„Jezus i kobiety” Enzo Bianchi

Wokół tematu „Kobiety w Kościele Katolickim” narosło wiele stereotypów – ja sama wzdychałam wcześniej z politowaniem, gdy widziałam, że ktoś się za niego zabiera. Takie uproszczenia nie biorą się z powietrza, a świecki ruch feministyczny kojarzony jest z histerią, abstrakcyjnymi postulatami i zdaje się często, że feministki chciałyby po prostu usunąć mężczyzn nie tylko z planety Ziemia, ale i całego kosmosu. Przykładając to stereotypowe myślenie do zagadnień związanych z organizacją życia religijnego w KK, pierwszym wnioskiem, który może się nasuwać, jest *uciemiężenie kobiet* przez hierarchię z powodu niedopuszczania ich do święceń kapłańskich.

Moje osobiste doświadczenie podpowiada, że nigdzie indziej w świecie kobieta nie jest (na poziomie teoretycznym, z praktyką różnie bywa – wiem) tak sprawiedliwie traktowana jak w Kościele Katolickim. Bóg stworzył człowieka jako kobietę i mężczyznę, Jego wola realizuje się przez nich obydwoje, różnice pomagają tylko poszerzyć pole rażenia. Z jakiegoś (mi nieznanego) powodu (pewnie po prostu przez grzech), w kulturze rozpanoszył się patriarchat, który stworzył i przez wieki pogłębiał podział między płciami na niekorzyść kobiecej części ludzkości. Gdy Bóg przyszedł na świat we Własnej Osobie, chciał pokazać, że to nie jest słuszna koncepcja – o tym właśnie jest książka Enzo Bianchi’ego „Jezus i kobiety”, którą wydało niedawno wydawnictwo „w drodze”.

IMG_20180630_225442

Autor przeanalizował relacje Jezusa z kobietami i podkreśla ich rewolucyjność. Po krótkim wstępie, gdzie Bianchi kreśli tło historyczno-kulturowe Starego Testamentu, bierze pod lupę najpierw ewangelie synoptyczne i oddzielnie ewangelię według świętego Jana. Większość z nas bardzo dobrze zna postacie i historie przez niego opisywane – wystarczy otworzyć Pismo Święte w odpowiednim miejscu. Zwraca on jednak uwagę na szczegóły, których przeciętny czytelnik (cóż, każdy bez uniwersyteckiego przygotowania teologicznego) prawdopodobnie przeocza podczas lektury – robi to w sposób odważny i prowokujący. Sensacja ma tutaj wymiar otwierania drzwi do tajemniczego ogrodu – to, co się za nimi objawia napawa pięknem i pierwotną delikatnością. Jezus dostrzega kobietę jako taką, bierze na serio jej uczucia, pragnienia i smutek. Dyskutuje z nią, traktując ją jako równego sobie interlokutora. Jest czuły, ale nie przekracza granicy czystości.

Kobieta, która cierpiała na krwotok (czyli prawdopodobnie na niekończącą się menstruację) była nieczysta, a mimo to odważyła się przekroczyć prawo i dotknąć mężczyzny, przekazując mu niejako swoją nieczystość, a On nazywa ją córką! Podczas wizyty w domu swoich przyjaciół, Maria zasłuchuje się w Jego naukę, a Jezus powiedział, że obrała dobrą część. W Torze znajdujemy zapis, że lepiej spalić słowa Tory, aniżeli nauczać jej kobiety (s. 57) – w świetle tych słów, zachowanie Jezusa jest naprawdę rewolucyjne.

„Czynności domowe powinny być wykonywane skrzętnie, zachowując jednak wewnętrzną integralność. Troska, uwaga, służba innym są ważne, ale każde działanie powinno dokonywać się w sposób inteligentny, bez niszczenia własnej osobowości, w spokoju i wewnętrznym pokoju. Istnieje prymat słuchania Słowa nad aktywnością codzienną, nawet tą służebną, ale nie przeciwstawienie, w którym jedno wykluczałoby drugie; nie ma żadnego totalitaryzmu w służbie Panu, jedynie pierwszeństwo bycia w Jego obecności i słuchaniu Słowa.” (s. 59)

Jezus nie traktuje kobiet inaczej niż mężczyzn – jest tym samym Jezusem w kontaktach z każdym. Uważnie patrzy na konkretnego człowieka, bez uprzedzeń. Nie przeciwstawia kobiecości męskości, nie wartościuje. Świadectwo kobiety nic nie znaczyło, a to właśnie kobiety przekazały w świat wiadomość o zmartwychwstaniu. Nie bał się, że nikt nie uwierzy. Duch Boży okazał się większy od uprzedzeń ówczesnego patriarchatu (tak naprawdę, Syn Boży przyszedł na świat dlatego, że Jahwe zapytał jedną Dziewczynę, czy się zgodzi – mogła się nie zgodzić).

Niestety, Bianchi zauważa, że już w Dziejach Apostolskich rola kobiet w ewangelizacji i życiu pierwszych chrześcijan jest marginalizowana – po wniebowstąpieniu utarte schematy zachowań okazały się silniejsze niż przykład Jezusa. Od kilkunastu tygodni jestem w żałobie po moich wyobrażeniach o świętych Piotrze i Pawle, bo to w dużej mierze ich wina. Zawiedli mnie srogo – wybaczę im, czas leczy rany, a Jezus nauczył mnie prosić Ojca o wybaczenie, tak jak ja wybaczam, więc jakby nie mam wyjścia.

„Byłoby również szczególnie ważne, aby Kościół powrócił bez lęku do słów i postawy Jezusa wobec kobiet i dał Mu się inspirować, przyjmując Jego myśli, uczucia, ludzkie zachowanie, które są decydujące, także jeżeli chodzi o kształt wspólnoty chrześcijańskiej i relacji w niej panujących pomiędzy mężczyznami i kobietami, bo przecież wszyscy są jednym w Chrystusie Jezusie.” (s. 143)

Książka jest fantastycznym punktem wyjścia i zachętą do medytacji nad tym tematem. Są w niej  fragmenty nieco kontrowersyjne, zastanawiające, ale nie czytałam wcześniej niczego tak delikatnego, a równocześnie zdecydowanego. Książkę tę napisał mężczyzna, co sprawia, że jest jeszcze bardziej intrygująca. Ważna, zarówno dla mężczyzn i kobiet. Warto jako prezent dla kapłana.


Short summary in English:

I am afraid that there is no English translation of the Enzo Bianchi’s book „Jesus and women” (there should be, so if somebody who has the power to get this translated and published reads this, please give it a try!).

Bianchi shares his observations about how Jesus treated women and who actually women were/are in God’s eyes. At the beginning of his book, the author draws a historic-cultural picture of ancient Israel and the situation of women. Then he examines every encounter of Jesus and a woman that you can find in the New Testament – he divided his work into two larger parts: Synoptic Gospels and Gospel of John.

Bianchi shows how Jesus overcame the prejudices against women – he allows to be touched by a bleeding woman (aka unclean) and teaches Mary, Lazarus’ sister (women were not supposed to be taught by a rabbi). He has discussions with women and treats their fears, thoughts, and feelings seriously – it is really a very revolutionary behavior than. He emphasizes that Jesus was affectionate towards them.

What happened afterward that the Catholic Church is being accused of marginalizing women? Well, Bianchi points out that after the Ressurection and the Ascension the Apostles and other disciples came back to the patriarchal customs and women were put aside from all functions. Apart from the fact that it was women who proclaimed the resurrection to the world, there is hardly any reference to their role during the creation of the Church in the Acts of the Apostles. I must confess I am very disappointed with Peter and Paul after this book because they were able to change this and they didn’t. It seems like they were not sensitive enough for all Jesus did. I will forgive them, because I have to (but they could try harder) – I know they did amazing job anyway.

We all know the characters of those stories from Bianchi’s book – we can just open the Bible and read the them (one more time). However, without theological studies we overlook many details that are actually revolutionary. This book was written by a man what makes it more interesting – to me it was sensational in a way you open a door to a secret garden: what you see is natural, beautiful and tender.

God didn’t mind that the testimony of a woman doesn’t mean a lot then – the first human being on the whole planet who sees the risen Lord is a woman. Jesus came to this world because one Girl said „Yes”. He trusted women.

„It would also be particularly important for the Church to return without fear to the Jesus’ words and attitude to women and to allow Him to give her an inspiration, accepting His thoughts, feelings, human behavior, which are decisive, also in terms of the shape of the Christian community and the relationship between men and women, because all are one in Jesus Christ.” (p. 143)

Reklamy

Upici zapachem bzu / Made drunk by the lilac scent

20180501_105211_0001

Modliłam się ostatnio na Różańcu i kolejny raz moje myśli gdzies odleciały. Czasami jedną dziesiątkę odmawiam trzy razy, bo nie jestem usatysfakcjonowana jej jakością (trzecim razem też nie jestem usatysfakcjonowana zazwyczaj, ale kapituluję, bo nic innego bym nie robiła w ciągu dnia, tylko odmawiała Różaniec). Wtedy też nie było inaczej. Przypomniałam sobie o tym, że Różaniec to po prostu dawanie Maryi bukietu róż i pomyślałam sobie, że ten mój bukiet to jakiś taki naprawdę słaby. Duch Święty porwał moje myśli i w wyobraźni go zobaczyłam – róże takie jakieś przekwitłe, wysmagane gwałtowną letnią burzą; listki ponadgryzane przez robaczki – obraz nędzy i rozpaczy. Wiedziałam jednak, że innego nie mam i muszę dać taki. Jakże wielkie było moje zaskoczenie, gdy Maryja rozpromieniona wyciągnęła po niego rękę. Wstydziłam się bardzo, że on taki brzydki, ale nie zdążyłam nic powiedzieć, bo Maryja się odsunęła i pokazała mi wszystkie bukiety, jakie ode mnie dostała. WSZYSTKIE – stały po horyzont w wazonach na podłodze. Trzyma je WSZYSTKIE i one żyją. Wszystkie tak samo „brzydkie”. Jeżeli Twoja mama wyrzuciła kiedyś laurkę od Ciebie, to wiedz, że Maryja trzyma wszystkie bukiety.


Some time ago I was praying the Rosary and one more time my thoughts were running like crazy in some strange directions. Sometimes I pray one decade three times in a row because I am not satisfied with the ‘quality’ of it (the third time isn’t actually satisfying as well, but I surrender because I would only pray the Rosary the whole day long). It was also the case on that day. I remembered that the Rosary is actually a bunch of roses for Mary and it came to my mind that my bunch is really poor. The Holy Spirit inspired me and I imagined it – the roses were faded, destroyed by the summer storm, the leaves gnawed by some bugs. I knew I have only this one to give Her. I was very surprised when she reached out her hands for it beaming. I was very ashamed because it was so ugly in my opinion, but I didn’t manage to say a word since she moved and showed me all the bunches she had ever received from me standing in vases on the floor. There were ALL I have ever given her. She keeps them all and they live although they’re all as much ‘ugly’ I imagined the current one. If your mum has ever thrown away some DIY gift from you, you should now that Mary keeps all the bouquets.

Zaakceptować siebie

„The Catholic Woman” to strona, na której co środę publikowane są listy-świadectwa katoliczek. W ubiegłą środę ukazał się list ode mnie. Poniżej tłumaczenie listu i mini wywiad (oryginał znajdziecie tutaj)

[przed lekturą dwie uwagi: * – „siostry” brzmi po polsku jakby rodem z „Seksmisji”, wiem, nie poradzę; ** – list pisałam jesienią, w międzyczasie stuknęła mi kolejna trójka, dlatego jest pewna nieścisłość wiekowa; *** – kilkanaście lat temu zostałam napadnięta na ulicy, stąd takie myśli.]

Drogie Siostry*,

mam 32** lata i znów jestem singielką po ponad dwuletnim związku, który skończył się w maju zeszłego roku. Przez wszystkie lata mojego dorosłego życia z małżeństwa i chęci posiadania dzieci zrobiłam sobie mojego idola. Czułam, że brak własnej rodziny czyni mnie gorszą kobietą i człowiekiem w ogólności, więc nie byłam w stanie czuć się szczęśliwa i wdzięczna za to, co otrzymałam od Boga.

Bardzo mocno starałam się być taka, jaka wydawało mi się, że być powinnam, by być dobrą katoliczką. Myślałam, że muszę zwalczać moje uczucia i słabości – trzeba nad sobą pracować, prawda? Myślałam, że oznacza to, że nie wolno mi czuć złości, samotności, smutku czy przytłoczenia, ponieważ – jako dobra katoliczka – powinnam być ponad to. Zeszłej wiosny znalazłam się w punkcie, gdzie nie miałam już siły tak bardzo się starać, ponieważ modlitwy, które zanosiłam przez ostatnie dwa lata nie wypełniały się. Poddałam się. Po raz drugi w moim życiu poddałam się Bogu i po raz drugi okazało się to najlepszym, co mogłam zrobić. Dzięki Jego Łaskce uczę się się jak być szczerą ze sobą i z Nim. Przez te wszystkie lata wydawało mi się, że muszę pokonać swoje uczucia – teraz już wiem, że to kłamstwo.

Nie muszę udawać, że nie mam uczuć, ponieważ teraz już wiem naprawdę, że uczucia nie są złe – uczucia są super i są darem Boga. Nauczyłam się je rozumieć i akceptować oraz nie oceniać siebie samej tak surowo. Wynikiem tego jest to, że po raz pierwszy w moim sercu nie ma żałoby w związku z moim życiem solo. Nigdy wcześniej w życiu nie czułam się tak wolna. Gdy czuję się smutna lub samotna, natychmiast mówię o tym Bogu. Wcześniej nie włączałam tego do mojej modlitwy i całymi dniami zamartwiałam się, płakałam i czułam się bezradna. Nie miałam pojęcia, że to dla Niego ważne. On nie zmienia okoliczności zawsze/natychmiast, lecz zmienia mój punkt widzenia i dosłownie zabiera smutek. Codzienne życie stało się o wiele prostsze. Ciągle są problemy, które trzeba rozwiązać (czasem potrzeba jedynie czterystu tysięcy złotych, co nie?), są choroby i kłótnie, ale nie ma tego bólu z nimi związanego. Nauczyłam się żyć tu i teraz bez zamartwiania się o przyszłość. Po 32 latach wreszcie zrozumiałam, co to znaczy, gdy Bóg mówi, by nie martwić się o jutro.

Zmierzam do tego, że najważniejsze jest znać i akceptować prawdę o sobie samym. To jest czasem zwodnicze, bo myślałam, że siebie znam. Wiedziałam, że jestem emocjonalna, ale zawsze traktowałam to jako słabość, a nie chciałam być słaba, lub – co jest bliższe prawdzie – nie chciałam, by Bóg myślał, że jestem słaba. Ta droga do pełnej akceptacji i pokochania siebie może być bardzo długa, ale uwalnia i otwiera na Bożą Łaskę. Nie bierzemy udziału w żadnym wyścigu w naszym życiu – nie chodzi o to, żeby przeżyć, a o to, żeby żyć. Niczego nam nie brakuje, ponieważ Bóg daje nam wszystko to, czego potrzebujemy.

IMG_20171128_214737_966
Zdjęcie – Ela

Troszkę o mnie:

Mam na imię Kasia, mam 33 lata i jestem singielką. Skończyłam germanistykę i obecnie pracuję jako PMO w międzynarodowej firmie IT. W przeszłości mieszkałam w Monachium i Wrocławiu, latem zeszłego roku wróciłam do Poznania, mojego rodzinnego miasta. Mam osobowość ESFJ i choleryczno-melancholijny temperament. W tej chwili staram się realizować swoje marzenia, w związku z czym zaczęłam uczyć się stepowania (moje wielkie marzenie od czasów liceum) i zaczęłam więcej podróżować.

Jak Twoja katolicka wiara wpływa na Twoje codzienne życie?

Naprawdę wpływa. Moja wiara jest moją największą motywacją, by być lepszym człowiekiem dla mojej rodziny, przyjaciół i koleżanek/kolegów w pracy. Staram się w ciągu dnia znaleźć chwilę tylko dola siebie i Boga. Modlitwa jest dla mnie świadomością obecności Boga w każdej minucie dnia – nigdy nie jestem sama. Kiedyś bałam się o przyszłość i wszystkich tych niebezpieczeństw, które mogą przytrafić się samotnej kobiecie w wielkim mieście***, ale teraz już wiem, że Bóg się o wszystko zatroszczy. Powtarzam sobie, że chodzi o wypełnienie woli Bożej i staram się jej szukać wśród tych wszystkich rzeczy, które przytrafiają mi się w życiu.

Która rada, jaką kiedykolwiek dostałaś, najbardziej Cię zainspirowała?

To było w zeszłym roku podczas spowiedzi. Do konfesjonału czekało wielu ludzi, do Mszy zostało niewiele czasu, ksiądz nie mógł mi go zbyt wiele poświęcić. Mimo to powiedział mi coś, co odmieniło moje życie na zawsze. Powiedziałam mu w konfesjonale, że muszę podjąć decyzję i nie wiem, co mam zrobić. Powiedział mi, że mam nie tylko prosić o wypełnienie się woli Bożej, ale powinnam także pomyśleć o tym, czego ja tak naprawdę chcę, ponieważ to naprawdę ma znaczenie. To dla mnie bardzo ważne, ponieważ moją patronką jest św. Katarzyna ze Sieny – uczy ona, że poznajesz Boga poprzez poznawanie samego siebie. Bardzo mocno łączę teraz te dwie rzeczy.

Opowiedz o kobiecie, która Cię inspiruje. Czego się od niej nauczyłaś? Jak wpłynęła ona na Twoje życie?

Najbardziej inspirującymi kobietami w moim życiu są moje przyjaciółki i koleżanki – żony, mamy, singielki. Gdy myślę o znanych kobietach, które miały (mają) na mnie wpływ to z pewnością Oriana Fallaci i św. Katarzyna ze Sieny.

Oriana Fallaci miała odwagę, by być sobą – była bardzo ambitna i szczera. Chciała wiedzieć wszystko o sprawach, które ją interesowały. Miała to tradycyjne humanistyczne wykształcenie, które zawsze robi na mnie ogromne wrażenie. Św. Katarzyna także była bardzo odważna i żyła po swojemu, będąc przy tym bardzo kobieca. Uczy jak być silną kobietą – poprzez odnalezienie Boga i samej siebie.

Jaka cnota jest dla Ciebie aktualnie najważniejsza?

Powiedziałabym, że znajdywanie pokoju w Panu w codziennym życiu. Świat potrafi być bardzo rozczarowujący i dobijający, moje własne życie potrafi być bardzo rozczarowujące. Mimo to staram się wracać ciągle do Jezusa i pamiętać, że zmartwychwstał i jest miłością.

Jaki zapach jest dla Ciebie najpiękniejszy na świecie?

Zapach ziół w mieście. Może to się wydawać dziwne, ale zwłaszcza latem w ciepłe wieczory unosi się ten zapach nad miastem wśród ruchu samochodowego, domów i bloków. Nigdy nie doświadczyłam tego poza Poznaniem. Ma to dla mnie niezwykłą moc, bo to znak, że natura zawsze jest tuż obok – bez względu na miejską architekturę i styl życia.

Dokończ zdania

Typowy dzień w moim życiu…

Wstaję i szykuję się do pracy. Ubieram się, maluję i jem śniadanie – w tej kolejności. Później idę do pracy, gdzie spędzam kolejnych osiem godzin. Po pracy zazwyczaj spotykam się ze znajomymi, chodzę na siłownię, gotuję lub czytam książki. Nie brzmi to jak jakieś wybitnie fascynujące życie, jednak postanowiłam przyjmować małe codzienne sprawy z wielką miłością i dzięki temu naprawdę mogę się cieszyć życiem.

Mój ulubiony cytat to…

„Powstań, przyjaciółko ma, piękna ma, i pójdź” Pieśń na Pieśniami 2,10

Czuję się zainspirowana, gdy…

Gdy rozmawiam z przyjaciółmi o sprawach dla nich ważnych. Ich historie o zmaganiu się z przeciwnościami zawsze wywierają na mnie największe wrażenie. Jakkolwiek dziwnie to może zabrzmieć – daje mi to siłę i motywację do walki z moimi własnymi problemami. Nauczyłam się, że nie musisz być idealna, ale to zawsze miło, gdy się starasz najbardziej jak umiesz.

Kościół Katolicki jest…

moim domem.


You can find the (original) English version here.

Najlepsze w 2017 poza tym, że nigdy nie wróci. / The best things from 2017 apart from the fact that it will never come back.

aybp15j22zr4jxkn45sb
by Banksy

„Bądź tym, kim Bóg przeznaczył cię, żebyś był, a podpalisz świat” – miała powiedzieć św. Katarzyna Sieneńska (która nie dosyć, że jest moją patronką z fabryki, to jeszcze mi się wylosowała na patrona roku). Miniony rok był rokiem prawdy i docierania do niej. Prawdy o sobie, porzucania ochronnego pancerza tego, jakim się powinno być i kim się wymyśliło, że się jest oraz rokiem akceptacji tej prawdy. Był to najtrudniejszy rok w moim życiu, jednak łask dostałam proporcjonalnie do otrzymanych ciosów, więc z bliznami po szwach trwam w zachwycie nad tym, jacy piękni potrafią być ludzie, a konkretnie kobiety (mężczyźni też są/bywają człowieczo piękni, ale to nie o nich wątek). To był zdecydowanie rok kobiecości – odkrywania kobiecej siły w sobie samej i w innych kobietach. Pierwszy raz w życiu stanęłam przed ścianą i nie wiedziałam, co dalej. Wzięły mnie wtedy za ręce i poskładały, pokazały jak uwierzyć w siebie i że nie muszę wszystkiego umieć (bo one np. coś tam umieją i mogą mnie nauczyć i to nie będzie żadna ujma na moim honorze). Że nie muszę być perfekcyjna, że człowiek nie jest jak saper, który myli się raz, bo go potem rozsadza (trzeba sobie znaleźć takie koleżanki, które ci koronę podtrzymają, gdy ci się przekrzywi) (znajduje się je przez długie modlenie się o takowe – uprzedzając pytania). Doświadczyłam bardzo mocno, co to znaczy być traktowanym niesprawiedliwie i nie móc w żaden sposób temu zaradzić (ergo przekonałam się jak niewiele wiem o Jezusie na krzyżu). Wśród tych wszystkich cierni moje życie mimo wszystko rozkwitło – „zbankrutowałam”, ależ jak pięknie jest odbijać się od dna. Moje serce jest pełne wdzięczności Bogu i ludziom, przez których mi się (kolejny raz) pokazał.

Na drodze do poznawania i akceptowania samej siebie (i innych przy okazji też) pomogły mi także głównie trzy poniższe „rzeczy”, którymi chciałabym się podzielić (można czytać/słuchać też bez obaw, gdy się jest niewierzącym, bo to bazuje na psychologii wszystko i nie indoktrynuje 😉 ):

„Konflikt w relacjach. Zrozumieć i przezwyciężyć”, Sara Savage i Eolene Boyd-MacMillan – książka, która wie, jak jest. Konfliktów nie da się uniknąć, ta książka tłumaczy, dlaczego tak, a nie inaczej zachowujemy się w sytuacji konfliktowej i że pewnych rzeczy nie przeskoczymy, bo działa biologia. Uczy tego, że w różny sposób się konfliktujemy (bardzo cenne i trafne testy na diagnozę własnego typu) i jakie mamy możliwości przerobienia tego konfliktu (czasem  zależności od naszego typu, ale pewne prawdy są uniwersalne). To nie jeden z kołczingowych poradników, jak uniknąć konfliktu – to książka o tym jak wejść w konflikt, gdy już inaczej się nie da i jak go przejść z jak najmniejszą liczbą ofiar śmiertelnych.

16 personalities – nigdy nie wierzyłam w testy na diagnozę osobowości. Dla zabawy zrobiłam ten i czytając opis mojego typu zaczęłam się zastanawiać, kto mnie z Księżyca obserwuje i skąd on to wszystko wie. Przez lata niektóre osoby z mojego otoczenia wtłaczały mi, że pewne zachowania, wynikające z mojej osobowości są złe i trzeba je zwalczyć. W tym teście cudowne jest to, że ukazane są i mocne i słabe strony danego typu. Przyświeca mu idea akceptacji samego siebie i takiego zarządzania całym tym taborem, żeby było najfajniej jak to możliwe. Niczego nie trzeba w sobie zwalczać, chodzi o to, by umiejętnie pokierować (umiejętnie kieruje się z Panem Bogiem, który jaką mnie stworzył, taką mnie ma. Cały ten proces poznawania siebie odbywał się właśnie w tej perspektywie i jak powiedział Malina – patrz niżej – tylko z Panem Bogiem to, co jest wadą, można sobie przepracować).

Temperamenty – rozwój charakteru, audiobook ks. Mirosława Malińskiego – Malina ma wybitny dar parodiowania i tłumaczenia prosto trudnych rzeczy. Nie wiem, skąd tak dobrze zna człowieka, ale bierzcie z tego wszyscy, serio!

Wszystkie te wiadomości o człowieku służą lepszemu poznaniu siebie, ale także uwrażliwiają na inność drugiego. Podkreślają konieczność doskonalenia komunikacji (!!!) i uczą wyrozumiałości. W tym filmie ks. Krzysiu Porosło mówi, że Bóg kocha inność, stworzył nas jako różnych. Stwarzał, rozdzielając. Nie wolno przytłaczać innych swojością, ani siebie samego niszczyć wymyślonymi ideałami. Poznając siebie, poznajemy Boga.


“Be who God meant you to be and you will set the world on fire.” – told St. Catherine of Siena who is my name patron and also my patron for 2018. For me last year was a year of finding the truth and reaching out to it. The truth about myself, abandoning some vision I had had about myself who I should be and a year of acceptance of this truth. It was the most difficult year in my life, but I received enough grace to handle this, so with scars, I’m in awe of how beautiful people can be, especially women (men are also beautiful, but it’s not a thread about them). It was definitely a year of femininity – discovering a woman’s strength in myself and in other women. For the first time in my life, I stood in front of the wall and did not know what to do next. They took me by my hands and put together, showed me how to believe in myself and that I do not have to know everything (because, for example, they know something and can teach me and it will not discredit my honor). That I do not have to be perfect, that a man is not like a sapper who can be mistaken once, because then it bursts him (you have to find such friends who will hold your crown when it tilts you) (you can find them by long praying for such girlfriends). I experienced very much what it means to be treated unfairly and not be able to remedy this in any way (ergo I realized how little I had known about Jesus on the cross). Among all these thorns, my life blossomed after all – I went bankrupt, but how beautiful it is to rebound. My heart is full of gratitude to God and to people who (once again) showed me Him.

On the way to getting to know myself better and accepting myself (which means also understanding other people better, too) I found two „things” that were very helpful for me last year which I would like to share with you:

Conflict in Relationships: Understand It, Overcome It: At Home, At Work, In Life by Sara Savage, Eolene Boyd-MacMillan – a book that knows what the thing is. Conflicts cannot be avoided, this book explains why we behave the way we behave in a conflict situation (biology!). It teaches that we are managing conflicts in various ways (provides very valuable and accurate tests for the diagnosis of our own type) and what are the possibilities to go through the conflict (sometimes depending on our type, but some truths are universal). This is not one of the coaching guides on how to avoid conflict – this is a book about how to enter the conflict when you cannot do it any other way and how to go through it with as few casualties as possible.

16 personalities – I have never believed in tests for personality diagnosis. I did this for fun and while reading a description of my type, I began to wonder who is watching me from the moon and how he knows it all. Over the years, some people around me have forced me that certain behaviors resulting from my personality are bad and must be overcome. In this test, it is wonderful that the strengths and weaknesses of a given type are shown. It is guided by the idea of accepting yourself and managing this entire luggage in such a way that it would be as cool as possible. You do not have to fight anything, it’s about being able to guide yourself. I believe that the only way to manage some weakness in your personality is to pray to God. He created us the way we are because He wanted us so and He will not leave us alone.

Both the book and the test emphasize the need to improve communication (!!!) among people and teach understanding. Fr. Krzysiu Porosło said once that God loves diversity, he created us as different. He created by separating. By getting to know ourselves, we get to know God.

Adwent na peryferiach / Advent on the periphery

Wraz z nastaniem Adwentu z internetu zaatakowały mnie krzyki o ciszy, więc jedyne, o czym zaczęłam marzyć, to schowanie się do skorupki.

24799433_1477141445732655_3240752103396122532_o
Źródło

Wydaje się jakby wraz z nastaniem nowego roku liturgicznego piekło się otwarło i rzucało na ziemię specjalnie na tę okazję przygotowane świeżutkie kupki gnoju. Sa akcje, muszą być reakcje – nie ma potrzeby wymyślać dodatkowych ćwiczeń duchowych. Potrzeba przecież tylko jednego.

Poniższą modlitwą chciałam podzielić się już od jakiegoś czasu, ale jakoś się nie składało. Adwent mnie zmobilizował. Nie znalazłam żadnego jej satysfakcjonującego mnie tłumaczenia, więc przetłumaczyłam sama (punktem wyjścia jest dla mnie wersja angielska – nie wiem, czy jest to rzeczywiście wersją oryginalna, ponieważ autor był hiszpańskim kardynałem). Zrobiła ona na mnie ogromne wrażenie, bo zdemaskowała we mnie miejsca, gdzie mi jeszcze ciągle pokory brakuje. Modlitwa, którą trudno się uczciwie odmawia, bo jest tak konkretna i mocna (taką też jest na przykład ta pieśń).

Żeby była jasność – uważam, że potrzeba bycia kochanym, akceptowanym, docenianym, etc. są wpisane w ludzką naturę i nie ma w nich nic złego. Źle dzieje się wtedy, gdy te pragnienia zaczynają być przyczyną krzywdy, wyrządzanej sobie samemu (nawałnice negatywnch emocji) i innym, ponieważ przysłaniają Boga i Jego Miłość do człowieka. Wyzbycie się tego wszystkiego, o czym pisze kardynał Merry del Val, nie daje niczego innego jak tylko większe człowieczeństwo i większą miłość, bo kieruje strumień świadomości w pozytywne rejony drugiego człowieka i siebie samego. No i święty spokój.

Litania o pokorę

(przypisywana kardynałowi Rafaela Merry del Vala)

Panie Jezu, cichy i pokornego serca, wysłuchaj mnie.
Od pragnienia bycia szanowanym, wybaw mnie, Jezu.
Od pragnienia bycia kochanym, wybaw mnie, Jezu.
Od pragnienia bycia chwalonym, wybaw mnie, Jezu.
Od pragnienia bycia wyróżnianym, wybaw mnie, Jezu.
Od pragnienia bycia uprzywilejowanym względem innych, wybaw mnie, Jezu.
Od pragnienia by się mnie radzono, wybaw mnie, Jezu.
Od pragnienia bycia akceptowanym, wybaw mnie, Jezu.
Od lęku przed upokorzeniem, wybaw mnie, Jezu.
Od lęku przed byciem wzgardzonym, wybaw mnie, Jezu.
Od lęku przed byciem karconym, wybaw mnie, Jezu.
Od lęku przed byciem oczernianym, wybaw mnie, Jezu.
Od lęku przed byciem zapomnianym, wybaw mnie, Jezu.
Od lęku przed byciem wyśmianym, wybaw mnie, Jezu.
Od lęku przed byciem skrzywdzonym, wybaw mnie, Jezu.
Od lęku przed byciem podejrzanym, wybaw mnie, Jezu.
Aby inni byli bardziej kochani niż ja – Jezu, udziel mi łaski, by tego pragnąć.
Aby inni byli szanowani bardziej niż ja – Jezu, udziel mi łaski, by tego pragnąć.
Aby w opinii świata inni mogli wzrastać, a ja się umniejszać – Jezu, udziel mi łaski, by tego pragnąć.
Aby inni byli wybrani, a ja postawiony z boku – Jezu, udziel mi łaski, by tego pragnąć.
Aby inni byli chwaleni, a ja niezauważony – Jezu, udziel mi łaski, by tego pragnąć.
Aby inni byli przedkładani nade mnie – Jezu, udziel mi łaski, by tego pragnąć.
Aby inni stali się bardziej święci niż ja, pod warunkiem, że ja stanę się tak święty, jak powinienem – Jezu, udziel mi łaski, by tego pragnąć.


With the beginning of Advent, I was attacked with screams for silence on the Internet, so the only thing I started dreaming about was to hide.

It seems as if with the beginning of the new liturgical year, the hell opened and throws fresh prepared for this occasion dung balls down to us. There are some actions, there must be reactions – there is no need to invent any additional spiritual exercises. Only a few things are needed.

I wanted to share this prayer for some time. Advent mobilized me. It made a great impression on me because it revealed some places in me where I still lack humility. Prayer, which is difficult to pray it honestly, because it is so concrete and strong.

Disclaimer – I think that the desire to be loved, accepted, appreciated, etc. are inscribed in human nature and there is nothing wrong with them. It is bad when these desires begin to cause harm to yourself (storms of negative emotions) and to others because they obscure God and His love for man. Those words written by Cardinal Merry del Val can lead only to greater humanity and greater love. And towards the peace of mind.

Litany of Humility

(attributed to Rafael Cardinal Merry del Val)

Lord Jesus. Meek and humble of heart, Hear me.
From the desire of being esteemed, Deliver me, Jesus.
From the desire of being loved, Deliver me, Jesus.
From the desire of being extolled, Deliver me, Jesus.
From the desire of being honored, Deliver me, Jesus.
From the desire of being praised, Deliver me, Jesus.
From the desire of being preferred to others, Deliver me, Jesus.
From the desire of being consulted, Deliver me, Jesus.
From the desire of being approved, Deliver me, Jesus.
From the fear of being humiliated, Deliver me, Jesus.
From the fear of being despised, Deliver me, Jesus.
From the fear of suffering rebukes, Deliver me, Jesus.
From the fear of being calumniated, Deliver me, Jesus.
From the fear of being forgotten, Deliver me, Jesus.
From the fear of being ridiculed, Deliver me, Jesus.
From the fear of being wronged, Deliver me, Jesus.
From the fear of being suspected, Deliver me, Jesus.
That others may be loved more than I, Jesus, grant me the grace to desire it.
That others may be esteemed more than I, Jesus, grant me the grace to desire it.
That, in the opinion of the world, others may increase and I may decrease, Jesus, grant me the grace to desire it.
That others may be chosen and I set aside, Jesus, grant me the grace to desire it.
That others may be praised and I unnoticed, Jesus, grant me the grace to desire it.
That others may be preferred to me in everything, Jesus, grant me the grace to desire it.
That others may become holier than I, provided that I may become as holy as I should, Jesus, grant me the grace to desire it.

Dłoń na Serce / Your hand on His heart

Ciągnąc temat wyobraźni, kilka tygodni temu, gdy zaczynałam się dekoncentrować przy spowiedzi (słuchając już wielebnego), przypomniało mi się coś, czym natchnął mnie dawno temu Duch Święty właśnie na okoliczność tego sakramentu.

Spowiedź była dla mnie najtrudniejszym elementem, gdy się nawracałam. Mądrzy ludzie wysłali mnie na rozmowę do o. Macieja Biskupa OP, któremu zadałam trzy pytania, w tym jedno na temat sensowności spowiedzi. Niestety nie pamiętam, co mi odpowiedział, ale wiem, że tak mi powiedział, że od tego momentu nie miałam już żadnych wątpliwości (tak, szkoda). Potem ogromne wrażenie zrobiła na mnie historia z o. Pio, kiedy to musiał wyjść z konfesjonału, ale człowiek w nim klęczący dalej się spowiadał, bo w konfesjonale siedział Jezus (nie mam źródła). To uświadomiło mi, że kapłan naprawdę jest tylko pośrednikiem. Jak się okazało, uświadomiło mi jedynie na poziomie teorii, bo po wielu latach dopiero Duch Święty podsunął mi pomysł, który zrewolucjonizował moje spowiedzi.

Uwielbiam spowiadać się w konfesjonale – wtedy wszystko jest jakby na swoim miejscu, czuję się osłonięta i bezpieczna (nawet jeżeli konstuktorem mebla był ktoś, kto chyba w życiu nie klęczał, bo gdyby klęczał, nigdy by tak nie wyprofilował klęcznika) (spowiadałam się już idąc, na łące, w ławce, przy stole – konfesjonał najlepszy). W związku z przyciskaniem głowy bokiem do kratek, zwróciłam kiedyś uwagę na to, że z boku jest zazwyczaj deska, która tworzy ramę okienka z kratką. Położyłam na tę deskę całą otwartą dłoń z obrazem w głowie, że kładę ją tak Jezusowi na klacie i mogę poczuć bicie Jego serca. BUM.

W relacjach ważny jest dotyk (albo żeby tego dotyku nie było), a taki gest jest (w mojej skali) zarezerwowany dla BARDZO wąskiej grupy (aktualnie liczy ona zero członków, nie licząc Jezusa), a nawet bym powiedziała, że dla jednej osoby (nie licząc Jezusa). Wyobrażam sobie również, że mnie jako kobiecie łatwiej przychodzi stworzenie sobie takiego obrazu intymności z Jezusem, bo to w końcu mężczyzna (chętnie posłucham jak mężczyzna to widzi 🙂 ). Uczyniło mi to spowiedź prawdziwą rozmową od serca do Serca (kiedy pamiętam o tym, żeby tę dłoń położyć).

Wpis ten nie pojawił się tutaj rozmyślnie na początku Adwentu – jest to zbieg okoliczności, nieplanowany przeze mnie, ale może przez Boga. Mam teraz po prostu – po wielu miesiącach – własny pokój. A jak wiadomo, kobieta, żeby pisać, musi mieć własny pokój i 500 funtów rocznie. Oczyszczenie w spowiedzi to zawsze nowy początek, tak jak początek roku liturgicznego. Czyste serce daje Bogu ogromne pole do popisu. Życzę Wam, by się popisał!

*Wiem, że ze spowiedzią i spowiednikami bywa różnie – sama mam na koncie kilka takich, po których myślałam, że już więcej nigdy się nie wyspowiadam, o wielu kwiatkach słyszałam. Wiem też, że niektórzy ludzie wyznają teorię (zwłaszcza w mniejszych miejscowościach), że proboszcz po to spowiada, żeby wiedzieć, co się we wsi dzieje – pewnie też tak bywa. To wszystko jednak nie zmienia faktu, że jest to sakrament, w którym kapłan mocą udzieloną mu przez Jezusa rozgrzesza – jest to spotkanie z Nim samym. I jeżeli ten spowiednik w jakikolwiek sposób skrzywdzi, to już się Jezus z nim policzy.*


Continuing with the subject of the imagination, a few weeks ago during confession, when my thoughts begun wandering towards some other things than confession (while listening to the to priest after confessing my sins), I thought about something that the Holy Spirit inspired long time ago.

The confession was the most difficult element for me when I was converting. Wise people sent me to talk to Fr. Maciej Biskup OP, who I asked come three questions, including one on the meaning of confession. Unfortunately, I do not remember what he said to me, but I know that he told me something that caused that I had no doubts anymore (it’s a pity, I know). Then I heard a powerful story about Fr. Pio, when he had to leave the confessional during confession, but the man stayed kneeling and continued to confess because Jesus was sitting in the confessional sat Jesus (I have no source for this, I read this somewhere long time ago). This made me realize that the priest is really just an intermediary. Theoretically, I had known since then, that this is Jesus who you confess your sins to, but after many years he Holy Spirit gave me an idea that revolutionized my confession.

I love to confess in the confessional – then everything has its place, I feel sheltered and safe (even if the furniture’s constructor was someone who probably did not ever kneel in his life because if he was kneeling, he would never shape the kneeler the way they are often shaped) (I’ve confessed already in the meadow, on the bench, at the table – the best place for me is the confessional). While I once leaned my head against the bars, I noticed that on the side there is usually a board that forms a window frame for the bar. I put a whole open hand on this board with a picture in my head that I put it on Jesus’s chest and I can feel the beat of His heart. BOOM.

In your relationships, touching is very important (or it is important that there should be no touch), and this gesture is (on my scale) reserved for a VERY narrow group (currently it counts zero members, not counting Jesus), I would even say that for the one person (not counting Jesus). I also imagine that it is easier for me as a woman to create such an image of intimacy with Jesus, because he is a man (I would like to know how a man sees it 🙂 ). This made my confession a real conversation from heart to heart (when I remember to put this hand against the confessional).

This entry did not appear here deliberately at the beginning of Advent – it is a coincidence, not planned by me, but perhaps by God. I’ve got now – after many months – my own room. And as you know, a woman must have her own room and 500 pounds a year to be able to write. Confession is always a new beginning, just like the beginning of the liturgical year. A pure heart gives God a great opportunity to show off. I wish He will show off in your life!

Wyobraźnia – pierwszy stopień do Nieba / Imagination – the first step towards Heaven

Kiedyś zabrałam się za czytanie pism św. Teresy z Avila. Nie pamiętam dużo, ale bardzo mocno wryło mi się w mózg, że pamięć i wyobraźnia to dwie z trzech (nie pamiętam trzeciej) największych przeszkód w modlitwie. Mogłam coś źle zapamiętać (jeżeli ktoś kojarzy temat i mógłby mi opowiedzieć, będę wdzięczna), ale długo przekonanie to determinowało moje myślenie o sobie samej i mojej modlitwie. Dodatkowo pewien ksiądz, który cieszył się u mnie dużym autorytetem, grzmiał kiedyś z ambony, żebyśmy nie zajmowali się wyobrażeniami/marzeniami tylko tym, co jest (ciężko tak dziewczynie, co marzy o księciu względnie o góralu). Wyobraźnia jawiła mi się jako coś złego i coś, co trzeba zwalczać. Aż w końcu usłyszałam od Beth Davis na tych warsztatach (polecam), że tak wcale nie jest. Bóg dał człowiekowi wyobraźnię, a skoro dał, to znaczy, że jest dobra – można z nią zrobić dobre rzeczy.

Beth poleciła nam się każdej pomodlić do Ducha Świętego o natchnienie, by posłużył się naszą wyobraźnią. Następnie miałyśmy sobie wyobrazić ogród, Jezusa i siebie w tym ogrodzie (to podobno pochodzi z duchowości ignacjańskiej, która podobno jest pilnie strzeżona, ale postanowiłam zaryzykować trafienie do jezuickiego czyśćca, ponieważ dowiedziałam się o tym także jakby spoza, więc ku chwale Bożej się dzielę). Nastawiona byłam sceptycznie, jednak to, co stało się potem uruchomiło lawinę, która zmieniła moje życie.

Mój ogród jest wielkim parkiem (takim trochę jak park przy pałacu w Rogalinie, ale większym) – z pagórkami, krzewami, drzewami mającymi spokojnie jakieś 100 lat (w odróżnieniu od Rogalina nie ma w nim komarów). Była tam polana, na polanie kocyk. Na skraju kocyka siedziała sobie około cztero-pięcioletnia dziewczynka przystrzyżona na boba (zawsze gdy wyobrażam sobie siebie w bezpośrednim fizycznym kontakcie z Bogiem jestem właśnie taką małą dziewczynką z taką fryzurą). Siedziała, a przed nią i obok niej leżało mnóstwo książeczek, które wertowała, oglądała i z wrodzonym sobie dynamizmem i zdecydowaniem, przekładała z kupki na kupkę (nos utkwiony w książeczkach). Na drugim skraju kocyka siedział Jezus z podpartą głową, wpatrzony z miłością w dziewczynkę. Pomyślałam sobie, że to jest genialne i poszłam zajmować się codziennością, bo tak byłam podekscytowana, że mi się coś wyobraziło. Do chęci zrozumienia tego, co wtedy „zobaczyłam” musiałam dojrzeć albo ona musiała mnie jakoś zaatakować, rzucona we mnie przez Anioła Stróża. Cała ta scena miała uświadomić mi, że ja zawsze „muszę” sama, wszystko sama. „Panie Jezu, możesz siedzieć na moim kocyku (i nawet możesz patrzeć), ale tu są ważne rzeczy, którymi muszę zarządzać.” Zrozumiałam wtedy, że nie wpuszczam Go do mojego życia i nie pozwalam Mu działać – tak mocno wtedy zależało mi tylko na jednej sprawie i tak mocno o nią zabiegałam/walczyłam. Uświadomienie sobie tego pomogło mi zacząć modlić się o tę otwartość, która pozwoliłaby mi oddać Mu moje książeczki. Trwało to kilka dobrych tygodni, wracałam do tego obrazu z polany, sprawdzając czy już oddałam. Przyszedł kiedyś w końcu dzień, gdy Jezus wyciągnął rękę, a mała podała mu wszystkie książeczki. Jezus schował za pazuchę, wstał i wziął małą za rękę na spacer po ogrodzie.

W praktyce oznacza to dla mnie nową jakość życia. Oddawanie każdej, nawet najmniejszej sprawy Bogu – wiem jak to brzmi, sama gdy kiedyś czytałam takie zdania, myślałam „Ale smęty, ten ktoś z życia nic nie ma”. Kiedyś wszystkie smutne i trudne chwile starałam się racjonalizować, nie pozwalając sobie nawet na najmniejszą słabość. Wymyśliłam sobie, że dobry katolik nie zajmuje się bzdurami takimi jak własne uczucia słabości czy pragnienia, tylko musi je w sobie zwalczać, żeby „poskromić ciało”. Opowiedzenie tego Panu Jezusowi byłoby okazaniem słabości, a histeryzować nie wolno. Cała ta historia o ogrodzie pomogła mi dojść do momentu, kiedy postanowiłam, że nie będę ustalać sobie, o czym porozmawiam z Panem Bogiem na modlitwie, tylko będę po prostu rozmawiać bezpośrednio z Nim, a nie z sobą za kulisami. Przełom ten faktycznie nastąpił, gdy pewnego dnia w modlitwie wieczornej przeszkadzał mi pozabiegowy ból nieeleganckiej części ciała i wyartykułowałam w ramach ćwiczenia wszystko, co mi w tej chwili w ciele powodowało dyskomfort. Ból nie zniknął, ale mnie zrobiło się łatwiej na sercu. Zauważyłam, że Jezus może zwyczajnie przywrócić właściwą perspektywę – bo właściwą perspektywą jest to, że jest miłość i zbawienie. Nie przestało mnie boleć, nie jestem ciągle wyleczona, ale nie zaciskam już zębów w swoim wnętrzu. Życie nie polega na robieniu dobrej miny do złej gry (mam na myśli w ogólności, czasem – wiadomo – trzeba, byle nie było standardem). Kiedy robi mi się nagle przykro pod wpływem czegoś, co czytam lub co ktoś mówi, przerywam swoją robotę na dwie  minuty, żeby z Nim porozmawiać i oddać to (żeby na przykładach – „Panie Jezu, jest mi w tej chwili bardzo przykro, że mogę nigdy nie być mamą.”). To bardzo uwalnia, bo utylizuje natychmiast wszystkie syfy, które wcześniej gromadziłam dniami i tygodniami, przekładając je tylko z kupki na kupkę. Często pojawia się pokusa, by iść w swoje smutki (mechanizm myślę dosyć kobiecy, ale tylko taki znam od środka, więc proszę panów o wyrozumiałość) i je nakręcić. Można wtedy nie spać pół nocy i przepłakać ją z wymyślonego powodu (serio) względnie powodu prawdopodobnego (bardzo mało prawdopodobnego). Oddawanie tego natychmiast CZYNI WOLNYM. Nie zmienia faktów (przynajmniej natychmiast, jeżeli w ogóle), ale zmienia perspektywę i przede wszystkim leczy z samotności i skupienia na tym, czego brak.


Some time ago I read the writings of St. Teresa of Avila. I don’t remember much, but I did remember, that – according to her – memory and imagination are two out of three (I don’t remember the third one) greatest obstacles to prayer. I might remember it a litlle bit wrong (if anyone associates this topic from her and could tell me, I will be grateful), but it determined my thinking about myself and my prayer for a very long time. In addition, a priest who enjoyed a great respect once thundered from the pulpit, that we shouldn’t concentrate on our imagination /dreams, but on facts (it was hard for a girl who dreams of a prince or highlander). I associated my imagination with something I have to fight with. Until finally I heard from Beth Davis during this workshop that it is not true at all. God gave us imagination, and when He gives, it means it is good – you can do good things with your imagination.

Beth instructed us to pray to the Holy Spirit for inspiration to use our imagination. Then we were supposed to imagine a garden, Jesus and ourselves in this garden (it is supposedly from the Ignatian spirituality, which is supposedly strictly guarded but I decided to take the risk of getting to the Jesuit purgatory because I learned it as well from the outside). I was skeptical, but what happened later triggered an avalanche that changed my life.

My garden is a big park (a bit like the park at the Rogalin palace, but bigger) – with hills, bushes, trees that are about 100 years old (unlike Rogalin there are no mosquitoes in it). There were a glade and a blanket. At the edge of the blanket sat a four or five-year-old girl with a bob haircut (whenever I imagine myself in direct physical contact with God I’m just such a little girl with such a haircut). In front of her there was a lot of little books that she looked at and – with her innate dynamism and determination – she was putting them from one pile to another pile (with the nose stuck in the books). At the other end of the blanket, Jesus was sitting, staring lovingly at the girl. I thought it was brilliant and started doing something usual at home because I was so excited that I imagined something. I needed some time to understand what I “saw” and I think my Guardian Angel had to throw something at me. The whole scene made me realize that I “have to” do things always on my own. „Lord Jesus, you can sit on my blanket (and you can even look), but here are the important things that I have to manage.” I understood then that I didn’t let Him into my life and I didn’t let Him change anything – I was trying so much to get what I wanted for 2 years. Being aware of this helped me to begin to pray for that openness that would allow me to give Him my books. It took me a good few weeks, I was going back to this picture from the glade, checking whether I gave up my books. One day finally, Jesus reached out his hand and the little girl handed him all the books. Jesus took them and put them in His pocket and took the girl for a walk in the garden.

It means a new quality of life for me. Giving every, even the smallest thing to God. I know how it sounds – when I used to read such sentences from other people I thought he/she must have a very boring life. Earlier I tried to rationalize all the sad and difficult moments in my life, without even allowing myself the slightest weakness. I thought that a good Catholic doesn’t deal with rubbish like his/her own sad feelings or weakness, but he/she is supposed to fight against it in order to „tamper the body.” Telling this to Jesus would be a manifestation of weakness, and hysteria is not allowed. All this story of the garden helped me come to the point where I decided that I won’t determine behind the scenes what I would talk to God in my prayer, but I would just talk to Him. This breakthrough actually occurred when one day during my evening prayer, the inelegant part of my body was in pain after some treatment and I just articulated all the things that at that moment bothered my body. The pain didn’t go away, but it made that moment easier. I have noticed that Jesus can simply restore the right perspective – because the right perspective is that there are love and salvation. I’m still not cured, but I do not clench my teeth anymore. Life is not about putting a bold face on everything (I mean in general, sometimes you just have to, but it can’t be a standard way of living). When I am suddenly upset or sad by what I read or hear, I stop doing what I do for two minutes to talk to God about this and give it to him (so, for example, „Lord, I’m really sad right now that I may never be a mum”). It is very liberating because it immediately lets me free from all the emotional dirt that I accumulated earlier for days and weeks, putting them only from pile to pile. There is often a temptation to go deeper and deeper into your sorrows (the mechanism I think is pretty feminine, but that’s the only one I know from the inside, so all the men out there are asked for understanding). It is possible not to sleep the half of the night and cry for an imagined reason (seriously) or for a very unlikely reason. Giving this away to God immediately sets us FREE. It doesn’t change the facts (at least immediately, if at all) but changes the perspective and above all heals from loneliness and focusing on my shortages.

Mysterium fascinans

Przestrzeń wokół wydarzenia „Mysterium fascinans” przeniknięta jest intymnością z Bogiem, prostotą, wolnością i bezpośredniością. Wykłady i konferencje to uczta intelektualna, a wymodlić się można do nieprzytomności. Organizatorzy (a co za tym idzie uczestnicy także) nie są liturgicznymi terrorystami, ani tym bardziej terrorystami trydenckimi, więc jest to wprost wymarzone środowisko do tego, by poznawać liturgię Kościoła Katolickiego.

Nigdy wcześniej nie byłam na Mszy Świętej w nadzwyczajnej formie rytu, ba – nie potrafiłam nawet dobrze jej nazwać. Kojarzyła mi się z dziwakami i ludźmi, którzy terroryzują kobiety, by nosiły spódnice BO TAK. Zawsze chciałam wziąć w niej udział i tak nie bardzo wiedziałam jak się do tego zabrać (a stereotypy wryte w moją głowę skutecznie gasiły zapał serca), aż wreszcie napatoczyło się „Mysterium fascinans”.

Gościem specjalnym rekolekcji był ojciec Cassian Folsom OSB. Mówił o tym, że w zwyczajnej formie rytu rzymskiego zaniedbywana jest często zmysłowe poznanie człowieka, cała uwaga skoncentrowana jest na intelektualnej stronie liturgii i że to źle. Że oprawa i odczucia zmysłowe są również bardzo ważne i prowadzą człowieka do Boga – tutaj forma nadzyczajna jest o wiele bogatsza (zauważył także, że z kolei w formie nadzwyczajnej używanie niezrozumiałego języka powoduje niestety redukcję warstwy rozumowej). Ojciec Cassian odprawiał w sobotę Mszę w nadzywczajnej formie rytu rzymskiego. Wierzę, że to, co wtedy odczułam było wielką łaską od Boga i pewnie nie na każdej Mszy w formie nadzwyczajnej będę się czuła, jakbym siedziała na stopniu tronu Jahwe wtulona w Jego sukmanę, gdy załatwia ważne rzeczy z ważnymi ludźmi, ale co przeżyłam w Krakowie w tamtą sobotę jest moje i na zawsze będzie.

Podeszłam do tematu intelektualnie, bo ja lubię rozumieć (przestałam się bać latać samolotem, gdy wreszcie mi wytłumaczono, dlaczego to w ogóle leci). Łaciny trochę liznęłam w życiu, więc jakoś szczególnie nie czułam, żeby mnie coś miało tam przerosnąć. W pewnym momencie jednak się zgubiłam (mieliśmy książeczki z rozkładem jazdy) i zaczęłam czuć się mniej więcej tak jak Cameron Diaz w tej scenie.* Na szczęście mój sąsiad z ławki wszystko mi szybko wytłumaczył, znalazłam odpowiednią stronę w książeczce i potem już było tylko błogo (chociaż obiektywnie ciężkie jest równoczesne czytanie tekstów i patrzenie, co dzieje się w prezbiterium, więc trzeba się tekstów nauczyć na pamięć jak nic). Zdaję sobie sprawę, że to, co wydarzyło się podczas tej Mszy w moim wnętrzu jest tylko i wyłącznie z łaski Bożej i nie wiem, czy kiedyś jeszcze takie przeżycie może się powtórzyć. Mój posoborowo ukształtowany mózg ciągle zaplątywał się w kółko, bo dochodził do ściany – utarte ścieżki zwyczajnej formy rytu prowadziły w ślepe uliczki. Czułam się jednak zatracona w Boskości Boga – poznałam swoją małość, ale równocześnie nie czułam się przedmiotem. Czułam się kochana, czułam się przyjacielem, a znałam swoje miejsce, bo wskazane z Miłości. Oddałam całkiem moją „niezależność” i dałam się porwać temu, co działo się wokół mnie. Dotarło do mnie, dlaczego podnosi się po Soborze temat umniejszenia roli kapłana – w nadzwyczajnej formie rytu kapłan ponosi odpowiedzialność za liturgię, on rozmawia z Bogiem i ma dostęp do miejsca świętego. Zamiast czuć, że ktoś mi odbiera coś, co do mnie należy, poczułam się zaopiekowana. Skoro nie muszę za często w ogóle się odzywać, to znaczy, że mogę wejść w to w inny sposób – nie wiem jeszcze jaki, ale jest tu duża przestrzeń do wypełnienia (obawiam się, że w innych okolicznościach bym się po prostu nudziła lub moje myśli zaczęłyby planować obiad, więc to definitywnie kwestia do przepracowania). Nie widać, co kapłan robi w aktualnym momencie przy ołtarzu – to tajemnica, która nie czułam, żeby mnie z czegokolwiek wykluczała. Krótko po Eucharystii wpadła mi do głowy św. Teresa z Lisieux i jej „mała droga”, której rewolucyjność starałam się zawsze pojąć rozumowo, ale bezskutecznie, ponieważ to, o czym pisała w „Dziejach duszy” było mi bardzo bliskie, znane i oczywiste. Zaraz po tej Mszy pomyślałam, że wreszcie zrozumiałam, na czym ta rewolucyjność polegała i jak niesamowite było (jest?) działanie Ducha w niej, skoro miała ona dostęp tylko do Mszy Świętej w nadzywczajnej formie (i to nie codziennie) – atmosfera świętości, tajemnicy i niedostępności zdaje się, że mogła potęgować poczucie obcości i wykluczenia u wiernych – a ona czuła się małym puszystym ptaszkiem, który przytulne gniazdko miał w jednej z fałdek szaty siedzącego na tronie Wiekuistego. Kilka dni potrzebowałam na to, by uświadomić sobie, że ja poczułam wtedy dokładnie to samo i właśnie mimo tego, co stereotypowo myślałam w pierwszej chwili o liturgii sprzed Soboru. Pan Bóg tak bardzo wymyka się ludzkiej logice w najpiękniejszy niemożliwy sposób, że naprawdę warto Mu się poddawać każdego dnia na nowo.
Ojciec Cassian Folsom to człowiek przepełniony Bogiem – to ktoś, przy kim wiesz, że nie musisz się niczego bać, bo dobry Bóg Cię zawsze obroni. Świadek, że gdy oddasz się całkowicie Bogu, Bóg nie sprawi, że się Twoja indywidualność rozmyje, a wręcz przeciwnie – Twoje talenty się rozwiną i będzie się bardziej.
Nawróciłam się 14 lat temu i przez cały ten czas byłam raczej aktywna duszpastersko. Nikt ani razu nie pokusił się o to, żeby chociaż porozmawiać o nadzwyczajnej formie – strasznie szkoda.
Ma powstać audiobook, zawierający materiał z rekolekcji – śledźcie, bo naprawdę warto tego posłuchać i pozwolić się poprowadzić Duchowi liturgii.

*To scena z filmu „The Holiday”, gdzie bohaterka grana przez Cameron Diaz (Amerykanka) przyjeżdża do Wielkiej Brytanii. W filmiku mówi: „Potrafię prowadzić auto po złej stronie drogi. Siedząc po złej stronie auta. Muszę się tylko skupić.”


The atmosphere around the event „Mysterium fascinans” is filled with intimacy with God, simplicity, freedom and directness. Lectures and conferences are an intellectual feast and you can pray till you get almost unconscious. People who stay behind it (and therefore the participants too) are no liturgical terrorists, so it is simply a dream environment to get to know the liturgy of the Catholic Church.

I’ve never been to Holy Mass in the extraordinary form of the Roman Rite before, I wasn’t even able to name it properly. I associated it with kind of freaks and people who terrorize women to wear skirts JUST BECAUSE. I’ve always wanted to take part in it, but I couldn’t somehow organize it (and the stereotypes in my head effectively extinguished the gust of my heart), until finally „Mysterium fascinans” happened.

A special guest of the retreat was Father Cassian Folsom OSB. According to him the ordinary form of the Roman Rite neglects often the sensual aspect of the human being’s knowledge, all attention is concentrated on the intellectual side of the liturgy and it is wrong. Sensual knowledge is also very important and it also leads a man to God – in the extraordinary form the formulas are much richer (he also noted that the use of incomprehensible language causes unfortunately the reduction of the rational layer of the liturgy). Father Folsom celebrated the Mass in the extraordinary form on Saturday. I believe that what I felt at that time was a great grace from God, and probably not at every Mass in the extraordinary form I would feel as if I was sitting next the throne of Yahweh, snuggled in His robe when He does important things with important people, but what I experienced in Cracow that Saturday is mine.

I approached the Mass intellectually, because I like to understand things (I was scared to fly on a plane till I finally got explained why it is flying). I learnt some Latin during my studies, so I thought I would manage it. At one point, however, I lost the track (we got little books with all the texts) and I began to feel more or less like Cameron Diaz in this scene. Luckily my neighbor quickly explained all to me and I found the right page in the booklet and then I started to feel blissful (although it is very difficult to read the texts from your book and look up to what’s going on in the presbytery). I realized that what happened at this Mass in my soul was solely by divine grace, and I don’t know if such an experience can ever happen again. My shaped after the Seond Vatican Council brain was constantly leading me into dead-end streets. But I felt lost in the divinity of God – I met my littleness, but at the same time I didn’t feel treated like an object. I felt loved, I felt a friend, and I knew my place, because it was shown to me with Love. I gave up my „independence” completely and I got caught up in what was going on around me. I realized that they were right when it comes to the role of the priest after the Council – in the extraordinary form of the Rite the priest is responsible for the liturgy, he speaks to God and has access to the holy place. Instead of feeling that someone takes me something away that belongs to me, I felt taken care of. Since I don’t have to talk too much at all during the Mass in the Old Rite, it means I can go into it in another way – I don’t know yet in what way, but there’s a lot of room to fill in (I’m afraid in other circumstances I would just be bored or my brain would simply start planning dinner, so it’s definitely something to think over). You are not able to see what the priest is doing at the present moment at the altar – it’s a mystery that didn’t make me feel like excluding me from anything. Shortly after the Eucharist, I thought about the St. Therese of Lisieux and her „little way”, which revolution I tried always to understand, but unsuccessfully, because what she wrote in „The Story of a Soul” was very close and obvios to me. Immediately after this Mass, I thought that I understood eventually what this revolutionary nature was and how amazing did the Holy Spirit act in her soul, since she had only access to the Holy Mass in its older form (and not every day) – the atmosphere of holiness, mystery and inaccessibility, that you could amplify the sense of alienation and exclusion from God – and she felt a small fluffy bird nestled in one of the folds of the robe of God. I needed a few days to realize that I felt exactly the same then, and despite what you could stereotypically think about the Old Rite. God is always so eluding the human logic in the most beautiful impossible way!

Father Cassian Folsom is a man of God – it’s someone who with his posture asures you that there’s nothing to be afraid of, because the good God will always defend you. He’s a witness, that when you give yourself completely to God, God won’t take you your individuality away, but on the contrary – your talents will develop and you will become yourself more.
I came back to the Church 14 years ago and was rather active in it. During this time nobody ever tried to talk about the extraordinary form to me – I think it’s very wrong.

Panna Mruk / Miss Gruff

easter-desktop

Jesteśmy ludźmi Wielkanocy, a „Alleluja” to nasza pieśń (za św. Janem Pawłem II) – tapeta wykonana przez Ericę Tigh dla „Blessed is She” / by Erica Tigh for „Blessed is She”

Dzisiaj chciałabym o samopoczuciu. Odkąd pamiętam moim wnętrzem targały emocje i nastroje w szaro-czarnych barwach – Weltschmerz, strach, kosmiczne wahania nastroju i codzienna walka o przetrwanie. Gdy się nawróciłam, tłumaczyłam sobie, że pewnie mnie tak Bóg doświadcza i że muszę to znosić z godnością (g prawda – że uprzedzę wypadki). Świat jest zły, a ja się muszę jakoś przebić, karczując te krzaki i pchać taczkę obłędu, aż wreszcie dotrę do bram nieba. W moim rodzinnym domu też wszyscy byli raczej przygnębieni i przygnębiający, więc myślałam, że tak to już jest. A nie jest.

Włos mi się jeżył zawsze na głowie, gdy słyszałam hasła w stylu „Twoje szczęście zależy od Ciebie”, ponieważ nie natrafiłam na żaden pomysł, który mógłby sprawić, że stanie się to, czego – jak uważałam – do szczęścia mi brakuje. A ja się naprawdę starałam. W efekcie popadałam  jeszcze większą rozpacz i jeszcze silniej zaciskałam zęby, pętając się w to tak naprawdę jeszcze bardziej. Z ambony kapłani grzmieli z grobową miną, że chrześcijanin musi być i jest szczęśliwy, a ja szczęśliwa sama ze sobą nie byłam, więc zaciskałam zęby jeszcze mocniej i robiłam w dalszym ciągu dobrą minę do złej gry (miałam poczucie, że moje życie jest pełne braków, czyli niepełne). Na szczęście jakimś cudem Duch Święty zaczął się przebijać ze swoim oświeceniem i moje życie nabrało nowej jakości.

|DECYZJA|

Dotarło do mnie, że jest wiele sytuacji na co dzień, gdzie ode mnie zależy, jak zareaguję. Mogę eskalować jakąś agresywną sytuację, a mogę ją zatrzymać na sobie (i oddać Bogu – to już jest wyższa szkoła jazdy w moim przypadku, ale robię postępy). Gdy mnie ktoś w sklepie szturchnie, mogę się uśmiechnąć i powiedzieć, że nic się nie stało (nie dotyczy dzieci biegających po Rossmannie, bijących pięściami ludzi w kolejce – true story). Przestałam być negatywnie nastawiona do świata, zaczęłam życzyć mu miłego weekendu i się uśmiechać. Po kilku tygodniach żyło mi się lżej, świat nabrał kolorów, a ja stałam się spokojniejsza. Nastawienie do świata zależy ode mnie.

|WDZIĘCZNOŚĆ|

Słyszałam o tym wiele, ale nigdy w to nie wierzyłam, że bycie wdzięczną może zmienić świat, bo przecież od manipulowania swoim fokusem fakty się nie zmienią. Jednego dnia coś (Ktoś) mnie jednak natchnęło i postanowiłam kończyć dzień podsumowaniem go z naciskiem na to, co było miłe, sprawiło mi przyjemność czy z czego byłam dumna i podziękować za to Bogu. Okazało się, że tych rzeczy każdego dnia jest mnóstwo o różnym stopniu pozytywności (np. to że komuś nie przywaliłam, a mu się należało albo że szłam ulicą i zapach piwonii mieszał się w słońcu z zapachem czarnego bzu). Przypomina mi się św. Ignacy, który podkreślał wagę codziennego rachunku sumienia na koniec dnia – żeby właśnie uporządkować i wiedzieć, na czym się stoi. Smutne wydarzenia dnia (prawda życia i prawda ekranu) zdają się mieć większą siłę przebicia w naszych mózgach, ale one nie są całością. Wdzięczność otworzyła mnie na dzielenie się, wyciszyła. Z czasem zaczęłam dostrzegać coraz więcej rzeczy, które są pozytywne, a których wcześniej nie dostrzegałam. Widzę, że jest to proces jak pielenie ogródka – trzeba regularnie, bo inaczej się zachwaszcza.

Okoliczności zewnętrzne się nie zmieniły, ja jednak przestałam czuć, że mi czegoś ciągle brakuje – czuje się całością kochaną przez Boga.

|ZAUWAŻANIE DOBREGO W DRUGIM|

Kiedyś (do czego przyznaję się ze wstydem) byłam jak saper w myśleniu o ludziach – gdy pomylili się raz, wrzucałam ich do szufladki z tymi, którym nie można ufać i którzy na pewno nie mają mi nic ciekawego do powiedzenia. Dłużej już teraz trochę żyję i widzę, co się dzieje – że miłość i rodzina nie istnieją bez przebaczania. Zdaję sobie sprawę jak to smętnie brzmi, bo przebaczanie zakłada krzywdzenie, ale przebaczanie właśnie to jest to fajne w tym całym interesie (nie jest fajne krzywdzenie). Natchniona znowu przez łaskę, spróbowałam koncentrować się w ludziach tych na ich zaletach, nie poddawać się przy jakimś ich potknięciu. Wtedy zobaczyłam, jacy piękni i jacy niesamowici mnie otaczają. Nawet jeżeli jest to jakiś jeden talent albo jakaś inna cecha w nich, zaczęłam je bardzo cenić. To są te obszary często, w których ja mam braki, więc ludzie ci są dla mnie ogromną inspiracją, by stawać się coraz lepszą wersją mnie.

|BIOLOGIA|

Last but not east – nie zgadzała mi się chemia w głowie. Ponad dwutygodniowe PMSy, ciągłe migreny i zmęczenie – kiedyś o była moja codzienność i naprawdę przedzierałam się przez życie jak przez zaspę. Zdiagnozowanie tarczycy polepszyło jakość mojego życia niewymiernie, a od kiedy suplementuję się cynkiem, migreny praktycznie zniknęły (selen pomógł na nerwobóle – btw). Nie jestem lekarzem, więc piszę tylko, co sprawdziło się u mnie, ale wiem jedno – permanentne złe samopoczucie jest patologiczne. I nie, że Bóg doświadcza, by cierpieć za naród – trzeba po prostu iść zrobić badania, bo fizyczna strona życia może być jak motylek na majowej łące.

PODSUMOWUJĄC

Zrozumiałam, że chrześcijanin swoją radość czerpie z tego, że jest człowiekiem Wielkanocy, a Alleluja jest jego pieśnią (za Janem Pawłem II). Nie chodzi w tej radości o to, by nigdy nie poczuć smutku lub udawać, że coś nie zasmuca, ale o to, by nie wpadać w rozpacz i żyć nadzieją. Słyszę z różnych miejsc od czasu do czasu, że rozpacz to jedna z największych pokus, które podsuwa szatan. W rozpaczy nie ma nadziei, jest tylko szaro-bura ciemność. Rozpacz jest kłamstwem, bo Jezus zwyciężył świat. Pierwszy raz w życiu przyjęłam to do środka siebie. Przeniosło mi to punkt ciężkości – widzę, skąd dochodzi Światło.


Today I would like to talk about mood. Since I remember I felt miserable because of too many emotions and moods in gray-black colors in my heart and head – Weltschmerz, fear, cosmic mood swings and daily struggle for survival. When I converted, I explained that I was probably God experiencing me (#facepalm) and that I have to bear it with dignity). The world is bad, and I have to break through, clearing these bushes and pushing a wheelbarrow of insanity until I finally reach the gates of heaven – these were my thoughts. At home my family there was no optimistic mood, so I thought that was the way it is. But it is not.

I hated it always when I heard the words „Your happiness depends on you” because I had no idea what else I could do to finally be happy. And I really tried. As a result, I felt even more desperate and even more tightly clenched my teeth to walk the line. Priests tell you that as a Christian you should be happy, but I didn’t know how – I felt that my life is not complete. Fortunately, by some miracle, the Holy Spirit began to break through this with His enlightenment and my life got a new quality.

|DECISION|

It came to me that there are many situations during the day, when it depends upon me how I react. I can escalate some aggressive situation or I can keep it on myself (and forward it to God – it’s harder than you can imagine, but I’m progressing). When someone in a shop pokes me, I can smile and say that nothing has happened. I stopped feeling negative towards the world, I began to wish it a nice weekend and smile. After a few weeks everything became and I became calmer. My attitude towards world depends upon me.

|GRATITUDE|

I’ve heard a lot about being grateful, but I had never believed that being grateful can change the world, because after manipulating your focus the facts will not change. One day something (the dearest Holy Spirit) inspired me and I decided to end the day summing it up, emphasizing what was nice, what made me happy or proud  and I thanked God for it. It turned out that there are plenty of things that were good each day (for example, I did not punch some colleague or I was walking down the street smelling the mixture of peonies, sun and elderberry). It reminds me of St. Ignatius, who stressed the importance of daily examination of conscience at the end of the day – to just sort things out and know where you are. The sad events of the day (the truth of life and the truth of the screen) seem to have more power to pierce in our brains, but they are not the whole picture. Gratitude opened me up to share, calm down. Over time, I began to see more and more positive things that I had not seen before. I see that this is a process like gardening – we need to be regular, otherwise weeds take control.

The external circumstances have not changed, but I have ceased to feel that I am still missing something – I feel totally full and loved by God.

|NOTICING THE GOOD THINGS IN OTHERS|

Once (I’m ashamed) I was like a sapper in thinking about people – when they were wrong once, I threw them into a drawer with those you cannot trust and who certainly have nothing interesting to say to me. Now I’m a little bit older and see what’s going on – that love and family do not exist without forgiveness. I realize how sad it sounds, because forgiveness involves harm, but forgiveness is exactly the cool part in this whole business. Inspired again by grace, I tried to focus on these people merits, not to give up after some failure. Then I saw how beautiful and amazing people around me are. Even if it is one talent or some other feature in them, I started to value them much more. These are often areas where I have shortcomings, so these people are a great inspiration for me to become a better version of me.

|BIOLOGY|

Last but not east – the chemistry in my body didn’t tally. Over two weeks of PMS, constant migraines and fatigue – it was all my everyday life and I really struggled through life like through a huge snowdrift. Diagnosing my poor thyroid has improved the quality of my life immeasurably, and since  I suplement zinc, migraines have virtually disappeared (selenium helped on neuralgia – btw). I am not a doctor, so I write only what works for me, but I know one – permanent malaise is pathological. And not that God experiences to suffer for the nation – you just have to go examine yourself, because the physical side of life can be like a butterfly on a May meadow.

TO SUM UP

I did understood that the Christian joy is derived from the fact that he is a man of Easter, and Alleluia is his song (after John Paul II). It is not about the feeling of never being sad or pretending that something isn’t grieving, but about not falling into despair. I hear from time to time that despair is one of the greatest temptations that Satan offers. In despair there is no hope, there is only gray-clack darkness. Despair is a lie, because Jesus conquered the world. For the first time in my life I took it to myself and really believed it. It has shifted my focus – I see where the Light comes from.

Czytanki / Readings

W poprzednim wpisie napomknęłam o podzieleniu się kilkoma ciekawymi artykułami/historiami, więc oto z nimi jestem. Kolejność jest przypadkowa, niektóre są tylko po angielsku, ale naprawdę warto spróbować posilić się automatycznym translatorem – może coś akurat.

|o. Tomasz Grabowski OP|

Jestem absolutnie urzeczona sposobem, w jaki Bóg przemawia przez ojca Tomasza – czuję się po prostu w ratzingerowskim ziemskim niebie.

„Tylko prawda wyswobadza z lęku” – „Mistrzowie duchowi przekonują, że zanim powierzymy się Bogu, to najpierw musimy sie sami odkryć, spotkać ze swoimi ograniczeniami i brakami, wreszcie w pełni zaakceptować. Dopiero wtedy możliwy jest wolny dar z samego siebie”

Wolność jako odczytywanie woli Boga – „Wobec tego odczytywanie woli Boga zakłada odszukanie walorów stworzenia, jakim jestem , pragnień, jakie noszę, duchowych predyspozycji i – ostatnie, ale nie mniej ważne – miłość, którą rozwijam”

Tutaj jeszcze tematycznie na dzisiaj o Bożym Ciele.

Ojca Twitter, Facebook – warto śledzić.

|ks. Mariusz Rosik|

Wrocławski profesor teologii, biblista, znawca Starego Testamentu. Ma wspaniały dar opowiadania o Biblii jako fascynującej opowieści (a przecież Biblia właśnie taka fascynująca jest). Na stronie jest wiele ciekawych materiałów oraz rozkład jazdy na dany miesiąc – naprawdę warto gdzieś upolować jakieś spotkanie.

|o. Solanus Casey OFM Cap.|

Amerykański kandydat na ołtarze, nazywany „amerykańskim ojcem Pio”.

|Jezuici, którzy przeżyli wybuch w Hiroshimie|

Poznałam tę historię kilka lat temu i nie mogłam wtedy pojąć, że nikt tego specjalnie nie nagłaśnia. Jest jedno miejsce w mieście, które zostało nieznacznie nienaruszone podczas wybuchu bomby atomowej– to klasztor ojców Jezuitów, którzy w odpowiedzi na objawienia Matki Bożej, codziennie odmawiali Różaniec. Bóg może wszystko.

Trudno znaleźć sensownie napisany artykuł na ten temat – tutaj wersja polska, tutaj angielska.

|„What I wish we understoond when it’s not Mothers’s Day”|

Jak to jest być bezdzietną starą panną po trzydziestce i w ogóle jakąkolwiek z czegokolwiek  wykluczoną w dyskursie kobiet Kościoła Katolickiego. Po angielsku.

„All I’m saying is this: it’s hard. Being a mom is hard. Being childless is hard. Being in an abusive relationship is hard. Being trapped in a small town is hard. Being completely unrooted is hard. Having a job is hard. Being unemployed is hard. It’s just hard. All of it.”

Gdz słyszę, że nie wie, co to być zmęczonym ktoś, kto nie ma dzieci, odpowiadam, żeby zaserwowali sobie poziom TSH gdzieś w okolicach 65 (lub 120 – true story). Przytomnym się jest w najlepszym razie w porywach kilka godzin w ciągu dnia.

|Ks. Walter Ciszek SJ|

Urodzony w 1904 roku jako syn polskich emigrantów w Stanach Zjednoczonych, misjonarz w Rosji, długoletni więzień przybytków NKWD oraz obozów pracy na Syberii. Artykuł ten linkował o. Tomasz jakiś czas temu – żal, że taka postać jest tak mało znana. Mocne świadectwo życia pełnią chrześcijaństwa.

|„Bóg w wielkim mieście”|

Mimo że książka ukazała się wiele miesięcy temu, dopiero niedawno trafiła w moje ręce. Nie oglądam telwizji, więc Kasia Olubińska jest dla mnie po prostu katolicką blogerką i zaczęła dla mnie istnieć po rozpoczęciu pisania bloga. Czytając pierwsze jej wpisy pomyślałam, że to jest dokładnie tak, jak ja odczuwam obecność Boga w wielkim mieście. W książce jest 15 wywiadów z ludźmi podobno znanymi, ale ja oprócz Krzystofa Antkowiaka i Krystiana Wieczorka nikogo tam za bardzo nie kojarzę. Nie ma to jednak większego znaczenia, bo między kartkami tej książki unosi się Duch jak unosił się nad wodami podczas stwarzania świata i nie jest ważne, kto o nim mówi w taki wspaniały sposób. Piękno i delikatność Boga – Kasia uchwyciła to wszystko w swojej książce. Książka jest także opowieścią o jej drodze do Boga i z Bogiem – solidna dawka powiewu Ducha Świętego i inspiracji.

Kilka dni temu spotkałam Kasię na wieczorze autorskim i dawno już nie odstałam takiego kopa inspiracji do życia jak od niej. Łączy w sobie kobieca łagodność i siłę – piękny człowiek!

|Christina Doloway|

Zastanawiałam się, który artykuł Christiny jakoś wyróżnić, ale nie umiem wybrać. Duże wrażenie zrobił na mnie wpis o tym jak przygotowała oprawę swojej ślubnej mszy (ostatnio pojawił się także ten artykuł na „Spoken Bride” – ach!), jej wpisy o zmaganiu się z byciem solo czy wreszcie o tym, że tak naprawdę na nic nie zasługujemy. Na każdy kolejny czekam z niecierpliwością!

Tutaj wywiad z Christiną u Jenifer Fullwiler (od ok. 22 minuty).

A, ma na sobie zazwyczaj boską sukienkę jakąś. Piękny człowiek z każdej strony.


In the previous post I mentioned sharing some interesting articles/stories, so here there are. The order is random, some are only available in Polish, but it’s really worth trying to give the google translator a shot.

|Fr. Tomasz Grabowski OP|

I am absolutely fascinated by the way God speaks through Father Thomas – ratzingerish heavenly.

„Only the truth frees us from fear” – „Spiritual Masters say that before we entrust to God, we must first find ourselves, meet our limitations and shortcomings, and finally accept. Only then can can be a free gift of ourselves. „

Freedom as the reading of the God’s will – „Thus reading the God’s will implies finding the qualities of the creature that I am, the desires I have, the spiritual predispositions and, last but not least, the love I develop.”

Here some thoughts on Corpus Christi feast (which is today here in Poland).

Father’s Twitter, Facebook (he speaks English as well)

|Fr. Mariusz Rosik|

Professor of theology from Wroclaw, biblical scholar, expert of the Old Testament. He has a wonderful gift of explaining the Bible as a fascinating story (because Bible IS fascinating). On his site there are many interesting materials and a timetable for a given month – it is really worth going somewhere for a meeting (there are also some articles in English).

|Fr. Solanus Casey OFM Cap.|

An American candidate for altars, called „American father Pio”.

|Jesuits who survived the outbreak in Hiroshima|

I got to know this story a few years ago and I can’t understand that nobody was talking about it. There is one place in the city that was slightly intact during the outbreak of the atomic bomb – it is a monastery of Jesuit fathers, who in response to the apparitions of Our Lady of Fatima, prayed the Rosary daily. God can do anything.

It is difficult to find a meaningfully written article on this subject – here the Polish version, here the English one.

|”What I wish we understoond when it’s not Mothers’s Day”|

What is it like to be a childless spinster in her thirties and any other anything exclusions that you can find among some women in the Catholic Church. In English.

„All I’m saying is this: it’s hard. Being a mom is hard. Being childless is hard. Being in an abusive relationship is hard. Being trapped in a small town is hard. Being completely unrooted is hard. Having a job is hard. Being unemployed is hard. It’s just hard. All of it. „

When I hear somebody sayin’, that you do not understand what it means to be tired when you have no kids, I tell them to somehow cause that their THS level is 65 (or 120 – true story) and see how conscious during the day they can be.

|Fr. Walter Ciszek SJ|

Born in 1904 as a son of Polish emigrates in the United States, a missionary in Russia, a long-time prisoner of NKVD and labor camps in Siberia. This article was forwarded by father Tomasz some time ago – it’s a pity that such a character is so little known.

|”God and the City”|

Although the book appeared many months ago, I’ve just bought it recently. I do not watch TV, so Kasia Olubińska is just a Catholic blogger for me and she started to exist for me when she started blogging. Reading her first entries on the blog, I thought that this was exactly how I felt God’s presence in the big city. In her book there are 15 interviews with people reportedly known, but except for Krzystof Antkowiak and Krystian Wieczorek I do not associate anything with anyone. This is not so important, because between the pages of this book, the Holy Spirit rises as he floated over the waters while creating the world, and it is not important who speaks of him in such a wonderful way. The beauty and gentleness of God – Kasia captured all this in her book. The book is also a story of her journey to God and with God – a solid dose of the Holy Spirit’s breath and inspiration.

A few days ago I met Kasia at the author’s evening and for a long time I didn’t get such a kick of inspiration to life like from her. She combines feminine gentleness and strength – beautiful human being!

|Christina Doloway|

I was wondering which article should I distinguish here, but I am not able to choose. I was impressed by the post about how she prepared her wedding mass (and here), her entries about struggling with being single or finally about the fact that we really deserve nothing. For every post I wait impatiently!

Here’s an interview with Christina at Jenifer Fullwiler (from about the 22 minute).

Moreover she has got the best dresses. Another beautiful feminine human being.