Panna Mruk / Miss Gruff

easter-desktop

Jesteśmy ludźmi Wielkanocy, a „Alleluja” to nasza pieśń (za św. Janem Pawłem II) – tapeta wykonana przez Ericę Tigh dla „Blessed is She” / by Erica Tigh for „Blessed is She”

Dzisiaj chciałabym o samopoczuciu. Odkąd pamiętam moim wnętrzem targały emocje i nastroje w szaro-czarnych barwach – Weltschmerz, strach, kosmiczne wahania nastroju i codzienna walka o przetrwanie. Gdy się nawróciłam, tłumaczyłam sobie, że pewnie mnie tak Bóg doświadcza i że muszę to znosić z godnością (g prawda – że uprzedzę wypadki). Świat jest zły, a ja się muszę jakoś przebić, karczując te krzaki i pchać taczkę obłędu, aż wreszcie dotrę do bram nieba. W moim rodzinnym domu też wszyscy byli raczej przygnębieni i przygnębiający, więc myślałam, że tak to już jest. A nie jest.

Włos mi się jeżył zawsze na głowie, gdy słyszałam hasła w stylu „Twoje szczęście zależy od Ciebie”, ponieważ nie natrafiłam na żaden pomysł, który mógłby sprawić, że stanie się to, czego – jak uważałam – do szczęścia mi brakuje. A ja się naprawdę starałam. W efekcie popadałam  jeszcze większą rozpacz i jeszcze silniej zaciskałam zęby, pętając się w to tak naprawdę jeszcze bardziej. Z ambony kapłani grzmieli z grobową miną, że chrześcijanin musi być i jest szczęśliwy, a ja szczęśliwa sama ze sobą nie byłam, więc zaciskałam zęby jeszcze mocniej i robiłam w dalszym ciągu dobrą minę do złej gry (miałam poczucie, że moje życie jest pełne braków, czyli niepełne). Na szczęście jakimś cudem Duch Święty zaczął się przebijać ze swoim oświeceniem i moje życie nabrało nowej jakości.

|DECYZJA|

Dotarło do mnie, że jest wiele sytuacji na co dzień, gdzie ode mnie zależy, jak zareaguję. Mogę eskalować jakąś agresywną sytuację, a mogę ją zatrzymać na sobie (i oddać Bogu – to już jest wyższa szkoła jazdy w moim przypadku, ale robię postępy). Gdy mnie ktoś w sklepie szturchnie, mogę się uśmiechnąć i powiedzieć, że nic się nie stało (nie dotyczy dzieci biegających po Rossmannie, bijących pięściami ludzi w kolejce – true story). Przestałam być negatywnie nastawiona do świata, zaczęłam życzyć mu miłego weekendu i się uśmiechać. Po kilku tygodniach żyło mi się lżej, świat nabrał kolorów, a ja stałam się spokojniejsza. Nastawienie do świata zależy ode mnie.

|WDZIĘCZNOŚĆ|

Słyszałam o tym wiele, ale nigdy w to nie wierzyłam, że bycie wdzięczną może zmienić świat, bo przecież od manipulowania swoim fokusem fakty się nie zmienią. Jednego dnia coś (Ktoś) mnie jednak natchnęło i postanowiłam kończyć dzień podsumowaniem go z naciskiem na to, co było miłe, sprawiło mi przyjemność czy z czego byłam dumna i podziękować za to Bogu. Okazało się, że tych rzeczy każdego dnia jest mnóstwo o różnym stopniu pozytywności (np. to że komuś nie przywaliłam, a mu się należało albo że szłam ulicą i zapach piwonii mieszał się w słońcu z zapachem czarnego bzu). Przypomina mi się św. Ignacy, który podkreślał wagę codziennego rachunku sumienia na koniec dnia – żeby właśnie uporządkować i wiedzieć, na czym się stoi. Smutne wydarzenia dnia (prawda życia i prawda ekranu) zdają się mieć większą siłę przebicia w naszych mózgach, ale one nie są całością. Wdzięczność otworzyła mnie na dzielenie się, wyciszyła. Z czasem zaczęłam dostrzegać coraz więcej rzeczy, które są pozytywne, a których wcześniej nie dostrzegałam. Widzę, że jest to proces jak pielenie ogródka – trzeba regularnie, bo inaczej się zachwaszcza.

Okoliczności zewnętrzne się nie zmieniły, ja jednak przestałam czuć, że mi czegoś ciągle brakuje – czuje się całością kochaną przez Boga.

|ZAUWAŻANIE DOBREGO W DRUGIM|

Kiedyś (do czego przyznaję się ze wstydem) byłam jak saper w myśleniu o ludziach – gdy pomylili się raz, wrzucałam ich do szufladki z tymi, którym nie można ufać i którzy na pewno nie mają mi nic ciekawego do powiedzenia. Dłużej już teraz trochę żyję i widzę, co się dzieje – że miłość i rodzina nie istnieją bez przebaczania. Zdaję sobie sprawę jak to smętnie brzmi, bo przebaczanie zakłada krzywdzenie, ale przebaczanie właśnie to jest to fajne w tym całym interesie (nie jest fajne krzywdzenie). Natchniona znowu przez łaskę, spróbowałam koncentrować się w ludziach tych na ich zaletach, nie poddawać się przy jakimś ich potknięciu. Wtedy zobaczyłam, jacy piękni i jacy niesamowici mnie otaczają. Nawet jeżeli jest to jakiś jeden talent albo jakaś inna cecha w nich, zaczęłam je bardzo cenić. To są te obszary często, w których ja mam braki, więc ludzie ci są dla mnie ogromną inspiracją, by stawać się coraz lepszą wersją mnie.

|BIOLOGIA|

Last but not east – nie zgadzała mi się chemia w głowie. Ponad dwutygodniowe PMSy, ciągłe migreny i zmęczenie – kiedyś o była moja codzienność i naprawdę przedzierałam się przez życie jak przez zaspę. Zdiagnozowanie tarczycy polepszyło jakość mojego życia niewymiernie, a od kiedy suplementuję się cynkiem, migreny praktycznie zniknęły (selen pomógł na nerwobóle – btw). Nie jestem lekarzem, więc piszę tylko, co sprawdziło się u mnie, ale wiem jedno – permanentne złe samopoczucie jest patologiczne. I nie, że Bóg doświadcza, by cierpieć za naród – trzeba po prostu iść zrobić badania, bo fizyczna strona życia może być jak motylek na majowej łące.

PODSUMOWUJĄC

Zrozumiałam, że chrześcijanin swoją radość czerpie z tego, że jest człowiekiem Wielkanocy, a Alleluja jest jego pieśnią (za Janem Pawłem II). Nie chodzi w tej radości o to, by nigdy nie poczuć smutku lub udawać, że coś nie zasmuca, ale o to, by nie wpadać w rozpacz i żyć nadzieją. Słyszę z różnych miejsc od czasu do czasu, że rozpacz to jedna z największych pokus, które podsuwa szatan. W rozpaczy nie ma nadziei, jest tylko szaro-bura ciemność. Rozpacz jest kłamstwem, bo Jezus zwyciężył świat. Pierwszy raz w życiu przyjęłam to do środka siebie. Przeniosło mi to punkt ciężkości – widzę, skąd dochodzi Światło.


Today I would like to talk about mood. Since I remember I felt miserable because of too many emotions and moods in gray-black colors in my heart and head – Weltschmerz, fear, cosmic mood swings and daily struggle for survival. When I converted, I explained that I was probably God experiencing me (#facepalm) and that I have to bear it with dignity). The world is bad, and I have to break through, clearing these bushes and pushing a wheelbarrow of insanity until I finally reach the gates of heaven – these were my thoughts. At home my family there was no optimistic mood, so I thought that was the way it is. But it is not.

I hated it always when I heard the words „Your happiness depends on you” because I had no idea what else I could do to finally be happy. And I really tried. As a result, I felt even more desperate and even more tightly clenched my teeth to walk the line. Priests tell you that as a Christian you should be happy, but I didn’t know how – I felt that my life is not complete. Fortunately, by some miracle, the Holy Spirit began to break through this with His enlightenment and my life got a new quality.

|DECISION|

It came to me that there are many situations during the day, when it depends upon me how I react. I can escalate some aggressive situation or I can keep it on myself (and forward it to God – it’s harder than you can imagine, but I’m progressing). When someone in a shop pokes me, I can smile and say that nothing has happened. I stopped feeling negative towards the world, I began to wish it a nice weekend and smile. After a few weeks everything became and I became calmer. My attitude towards world depends upon me.

|GRATITUDE|

I’ve heard a lot about being grateful, but I had never believed that being grateful can change the world, because after manipulating your focus the facts will not change. One day something (the dearest Holy Spirit) inspired me and I decided to end the day summing it up, emphasizing what was nice, what made me happy or proud  and I thanked God for it. It turned out that there are plenty of things that were good each day (for example, I did not punch some colleague or I was walking down the street smelling the mixture of peonies, sun and elderberry). It reminds me of St. Ignatius, who stressed the importance of daily examination of conscience at the end of the day – to just sort things out and know where you are. The sad events of the day (the truth of life and the truth of the screen) seem to have more power to pierce in our brains, but they are not the whole picture. Gratitude opened me up to share, calm down. Over time, I began to see more and more positive things that I had not seen before. I see that this is a process like gardening – we need to be regular, otherwise weeds take control.

The external circumstances have not changed, but I have ceased to feel that I am still missing something – I feel totally full and loved by God.

|NOTICING THE GOOD THINGS IN OTHERS|

Once (I’m ashamed) I was like a sapper in thinking about people – when they were wrong once, I threw them into a drawer with those you cannot trust and who certainly have nothing interesting to say to me. Now I’m a little bit older and see what’s going on – that love and family do not exist without forgiveness. I realize how sad it sounds, because forgiveness involves harm, but forgiveness is exactly the cool part in this whole business. Inspired again by grace, I tried to focus on these people merits, not to give up after some failure. Then I saw how beautiful and amazing people around me are. Even if it is one talent or some other feature in them, I started to value them much more. These are often areas where I have shortcomings, so these people are a great inspiration for me to become a better version of me.

|BIOLOGY|

Last but not east – the chemistry in my body didn’t tally. Over two weeks of PMS, constant migraines and fatigue – it was all my everyday life and I really struggled through life like through a huge snowdrift. Diagnosing my poor thyroid has improved the quality of my life immeasurably, and since  I suplement zinc, migraines have virtually disappeared (selenium helped on neuralgia – btw). I am not a doctor, so I write only what works for me, but I know one – permanent malaise is pathological. And not that God experiences to suffer for the nation – you just have to go examine yourself, because the physical side of life can be like a butterfly on a May meadow.

TO SUM UP

I did understood that the Christian joy is derived from the fact that he is a man of Easter, and Alleluia is his song (after John Paul II). It is not about the feeling of never being sad or pretending that something isn’t grieving, but about not falling into despair. I hear from time to time that despair is one of the greatest temptations that Satan offers. In despair there is no hope, there is only gray-clack darkness. Despair is a lie, because Jesus conquered the world. For the first time in my life I took it to myself and really believed it. It has shifted my focus – I see where the Light comes from.

Czytanki / Readings

W poprzednim wpisie napomknęłam o podzieleniu się kilkoma ciekawymi artykułami/historiami, więc oto z nimi jestem. Kolejność jest przypadkowa, niektóre są tylko po angielsku, ale naprawdę warto spróbować posilić się automatycznym translatorem – może coś akurat.

|o. Tomasz Grabowski OP|

Jestem absolutnie urzeczona sposobem, w jaki Bóg przemawia przez ojca Tomasza – czuję się po prostu w ratzingerowskim ziemskim niebie.

„Tylko prawda wyswobadza z lęku” – „Mistrzowie duchowi przekonują, że zanim powierzymy się Bogu, to najpierw musimy sie sami odkryć, spotkać ze swoimi ograniczeniami i brakami, wreszcie w pełni zaakceptować. Dopiero wtedy możliwy jest wolny dar z samego siebie”

Wolność jako odczytywanie woli Boga – „Wobec tego odczytywanie woli Boga zakłada odszukanie walorów stworzenia, jakim jestem , pragnień, jakie noszę, duchowych predyspozycji i – ostatnie, ale nie mniej ważne – miłość, którą rozwijam”

Tutaj jeszcze tematycznie na dzisiaj o Bożym Ciele.

Ojca Twitter, Facebook – warto śledzić.

|ks. Mariusz Rosik|

Wrocławski profesor teologii, biblista, znawca Starego Testamentu. Ma wspaniały dar opowiadania o Biblii jako fascynującej opowieści (a przecież Biblia właśnie taka fascynująca jest). Na stronie jest wiele ciekawych materiałów oraz rozkład jazdy na dany miesiąc – naprawdę warto gdzieś upolować jakieś spotkanie.

|o. Solanus Casey OFM Cap.|

Amerykański kandydat na ołtarze, nazywany „amerykańskim ojcem Pio”.

|Jezuici, którzy przeżyli wybuch w Hiroshimie|

Poznałam tę historię kilka lat temu i nie mogłam wtedy pojąć, że nikt tego specjalnie nie nagłaśnia. Jest jedno miejsce w mieście, które zostało nieznacznie nienaruszone podczas wybuchu bomby atomowej– to klasztor ojców Jezuitów, którzy w odpowiedzi na objawienia Matki Bożej, codziennie odmawiali Różaniec. Bóg może wszystko.

Trudno znaleźć sensownie napisany artykuł na ten temat – tutaj wersja polska, tutaj angielska.

|„What I wish we understoond when it’s not Mothers’s Day”|

Jak to jest być bezdzietną starą panną po trzydziestce i w ogóle jakąkolwiek z czegokolwiek  wykluczoną w dyskursie kobiet Kościoła Katolickiego. Po angielsku.

„All I’m saying is this: it’s hard. Being a mom is hard. Being childless is hard. Being in an abusive relationship is hard. Being trapped in a small town is hard. Being completely unrooted is hard. Having a job is hard. Being unemployed is hard. It’s just hard. All of it.”

Gdz słyszę, że nie wie, co to być zmęczonym ktoś, kto nie ma dzieci, odpowiadam, żeby zaserwowali sobie poziom TSH gdzieś w okolicach 65 (lub 120 – true story). Przytomnym się jest w najlepszym razie w porywach kilka godzin w ciągu dnia.

|Ks. Walter Ciszek SJ|

Urodzony w 1904 roku jako syn polskich emigrantów w Stanach Zjednoczonych, misjonarz w Rosji, długoletni więzień przybytków NKWD oraz obozów pracy na Syberii. Artykuł ten linkował o. Tomasz jakiś czas temu – żal, że taka postać jest tak mało znana. Mocne świadectwo życia pełnią chrześcijaństwa.

|„Bóg w wielkim mieście”|

Mimo że książka ukazała się wiele miesięcy temu, dopiero niedawno trafiła w moje ręce. Nie oglądam telwizji, więc Kasia Olubińska jest dla mnie po prostu katolicką blogerką i zaczęła dla mnie istnieć po rozpoczęciu pisania bloga. Czytając pierwsze jej wpisy pomyślałam, że to jest dokładnie tak, jak ja odczuwam obecność Boga w wielkim mieście. W książce jest 15 wywiadów z ludźmi podobno znanymi, ale ja oprócz Krzystofa Antkowiaka i Krystiana Wieczorka nikogo tam za bardzo nie kojarzę. Nie ma to jednak większego znaczenia, bo między kartkami tej książki unosi się Duch jak unosił się nad wodami podczas stwarzania świata i nie jest ważne, kto o nim mówi w taki wspaniały sposób. Piękno i delikatność Boga – Kasia uchwyciła to wszystko w swojej książce. Książka jest także opowieścią o jej drodze do Boga i z Bogiem – solidna dawka powiewu Ducha Świętego i inspiracji.

Kilka dni temu spotkałam Kasię na wieczorze autorskim i dawno już nie odstałam takiego kopa inspiracji do życia jak od niej. Łączy w sobie kobieca łagodność i siłę – piękny człowiek!

|Christina Doloway|

Zastanawiałam się, który artykuł Christiny jakoś wyróżnić, ale nie umiem wybrać. Duże wrażenie zrobił na mnie wpis o tym jak przygotowała oprawę swojej ślubnej mszy (ostatnio pojawił się także ten artykuł na „Spoken Bride” – ach!), jej wpisy o zmaganiu się z byciem solo czy wreszcie o tym, że tak naprawdę na nic nie zasługujemy. Na każdy kolejny czekam z niecierpliwością!

Tutaj wywiad z Christiną u Jenifer Fullwiler (od ok. 22 minuty).

A, ma na sobie zazwyczaj boską sukienkę jakąś. Piękny człowiek z każdej strony.


In the previous post I mentioned sharing some interesting articles/stories, so here there are. The order is random, some are only available in Polish, but it’s really worth trying to give the google translator a shot.

|Fr. Tomasz Grabowski OP|

I am absolutely fascinated by the way God speaks through Father Thomas – ratzingerish heavenly.

„Only the truth frees us from fear” – „Spiritual Masters say that before we entrust to God, we must first find ourselves, meet our limitations and shortcomings, and finally accept. Only then can can be a free gift of ourselves. „

Freedom as the reading of the God’s will – „Thus reading the God’s will implies finding the qualities of the creature that I am, the desires I have, the spiritual predispositions and, last but not least, the love I develop.”

Here some thoughts on Corpus Christi feast (which is today here in Poland).

Father’s Twitter, Facebook (he speaks English as well)

|Fr. Mariusz Rosik|

Professor of theology from Wroclaw, biblical scholar, expert of the Old Testament. He has a wonderful gift of explaining the Bible as a fascinating story (because Bible IS fascinating). On his site there are many interesting materials and a timetable for a given month – it is really worth going somewhere for a meeting (there are also some articles in English).

|Fr. Solanus Casey OFM Cap.|

An American candidate for altars, called „American father Pio”.

|Jesuits who survived the outbreak in Hiroshima|

I got to know this story a few years ago and I can’t understand that nobody was talking about it. There is one place in the city that was slightly intact during the outbreak of the atomic bomb – it is a monastery of Jesuit fathers, who in response to the apparitions of Our Lady of Fatima, prayed the Rosary daily. God can do anything.

It is difficult to find a meaningfully written article on this subject – here the Polish version, here the English one.

|”What I wish we understoond when it’s not Mothers’s Day”|

What is it like to be a childless spinster in her thirties and any other anything exclusions that you can find among some women in the Catholic Church. In English.

„All I’m saying is this: it’s hard. Being a mom is hard. Being childless is hard. Being in an abusive relationship is hard. Being trapped in a small town is hard. Being completely unrooted is hard. Having a job is hard. Being unemployed is hard. It’s just hard. All of it. „

When I hear somebody sayin’, that you do not understand what it means to be tired when you have no kids, I tell them to somehow cause that their THS level is 65 (or 120 – true story) and see how conscious during the day they can be.

|Fr. Walter Ciszek SJ|

Born in 1904 as a son of Polish emigrates in the United States, a missionary in Russia, a long-time prisoner of NKVD and labor camps in Siberia. This article was forwarded by father Tomasz some time ago – it’s a pity that such a character is so little known.

|”God and the City”|

Although the book appeared many months ago, I’ve just bought it recently. I do not watch TV, so Kasia Olubińska is just a Catholic blogger for me and she started to exist for me when she started blogging. Reading her first entries on the blog, I thought that this was exactly how I felt God’s presence in the big city. In her book there are 15 interviews with people reportedly known, but except for Krzystof Antkowiak and Krystian Wieczorek I do not associate anything with anyone. This is not so important, because between the pages of this book, the Holy Spirit rises as he floated over the waters while creating the world, and it is not important who speaks of him in such a wonderful way. The beauty and gentleness of God – Kasia captured all this in her book. The book is also a story of her journey to God and with God – a solid dose of the Holy Spirit’s breath and inspiration.

A few days ago I met Kasia at the author’s evening and for a long time I didn’t get such a kick of inspiration to life like from her. She combines feminine gentleness and strength – beautiful human being!

|Christina Doloway|

I was wondering which article should I distinguish here, but I am not able to choose. I was impressed by the post about how she prepared her wedding mass (and here), her entries about struggling with being single or finally about the fact that we really deserve nothing. For every post I wait impatiently!

Here’s an interview with Christina at Jenifer Fullwiler (from about the 22 minute).

Moreover she has got the best dresses. Another beautiful feminine human being.

Życie z intencją / Intentional living

Gdy się nawróciłam, Pan Bóg był wszędzie (ciągle jest, ale tu chodzi bardziej o moje postrzeganie). Nie potrafiłam odpowiedzieć na pytanie, ile się modlę, bo – trzymając się definicji modlitwy jako świadomego przebywania w obecności Boga – modliłam się się praktycznie non stop, nigdy nie czułam się sama. Codziennie byłam na mszy świętej, wiedziałam, co się w życiu Kościoła święci (w ten sposób poznałam Pismo święte, a codzienne kazania traktowałam jak nadrobienie zaległości w katechezie). Obiektywne okoliczności się z czasem zmieniły i życie wiarą zaczęło być czymś, o co muszę się codziennie starać. W przeciwnym razie czas przecieka przez palce wraz z różnymi skarbami Kościoła w poszczególnych okresach liturgicznych.

LG-PinkPeonies-04

Poniżej moje pomysły na codzienne życie, by liturgicznie podtrzymywać je płonące:

|ADORACJA|

Wyznaczyłam sobie dzień/godzinę, bo inaczej w nurcie tygodnia nie dało się inaczej. Czasem mimo to się nie udaje, ale zawsze to i tak więcej niż zero.

|KSIĄŻKI, ARTYKUŁY|

Z czasem zrobiło mi się tak, że fikcja literacka przestała mnie interesować (poza Jane Austen, ale to jest bogini i się nie liczy) (przesyt po studiach filologicznych, na których przeczytałam jakiś tysiąc lektur obowiązkowych, z której nie podobała mi się żadna), bo bardziej pociągająca jest P/prawda. Stało się tak, że czytałam tylko książki religijne w szerokim tego słowa znaczeniu. Dzięki temu poznałam „Dzienniczek” Faustyny, „Dzieje duszy” św. Tereski, niektóre pisma Dużej Teresy, encykliki Benedykta XVI itp, ale zupełnie zaczęło mi omijać to, co dzieje się w materialnym świecie. Postanowiłam w związku z tym przerzucić się na świeckie reportaże i biografie i przez lata nie czytałam książek religijnych (tak wyszło). Teraz próbuję to wypośrodkować (chociaż ciągle szkoda mi czasu na fikcję i tak już chyba zostanie). Z moich doświadczeń religijnych wynika, że warto sięgnąć i poznać evergreeny i klasykę, bo potem Duch Święty ma do czego nas odwoływać, gdy prosimy Go o odpowiedź (kiedyś przypadkiem wzięłam z półki „Dzienniczek”, wypadł mi z ręki i otworzył się na zdaniu modlitwy Faustyny, które było najakuratniejszą modlitwą dla mnie w tamtym momencie). Warto śledzić katolickie portale (w miarę możliwości z różnych części świata), facebooka i Twittera. Niestety wiele treści jest średniej jakości i świeżości, jednak można znaleźć perełki (wywiady czy historie o mało znanych świętych – w następnym wpisie postaram się zebrać i podlinkować rzeczy, które w ostatnim czasie mnie zainteresowały).

|DEKORACJE DOMU|

Nie lubię bibelotów, ścian zapadających się prawie pod ciężarem ciężkich obrazów, ołtarzyków ani w ogóle poczucia zagraconej przestrzeni, więc muszę się tego uczyć, by wypełniać ją z umiarem, ale jednak wypełniać. Po śmierci mojej babci wzięłam z jej mieszkania Maryję z małym Jezusem, dodatkowo wisi u mnie niewielkich rozmiarów Jezus Miłosierny i kafelek z Fatimy, pamiątka od mojej koleżanki. Marzy mi się duża figura Maryi albo duży antyczny (antyk, nie że z Antyku) krucyfiks, ale jak narazie nie widziałam żadnych na sprzedaż, które by mi się podbały (gdyby ktoś coś, będę wdzięczna). W polskiej sztuce sakralnej (jeżeli tak to można określić) jest bardzo dużo kiczu (trudno znaleźć krzyżyk na ścianę, gdzie Jezus nie ma twarzy zombie), stąd jeszcze to pewnie trochę potrwa (bo trudno by było zwinąć z zaprzyjaźnionego mieszkania pewnego proboszcza metrową śnieżnobiałą Maryję, która jest po prostu PRZEPIĘKNA).

Bywałam też w domach (♥), w których podczas siedzenia przy stole, zapala się świecę na znak obecności Chrystusa (ostatnio praktykuję też u siebie, niesamowitą moc ma ten znak), a przy figurce Maryi zawsze dbano o to, by Mama miała świeże kwiaty. Moja prababcia zawsze w sobotę szła na Rynek Wildecki na zakupy, a obowiązkowym punktem na liście zakupów była także świeża wiązanka na niedzielę.

|DZWONY|

Gdy mieszkałam w bawarskiej wiosce (nie, nie było aż tak sielsko jak sobie to pewnie teraz duża część z Was wyobraziła) dzwony w kościele biły (oprócz standardowych Aniołów Pańskich) kwadrans przed codzienną mszą świętą (kiedyś tylko dzięki nim znalazłam kościół w wiosce obok – kręte i pagórkowate uliczki pod różnymi dziwnymi kątami) oraz w niedzielę w momencie, gdy na ołtarzu miało miejsce przeistoczenie. Tylko tam spotkałam się z tym zwyczajem i uważam za KAPITALNY.

Dzwon wybija z rytmu i zwraca uwagę na Niebo, dodatkowo uwielbiam ten dźwięk sam w sobie.

|ŚWIĘCI, KOŚCIELNE WSPOMNIENIA|

To wspaniałe, że Kościół Katolicki pielęgnuje pamięć o niezwykłych ludziach, którzy wybitnie starali się swoim życiem uczyć o Bogu i człowieku (albo wychodziło im przypadkiem, bo po prostu byli tacy otwarci). Dzięki nim nie trzeba już pewnych rzeczy odkrywać, tylko podane są nam na tacy i czasem mogą być punktem wyjścia dla Boga i dla nas do odkrywania kolejnych. Lubię wiedzieć, kogo danego dnia Kościół wspomina, bo można sobie pewne fakty przypomnieć, przemyśleć jeszcze raz lub wręcz poznać kogoś nowego.

|MEDALIK, RÓŻANIEC|

Gdy mi źle lub się boję, lubię trzymać w dłoni mój szkaplerz lub Różaniec. Nie są to żadne amulety, ale przypomnienie, do Kogo należę i Kto mnie chroni.

Kiedyś zgubiłam już wszystkie moje Różańce i od niechcenia zapytałam zaprzyjaźnionego kapłana, gdy już wyjeżdżałam do domu, czy nie ma może jakiegoś na zbyciu. Sięgnął gdzieś do jakiegoś pojemniczka i wyciągnął taki jasnozielonkawy, plastikowy egzemplarz. Okazało się, że to taki *magic*, co świeci w ciemności. Uśmiechnęłam się w duchu i pomyślałam, że to naprawdę jest coś, co mrok rozjaśnia.

|POST W PIĄTEK|

Kiedyś częściej, dzisiaj jeszcze czasem też (ale już zdecydowanie rzadziej) ulicą niesie się zapach smażonej ryby w piątek. W ten dzień najbardziej zawsze chce mi się mięsa, a niewierzący znajomi i korpo lubią organizować różne spotkania integracyjne – jeszcze większa okazja, by uświadamiać sobie ciągle na nowo, dlaczego jednak nie, dziękuję, ale nie.

|ZNAK KRZYŻA|

Nie zawsze, gdy mijam kościół o nim pamiętam, ale jest to cudowny zwyczaj. Wiele lat temu spędzałam hipisowskie rekolekcje na Żywiecczyźnie i pamiętam pewnego lokalnego rzezimieszka w wieku poniżej 10, który przemykał rowerem główną ulicą wioski. Gdy mijał kościół, robił znak krzyża.

Macie jakieś takie u siebie?

LG-PinkPeonies-03


When I converted, God was everywhere (He is still everywhere, but I mean here my personal feeling). I wasn’t able to answer a question of how much I pray, because – by holding on to the definition of prayer as a conscious presence in the presence of God – I prayed practically in every minute, I never felt alone. I attended Mass every day, I knew what was going on in the life of the Church (in this way I got to know the Scripture and I treated daily sermons as catch up on catechesis). Objective circumstances have changed over time and faith life has begun to be something I have to make an effort to have one. Otherwise, time is leaking through the fingers together with the various treasures of the Church in particular liturgical periods. Below I listed my ideas for daily life, to liturgically keep it on track:

|ADORATION |

I set a day / hour in my plan, otherwise the week passes without noticing it. Sometimes I still fail, but it’s always more than zero.

 |BOOKS, ARTICLES|

With time I lost my interest in fiction (apart from Jane Austen, but she is a goddess and it does not count) (I read thousands of obligatory readings, which I did not like while I was studying German literature). I think the T/truth is much more interesting. So I read only religious books in the broad sense of the word. Thanks to that I met Faustina’s „Diary”, “The Story of a Soul” by the Little Flower, some of the writings by Teresa of Ávila, the Encyclicals by Benedict XVI, etc., but I completely started to steer clear of what is going on in the material world. So I decided to switch to secular reportages and biographies, and for years I did not read any religious books (so it did). Now I’m trying to find some balance between it. From my religious experience, it is worthwhile to reach out and get to know the evergreens and the classics, because then the Holy Spirit can appeal to us when we ask Him for a response (once I wanted to take the “Diary” from the shelf, it fell out of my hand and opened up on the sentence of prayer by Faustina, which was the most accurate prayer for me at that moment). It is worth to follow the Catholic portals (as far as possible from different parts of the world), facebook and twitter. Unfortunately, many of the content is of average quality and freshness, but you can find some gems out there (interviews or stories of little-known saints – in the next post I will try to collect and link things that have recently attracted me).

 |HOUSE DECORATIONS|

I do not like trinkets, walls collapsing under the weight of heavy paintings, home altars or even the sense of cluttered space, so I have to learn to fill it. After my the death of my grandmother I took a Mary painting with small Jesus from her apartment, I have also a small painting of “Jesus, I trust in You”  and a tile from Fatima, a souvenir from my friend. I dream of a large figure of Mary or a large antique crucifix, but I haven’t found anything for sale what would attract me. There is a lot of kitsch in Polish sacred art (it is difficult to find a cross on the wall where Jesus does not have a zombie face), so it will probably take some time to find one.

I also visited homes () where, while sitting at the table, a candle lights up for the sign of Christ’s presence (it helps me a lot recently), and where there were fresh flowers by the statue of Mary. My great-grandmother always went to Wildecki Market on Saturday and bought a fresh bundle for Sunday.

 |BELLS|

When I lived in a Bavarian village (no, it was not as pretty as probably a lot of you imagine right now) bells in the church rang (apart from the standard Angelus) a quarter before the Holy Mass (once I found a church like this in the neighbor village – winding and hilly streets at various strange angles) and on Sunday at the moment when there was Transubstantiation happening on the altar. It was the only place where they rang the bells than and I think it’s amazing.

When the bell rings it takes me to Heaven among my everyday tasks.

|SAINTS, CHURCH MEMORIES|

It is wonderful that the Catholic Church remembers extraordinary people who have been striving to show God through their lives. Thanks to them, we no longer need to discover certain things, they are simply given to us and can sometimes be the starting point for us to discover more. I like to know whose feast day it is, because you can think again about some events or even meet somebody new.

 |MEDALS, ROSARY|

When I feel bad or afraid, I like holding my scapular or rosary in my hand. These are not amulets, but thank to them I remem ber who I belong to.

|FRIDAY FASTING|

Catholics in Poland don’t eat meat on Fridays and aren’t also supposed to attend dancing parties on that day. It is unfortunately often a day when a lot is going on, but refusing to attend such events or eating something else for dinner than meat enables me to remember who gave His life for me on that day. 

|THE SIGN OF THE CROSS|

There is a custom in Poland (have no idea if it is only a Polish one) that you make a sign of the cross while going by a church. I don’t often remember to do this, but I think it is a great opportunity to worship God.

Do you have any other ideas?

Popoście / Afterlent

Processed with VSCO with f2 preset

Od wczoraj pojawiają się przed oczami i w uszach słowa pocieszania, że zostało jeszcze kilka dni Wielkiego Postu, więc można go jeszcze uratować. Postanowienia wielkopostne to pikuś przez pierwsze cztery tygodnie, schody zaczynają się później, gdy koniec majaczy już na horyzoncie – takie doświadczenia mam ja. Jaki był mój Wielki Post? Myślę, że dobry, a dotarło to do mnie w jeden powszedni dzień zeszłego tygodnia, gdy zmywając naczynia nagle i na chwilę poczułam się z sobą tak od początku do końca dobrze – kochana przez Boga i taka, której niczego nie brakuje. Taka, która nic nie musi – przez błysk chwili było tylko tu i teraz, było JESTEM. Pomyślałam wtedy, że chyba udało się to, czego chciałam na początku tego Postu – zbliżyć się do Boga i wyciszyć się. Odkrywam od kilku miesięcy, że w religii katolickiej chodzi o RELACJĘ, nie o zbiór zasad moralnych do przestrzegania, za których przestrzeganie czeka nagroda. Życie w Bogu to dar, nie nagroda.

Wraz z nastaniem Triduum (tradycyjnie) cała harmonia bezwietrznej tafli jeziora jest brutalnie burzona nawałnicą emocji w ilości (liczbie?) do powymiotowania. W zeszłym roku podczas kilku godzin którejś z liturgii zły duch przypominał mi WSZYSTKIE, ale to WSZYSTKIE moje porażki i grzechy, nie pomijając okresu przedszkolnego. Przypominał mi rzeczy, o których już wieki nie pamiętałam – czułam się jakbym stała pod ścianą przed plutonem egzekucyjnym, który strzelał do mnie, ale nie mógł mnie zabić. Wiedziałam, że to minie, gdy skończy się liturgia i wiedziałam, że to wszystko, co o sobie wtedy myślałam nie jest prawdą. Nigdy nie czuję się tak daleko od Boga i tak sucha jak podczas Triduum. Czuję, że Bóg nie słucha moich modlitw i nie interesuje się mną wcale, bo ma aktualnie ważniejsze sprawy na głowie. Rozum stoi na straży mojej wiary, ale jako że na drugie imię mi emocja, wychodzi z tego starcia zawsze strasznie wyczerpany.

W Wielkim Poście nie zaczęłam nawet żadnej duchowej lektury (czekają urodzinowe Objawienia Bożej Miłości, do których może rzutem na taśmie zajrzę w pociągu oraz w drodze, który zapowiada się niezwykle interesująco), ani nie udało się uczestniczyć w żadnych rekolekcjach (jedyne które mnie zaciekawiły prowadził ojciec z Poznania, który był we Wrocławiu wtedy, kiedy ja w Poznaniu). Mimo tego albo może właśnie dzięki temu przekonałam się o wadze własnego zaangażowania w budowanie osobistej relacji z Bogiem. Katolicki internet atakował bez przerwy konferencjami, kazaniami, rekolekcjami, artykułami – aż do przesytu. Nic nie zastąpi codziennych kilku minut tylko dla Boga, bo – tutaj znowu przypomina mi się biskup Ryś – „Kiedy rozmawiamy z Jezusem, nasze myślenie się porządkuje”.

Dzisiaj po mszy obejrzymy z Tomkiem kolejny raz Pasję Mela Gibsona, mocno siedzi we mnie w tych godzinach rubikowe Ecce homo – coroczne rytuały. Te Święta nie są wesołe, one są głębokie, a w finale tryskają radością, której nigdy nic nie powstrzyma. Bo wiecie, „mieszka w was Duch Tego, który Jezusa wskrzesił z martwych” (Rz 8,11).


Since yesterday I’ve been seeing and hearing some comforting words on the Internet, that Lent is not over yet, you can still have something from it. To me, all Lenten resolutions are easy to keep through the first four weeks of Lent – the worst time begins with the fifth week when you can see the end already. I think my Lent was a good one. It came to me on some ordinary day last week while I was doing my dishes. I suddenly felt good with myself, loved by God and sort of full, like nothing would be missing. For a minute there was no time, there was only now and I AM. I thought afterwards that it is exactly what I wished for this Lent – I wanted to come closer to God. For some time now I’ve been discovering, that the Catholic faith isn’t about fulfilling some moral rules, for which you can get a prize, but it is all about the relationship with God. Life in God is a gift, not a prize.

With the beginning of the Triduum all the harmony I got from Above has been destroyed by some huge amount of various emotions (like every year). Last year during one of the liturgies two hours long the evil spirit reminded me of ALL, but literally my ALL failures and sins from the past, even those from my kindergarten. He recalled me some things that I managed to forget during all those years – I felt like I was standing in front of a firing squad that shoot at me, but wasn’t able to kill me. I knew it would all go away after the liturgy and it wasn’t true what those memories made me think about myself. I never feel so far away from God and this kind of dry than during Triduum. I feel like God doesn’t hear my prayers, because He has got some more important things to do right now. My reason defends my faith, but it is very exhausting for it, as my second name is “Emotion”.

During this Lent I haven’t manage to even start any spiritual book or attend any retreat. Maybe that is why I convinced myself that without your personal engagement you will never build any relationship with God. Nothing will ever replace those several minutes only for God – ‘While talking to God our thinking gets its order’ as bishop Ryś said.

Today after mass we will watch ‘The Passion of the Christ’ by Mel Gibson with Tomek and ‘Ecce homo’ by Piotr Rubik resonates strong with me these hours – these are my annual rituals. These holy days  aren’t happy, they are deep and they finally burst with the true joy. Because you know, ‘the Spirit of the one who raised Jesus from the dead dwells in you’ (Ro 8:11).


Zdjęcie zrobione u Kasi W.-P. Najpiękniejszy krucyfiks jaki w życiu widziałam.

/ I took this photo at my friend’s house – it’s the most beautiful crucifix I have ever seen.

Jeszcze o Poście / Lent to be continued

The word „Lent” comes from the Old English word „lencten”, which means „spring”. The season of Lent reminds us that we are all in need of renewal.

„The Catholic Catalogue”, M. Musick & A. Keating

W języku angielskim słowo „Lent”, oznaczające Wielki Post, pochodzi od staroangielskiego słowa „lencten”, co znaczy „wiosna”. Okres Wielkiego Postu przypomina nam wszystkim o potrzebie odnowy.

„The Catholic Catalogue”, M. Musick & A. Keating

Przeczytałam to kilka dni temu i porównanie Wielkiego Postu do wiosny zrobiło na mnie ogromne wrażenie. Kiedy zima przechodzi w wiosnę jestem fizycznie senna, smutna, rozdrażniona i migrenowa. Nie mam wcale siły na odnowę, a przecież gdy robi się generalne porządki, to na początku jest jeszcze większy bałagan niż na początku i trzeba tej siły mieć dużo. Zamrożone jeszcze niedawno drzewa zaczynają już wypuszczać pączki (sama widziałam), spod śniegu wystają pierwsze kwiaty, co od dziecka wydaje mi się absurdem i dopóki nie zobaczyłam na własne oczy, nie uwierzyłam. Wieje już jednak pachnący wiatr, tej pączkowej siły nic nie zatrzyma. Wiosna jest zapowiedzią pełni, jakimi są lato i jesień. Wiosną jest zawsze coraz lepiej, coraz jaśniej, coraz cieplej, ale jeszcze nie w pełni. Wiosna jest świeżością. Taki Wielki Post chcę.

Dwie rzeczy, które chciałabym polecić:

  • wywiad z Tessą Capponi-Borawską o poszczeniu – linkowałam już na Twitterze, ale może nie wszyscy widzieli. Jak zwykle z pełnym wdzięku dystansem do siebie, zakorzeniona w wierze.
  • warsztaty z Beth Davis – dla pań anglojęzycznych o intymności z Jezusem. Kosztują 15 $, ale może da wysupłać się z wielkopostnego funduszu na rekolekcje? Ta pogadanka to oczywiście jedynie wstęp do pogłębiania swojej relacji z Jezusem, ale nadaje wspaniały kierunek.

I read this a few days ago and the comparison of Lent to spring made a huge impression on me. Here where I live when winter turns into spring I’m physically sleepy, sad, irritated and often with migraine. I have no strength for renewal, and when you do some general cleaning, at the beginning you have even bigger mess than and you have to have a lot of strength. Tress that were frozen not so long time ago are starting to let buds (I saw it!), the first flowers are sticking out from under the snow. The blowing wind smells fresh, this force won’t be stopped by anything. Spring is a prelude to fullness, which are summer and autumn. The spring is always getting better, getting brighter and warmer, but not fully yet. Spring is fresh. This is what I want for Lent.

Two things that I would like to recommend:

  • interview with Tessa Capponi-Borawska on fasting (unfortunately only in Polish, but maybe Google Translate will help you with it?) – as usual graceful and rooted in faith.
  • workshop with Beth Davis – for English speaking ladies of intimacy with Jesus. This is of course only an introduction to deepen your relationship with Jesus, but Beth gives great direction.

Post / Lent

Z natury mam tak, że gdy nie mam planu, czuję niepokój – chaos mnie paraliżuje. Cotygodniowe sprzątanie mieszkania planuję na początku tygodnia, sprzątam według wypracowanej kolejności (uprzedzając wszelkie pomysły tego typu – nie, rzeczy w szafie nie mam poukładanych kolorami). Gdy trzeba coś przedsięwziąć, w głowie uruchamia mi się mechanizm planowania. Mam na dysku z fabryki program do zarządzania każdym projektem (np. przed sekundą w tle uruchomiła się aplikacja, która ustali, o której godzinie muszę wstawić rosół, jeżeli chcę wyjść o 15 z domu). Cecha ta nie jest żadną moją zasługą, po prostu dostałam z Nieba w charakterze i już (zresztą jest przyczyną posiadania „nudnego życia” i umiarkowanej spontaniczności). Wraz z wiekiem cecha ta uległa transformacji i trochę odpuszczam, bo się ze wszystkim nie wyrabiam na zakrętach. Chciałam za dużo, wdarł się chaos i dobre duchowe rzeczy często przechodziły koło nosa. Tak było np. z Adwentem i Wielkim Postem.

Miniony Adwent był pierwszym od wielu lat, na który czekałam – to znaczy taki, którego świadomość miałam już w okolicach października i nie zaskoczył mnie znienacka w połowie grudnia, kiedy za późno już zazwyczaj było na zahaczenie o jakieś fajne rekolekcje (bo życie zaplanowane było już do Świąt i nie dało się wcisnąć). O nadchodzącym Wielkim Poście myślę już i przygotowuję się do niego od kilku tygodni i daje mi to poczucie jak przy spokojnej tafli jeziora w środku lata.

Słodycze (ani nic z jedzenia) nie są tym, czego brak odczuwałabym najbardziej podczas nadchodzących sześciu tygodni, więc od kilku lat daję sobie szlaban na zakupowe przyjemności. Co roku jestem tym tak samo przerażona i co roku nie wiem czy podołam (pewien ksiądz powiedział kiedyś na kazaniu, że post, który jesteśmy pewni od początku, że go dotrzymamy to niezbyt wymagający post). Żeby była jasność – poza tym okresem nie kupuję dużo, po prostu czasem znajduję przyjemność w kupieniu sobie sukienki lub nowego lakieru do paznokci. Bardziej chodzi o to, żeby ten czas i pieniądze przeznaczyć na inne cele. Ula kiedyś powiedziała, że w Wielkim Poście nie chodzi o niejedzenie słodyczy, ale o miłość i większe dawanie z siebie, czy to w znaczeniu materialnym czy duchowym. To jest oczywiście trudniejsze niż zatrzymywanie się na nierobieniu czegoś, bo wymaga aktywności i kreatywności – całe to przedsięwzięcie jest zatem bardziej skomplikowane niż się na pierwszy rzut oka wydaje.

Jest jeszcze modlitwa. Modlitwa niczego Bogu nie dodaje, zawsze dodaje człowiekowi. Słuchałam ostatnio kazania biskupa Rysia, który powiedział, że gdy rozmawiamy z Jezusem, porządkuje się nasze myślenie. Uczę się ostatnio takiej właśnie modlitwy i wychodzi mi czasem – kilka minut w ciągu dnia tylko na rozmowie z Jezusem. Jest to ciężkie, bo jestem kobietą i w głowie pędzą mi z prędkością światła myśli i wspomnienia, ale zauważyłam, że gdy nie forsuje się myśli, żeby odeszły, a stara się skupić po prostu na Jezusie, udaje się to. Straciłam gdzieś w minionych latach umiejętność dziecięcego mówienia Mu o wszystkim, wpadłam w dorosłe „przecież i tak o tym wie”/„po co o tym mówić, jakoś sobie poradzę”  – teraz uczę się tego na nowo. Czas spędzony na modlitwie nigdy nie jest stracony, a Bóg wie, że jesteśmy zajęci jak pszczółki, więc się streszcza i wlewa całego Siebie jak tylko się na niego otworzymy. I ZAWSZE się cieszy, gdy do niego przychodzimy – nawet, jeżeli to tylko kilka minut i nawet jeżeli jest się czarnym od grzechu.

Pójdę dziś zapytać Go, co by dla mnie i ode mnie na ten Wielki Post chciał. W końcu zna mnie najlepiej.

pexels-photo-29986


I am a person who feels anxious when I don’t have a plan – chaos paralyzes me. Weekly cleaning of the apartment is always planned at the beginning of the week, I clean it in a settled order. When I need to do something there is a scheduling mechanism in my head that starts to plan everything (like now when it’s high time to boil a chicken soup if I want to leave the house at 3 pm). This feature is not any of my merit, I just got out it from Heaven by nature (and it’s a reason for having  a „boring life” and moderate spontaneity). With age when there were more and more things to handle during the day and this feature of mine isn’t so strong anymore. I wanted too much and was frustrated, because I wasn’t able to manage this all. Some aspects of my life broke into chaos and I missed a lot of spiritual goods. This was the case of some Advents and Lents.

The last Advent was the first in many years, I’ve been waiting for – I had thought about it already in October and it didn’t surprise me suddenly in mid-December, when it was too late usually for some  cool retreat (because life was planned already till Christmas). I’ve been preparing for the upcoming Lent for several weeks and due to that I can feel as calm as a like being to the lake in the middle of summer.

 I miss no sweets (or anything from food) so it’s not something that would cause some kind of pain to me during the coming six weeks, so a few years ago I made up a great kind of fasting for me – shopping for pleasure.  Every year I am equally terrified, and every year I do not know whether I will manage it (one priest once said that fasting, when we are sure we will handle it from the beginning  is not demanding enough). Just to be clear – I don’t buy a lot, just sometimes I find pleasure in buying a new dress or a new nail polish. The point is to spend the time and money on other purposes. Ula (a friend of mine) once said that Lent is not about eating no sweets, but about giving yourself with love materially and spiritually to one another. It is obviously more difficult than stopping doing  something, because it requires activity and creativity – this whole project is therefore more complex than at first glance.

There is also prayer involved. Prayer does not add anything to God, always gives us a lot. I listened to the last sermon of Polish Bishop Ryś who said that when we talk with Jesus, our thinking gets organized. I’ve been trying to practice such a prayer and sometimes I succeed – a few minutes during the day just talking with Jesus. It is hard, because I’m a woman and there is a memories and thoughts highway in my head, but I noticed that when you do not push your thoughts that are wrong and should go and try instead to simply focus on Jesus, He organizes them and they go away. I lost somewhere during past years the children’s ability to talk to Him about everything. I fell in adult „He knows it anyway” / „there is nothing to talk about, I can handle it on my own” – now learn this again. Time spent on a prayer is never wasted and God knows that we are busy bees, so He comes immediately when we open for Him. He is ALWAYS happy when we come to Him – even if it’s only for a few minutes and even if you are black from the sin.

I’ll ask Him what He would like for me for this Lent. In the end He knows me best.