoticed. I always at least relieve emotionally, not to mention that sometimes I accidentally run into someone around the corner or someone calls me.

Suffering ennobled me in the sense that I exchanged my bucket with the inscription „empathy” for a bigger one. I decided that I wouldn’t let myself to be thinks-skinned. Suffering for suffering itself is cruelty. Negating someone’s suffering is cruelty.

I am not an expert on suffering. The apotheosis of suffering is stupid. I believe God didn’t and doesn’t want its presence in the world and he knows what it’s like to suffer. The resurrected Jesus has traces of torment on his body, but his body shines. He saved a mankind, he is God, but he has got scars. Be like Jesus, let your wounds be the blinding light of love that illuminates the way. The way home.

„Jezus i kobiety” Enzo Bianchi

Duchowe, Książki

Wokół tematu „Kobiety w Kościele Katolickim” narosło wiele stereotypów – ja sama wzdychałam wcześniej z politowaniem, gdy widziałam, że ktoś się za niego zabiera. Takie uproszczenia nie biorą się z powietrza, a świecki ruch feministyczny kojarzony jest z histerią, abstrakcyjnymi postulatami i zdaje się często, że feministki chciałyby po prostu usunąć mężczyzn nie tylko z planety Ziemia, ale i całego kosmosu. Przykładając to stereotypowe myślenie do zagadnień związanych z organizacją życia religijnego w KK, pierwszym wnioskiem, który może się nasuwać, jest *uciemiężenie kobiet* przez hierarchię z powodu niedopuszczania ich do święceń kapłańskich.

Moje osobiste doświadczenie podpowiada, że nigdzie indziej w świecie kobieta nie jest (na poziomie teoretycznym, z praktyką różnie bywa – wiem) tak sprawiedliwie traktowana jak w Kościele Katolickim. Bóg stworzył człowieka jako kobietę i mężczyznę, Jego wola realizuje się przez nich obydwoje, różnice pomagają tylko poszerzyć pole rażenia. Z jakiegoś (mi nieznanego) powodu (pewnie po prostu przez grzech), w kulturze rozpanoszył się patriarchat, który stworzył i przez wieki pogłębiał podział między płciami na niekorzyść kobiecej części ludzkości. Gdy Bóg przyszedł na świat we Własnej Osobie, chciał pokazać, że to nie jest słuszna koncepcja – o tym właśnie jest książka Enzo Bianchi’ego „Jezus i kobiety”, którą wydało niedawno wydawnictwo „w drodze”.

IMG_20180630_225442

Autor przeanalizował relacje Jezusa z kobietami i podkreśla ich rewolucyjność. Po krótkim wstępie, gdzie Bianchi kreśli tło historyczno-kulturowe Starego Testamentu, bierze pod lupę najpierw ewangelie synoptyczne i oddzielnie ewangelię według świętego Jana. Większość z nas bardzo dobrze zna postacie i historie przez niego opisywane – wystarczy otworzyć Pismo Święte w odpowiednim miejscu. Zwraca on jednak uwagę na szczegóły, których przeciętny czytelnik (cóż, każdy bez uniwersyteckiego przygotowania teologicznego) prawdopodobnie przeocza podczas lektury – robi to w sposób odważny i prowokujący. Sensacja ma tutaj wymiar otwierania drzwi do tajemniczego ogrodu – to, co się za nimi objawia napawa pięknem i pierwotną delikatnością. Jezus dostrzega kobietę jako taką, bierze na serio jej uczucia, pragnienia i smutek. Dyskutuje z nią, traktując ją jako równego sobie interlokutora. Jest czuły, ale nie przekracza granicy czystości.

Kobieta, która cierpiała na krwotok (czyli prawdopodobnie na niekończącą się menstruację) była nieczysta, a mimo to odważyła się przekroczyć prawo i dotknąć mężczyzny, przekazując mu niejako swoją nieczystość, a On nazywa ją córką! Podczas wizyty w domu swoich przyjaciół, Maria zasłuchuje się w Jego naukę, a Jezus powiedział, że obrała dobrą część. W Torze znajdujemy zapis, że lepiej spalić słowa Tory, aniżeli nauczać jej kobiety (s. 57) – w świetle tych słów, zachowanie Jezusa jest naprawdę rewolucyjne.

„Czynności domowe powinny być wykonywane skrzętnie, zachowując jednak wewnętrzną integralność. Troska, uwaga, służba innym są ważne, ale każde działanie powinno dokonywać się w sposób inteligentny, bez niszczenia własnej osobowości, w spokoju i wewnętrznym pokoju. Istnieje prymat słuchania Słowa nad aktywnością codzienną, nawet tą służebną, ale nie przeciwstawienie, w którym jedno wykluczałoby drugie; nie ma żadnego totalitaryzmu w służbie Panu, jedynie pierwszeństwo bycia w Jego obecności i słuchaniu Słowa.” (s. 59)

Jezus nie traktuje kobiet inaczej niż mężczyzn – jest tym samym Jezusem w kontaktach z każdym. Uważnie patrzy na konkretnego człowieka, bez uprzedzeń. Nie przeciwstawia kobiecości męskości, nie wartościuje. Świadectwo kobiety nic nie znaczyło, a to właśnie kobiety przekazały w świat wiadomość o zmartwychwstaniu. Nie bał się, że nikt nie uwierzy. Duch Boży okazał się większy od uprzedzeń ówczesnego patriarchatu (tak naprawdę, Syn Boży przyszedł na świat dlatego, że Jahwe zapytał jedną Dziewczynę, czy się zgodzi – mogła się nie zgodzić).

Niestety, Bianchi zauważa, że już w Dziejach Apostolskich rola kobiet w ewangelizacji i życiu pierwszych chrześcijan jest marginalizowana – po wniebowstąpieniu utarte schematy zachowań okazały się silniejsze niż przykład Jezusa. Od kilkunastu tygodni jestem w żałobie po moich wyobrażeniach o świętych Piotrze i Pawle, bo to w dużej mierze ich wina. Zawiedli mnie srogo – wybaczę im, czas leczy rany, a Jezus nauczył mnie prosić Ojca o wybaczenie, tak jak ja wybaczam, więc jakby nie mam wyjścia.

„Byłoby również szczególnie ważne, aby Kościół powrócił bez lęku do słów i postawy Jezusa wobec kobiet i dał Mu się inspirować, przyjmując Jego myśli, uczucia, ludzkie zachowanie, które są decydujące, także jeżeli chodzi o kształt wspólnoty chrześcijańskiej i relacji w niej panujących pomiędzy mężczyznami i kobietami, bo przecież wszyscy są jednym w Chrystusie Jezusie.” (s. 143)

Książka jest fantastycznym punktem wyjścia i zachętą do medytacji nad tym tematem. Są w niej  fragmenty nieco kontrowersyjne, zastanawiające, ale nie czytałam wcześniej niczego tak delikatnego, a równocześnie zdecydowanego. Książkę tę napisał mężczyzna, co sprawia, że jest jeszcze bardziej intrygująca. Ważna, zarówno dla mężczyzn i kobiet. Warto jako prezent dla kapłana.


Short summary in English:

I am afraid that there is no English translation of the Enzo Bianchi’s book „Jesus and women” (there should be, so if somebody who has the power to get this translated and published reads this, please give it a try!).

Bianchi shares his observations about how Jesus treated women and who actually women were/are in God’s eyes. At the beginning of his book, the author draws a historic-cultural picture of ancient Israel and the situation of women. Then he examines every encounter of Jesus and a woman that you can find in the New Testament – he divided his work into two larger parts: Synoptic Gospels and Gospel of John.

Bianchi shows how Jesus overcame the prejudices against women – he allows to be touched by a bleeding woman (aka unclean) and teaches Mary, Lazarus’ sister (women were not supposed to be taught by a rabbi). He has discussions with women and treats their fears, thoughts, and feelings seriously – it is really a very revolutionary behavior than. He emphasizes that Jesus was affectionate towards them.

What happened afterward that the Catholic Church is being accused of marginalizing women? Well, Bianchi points out that after the Ressurection and the Ascension the Apostles and other disciples came back to the patriarchal customs and women were put aside from all functions. Apart from the fact that it was women who proclaimed the resurrection to the world, there is hardly any reference to their role during the creation of the Church in the Acts of the Apostles. I must confess I am very disappointed with Peter and Paul after this book because they were able to change this and they didn’t. It seems like they were not sensitive enough for all Jesus did. I will forgive them, because I have to (but they could try harder) – I know they did amazing job anyway.

We all know the characters of those stories from Bianchi’s book – we can just open the Bible and read the them (one more time). However, without theological studies we overlook many details that are actually revolutionary. This book was written by a man what makes it more interesting – to me it was sensational in a way you open a door to a secret garden: what you see is natural, beautiful and tender.

God didn’t mind that the testimony of a woman doesn’t mean a lot then – the first human being on the whole planet who sees the risen Lord is a woman. Jesus came to this world because one Girl said „Yes”. He trusted women.

„It would also be particularly important for the Church to return without fear to the Jesus’ words and attitude to women and to allow Him to give her an inspiration, accepting His thoughts, feelings, human behavior, which are decisive, also in terms of the shape of the Christian community and the relationship between men and women, because all are one in Jesus Christ.” (p. 143)

Upici zapachem bzu / Made drunk by the lilac scent

Duchowe, Uncategorized

20180501_105211_0001

Modliłam się ostatnio na Różańcu i kolejny raz moje myśli gdzies odleciały. Czasami jedną dziesiątkę odmawiam trzy razy, bo nie jestem usatysfakcjonowana jej jakością (trzecim razem też nie jestem usatysfakcjonowana zazwyczaj, ale kapituluję, bo nic innego bym nie robiła w ciągu dnia, tylko odmawiała Różaniec). Wtedy też nie było inaczej. Przypomniałam sobie o tym, że Różaniec to po prostu dawanie Maryi bukietu róż i pomyślałam sobie, że ten mój bukiet to jakiś taki naprawdę słaby. Duch Święty porwał moje myśli i w wyobraźni go zobaczyłam – róże takie jakieś przekwitłe, wysmagane gwałtowną letnią burzą; listki ponadgryzane przez robaczki – obraz nędzy i rozpaczy. Wiedziałam jednak, że innego nie mam i muszę dać taki. Jakże wielkie było moje zaskoczenie, gdy Maryja rozpromieniona wyciągnęła po niego rękę. Wstydziłam się bardzo, że on taki brzydki, ale nie zdążyłam nic powiedzieć, bo Maryja się odsunęła i pokazała mi wszystkie bukiety, jakie ode mnie dostała. WSZYSTKIE – stały po horyzont w wazonach na podłodze. Trzyma je WSZYSTKIE i one żyją. Wszystkie tak samo „brzydkie”. Jeżeli Twoja mama wyrzuciła kiedyś laurkę od Ciebie, to wiedz, że Maryja trzyma wszystkie bukiety.


Some time ago I was praying the Rosary and one more time my thoughts were running like crazy in some strange directions. Sometimes I pray one decade three times in a row because I am not satisfied with the ‘quality’ of it (the third time isn’t actually satisfying as well, but I surrender because I would only pray the Rosary the whole day long). It was also the case on that day. I remembered that the Rosary is actually a bunch of roses for Mary and it came to my mind that my bunch is really poor. The Holy Spirit inspired me and I imagined it – the roses were faded, destroyed by the summer storm, the leaves gnawed by some bugs. I knew I have only this one to give Her. I was very surprised when she reached out her hands for it beaming. I was very ashamed because it was so ugly in my opinion, but I didn’t manage to say a word since she moved and showed me all the bunches she had ever received from me standing in vases on the floor. There were ALL I have ever given her. She keeps them all and they live although they’re all as much ‘ugly’ I imagined the current one. If your mum has ever thrown away some DIY gift from you, you should now that Mary keeps all the bouquets.

Zaakceptować siebie

Duchowe

„The Catholic Woman” to strona, na której co środę publikowane są listy-świadectwa katoliczek. W ubiegłą środę ukazał się list ode mnie. Poniżej tłumaczenie listu i mini wywiad (oryginał znajdziecie tutaj)

[przed lekturą dwie uwagi: * – „siostry” brzmi po polsku jakby rodem z „Seksmisji”, wiem, nie poradzę; ** – list pisałam jesienią, w międzyczasie stuknęła mi kolejna trójka, dlatego jest pewna nieścisłość wiekowa; *** – kilkanaście lat temu zostałam napadnięta na ulicy, stąd takie myśli.]

Drogie Siostry*,

mam 32** lata i znów jestem singielką po ponad dwuletnim związku, który skończył się w maju zeszłego roku. Przez wszystkie lata mojego dorosłego życia z małżeństwa i chęci posiadania dzieci zrobiłam sobie mojego idola. Czułam, że brak własnej rodziny czyni mnie gorszą kobietą i człowiekiem w ogólności, więc nie byłam w stanie czuć się szczęśliwa i wdzięczna za to, co otrzymałam od Boga.

Bardzo mocno starałam się być taka, jaka wydawało mi się, że być powinnam, by być dobrą katoliczką. Myślałam, że muszę zwalczać moje uczucia i słabości – trzeba nad sobą pracować, prawda? Myślałam, że oznacza to, że nie wolno mi czuć złości, samotności, smutku czy przytłoczenia, ponieważ – jako dobra katoliczka – powinnam być ponad to. Zeszłej wiosny znalazłam się w punkcie, gdzie nie miałam już siły tak bardzo się starać, ponieważ modlitwy, które zanosiłam przez ostatnie dwa lata nie wypełniały się. Poddałam się. Po raz drugi w moim życiu poddałam się Bogu i po raz drugi okazało się to najlepszym, co mogłam zrobić. Dzięki Jego Łaskce uczę się się jak być szczerą ze sobą i z Nim. Przez te wszystkie lata wydawało mi się, że muszę pokonać swoje uczucia – teraz już wiem, że to kłamstwo.

Nie muszę udawać, że nie mam uczuć, ponieważ teraz już wiem naprawdę, że uczucia nie są złe – uczucia są super i są darem Boga. Nauczyłam się je rozumieć i akceptować oraz nie oceniać siebie samej tak surowo. Wynikiem tego jest to, że po raz pierwszy w moim sercu nie ma żałoby w związku z moim życiem solo. Nigdy wcześniej w życiu nie czułam się tak wolna. Gdy czuję się smutna lub samotna, natychmiast mówię o tym Bogu. Wcześniej nie włączałam tego do mojej modlitwy i całymi dniami zamartwiałam się, płakałam i czułam się bezradna. Nie miałam pojęcia, że to dla Niego ważne. On nie zmienia okoliczności zawsze/natychmiast, lecz zmienia mój punkt widzenia i dosłownie zabiera smutek. Codzienne życie stało się o wiele prostsze. Ciągle są problemy, które trzeba rozwiązać (czasem potrzeba jedynie czterystu tysięcy złotych, co nie?), są choroby i kłótnie, ale nie ma tego bólu z nimi związanego. Nauczyłam się żyć tu i teraz bez zamartwiania się o przyszłość. Po 32 latach wreszcie zrozumiałam, co to znaczy, gdy Bóg mówi, by nie martwić się o jutro.

Zmierzam do tego, że najważniejsze jest znać i akceptować prawdę o sobie samym. To jest czasem zwodnicze, bo myślałam, że siebie znam. Wiedziałam, że jestem emocjonalna, ale zawsze traktowałam to jako słabość, a nie chciałam być słaba, lub – co jest bliższe prawdzie – nie chciałam, by Bóg myślał, że jestem słaba. Ta droga do pełnej akceptacji i pokochania siebie może być bardzo długa, ale uwalnia i otwiera na Bożą Łaskę. Nie bierzemy udziału w żadnym wyścigu w naszym życiu – nie chodzi o to, żeby przeżyć, a o to, żeby żyć. Niczego nam nie brakuje, ponieważ Bóg daje nam wszystko to, czego potrzebujemy.

IMG_20171128_214737_966

Zdjęcie – Ela

Troszkę o mnie:

Mam na imię Kasia, mam 33 lata i jestem singielką. Skończyłam germanistykę i obecnie pracuję jako PMO w międzynarodowej firmie IT. W przeszłości mieszkałam w Monachium i Wrocławiu, latem zeszłego roku wróciłam do Poznania, mojego rodzinnego miasta. Mam osobowość ESFJ i choleryczno-melancholijny temperament. W tej chwili staram się realizować swoje marzenia, w związku z czym zaczęłam uczyć się stepowania (moje wielkie marzenie od czasów liceum) i zaczęłam więcej podróżować.

Jak Twoja katolicka wiara wpływa na Twoje codzienne życie?

Naprawdę wpływa. Moja wiara jest moją największą motywacją, by być lepszym człowiekiem dla mojej rodziny, przyjaciół i koleżanek/kolegów w pracy. Staram się w ciągu dnia znaleźć chwilę tylko dola siebie i Boga. Modlitwa jest dla mnie świadomością obecności Boga w każdej minucie dnia – nigdy nie jestem sama. Kiedyś bałam się o przyszłość i wszystkich tych niebezpieczeństw, które mogą przytrafić się samotnej kobiecie w wielkim mieście***, ale teraz już wiem, że Bóg się o wszystko zatroszczy. Powtarzam sobie, że chodzi o wypełnienie woli Bożej i staram się jej szukać wśród tych wszystkich rzeczy, które przytrafiają mi się w życiu.

Która rada, jaką kiedykolwiek dostałaś, najbardziej Cię zainspirowała?

To było w zeszłym roku podczas spowiedzi. Do konfesjonału czekało wielu ludzi, do Mszy zostało niewiele czasu, ksiądz nie mógł mi go zbyt wiele poświęcić. Mimo to powiedział mi coś, co odmieniło moje życie na zawsze. Powiedziałam mu w konfesjonale, że muszę podjąć decyzję i nie wiem, co mam zrobić. Powiedział mi, że mam nie tylko prosić o wypełnienie się woli Bożej, ale powinnam także pomyśleć o tym, czego ja tak naprawdę chcę, ponieważ to naprawdę ma znaczenie. To dla mnie bardzo ważne, ponieważ moją patronką jest św. Katarzyna ze Sieny – uczy ona, że poznajesz Boga poprzez poznawanie samego siebie. Bardzo mocno łączę teraz te dwie rzeczy.

Opowiedz o kobiecie, która Cię inspiruje. Czego się od niej nauczyłaś? Jak wpłynęła ona na Twoje życie?

Najbardziej inspirującymi kobietami w moim życiu są moje przyjaciółki i koleżanki – żony, mamy, singielki. Gdy myślę o znanych kobietach, które miały (mają) na mnie wpływ to z pewnością Oriana Fallaci i św. Katarzyna ze Sieny.

Oriana Fallaci miała odwagę, by być sobą – była bardzo ambitna i szczera. Chciała wiedzieć wszystko o sprawach, które ją interesowały. Miała to tradycyjne humanistyczne wykształcenie, które zawsze robi na mnie ogromne wrażenie. Św. Katarzyna także była bardzo odważna i żyła po swojemu, będąc przy tym bardzo kobieca. Uczy jak być silną kobietą – poprzez odnalezienie Boga i samej siebie.

Jaka cnota jest dla Ciebie aktualnie najważniejsza?

Powiedziałabym, że znajdywanie pokoju w Panu w codziennym życiu. Świat potrafi być bardzo rozczarowujący i dobijający, moje własne życie potrafi być bardzo rozczarowujące. Mimo to staram się wracać ciągle do Jezusa i pamiętać, że zmartwychwstał i jest miłością.

Jaki zapach jest dla Ciebie najpiękniejszy na świecie?

Zapach ziół w mieście. Może to się wydawać dziwne, ale zwłaszcza latem w ciepłe wieczory unosi się ten zapach nad miastem wśród ruchu samochodowego, domów i bloków. Nigdy nie doświadczyłam tego poza Poznaniem. Ma to dla mnie niezwykłą moc, bo to znak, że natura zawsze jest tuż obok – bez względu na miejską architekturę i styl życia.

Dokończ zdania

Typowy dzień w moim życiu…

Wstaję i szykuję się do pracy. Ubieram się, maluję i jem śniadanie – w tej kolejności. Później idę do pracy, gdzie spędzam kolejnych osiem godzin. Po pracy zazwyczaj spotykam się ze znajomymi, chodzę na siłownię, gotuję lub czytam książki. Nie brzmi to jak jakieś wybitnie fascynujące życie, jednak postanowiłam przyjmować małe codzienne sprawy z wielką miłością i dzięki temu naprawdę mogę się cieszyć życiem.

Mój ulubiony cytat to…

„Powstań, przyjaciółko ma, piękna ma, i pójdź” Pieśń na Pieśniami 2,10

Czuję się zainspirowana, gdy…

Gdy rozmawiam z przyjaciółmi o sprawach dla nich ważnych. Ich historie o zmaganiu się z przeciwnościami zawsze wywierają na mnie największe wrażenie. Jakkolwiek dziwnie to może zabrzmieć – daje mi to siłę i motywację do walki z moimi własnymi problemami. Nauczyłam się, że nie musisz być idealna, ale to zawsze miło, gdy się starasz najbardziej jak umiesz.

Kościół Katolicki jest…

moim domem.


You can find the (original) English version here.

Najlepsze w 2017 poza tym, że nigdy nie wróci. / The best things from 2017 apart from the fact that it will never come back.

Duchowe
aybp15j22zr4jxkn45sb

by Banksy

„Bądź tym, kim Bóg przeznaczył cię, żebyś był, a podpalisz świat” – miała powiedzieć św. Katarzyna Sieneńska (która nie dosyć, że jest moją patronką z fabryki, to jeszcze mi się wylosowała na patrona roku). Miniony rok był rokiem prawdy i docierania do niej. Prawdy o sobie, porzucania ochronnego pancerza tego, jakim się powinno być i kim się wymyśliło, że się jest oraz rokiem akceptacji tej prawdy. Był to najtrudniejszy rok w moim życiu, jednak łask dostałam proporcjonalnie do otrzymanych ciosów, więc z bliznami po szwach trwam w zachwycie nad tym, jacy piękni potrafią być ludzie, a konkretnie kobiety (mężczyźni też są/bywają człowieczo piękni, ale to nie o nich wątek). To był zdecydowanie rok kobiecości – odkrywania kobiecej siły w sobie samej i w innych kobietach. Pierwszy raz w życiu stanęłam przed ścianą i nie wiedziałam, co dalej. Wzięły mnie wtedy za ręce i poskładały, pokazały jak uwierzyć w siebie i że nie muszę wszystkiego umieć (bo one np. coś tam umieją i mogą mnie nauczyć i to nie będzie żadna ujma na moim honorze). Że nie muszę być perfekcyjna, że człowiek nie jest jak saper, który myli się raz, bo go potem rozsadza (trzeba sobie znaleźć takie koleżanki, które ci koronę podtrzymają, gdy ci się przekrzywi) (znajduje się je przez długie modlenie się o takowe – uprzedzając pytania). Doświadczyłam bardzo mocno, co to znaczy być traktowanym niesprawiedliwie i nie móc w żaden sposób temu zaradzić (ergo przekonałam się jak niewiele wiem o Jezusie na krzyżu). Wśród tych wszystkich cierni moje życie mimo wszystko rozkwitło – „zbankrutowałam”, ależ jak pięknie jest odbijać się od dna. Moje serce jest pełne wdzięczności Bogu i ludziom, przez których mi się (kolejny raz) pokazał.

Na drodze do poznawania i akceptowania samej siebie (i innych przy okazji też) pomogły mi także głównie trzy poniższe „rzeczy”, którymi chciałabym się podzielić (można czytać/słuchać też bez obaw, gdy się jest niewierzącym, bo to bazuje na psychologii wszystko i nie indoktrynuje 😉 ):

„Konflikt w relacjach. Zrozumieć i przezwyciężyć”, Sara Savage i Eolene Boyd-MacMillan – książka, która wie, jak jest. Konfliktów nie da się uniknąć, ta książka tłumaczy, dlaczego tak, a nie inaczej zachowujemy się w sytuacji konfliktowej i że pewnych rzeczy nie przeskoczymy, bo działa biologia. Uczy tego, że w różny sposób się konfliktujemy (bardzo cenne i trafne testy na diagnozę własnego typu) i jakie mamy możliwości przerobienia tego konfliktu (czasem  zależności od naszego typu, ale pewne prawdy są uniwersalne). To nie jeden z kołczingowych poradników, jak uniknąć konfliktu – to książka o tym jak wejść w konflikt, gdy już inaczej się nie da i jak go przejść z jak najmniejszą liczbą ofiar śmiertelnych.

16 personalities – nigdy nie wierzyłam w testy na diagnozę osobowości. Dla zabawy zrobiłam ten i czytając opis mojego typu zaczęłam się zastanawiać, kto mnie z Księżyca obserwuje i skąd on to wszystko wie. Przez lata niektóre osoby z mojego otoczenia wtłaczały mi, że pewne zachowania, wynikające z mojej osobowości są złe i trzeba je zwalczyć. W tym teście cudowne jest to, że ukazane są i mocne i słabe strony danego typu. Przyświeca mu idea akceptacji samego siebie i takiego zarządzania całym tym taborem, żeby było najfajniej jak to możliwe. Niczego nie trzeba w sobie zwalczać, chodzi o to, by umiejętnie pokierować (umiejętnie kieruje się z Panem Bogiem, który jaką mnie stworzył, taką mnie ma. Cały ten proces poznawania siebie odbywał się właśnie w tej perspektywie i jak powiedział Malina – patrz niżej – tylko z Panem Bogiem to, co jest wadą, można sobie przepracować).

Temperamenty – rozwój charakteru, audiobook ks. Mirosława Malińskiego – Malina ma wybitny dar parodiowania i tłumaczenia prosto trudnych rzeczy. Nie wiem, skąd tak dobrze zna człowieka, ale bierzcie z tego wszyscy, serio!

Wszystkie te wiadomości o człowieku służą lepszemu poznaniu siebie, ale także uwrażliwiają na inność drugiego. Podkreślają konieczność doskonalenia komunikacji (!!!) i uczą wyrozumiałości. W tym filmie ks. Krzysiu Porosło mówi, że Bóg kocha inność, stworzył nas jako różnych. Stwarzał, rozdzielając. Nie wolno przytłaczać innych swojością, ani siebie samego niszczyć wymyślonymi ideałami. Poznając siebie, poznajemy Boga.


“Be who God meant you to be and you will set the world on fire.” – told St. Catherine of Siena who is my name patron and also my patron for 2018. For me last year was a year of finding the truth and reaching out to it. The truth about myself, abandoning some vision I had had about myself who I should be and a year of acceptance of this truth. It was the most difficult year in my life, but I received enough grace to handle this, so with scars, I’m in awe of how beautiful people can be, especially women (men are also beautiful, but it’s not a thread about them). It was definitely a year of femininity – discovering a woman’s strength in myself and in other women. For the first time in my life, I stood in front of the wall and did not know what to do next. They took me by my hands and put together, showed me how to believe in myself and that I do not have to know everything (because, for example, they know something and can teach me and it will not discredit my honor). That I do not have to be perfect, that a man is not like a sapper who can be mistaken once, because then it bursts him (you have to find such friends who will hold your crown when it tilts you) (you can find them by long praying for such girlfriends). I experienced very much what it means to be treated unfairly and not be able to remedy this in any way (ergo I realized how little I had known about Jesus on the cross). Among all these thorns, my life blossomed after all – I went bankrupt, but how beautiful it is to rebound. My heart is full of gratitude to God and to people who (once again) showed me Him.

On the way to getting to know myself better and accepting myself (which means also understanding other people better, too) I found two „things” that were very helpful for me last year which I would like to share with you:

Conflict in Relationships: Understand It, Overcome It: At Home, At Work, In Life by Sara Savage, Eolene Boyd-MacMillan – a book that knows what the thing is. Conflicts cannot be avoided, this book explains why we behave the way we behave in a conflict situation (biology!). It teaches that we are managing conflicts in various ways (provides very valuable and accurate tests for the diagnosis of our own type) and what are the possibilities to go through the conflict (sometimes depending on our type, but some truths are universal). This is not one of the coaching guides on how to avoid conflict – this is a book about how to enter the conflict when you cannot do it any other way and how to go through it with as few casualties as possible.

16 personalities – I have never believed in tests for personality diagnosis. I did this for fun and while reading a description of my type, I began to wonder who is watching me from the moon and how he knows it all. Over the years, some people around me have forced me that certain behaviors resulting from my personality are bad and must be overcome. In this test, it is wonderful that the strengths and weaknesses of a given type are shown. It is guided by the idea of accepting yourself and managing this entire luggage in such a way that it would be as cool as possible. You do not have to fight anything, it’s about being able to guide yourself. I believe that the only way to manage some weakness in your personality is to pray to God. He created us the way we are because He wanted us so and He will not leave us alone.

Both the book and the test emphasize the need to improve communication (!!!) among people and teach understanding. Fr. Krzysiu Porosło said once that God loves diversity, he created us as different. He created by separating. By getting to know ourselves, we get to know God.