Cierpienie / Suffering

O cierpieniu powiedziano i napisano już wiele i robili to o wiele mądrzejsi ode mnie (żeby wymienić już chociażby Jezusa jako pierwszego). Ja miałam jakieś tam teoretyczne przemyślenia, połączone z jakąś tam praktyką i tak, z zaciśniętą żuchwą, parłam do przodu. W zeszłym roku jednak okazało się, że przestrzeliłam z tymi moimi wnioskami z wcześniejszych doświadczeń, a wiedza teoretyczna, przekazana mi przez wcześniejsze pokolenia, okazała się bardzo niepełna i nieprawdziwa.

Processed with VSCO with a5 preset

 

Zauważyłam, że żeby przeżyć cierpienie, trzeba je do siebie dopuścić. Przyznać się, że przez coś się cierpi i nie wmawiać sobie, że to obiektywnie za mało, żeby przez to tak się czuć -> tak jest bardzo ŹLE, tak nie robimy. Nie pozwolić sobie wmówić innym, którzy trywializują rzecz, która sprawia nam cierpienie. Każdy ma swoje trudno, każdy ma inną wrażliwość i inne potrzeby. Jest oczywiście granica, za którą się histeryzowanie i przesadzanie zaczyna, jednak trzeba bardzo uważnie rozeznawać, bo można sobie lub komuś, kto potrzebuje naszego wsparcia, bardzo dużą krzywdę zrobić, bagatelizując. Ja długo trywializując swoje, zadawałam sobie jeszcze większe, bo zamiast je przerobić i być szczerą wobec siebie, udawałam, że pewne rzeczy mnie nie dotykają i jestem ponad nie.

Już kiedyś o tym pisałam, ale napiszę jeszcze raz. Kiedyś myślałam, że gdy się ofiaruje cierpienie za kogoś lub powie się sobie, że chce się je przeżywać z Jezusem, to ono przestanie boleć – że zniknie, bo „wchłonie” je Jezus. W następstwie udawałam, że już tego cierpienia w ogóle nie ma, że zniknęło (nie znikało, tylko je kneblowałam). Kilkanaście lat temu zostałam napadnięta na ulicy. Gdy po kilku tygodniach wreszcie uległam pokusie zapytania „Gdzie byłeś wtedy, Jezusie, Synu Jahwe?”, uświadomił mi On, że razem ze mną był ciągnięty po ziemi tamtego wieczoru. Wydarzenia ostatniego roku uświadomiły mi, że Chrystus nie patrzy na mnie z politowaniem, że sobie tak słabo radzę z trudnymi sytuacjami. On nie chce, żeby mi było trudno – stworzył mnie z miłości i do miłości. Nie muszę przed nim udawać, że nic mnie nie rusza. Jaką mnie Boże stworzyłeś, taką mnie masz – posiadanie większego wiaderka na wrażliwość z jakiegoś powodu będzie dla mnie zyskiem w różnych sytuacjach życiowych, skoro mnie tak Jahwe wymyślił. Nie zrobiłby mi psikusa, żeby się zabawić, oglądając. Może ktoś stwierdzić, że to niewiele zmienia w samym przeżywaniu cierpienia – mi jednak zmieniło. Nie ma we mnie tygodniami pielęgnowanego pod przykrywką buntu – pretensje zgłaszam od razu do Nieba. Nie było nigdy sytuacji takiej, żeby było to zostawione bez echa. Zawsze przynajmniej ulży mi emocjonalnie, nie mówiąc o tym, że czasem przypadkiem wpadam na kogoś życzliwego za rogiem lub ktoś zadzwoni.

Cierpienie uszlachetniło mnie w tym sensie, że wymieniłam sobie wiaderko z napisem „empatia” na większe. Postanowiłam sobie, że nie dam sobie wyhodować grubej skóry – już wolę wytrenować sobie pośladki, żeby mieć twarde cztery litery. Cierpienie dla samego cierpienia jest okrucieństwem. Negowanie czyjegoś cierpienia jest okrucieństwem.

Nie jestem ekspertem od cierpienia. Apoteoza cierpienia jest głupotą. Wierzę, że Bóg go nie chciał i nie chce, ale wie, jak to jest cierpieć. Zmartwychwstały Jezus ma na swoim ciele ślady męki, ale jaśnieje. Uratował człowieka, jest Bogiem, ale zostały Mu blizny. Bądź jak Jezus, niech z Twoich ran bije oślepiające światło miłości, które oświetla drogę. Drogę do Domu.


A lot has been already said and written about suffering and people much smarter than I did that (to mention e.g. Jesus as the first one). I had had some theoretical thoughts on it, combined with some practice and so, with my jaw clenched, I moved forward. Last year, however, it turned out that my conclusions from my previous experiences and the theoretical knowledge passed down to me by previous generations turned out to be very incomplete and untrue.

I noticed that in order to survive suffering, one must admit it. That means not telling yourself that this thing shouldn’t make you feel pain – it’s so WRONG, that’s not how we do it. If something causes pain it’s useless to pretend it’s not. Don’t allow yourself to be told by others who trivialize the thing that causes us suffering. People are different and different things make them suffer – everyone has a different sensitivity and other needs. There is, of course, a boundary behind which the hysterics begins, but one must carefully discern because you can do a lot of harm, belittle oneself or someone who needs our support. For a long time trivializing my own sufferings, I was hurting myself even more, because instead of working them out and being honest with myself, I pretended that certain things don’t affect me and I’m above them.

I wrote about it before, but I will write again. Once I thought that when one sacrifices suffering for somebody or one wants to share this pain with Jesus, it won’t hurt anymore – that it will disappear because „Jesus” will absorb it. In the aftermath, I pretended that there was no more suffering, that it disappeared (it didn’t disappear, I just gagged it). Some time ago I was attacked on the street. When, after a few weeks, I finally succumbed to the temptation to ask, „Where were you then, Jesus, Son of Yahweh?” he made me realize that he was dragged along with me on the ground that evening. The events of the last year have made me realize that Christ doesn’t look at me with pity, that I am so poor in dealing with difficult situations. He doesn’t want my life to be hard – he created me out of love and for love. I don’t have to pretend to him that nothing affects me. He knew what he was doing while creating me – having a bigger bucket for sensitivity for some reason will be a profit for me in various life situations. He wouldn’t do a trick to have fun watching me. Someone may say that it doesn’t change much in experiencing suffering – but it has changed me. I am not protesting weeks long in silence – I immediately complain to Heaven. There has never been a situation when it was unnoticed. I always at least relieve emotionally, not to mention that sometimes I accidentally run into someone around the corner or someone calls me.

Suffering ennobled me in the sense that I exchanged my bucket with the inscription „empathy” for a bigger one. I decided that I wouldn’t let myself to be thinks-skinned. Suffering for suffering itself is cruelty. Negating someone’s suffering is cruelty.

I am not an expert on suffering. The apotheosis of suffering is stupid. I believe God didn’t and doesn’t want its presence in the world and he knows what it’s like to suffer. The resurrected Jesus has traces of torment on his body, but his body shines. He saved a mankind, he is God, but he has got scars. Be like Jesus, let your wounds be the blinding light of love that illuminates the way. The way home.

Reklamy

katolik RZYMSKI / ROMAN catholic

O Rzymie napisano już wszystko, Włosi są trochę aroganccy, a pizza tuczy. I CO Z TEGO!?

Styczeń, po wyjściu z samolotu atak wiosennego powietrza i śpiewu ptaków, pierwsze spacery z płaszczem na przedramieniu. Na Zatybrzu wieczorem sami Włosi, kolejki tylko do Pawła za Murami, bo papież i drugie nieszpory (ilu kleryków potrzeba do przeniesienia stołka? trzech – dwóch trzyma, jeden konsultuje)(ten diakon z pierwszego zdjęcia jechał z nami wtedy metrem!). Lecisz tyle kilometrów, żeby pod drzwiami bazyliki św. Piotra czekać na jej otwarcie obok swojego prywatnego poznańskiego arcybiskupa. Potem przyczajka na papieża z tarasu klasztoru franciszkanów, gdy wychodził od św. Marty (jak się człowiek zachowa w takiej sytuacji okazuje się dopiero, gdy papież wychodzi i okazało się, że reaguje się spontanicznym piszczeniem) (dobrze, że nie było żadnego snajpera nigdzie na okolicznym dachu). Snucie się 20 km dziennie po mieście, dużo piękności, ciepła i radości. Moje serce jest pełne (jak to mówią Amerykanie) – najbardziej rozbrajająca jest bezinteresowna przyjaźń i czekoladowy panettone (ojciec Rysiu umie w panettone i w gościnę ♥) (w grudniu będzie pieczone, bo ta z bakaliami to jest taka sobie, ale z czekoladą to JEST PO PROSTU AMBROZJA) (we dwie opędzlowałyśmy całą w dwa wieczory).

Są takie chwile, kiedy się bardzo wzruszam. Jest to miłe uczucie, zawsze się wtedy czuję bliżej Boga. W Rzymie wzruszyłam się przynajmniej cztery razy: gdy jadłam czekoladowego panettone, gdy jadłam tiramisu na Via Quattro Novembre, a tak bardziej na serio to poryczałam się przy grobie św. Katarzyny ze Sieny oraz przy stopie Apostoła Jakuba albo Filipa Mniejszego w bazylice Dwunastu Apostołów (relikwie obydwu panów tam się znajdują, ale nie dało się dowiedzieć czyja stopa – w każdym razie pomyślałam sobie, że tą stopą mógł być trącany Jezus, a ojciec Rysiu słusznie zauważył – i wtedy to już mi się serce rozpłynęło – że TĘ STOPĘ całował Jezus podczas ostatniej wieczerzy). Wiem, że chrześcijaństwo to nie jest religia miejsca i Msza Święta na Lateranie ma taką samą wartość jak Msza Święta w Pcimiu i że święci tak samo są wszędzie obecni, bo już są w innym wymiarze, ale jednak po ludzku ogromnie przeżyłam i nie mogłam się oderwać od grobu Sienenki i gabloty z tą stopą (M: „Idziemy?” Ja: „Nie, potrzebuję jeszcze trochę” M: „Dobrze”. – naprawdę dobrze trzeba wybierać towarzystwo na wakacje ♥).


Everything has already been written about Rome, the Italians are a bit arrogant, and the pizza is fattening. SO WHAT!?

January, an attack of spring air after leaving the plane and birds singing, first walks with a mantle on the forearm. In the Trastevere Italians in the evening, queues only to Paul Outside the Walls, because the Pope and the second vespers (how many clerks do you need to move one stool? – three: two hold the stool, one consults). You were flying so many kilometers only to meet your own archbishop at the door of the St. Peter’s Basilica. Later, you spot the pope from the terrace of the Franciscan monastery while leaving the St. Martha’s (how you would behave in such a situation turns out only when the Pope comes out and it turns out that you simply scream) (well, there was no sniper anywhere on the surrounding roof fortunately). Walking daily 20 km around the city, admiring the beauty, warmth, and joy. My heart is full – one of the most powerful things in the world are selfless friendship and chocolate panettone (father Rysiu knows how to panettone and knows the meaning of the word hospitality ♥) (in December it will be baked at home, because I don’t like the one with dried fruits and nuts so much, but the one with chocolate IS SIMPLY AMBROSIA).

There were moments when I was deeply touched. It is a nice feeling, I always feel closer to God than. In Rome I was moved at least four times: when I ate chocolate panettone, when I was eating tiramisu by Via Quattro Novembre, and more seriously, I cried at the grave of St. Catherine of Siena and at the foot of the Apostle James or Philip in the Church of the Twelve Holy Apostles (relics of both men are there, but it was impossible to know whose foot it was – anyways I thought that Jesus could have been kicked with this foot, and father Rysiu rightly noticed – and then my heart melted – that Jesus was kissing THIS foot during the Last Supper). I know that Christianity is not a religion of a place and the Holy Mass at Lateran has the same value as the Holy Mass in a small shabby church and that the saints are equally present everywhere because they are already in a different dimension, but I experienced it very very deep there.

 

1
pod niebem pełnym cudów / under the sky full of wonders

2

3
u św. Piotra / at St. Peter’s
4
u św. Piotra same mozaiki! nic malowanego! / only mosaics there, nothing is painted!

56

7
miedziane misy z piaskiem do trzymania świeczek – przepiękność! kościół św. Bartłomieja, sanktuarium męczenników XX i XXI wieku / copper bowls with sand to hold candles – beautiful! St. Bartholomew, the sanctuary of the martyrs of the 20th and 21st centuries
8
u św. Anastazji adoracja trwa całą dobę! jeden z piękniejszych kościołów, w jakim byłam – wnętrzem rządzi pastelowy błękit / there an Adoration round the clock at St. Anastasia’s

9

10
DZIEWCZYNA ZE SIENY! / THE GIRL OF SIENA!

111213

14
u św. Sabiny na Awentynie. teraz już przynajmniej wiem, że poznański kościół dominikanów zbudowano na jej wzót. i niech mi nikt nie mówi, że jest inaczej. wspaniałe miejsce.

15

16
u św. Praksedy stoi fragment słupa, przy którym był biczowany Jezus (jak zauważył ojciec Rysiu – jeden z wielu 😉 ). *O nie, Panie Jezu, ubiczowali Cię!* *Ale spokojnie, zmartwychwstałem!!!*. także tak. / The Basilica of Saint Praxedes where you can find a piece of the pole at which Jesus was beaten (as Father Rysiu noted – one of many;)). * Oh, Lord Jesus, they whipped You! * * Yes, but don’t worry, I rose from the dead!*. OK then.

 

17
stając się Sophią Loren / becoming Sophia Loren
19
w kościółku Domine Quo Vadis, czyli w miejscu, gdzie św. Piotr zapytał Jezusa dokąd idzie. Pan Jezus w darze zostawił odcisk Swoich stóp w kamieniu (dotykałam ♥!). / at the Church Domine Quo Vadis where Peter met Jesus and asked Him where was He going. Jesus left His footprints in the stone (I touched it! ♥)

202122

24
Lateran to zdecydowanie moja ulubiona rzymska bazylika. to tutaj to drzwi, które są Drzwiami Świętymi, kiedy jest okazja ku temu. / Lateran is definetely my favorite Roman Basilic. This here are the doors which are the Holy Doors when the Church needs them.

 

 

 

 

Panna Mruk / Miss Gruff

easter-desktop

Jesteśmy ludźmi Wielkanocy, a „Alleluja” to nasza pieśń (za św. Janem Pawłem II) – tapeta wykonana przez Ericę Tigh dla „Blessed is She” / by Erica Tigh for „Blessed is She”

Dzisiaj chciałabym o samopoczuciu. Odkąd pamiętam moim wnętrzem targały emocje i nastroje w szaro-czarnych barwach – Weltschmerz, strach, kosmiczne wahania nastroju i codzienna walka o przetrwanie. Gdy się nawróciłam, tłumaczyłam sobie, że pewnie mnie tak Bóg doświadcza i że muszę to znosić z godnością (g prawda – że uprzedzę wypadki). Świat jest zły, a ja się muszę jakoś przebić, karczując te krzaki i pchać taczkę obłędu, aż wreszcie dotrę do bram nieba. W moim rodzinnym domu też wszyscy byli raczej przygnębieni i przygnębiający, więc myślałam, że tak to już jest. A nie jest.

Włos mi się jeżył zawsze na głowie, gdy słyszałam hasła w stylu „Twoje szczęście zależy od Ciebie”, ponieważ nie natrafiłam na żaden pomysł, który mógłby sprawić, że stanie się to, czego – jak uważałam – do szczęścia mi brakuje. A ja się naprawdę starałam. W efekcie popadałam  jeszcze większą rozpacz i jeszcze silniej zaciskałam zęby, pętając się w to tak naprawdę jeszcze bardziej. Z ambony kapłani grzmieli z grobową miną, że chrześcijanin musi być i jest szczęśliwy, a ja szczęśliwa sama ze sobą nie byłam, więc zaciskałam zęby jeszcze mocniej i robiłam w dalszym ciągu dobrą minę do złej gry (miałam poczucie, że moje życie jest pełne braków, czyli niepełne). Na szczęście jakimś cudem Duch Święty zaczął się przebijać ze swoim oświeceniem i moje życie nabrało nowej jakości.

|DECYZJA|

Dotarło do mnie, że jest wiele sytuacji na co dzień, gdzie ode mnie zależy, jak zareaguję. Mogę eskalować jakąś agresywną sytuację, a mogę ją zatrzymać na sobie (i oddać Bogu – to już jest wyższa szkoła jazdy w moim przypadku, ale robię postępy). Gdy mnie ktoś w sklepie szturchnie, mogę się uśmiechnąć i powiedzieć, że nic się nie stało (nie dotyczy dzieci biegających po Rossmannie, bijących pięściami ludzi w kolejce – true story). Przestałam być negatywnie nastawiona do świata, zaczęłam życzyć mu miłego weekendu i się uśmiechać. Po kilku tygodniach żyło mi się lżej, świat nabrał kolorów, a ja stałam się spokojniejsza. Nastawienie do świata zależy ode mnie.

|WDZIĘCZNOŚĆ|

Słyszałam o tym wiele, ale nigdy w to nie wierzyłam, że bycie wdzięczną może zmienić świat, bo przecież od manipulowania swoim fokusem fakty się nie zmienią. Jednego dnia coś (Ktoś) mnie jednak natchnęło i postanowiłam kończyć dzień podsumowaniem go z naciskiem na to, co było miłe, sprawiło mi przyjemność czy z czego byłam dumna i podziękować za to Bogu. Okazało się, że tych rzeczy każdego dnia jest mnóstwo o różnym stopniu pozytywności (np. to że komuś nie przywaliłam, a mu się należało albo że szłam ulicą i zapach piwonii mieszał się w słońcu z zapachem czarnego bzu). Przypomina mi się św. Ignacy, który podkreślał wagę codziennego rachunku sumienia na koniec dnia – żeby właśnie uporządkować i wiedzieć, na czym się stoi. Smutne wydarzenia dnia (prawda życia i prawda ekranu) zdają się mieć większą siłę przebicia w naszych mózgach, ale one nie są całością. Wdzięczność otworzyła mnie na dzielenie się, wyciszyła. Z czasem zaczęłam dostrzegać coraz więcej rzeczy, które są pozytywne, a których wcześniej nie dostrzegałam. Widzę, że jest to proces jak pielenie ogródka – trzeba regularnie, bo inaczej się zachwaszcza.

Okoliczności zewnętrzne się nie zmieniły, ja jednak przestałam czuć, że mi czegoś ciągle brakuje – czuje się całością kochaną przez Boga.

|ZAUWAŻANIE DOBREGO W DRUGIM|

Kiedyś (do czego przyznaję się ze wstydem) byłam jak saper w myśleniu o ludziach – gdy pomylili się raz, wrzucałam ich do szufladki z tymi, którym nie można ufać i którzy na pewno nie mają mi nic ciekawego do powiedzenia. Dłużej już teraz trochę żyję i widzę, co się dzieje – że miłość i rodzina nie istnieją bez przebaczania. Zdaję sobie sprawę jak to smętnie brzmi, bo przebaczanie zakłada krzywdzenie, ale przebaczanie właśnie to jest to fajne w tym całym interesie (nie jest fajne krzywdzenie). Natchniona znowu przez łaskę, spróbowałam koncentrować się w ludziach tych na ich zaletach, nie poddawać się przy jakimś ich potknięciu. Wtedy zobaczyłam, jacy piękni i jacy niesamowici mnie otaczają. Nawet jeżeli jest to jakiś jeden talent albo jakaś inna cecha w nich, zaczęłam je bardzo cenić. To są te obszary często, w których ja mam braki, więc ludzie ci są dla mnie ogromną inspiracją, by stawać się coraz lepszą wersją mnie.

|BIOLOGIA|

Last but not east – nie zgadzała mi się chemia w głowie. Ponad dwutygodniowe PMSy, ciągłe migreny i zmęczenie – kiedyś o była moja codzienność i naprawdę przedzierałam się przez życie jak przez zaspę. Zdiagnozowanie tarczycy polepszyło jakość mojego życia niewymiernie, a od kiedy suplementuję się cynkiem, migreny praktycznie zniknęły (selen pomógł na nerwobóle – btw). Nie jestem lekarzem, więc piszę tylko, co sprawdziło się u mnie, ale wiem jedno – permanentne złe samopoczucie jest patologiczne. I nie, że Bóg doświadcza, by cierpieć za naród – trzeba po prostu iść zrobić badania, bo fizyczna strona życia może być jak motylek na majowej łące.

PODSUMOWUJĄC

Zrozumiałam, że chrześcijanin swoją radość czerpie z tego, że jest człowiekiem Wielkanocy, a Alleluja jest jego pieśnią (za Janem Pawłem II). Nie chodzi w tej radości o to, by nigdy nie poczuć smutku lub udawać, że coś nie zasmuca, ale o to, by nie wpadać w rozpacz i żyć nadzieją. Słyszę z różnych miejsc od czasu do czasu, że rozpacz to jedna z największych pokus, które podsuwa szatan. W rozpaczy nie ma nadziei, jest tylko szaro-bura ciemność. Rozpacz jest kłamstwem, bo Jezus zwyciężył świat. Pierwszy raz w życiu przyjęłam to do środka siebie. Przeniosło mi to punkt ciężkości – widzę, skąd dochodzi Światło.


Today I would like to talk about mood. Since I remember I felt miserable because of too many emotions and moods in gray-black colors in my heart and head – Weltschmerz, fear, cosmic mood swings and daily struggle for survival. When I converted, I explained that I was probably God experiencing me (#facepalm) and that I have to bear it with dignity). The world is bad, and I have to break through, clearing these bushes and pushing a wheelbarrow of insanity until I finally reach the gates of heaven – these were my thoughts. At home my family there was no optimistic mood, so I thought that was the way it is. But it is not.

I hated it always when I heard the words „Your happiness depends on you” because I had no idea what else I could do to finally be happy. And I really tried. As a result, I felt even more desperate and even more tightly clenched my teeth to walk the line. Priests tell you that as a Christian you should be happy, but I didn’t know how – I felt that my life is not complete. Fortunately, by some miracle, the Holy Spirit began to break through this with His enlightenment and my life got a new quality.

|DECISION|

It came to me that there are many situations during the day, when it depends upon me how I react. I can escalate some aggressive situation or I can keep it on myself (and forward it to God – it’s harder than you can imagine, but I’m progressing). When someone in a shop pokes me, I can smile and say that nothing has happened. I stopped feeling negative towards the world, I began to wish it a nice weekend and smile. After a few weeks everything became and I became calmer. My attitude towards world depends upon me.

|GRATITUDE|

I’ve heard a lot about being grateful, but I had never believed that being grateful can change the world, because after manipulating your focus the facts will not change. One day something (the dearest Holy Spirit) inspired me and I decided to end the day summing it up, emphasizing what was nice, what made me happy or proud  and I thanked God for it. It turned out that there are plenty of things that were good each day (for example, I did not punch some colleague or I was walking down the street smelling the mixture of peonies, sun and elderberry). It reminds me of St. Ignatius, who stressed the importance of daily examination of conscience at the end of the day – to just sort things out and know where you are. The sad events of the day (the truth of life and the truth of the screen) seem to have more power to pierce in our brains, but they are not the whole picture. Gratitude opened me up to share, calm down. Over time, I began to see more and more positive things that I had not seen before. I see that this is a process like gardening – we need to be regular, otherwise weeds take control.

The external circumstances have not changed, but I have ceased to feel that I am still missing something – I feel totally full and loved by God.

|NOTICING THE GOOD THINGS IN OTHERS|

Once (I’m ashamed) I was like a sapper in thinking about people – when they were wrong once, I threw them into a drawer with those you cannot trust and who certainly have nothing interesting to say to me. Now I’m a little bit older and see what’s going on – that love and family do not exist without forgiveness. I realize how sad it sounds, because forgiveness involves harm, but forgiveness is exactly the cool part in this whole business. Inspired again by grace, I tried to focus on these people merits, not to give up after some failure. Then I saw how beautiful and amazing people around me are. Even if it is one talent or some other feature in them, I started to value them much more. These are often areas where I have shortcomings, so these people are a great inspiration for me to become a better version of me.

|BIOLOGY|

Last but not east – the chemistry in my body didn’t tally. Over two weeks of PMS, constant migraines and fatigue – it was all my everyday life and I really struggled through life like through a huge snowdrift. Diagnosing my poor thyroid has improved the quality of my life immeasurably, and since  I suplement zinc, migraines have virtually disappeared (selenium helped on neuralgia – btw). I am not a doctor, so I write only what works for me, but I know one – permanent malaise is pathological. And not that God experiences to suffer for the nation – you just have to go examine yourself, because the physical side of life can be like a butterfly on a May meadow.

TO SUM UP

I did understood that the Christian joy is derived from the fact that he is a man of Easter, and Alleluia is his song (after John Paul II). It is not about the feeling of never being sad or pretending that something isn’t grieving, but about not falling into despair. I hear from time to time that despair is one of the greatest temptations that Satan offers. In despair there is no hope, there is only gray-clack darkness. Despair is a lie, because Jesus conquered the world. For the first time in my life I took it to myself and really believed it. It has shifted my focus – I see where the Light comes from.

Czytanki / Readings

W poprzednim wpisie napomknęłam o podzieleniu się kilkoma ciekawymi artykułami/historiami, więc oto z nimi jestem. Kolejność jest przypadkowa, niektóre są tylko po angielsku, ale naprawdę warto spróbować posilić się automatycznym translatorem – może coś akurat.

|o. Tomasz Grabowski OP|

Jestem absolutnie urzeczona sposobem, w jaki Bóg przemawia przez ojca Tomasza – czuję się po prostu w ratzingerowskim ziemskim niebie.

„Tylko prawda wyswobadza z lęku” – „Mistrzowie duchowi przekonują, że zanim powierzymy się Bogu, to najpierw musimy sie sami odkryć, spotkać ze swoimi ograniczeniami i brakami, wreszcie w pełni zaakceptować. Dopiero wtedy możliwy jest wolny dar z samego siebie”

Wolność jako odczytywanie woli Boga – „Wobec tego odczytywanie woli Boga zakłada odszukanie walorów stworzenia, jakim jestem , pragnień, jakie noszę, duchowych predyspozycji i – ostatnie, ale nie mniej ważne – miłość, którą rozwijam”

Tutaj jeszcze tematycznie na dzisiaj o Bożym Ciele.

Ojca Twitter, Facebook – warto śledzić.

|ks. Mariusz Rosik|

Wrocławski profesor teologii, biblista, znawca Starego Testamentu. Ma wspaniały dar opowiadania o Biblii jako fascynującej opowieści (a przecież Biblia właśnie taka fascynująca jest). Na stronie jest wiele ciekawych materiałów oraz rozkład jazdy na dany miesiąc – naprawdę warto gdzieś upolować jakieś spotkanie.

|o. Solanus Casey OFM Cap.|

Amerykański kandydat na ołtarze, nazywany „amerykańskim ojcem Pio”.

|Jezuici, którzy przeżyli wybuch w Hiroshimie|

Poznałam tę historię kilka lat temu i nie mogłam wtedy pojąć, że nikt tego specjalnie nie nagłaśnia. Jest jedno miejsce w mieście, które zostało nieznacznie nienaruszone podczas wybuchu bomby atomowej– to klasztor ojców Jezuitów, którzy w odpowiedzi na objawienia Matki Bożej, codziennie odmawiali Różaniec. Bóg może wszystko.

Trudno znaleźć sensownie napisany artykuł na ten temat – tutaj wersja polska, tutaj angielska.

|„What I wish we understoond when it’s not Mothers’s Day”|

Jak to jest być bezdzietną starą panną po trzydziestce i w ogóle jakąkolwiek z czegokolwiek  wykluczoną w dyskursie kobiet Kościoła Katolickiego. Po angielsku.

„All I’m saying is this: it’s hard. Being a mom is hard. Being childless is hard. Being in an abusive relationship is hard. Being trapped in a small town is hard. Being completely unrooted is hard. Having a job is hard. Being unemployed is hard. It’s just hard. All of it.”

Gdz słyszę, że nie wie, co to być zmęczonym ktoś, kto nie ma dzieci, odpowiadam, żeby zaserwowali sobie poziom TSH gdzieś w okolicach 65 (lub 120 – true story). Przytomnym się jest w najlepszym razie w porywach kilka godzin w ciągu dnia.

|Ks. Walter Ciszek SJ|

Urodzony w 1904 roku jako syn polskich emigrantów w Stanach Zjednoczonych, misjonarz w Rosji, długoletni więzień przybytków NKWD oraz obozów pracy na Syberii. Artykuł ten linkował o. Tomasz jakiś czas temu – żal, że taka postać jest tak mało znana. Mocne świadectwo życia pełnią chrześcijaństwa.

|„Bóg w wielkim mieście”|

Mimo że książka ukazała się wiele miesięcy temu, dopiero niedawno trafiła w moje ręce. Nie oglądam telwizji, więc Kasia Olubińska jest dla mnie po prostu katolicką blogerką i zaczęła dla mnie istnieć po rozpoczęciu pisania bloga. Czytając pierwsze jej wpisy pomyślałam, że to jest dokładnie tak, jak ja odczuwam obecność Boga w wielkim mieście. W książce jest 15 wywiadów z ludźmi podobno znanymi, ale ja oprócz Krzystofa Antkowiaka i Krystiana Wieczorka nikogo tam za bardzo nie kojarzę. Nie ma to jednak większego znaczenia, bo między kartkami tej książki unosi się Duch jak unosił się nad wodami podczas stwarzania świata i nie jest ważne, kto o nim mówi w taki wspaniały sposób. Piękno i delikatność Boga – Kasia uchwyciła to wszystko w swojej książce. Książka jest także opowieścią o jej drodze do Boga i z Bogiem – solidna dawka powiewu Ducha Świętego i inspiracji.

Kilka dni temu spotkałam Kasię na wieczorze autorskim i dawno już nie odstałam takiego kopa inspiracji do życia jak od niej. Łączy w sobie kobieca łagodność i siłę – piękny człowiek!

|Christina Doloway|

Zastanawiałam się, który artykuł Christiny jakoś wyróżnić, ale nie umiem wybrać. Duże wrażenie zrobił na mnie wpis o tym jak przygotowała oprawę swojej ślubnej mszy (ostatnio pojawił się także ten artykuł na „Spoken Bride” – ach!), jej wpisy o zmaganiu się z byciem solo czy wreszcie o tym, że tak naprawdę na nic nie zasługujemy. Na każdy kolejny czekam z niecierpliwością!

Tutaj wywiad z Christiną u Jenifer Fullwiler (od ok. 22 minuty).

A, ma na sobie zazwyczaj boską sukienkę jakąś. Piękny człowiek z każdej strony.


In the previous post I mentioned sharing some interesting articles/stories, so here there are. The order is random, some are only available in Polish, but it’s really worth trying to give the google translator a shot.

|Fr. Tomasz Grabowski OP|

I am absolutely fascinated by the way God speaks through Father Thomas – ratzingerish heavenly.

„Only the truth frees us from fear” – „Spiritual Masters say that before we entrust to God, we must first find ourselves, meet our limitations and shortcomings, and finally accept. Only then can can be a free gift of ourselves. „

Freedom as the reading of the God’s will – „Thus reading the God’s will implies finding the qualities of the creature that I am, the desires I have, the spiritual predispositions and, last but not least, the love I develop.”

Here some thoughts on Corpus Christi feast (which is today here in Poland).

Father’s Twitter, Facebook (he speaks English as well)

|Fr. Mariusz Rosik|

Professor of theology from Wroclaw, biblical scholar, expert of the Old Testament. He has a wonderful gift of explaining the Bible as a fascinating story (because Bible IS fascinating). On his site there are many interesting materials and a timetable for a given month – it is really worth going somewhere for a meeting (there are also some articles in English).

|Fr. Solanus Casey OFM Cap.|

An American candidate for altars, called „American father Pio”.

|Jesuits who survived the outbreak in Hiroshima|

I got to know this story a few years ago and I can’t understand that nobody was talking about it. There is one place in the city that was slightly intact during the outbreak of the atomic bomb – it is a monastery of Jesuit fathers, who in response to the apparitions of Our Lady of Fatima, prayed the Rosary daily. God can do anything.

It is difficult to find a meaningfully written article on this subject – here the Polish version, here the English one.

|”What I wish we understoond when it’s not Mothers’s Day”|

What is it like to be a childless spinster in her thirties and any other anything exclusions that you can find among some women in the Catholic Church. In English.

„All I’m saying is this: it’s hard. Being a mom is hard. Being childless is hard. Being in an abusive relationship is hard. Being trapped in a small town is hard. Being completely unrooted is hard. Having a job is hard. Being unemployed is hard. It’s just hard. All of it. „

When I hear somebody sayin’, that you do not understand what it means to be tired when you have no kids, I tell them to somehow cause that their THS level is 65 (or 120 – true story) and see how conscious during the day they can be.

|Fr. Walter Ciszek SJ|

Born in 1904 as a son of Polish emigrates in the United States, a missionary in Russia, a long-time prisoner of NKVD and labor camps in Siberia. This article was forwarded by father Tomasz some time ago – it’s a pity that such a character is so little known.

|”God and the City”|

Although the book appeared many months ago, I’ve just bought it recently. I do not watch TV, so Kasia Olubińska is just a Catholic blogger for me and she started to exist for me when she started blogging. Reading her first entries on the blog, I thought that this was exactly how I felt God’s presence in the big city. In her book there are 15 interviews with people reportedly known, but except for Krzystof Antkowiak and Krystian Wieczorek I do not associate anything with anyone. This is not so important, because between the pages of this book, the Holy Spirit rises as he floated over the waters while creating the world, and it is not important who speaks of him in such a wonderful way. The beauty and gentleness of God – Kasia captured all this in her book. The book is also a story of her journey to God and with God – a solid dose of the Holy Spirit’s breath and inspiration.

A few days ago I met Kasia at the author’s evening and for a long time I didn’t get such a kick of inspiration to life like from her. She combines feminine gentleness and strength – beautiful human being!

|Christina Doloway|

I was wondering which article should I distinguish here, but I am not able to choose. I was impressed by the post about how she prepared her wedding mass (and here), her entries about struggling with being single or finally about the fact that we really deserve nothing. For every post I wait impatiently!

Here’s an interview with Christina at Jenifer Fullwiler (from about the 22 minute).

Moreover she has got the best dresses. Another beautiful feminine human being.

American Dream

Nie byłam nigdy w Stanach, Amerykanów znam z protestanckich misjonarzy oraz mediów (ech, jakże mało światowo i słabo to brzmi…). Chrześcijański internet amerykański zdominowany był dla mnie (ja po prostu tylko w takie jego zakątki trafiałam) do tej pory przez kościoły protestanckie, więc zawsze traktowałam wpisy i nauki z dużym dystansem. Ostatnio jednak, po niteczce do kłębka, dotarłam do amerykańskich blogów katolickich i jestem urzeczona (np. Emily albo Dominka, która jest Słowaczką z pochodzenia). Naturalnością, radością, a przede wszystkim spokojnym mówieniem o wierze, miłości i trudnościach (czyli nadziei). Oczywiście nie generalizuję, bo pewnie dziewczyny są po prostu wyjątkowe, ale nie znalazłam niczego podobnego w polskiej blogosferze katolickiej (może mało widziałam – jeżeli tak, dajcie znać). Piszą o Bogu bez spinania się, ich codzienność zdaje się być przeplatana Jego obecnością. I tutaj dochodzimy do sedna dzisiejszego wpisu – planowania, czyli jak one nadążają za tym, jakiego świętego jest dzisiaj wspomnienie.

Zdaje mi się, że Amerykanki mają fioła na punkcie journals and morning/evening routines – planują, zapisują w notesikach i na blogach. Doszłam do wniosku, że to wcale nie jest takie głupie w kontekście życia duchowego i wplanowania w swój dzień codzienny konkretnych godzin na modlitwę i nawet medytację, ponieważ spontanicznie NIGDY się na to czasu nie znajdzie. Doszłam do wniosku, że ja przecież też swoją mam – odmawiam Różaniec w drodze do pracy, koronkę w drodze z pracy, rozdział z Pisma Świętego czytam przed spaniem. Gdy którykolwiek z tych elementów odpada (ech, te weekendy) z moją modlitwą jest trochę jak ze spadającymi filiżankami z trzęsącego się kredensu. Kiedy byłam na studiach i codziennie mogłam być na mszy wiedziałam co się dzieje w Kościele i kościele, poczynając od aktualnych czytań, przez codzienną naukę w kazaniach do tego, którego świętego aktualnie wspominamy. Załapywałam się czasem jeszcze na adorację. Pan Bóg był fizycznie obecny w moim życiu albo raczej ja w Jego. Tęsknię za tym teraz, ale po skończeniu studiów bardzo szybko okazało się, że w moim przypadku codzienna msza nie wchodzi logistycznie w grę, na adoracji byłam w ostatnim roku zaledwie kilka razy. Tracę na tym przede wszystkim ja i czuję to. Myślę zatem, że warto zastanowić się nad wprowadzeniem w codzienność KATOLICKIEGO PLANERA na 2017 – do ściągnięcia za darmo, niestety po angielsku. Można prowadzić dziennik swojej duszy, zapisywać odkrycia duchowe i śledzić na bieżąco czytania oraz Świętych.

Wiele rzeczy, na które wydaje się, że nie ma czasu, jest kwestią zaplanowania i trzymania się planu. Nie trzeba medytować pół godziny rano, potem odmówić Różaniec i litanie. Modlitwa to przejaw realnej relacji z Bogiem, jest dynamiczna i czasem tej rozmowy jest więcej czasem mniej. Myślę, że warto założyć sobie jakieś realne minimum prawdziwego zaangażowania się w rozmowę i wpuszczenia Go do codzienności. Taki czas tylko dla Boga, o określonej godzinie, by nie było trzeba łapać tych spadających filiżanek z poczuciem winy i zawiedzenia samego siebie, bo wtedy blokuje się działanie Boga, który cieszy się, że przyszliśmy i na tym się skupia.

Modlimy się tak, jak żyjemy, ponieważ tak żyjemy, jak się modlimy. (KKK 2725)

Czapka / Hat

Kupiłam w zeszłym roku czapkę idealną – czarną, stuprocentowo wełnianą, z bąbelkiem robiącym się na czubku, a co za tym idzie bardzo drogą. O czapce zapomniałam na całe letnie miesiące i zapomniana była do piątkowego poranka. Widząc na termometrze za oknem okolice zerowego stopnia Celsjusza, pomyślałam, że trzeba wyjąć czapkę. Skierowałam swe bose stópki w pośpiechu do szuflady ze wszystkimi zimowymi akcesoriami, jednak czapki w niej nie było. Rozpacz czarna jako ta czapka, ponieważ zakupienie kolejnej takiej wiązałoby się z kosztami, które nie były przewidziane na ten sezon. Szybkie jęki do Anioła Stróża nie przyniosły natychmiastowego rezultatu, a ja – że było już dosyć późno – wyszłam bez czapki. Termometr robił pogodzie kiepski PR, bo w trakcie trzydziestominutowego marszu nie było jednak wcale tak zimno. Zapomniałam o zgubionej czapce na cały dzień. Przypomniała mi się w pieszej drodze powrotnej. Pomodliłam się znów dosyć stanowczo do Anioła Stróża i moje myśli znów gdzieś odleciały. Gdy przyszłam do domu, poczęłam odwijać się z dwumetrowego szala i odkładając go na miejsce na półkę nad wieszakami, natchnęło mnie coś nagle, każąc pomacać na tej półce tam. Zimo przychodź, czapka jest. I rękawiczki w bonusie. Buziaki, Aniele Boży, Stróżu mój.

ENGLISH

Last Winter I bought a perfect hat – true black, whole wool with a little bubble on top, so it was quite expensive. I forgot about the hat for the whole summer and it was forgotten till the last Friday morning. I spotted zero grades Celsius outside my window so I decided to take a hat for my walk to work. I went barefoot to the drawer where all winter supplies are suppose to be storaged, but it wasn’t there. I fell into despair, because costs for a new perfect hat weren’t planned for this season. I moaned a little bit to my Guardian Angel, but without any result – it was a little bit late, so I decided to go to work without it. It turned out it wasn’t so cold as my thermometer said. I forgot about the lost hat for the whole day – it came to my mind while I was walking back home. I prayed firmly to my Guardian Angel and then thought about something else. When I came home, I wanted to put my scarf on a shelf where it belongs and suddenly Somebody inspired me to look at that shelf. Winter, I am so ready for you, the perfect hat is present (and my gloves in bonus). Kisses, my Guardian Angel.

Ludzie, którzy znają Boga

W zeszły piątek znalazłam się w kościele Społeczności Chrześcijańskiej we Wrocławiu (nie chcę tutaj nikogo urazić, tak było napisane na ogłoszeniach, z drugiej strony wiem, że to adres parafii luterańskiej – proszę mnie naprostować, jeżeli to miejsce nazywa się inaczej) na utopionym w soczystej zieleni maja wrocławskim Sępolnie, by posłuchać Mate.O i ich „Pieśni naszych ojców”. Materiał na płycie jest niesamowity – kręci mnie tradycja, a starodawne teksty (niektóre mające podobno ok. 1600 lat) niesamowicie zakotwiczają moje istnienie w wiekach ziemi, na której wszystko ma swój czas. Uwielbiam pieśń Kochanowskiego „Czego chcesz od nas, Panie…”, bo uwielbiam teksty napisane wieki temu, które używane są do dzisiaj (to jest pomnik trwalszy niż ze spiżu – podobne uczucia żywię ku twórczości Jane Austen) – Bóg wczoraj i dziś, taki sam.

W pewnym momencie Mateusz poprosił lud zebrany, by podnieśli rękę ci, którzy doświadczyli Ewangelii Chrystusowej. Praktycznie każdy obecny podniósł od razu. I nie jedną, a dwie. Ludzie Boga.

Są na tym świecie rzeczy

Jakiś czas temu byłam świadkiem dyskusji traktującej o pewnej młodej pannie, wiosen dwadzieścia dwie, jak zaznaczono – głęboko religijnej, która związała się rok temu z pewnym młodzieńcem, któremu wiosen dwadzieścia siedem (tyle lat człowiek studiuje germanistykę, że potem nie wie, jak po polsku rozpisać liczby – wstyd) i postanowili się pobrać. PO ROKU. 22 LATA. Oburzonko. Zareagowałam na to może nazbyt gwałtownie (ale i tak robię postępy w nieodzywaniu się niepotrzebnie i hamowaniu swojego temperamentu), że sorry, ale ja do tego chóru nie dołączę, bo uważam, że to bardzo fajnie. Gdy ludzie razem dojrzewają i uczą się dorosłości i rodzą dzieci w wieku, kiedy organizm jest w pełni sił (sorry, ciało nie czyta kosmomagazynów) i potem, gdy mają lat pięćdziesiąt mają wreszcie z powrotem swój święty spokój i drugą młodość (pozdro, Rodzice) (sama tak nie będę miała, więc nie jestem jedną z tych, co uważają, że ich sposób jest najlepszy). W odpowiedzi spadł wodospad historii rozwodów po roku małżeństwa i że jak się ma lat dwadzieścia dwa, to się jest niedojrzałym. Pewnie, że się jest. Tylko są na tym świecie rzeczy, o których ludzie niewierzący nie mają pojęcia, a co jest śmieszne – uważają właśnie, że wiedzą więcej, że są ponad to. Małżeństwo to SAKRAMENT, glejt od Boga. Nie żyję na ziemskiej orbicie, wiem jak jest, żoną nie jestem, ale wnoszę po mocy innych sakramentów, których doświadczam, że małżeński jest tak samo silny jak te mi dostępne. Poza tym, sorry – życie latami w związku w czystości to jest tortura, chuć jest bezlitosna, a niemieszkanie razem jest naprawdę wielce nieekonomiczne. Zatem dla zakochanej osoby wierzącej (tutaj oczywiście zakładam brak jakiejkolwiek patologii psychologicznej, oszustw i wypaczeń oraz rozeznanie swojego powołania) naprawdę bardziej opłaca się wejść w związek małżeński niż w niego nie wchodzić. Dla ludzi wierzących sakrament małżeństwa ma OGROMNĄ wartość, więc proszę go nie spłaszczać.

A, że życie w małżeństwie nie jest łatwe? Cóż, życie w ogóle nie jest łatwe.

Serio?

Z narodowych języków kościelnych to znam tylko polski i trochę niemiecki. Niemiecki jest językiem, w którym nawet czyszczenie toalety można ubrać w takie słowa, że ma się wrażenie traktatu filozoficznego, więc zostawmy. W Polsce hierarchowie i – co za tym idzie – wielu (większość) księży (zwłaszcza diecezjalnych) używa starych i wytartych sekwencji (bo trudno tu mówić o zdaniach). Gdy człowiek uważniej słucha kazań, po kilku latach już na Ewangelii wie, czego spodziewać się na kazaniu. I to najczęściej są zdania prawdziwe i słuszne. W związku z tym, że poprzednia niedziela była niedzielą modlitw o powołania do kapłaństwa (BARDZO słuszna koncepcja), padło oczywiście, że księża są tacy jak społeczeństwo, bo są z ludu wzięci. Wszystko fajnie, tylko jeżeli chce się być pasterzem (a decydując się na seminarium, decyduje się człowiek automatycznie na bycie różnego szczebla jakby managerem) to trzeba być jakby pół kroku przed społeczeństwem, bo to trochę takie kółko – społeczeństwo będzie takie, jacy ich pasterze. Nie jestem socjologiem, nie badam tematu naukowo. Po prostu spotkałam kiedyś w życiu Jezusa (i ciągle spotykam) i wiem trochę jaki Jest, a często (zwłaszcza na ziemiach odzyskanych) mam poczucie, że księża (ogromna większość) niestety Jezusa nie spotkała (przynajmniej takie sprawiają wrażenie). Ostatnio w moim nowym-pewnie tymczasowym kościele parafialnym miałam ochotę wstać w środku Mszy i zawołać, że nie wiem, czy słyszeliście, ale Jezus zmartwychwstał, RADUJMY SIĘ. Wiadomo, trudno codziennie chodzić jak na haju z tego powodu – w związkach damsko-męskich euforia mija po kilku miesiącach (i dobrze, bo inaczej nikt by nie dożył do trzydziestki), przemieniając się w coś piękniejszego i trwałego. Po nawróceniu człowiek ma poczucie unoszenia się pół metra nad ziemią, ale świat jest światem i nikogo nie oszczędza, zwłaszcza tego, kto chce z niego zrobić lepsze miejsce niż jest, ale człowiek wierzący wie, Kto jest prawdziwym Królem.

Szanowni Kapłani, Jezus żyje. Pokonał ŚMIERĆ, zesłał DUCHA ŚWIĘTEGO. Dostaliście dar uzdrawiania i wskrzeszania zmarłych. SERIO.

Spotkałam w swoim życiu wielu wspaniałych kapłanów. Niektórzy to ci z pierwszych stron katolickich portali i hierarchii, ale wielu to po prostu robotnicy w winnicy Pana.

Ksiądz P. siedział kiedyś z siostrą A. w zakrystii jednego z poznańskich kościołów. Siostra A. była (jest?) bardzo nowoewangelizująca i rozmawiali akurat o tym, że kapłan przez sakrament kapłaństwa ma dar uzdrawiania. Ksiądz P. wypowiadał się mniej więcej w tonie „Tjaa…” i traktował wypowiedzi siostry A. – jak wiele razy wcześniej – z przyjacielską pobłażliwością niedowiarka. W pewnej chwili do zakrystii weszła kobieta ze swoim nastoletnim synem prosić o modlitwę kapłana nad dzieckiem, bo chore. Opowiadał mi to  sam ksiądz P. w opowiastce pt. „Jaki ja głupi byłem”. Ten sam ksiądz P. finansował pewnej parafialnej starszej pani cotygodniowe zakupy, bo powiedziała mu, że jest sama i nie daje rady. Później okazało się, że pani księdza okłamała, ponieważ regularnie odwiedzała ją i zaopatrywała córka. Trudno, stwierdził, ryzyko zawodowe. Kiedy przyszedł do niego znajomy w potrzebie finansowej, pożyczył mu – nie bez wahania. Na drugi dzień dostał od dyrektora szkoły niespodziewaną premię w dokładnie takiej samej wysokości.

Znajomi biskupa Dajczaka –  jeszcze jako biskupa zielonogórskiego – postanowili wziąć rozwód. Biskup bardzo to przeżył i gdy wieczorem wrócił do siebie do domu, ciągle zastanawiał się, co ma zrobić, żeby do tego rozwodu nie doszło. W końcu zapakował Pana Jezusa, pojechał do owych znajomych, postawił im Pana Jezusa w kuchni na stole i siedzieli tak w czwórkę całą noc. Oczywiście żadnego rozwodu nie było.

Moja kosmetyczka z Poznania opowiadała mi kilka miesięcy temu, że w jej małżeństwie źle się zaczęło dziać i nie umieją z mężem nic poradzić: „I poszłam do proboszcza. Nie mam ojca, to do kogo miałam pójść?”. Ten proboszcz taki właśnie jest – gdy przychodzisz do spowiedzi, to jakby Bóg zabijał dla ciebie utuczone ciele i wyprawiał wielką imprezę. Gdy chodził po kolędzie i wszedł do któregoś tam mieszkania, przyjęła go pewna pani. Z papierów (ech te kościelne rejestry) wynikało, że jest jeszcze jakiś mąż. Mąż leżał bardzo ciężko chory w pokoju obok, zamknięty – na własną prośbę – przed kolędującym księdzem na cztery spusty. Proboszcz nie dał a wygraną i powiedział panu mężowi, że jeżeli będzie chciał z nim kiedyś porozmawiać, to tu jest numer telefonu, przyjdzie w cywilu, bez pompy. Nie minęło kilka dni, a pan zadzwonił.

Ksiądz P.K. remontował teren przykościelny. Wynajął ekipę, ale żeby było sprawniej, skrzyknął ministrantów (lato, wakacje) i wszystkich, których się dało. Jakiś były lokalny komunistyczny prominent powiedział mu po jakimś czasie, że gdy jechał kiedyś o 7 rano po bułki, to widział księdza P.K. jak jeździł z kamieniami taczką. I że jest do jego dyspozycji.

Znam księży i środowisko, na tyle na ile świecka osoba, przyjaźniąca się z kilkoma z nich (zarówno diecezjalnymi jak i zakonnikami) może znać. Wiem o wielu rzeczach, które są w*****ce, trudne i nie tak powinno być. Łatwo nie jest. Nie wiem tylko, na ile co poniektórzy księża wiedzą, jak ważne jest dla mnie (i nie tylko) to, że styl życia świeckiego (wiem że są ludzie pracujący, którzy są codziennie na Mszy – ja nie umiem, próbowałam – albo miałam poprane i posprzątane albo byłam na Mszy) przewiduje jedną Mszę w tygodniu. Czas, kiedy przychodzę fizycznie dotknąć Boga, ale też czas, żebym posłuchała o Bogu od kogoś, kto 6 lat studiował teologię i dostał glejt od Ducha Świętego, czyli ma na wyposażeniu to, czego nie mam ja. Niestety, podczas kazania wychodzi to, czy kapłan prosi Ducha Świętego o pomoc przy przygotowaniu kazania czy nie. Czy wierzy w Boga czy nie. Czy czuje ciążącą na nim odpowiedzialność za owce czy nie. Czy jest urzędnikiem czy jest świadomy swojego powołania. Nie będzie kapłanów, jeżeli społeczeństwo nie będzie wierzyć Bogu – zgoda. Społeczeństwo nie będzie wierzyć w Boga, jeżeli kapłani nie będą mu Go pokazywać – własnym życiem i słowami Ducha.

Żeby była jasność – minusy nie przysłaniają mi plusów, sakrament kapłaństwa jest dla mnie niesamowity na równi z innymi sakramentami. Przepiękną tajemnicą jest, jak wielką moc Bóg podarował Kościołowi instytucjonalnemu. Nie przychodzę na Mszę, żeby mi motyle w brzuchu latały i żeby każde kazanie było ucztą intelektualną. Modlę się za kapłanów codziennie i bronię, kiedy trzeba (tylko wierzący świecki wie, ile razy ktoś się w pracy na niego obraził, bo się nie dał przekabacić po kolejnej usłyszanej historii grzechów jakiegoś kapłana).

Luty

Jest mądrość Boża w tym, że luty trwa najkrócej ze wszystkich miesięcy. W tej szerokości geograficznej trwa listopad od czterech miesięcy, a lutowe znacząco dłuższe dni są realną obietnicą tego, że to tylko wydaje się, że listopad nigdy się nie kończy. W związku ze zmianami klimatycznymi może być tak, że w dzień po kwietniowej śnieżycy nadejdzie lipcowy upał w maju, ale nikogo to tak naprawdę nie martwi, bo każdy ma już dosyć.

W lutym moje ciało czuje się brzydkie i zmęczone. Szarość zewnętrzna wdarła się do środka, mimo że powłoka skórna dzielnie opierała się jej przez poprzednie miesiące listopada. Przytomność umysłu ogranicza się do kilku godzin w ciągu dnia i zaczyna się długo po 6:30, kiedy trzeba zacząć być obecnym, zwartym i gotowy na nadchodzący dzień. Za długim przesuszonym włosom nie pomaga już nawet jedwabiste serum na bazie oleju lnianego, trzeba iść do fryzjera, co otwiera rozdział pod tytułem „We Wrocławiu nie ma fajnego fryzjera, fajnym fryzjerem jest Klaudia w Poznaniu”. Buzia zamieniła mi się w jedno wielkie czerwone pobojowisko, więc trudno mi się emanuje łagodnością oraz wdziękiem, fiaskiem kończą się próby emanowania Miłością Jezusa. Wczoraj doszłam do wniosku, że sukienki jednak lepiej wyglądają BEZ rajstop (których swoją drogą jakość pogarsza się z roku na rok),  a każde buty uciskają stopy.

Dostaję smsy od Urszuli z tekstami pewnej natchnionej Alicji, która już nie żyje. W jednym z nich było napisane, by być czułym dla Jezusa. I pomyślałam, że nie umiem z siebie wykrzesać i że nie wiem jak to się robi. Chyba czułość wysiada wraz ze spadkiem formy. Nie to, żebym była dla Niego nieczuła, ale jakoś tak zawsze czuję się przez niego bujana na rękach, więc nie umiem sobie wyobrazić mnie bujającej Jego. Muszę rozkminić, na czym polega bycie czułym dla Boga.

Są takie chwile, kiedy przychodzę do pustego i ciemnego mieszkania i mówię, że nie wytrzymam. Wtedy przychodzi Pan Bóg z cukierkiem i nie mówi „Łe tam, wytrzymasz, już nie takie rzeczy…”. Przychodzi i mówi, że może spróbujmy nie wytrzymać razem. I potem jak zjem cukierka, to idę włączyć pranie albo coś. I się wytrzymuje.

Marcu, przybywaj. Jesteśmy gotowi.

P.S. Powietrze pachnie „Gorzkimi żalami”!