Wyobraźnia – pierwszy stopień do Nieba / Imagination – the first step towards Heaven

Kiedyś zabrałam się za czytanie pism św. Teresy z Avila. Nie pamiętam dużo, ale bardzo mocno wryło mi się w mózg, że pamięć i wyobraźnia to dwie z trzech (nie pamiętam trzeciej) największych przeszkód w modlitwie. Mogłam coś źle zapamiętać (jeżeli ktoś kojarzy temat i mógłby mi opowiedzieć, będę wdzięczna), ale długo przekonanie to determinowało moje myślenie o sobie samej i mojej modlitwie. Dodatkowo pewien ksiądz, który cieszył się u mnie dużym autorytetem, grzmiał kiedyś z ambony, żebyśmy nie zajmowali się wyobrażeniami/marzeniami tylko tym, co jest (ciężko tak dziewczynie, co marzy o księciu względnie o góralu). Wyobraźnia jawiła mi się jako coś złego i coś, co trzeba zwalczać. Aż w końcu usłyszałam od Beth Davis na tych warsztatach (polecam), że tak wcale nie jest. Bóg dał człowiekowi wyobraźnię, a skoro dał, to znaczy, że jest dobra – można z nią zrobić dobre rzeczy.

Beth poleciła nam się każdej pomodlić do Ducha Świętego o natchnienie, by posłużył się naszą wyobraźnią. Następnie miałyśmy sobie wyobrazić ogród, Jezusa i siebie w tym ogrodzie (to podobno pochodzi z duchowości ignacjańskiej, która podobno jest pilnie strzeżona, ale postanowiłam zaryzykować trafienie do jezuickiego czyśćca, ponieważ dowiedziałam się o tym także jakby spoza, więc ku chwale Bożej się dzielę). Nastawiona byłam sceptycznie, jednak to, co stało się potem uruchomiło lawinę, która zmieniła moje życie.

Mój ogród jest wielkim parkiem (takim trochę jak park przy pałacu w Rogalinie, ale większym) – z pagórkami, krzewami, drzewami mającymi spokojnie jakieś 100 lat (w odróżnieniu od Rogalina nie ma w nim komarów). Była tam polana, na polanie kocyk. Na skraju kocyka siedziała sobie około cztero-pięcioletnia dziewczynka przystrzyżona na boba (zawsze gdy wyobrażam sobie siebie w bezpośrednim fizycznym kontakcie z Bogiem jestem właśnie taką małą dziewczynką z taką fryzurą). Siedziała, a przed nią i obok niej leżało mnóstwo książeczek, które wertowała, oglądała i z wrodzonym sobie dynamizmem i zdecydowaniem, przekładała z kupki na kupkę (nos utkwiony w książeczkach). Na drugim skraju kocyka siedział Jezus z podpartą głową, wpatrzony z miłością w dziewczynkę. Pomyślałam sobie, że to jest genialne i poszłam zajmować się codziennością, bo tak byłam podekscytowana, że mi się coś wyobraziło. Do chęci zrozumienia tego, co wtedy „zobaczyłam” musiałam dojrzeć albo ona musiała mnie jakoś zaatakować, rzucona we mnie przez Anioła Stróża. Cała ta scena miała uświadomić mi, że ja zawsze „muszę” sama, wszystko sama. „Panie Jezu, możesz siedzieć na moim kocyku (i nawet możesz patrzeć), ale tu są ważne rzeczy, którymi muszę zarządzać.” Zrozumiałam wtedy, że nie wpuszczam Go do mojego życia i nie pozwalam Mu działać – tak mocno wtedy zależało mi tylko na jednej sprawie i tak mocno o nią zabiegałam/walczyłam. Uświadomienie sobie tego pomogło mi zacząć modlić się o tę otwartość, która pozwoliłaby mi oddać Mu moje książeczki. Trwało to kilka dobrych tygodni, wracałam do tego obrazu z polany, sprawdzając czy już oddałam. Przyszedł kiedyś w końcu dzień, gdy Jezus wyciągnął rękę, a mała podała mu wszystkie książeczki. Jezus schował za pazuchę, wstał i wziął małą za rękę na spacer po ogrodzie.

W praktyce oznacza to dla mnie nową jakość życia. Oddawanie każdej, nawet najmniejszej sprawy Bogu – wiem jak to brzmi, sama gdy kiedyś czytałam takie zdania, myślałam „Ale smęty, ten ktoś z życia nic nie ma”. Kiedyś wszystkie smutne i trudne chwile starałam się racjonalizować, nie pozwalając sobie nawet na najmniejszą słabość. Wymyśliłam sobie, że dobry katolik nie zajmuje się bzdurami takimi jak własne uczucia słabości czy pragnienia, tylko musi je w sobie zwalczać, żeby „poskromić ciało”. Opowiedzenie tego Panu Jezusowi byłoby okazaniem słabości, a histeryzować nie wolno. Cała ta historia o ogrodzie pomogła mi dojść do momentu, kiedy postanowiłam, że nie będę ustalać sobie, o czym porozmawiam z Panem Bogiem na modlitwie, tylko będę po prostu rozmawiać bezpośrednio z Nim, a nie z sobą za kulisami. Przełom ten faktycznie nastąpił, gdy pewnego dnia w modlitwie wieczornej przeszkadzał mi pozabiegowy ból nieeleganckiej części ciała i wyartykułowałam w ramach ćwiczenia wszystko, co mi w tej chwili w ciele powodowało dyskomfort. Ból nie zniknął, ale mnie zrobiło się łatwiej na sercu. Zauważyłam, że Jezus może zwyczajnie przywrócić właściwą perspektywę – bo właściwą perspektywą jest to, że jest miłość i zbawienie. Nie przestało mnie boleć, nie jestem ciągle wyleczona, ale nie zaciskam już zębów w swoim wnętrzu. Życie nie polega na robieniu dobrej miny do złej gry (mam na myśli w ogólności, czasem – wiadomo – trzeba, byle nie było standardem). Kiedy robi mi się nagle przykro pod wpływem czegoś, co czytam lub co ktoś mówi, przerywam swoją robotę na dwie  minuty, żeby z Nim porozmawiać i oddać to (żeby na przykładach – „Panie Jezu, jest mi w tej chwili bardzo przykro, że mogę nigdy nie być mamą.”). To bardzo uwalnia, bo utylizuje natychmiast wszystkie syfy, które wcześniej gromadziłam dniami i tygodniami, przekładając je tylko z kupki na kupkę. Często pojawia się pokusa, by iść w swoje smutki (mechanizm myślę dosyć kobiecy, ale tylko taki znam od środka, więc proszę panów o wyrozumiałość) i je nakręcić. Można wtedy nie spać pół nocy i przepłakać ją z wymyślonego powodu (serio) względnie powodu prawdopodobnego (bardzo mało prawdopodobnego). Oddawanie tego natychmiast CZYNI WOLNYM. Nie zmienia faktów (przynajmniej natychmiast, jeżeli w ogóle), ale zmienia perspektywę i przede wszystkim leczy z samotności i skupienia na tym, czego brak.


Some time ago I read the writings of St. Teresa of Avila. I don’t remember much, but I did remember, that – according to her – memory and imagination are two out of three (I don’t remember the third one) greatest obstacles to prayer. I might remember it a litlle bit wrong (if anyone associates this topic from her and could tell me, I will be grateful), but it determined my thinking about myself and my prayer for a very long time. In addition, a priest who enjoyed a great respect once thundered from the pulpit, that we shouldn’t concentrate on our imagination /dreams, but on facts (it was hard for a girl who dreams of a prince or highlander). I associated my imagination with something I have to fight with. Until finally I heard from Beth Davis during this workshop that it is not true at all. God gave us imagination, and when He gives, it means it is good – you can do good things with your imagination.

Beth instructed us to pray to the Holy Spirit for inspiration to use our imagination. Then we were supposed to imagine a garden, Jesus and ourselves in this garden (it is supposedly from the Ignatian spirituality, which is supposedly strictly guarded but I decided to take the risk of getting to the Jesuit purgatory because I learned it as well from the outside). I was skeptical, but what happened later triggered an avalanche that changed my life.

My garden is a big park (a bit like the park at the Rogalin palace, but bigger) – with hills, bushes, trees that are about 100 years old (unlike Rogalin there are no mosquitoes in it). There were a glade and a blanket. At the edge of the blanket sat a four or five-year-old girl with a bob haircut (whenever I imagine myself in direct physical contact with God I’m just such a little girl with such a haircut). In front of her there was a lot of little books that she looked at and – with her innate dynamism and determination – she was putting them from one pile to another pile (with the nose stuck in the books). At the other end of the blanket, Jesus was sitting, staring lovingly at the girl. I thought it was brilliant and started doing something usual at home because I was so excited that I imagined something. I needed some time to understand what I “saw” and I think my Guardian Angel had to throw something at me. The whole scene made me realize that I “have to” do things always on my own. „Lord Jesus, you can sit on my blanket (and you can even look), but here are the important things that I have to manage.” I understood then that I didn’t let Him into my life and I didn’t let Him change anything – I was trying so much to get what I wanted for 2 years. Being aware of this helped me to begin to pray for that openness that would allow me to give Him my books. It took me a good few weeks, I was going back to this picture from the glade, checking whether I gave up my books. One day finally, Jesus reached out his hand and the little girl handed him all the books. Jesus took them and put them in His pocket and took the girl for a walk in the garden.

It means a new quality of life for me. Giving every, even the smallest thing to God. I know how it sounds – when I used to read such sentences from other people I thought he/she must have a very boring life. Earlier I tried to rationalize all the sad and difficult moments in my life, without even allowing myself the slightest weakness. I thought that a good Catholic doesn’t deal with rubbish like his/her own sad feelings or weakness, but he/she is supposed to fight against it in order to „tamper the body.” Telling this to Jesus would be a manifestation of weakness, and hysteria is not allowed. All this story of the garden helped me come to the point where I decided that I won’t determine behind the scenes what I would talk to God in my prayer, but I would just talk to Him. This breakthrough actually occurred when one day during my evening prayer, the inelegant part of my body was in pain after some treatment and I just articulated all the things that at that moment bothered my body. The pain didn’t go away, but it made that moment easier. I have noticed that Jesus can simply restore the right perspective – because the right perspective is that there are love and salvation. I’m still not cured, but I do not clench my teeth anymore. Life is not about putting a bold face on everything (I mean in general, sometimes you just have to, but it can’t be a standard way of living). When I am suddenly upset or sad by what I read or hear, I stop doing what I do for two minutes to talk to God about this and give it to him (so, for example, „Lord, I’m really sad right now that I may never be a mum”). It is very liberating because it immediately lets me free from all the emotional dirt that I accumulated earlier for days and weeks, putting them only from pile to pile. There is often a temptation to go deeper and deeper into your sorrows (the mechanism I think is pretty feminine, but that’s the only one I know from the inside, so all the men out there are asked for understanding). It is possible not to sleep the half of the night and cry for an imagined reason (seriously) or for a very unlikely reason. Giving this away to God immediately sets us FREE. It doesn’t change the facts (at least immediately, if at all) but changes the perspective and above all heals from loneliness and focusing on my shortages.

Reklamy

2 thoughts on “Wyobraźnia – pierwszy stopień do Nieba / Imagination – the first step towards Heaven

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

w

Connecting to %s