Mysterium fascinans

Przestrzeń wokół wydarzenia „Mysterium fascinans” przeniknięta jest intymnością z Bogiem, prostotą, wolnością i bezpośredniością. Wykłady i konferencje to uczta intelektualna, a wymodlić się można do nieprzytomności. Organizatorzy (a co za tym idzie uczestnicy także) nie są liturgicznymi terrorystami, ani tym bardziej terrorystami trydenckimi, więc jest to wprost wymarzone środowisko do tego, by poznawać liturgię Kościoła Katolickiego.

Nigdy wcześniej nie byłam na Mszy Świętej w nadzwyczajnej formie rytu, ba – nie potrafiłam nawet dobrze jej nazwać. Kojarzyła mi się z dziwakami i ludźmi, którzy terroryzują kobiety, by nosiły spódnice BO TAK. Zawsze chciałam wziąć w niej udział i tak nie bardzo wiedziałam jak się do tego zabrać (a stereotypy wryte w moją głowę skutecznie gasiły zapał serca), aż wreszcie napatoczyło się „Mysterium fascinans”.

Gościem specjalnym rekolekcji był ojciec Cassian Folsom OSB. Mówił o tym, że w zwyczajnej formie rytu rzymskiego zaniedbywana jest często zmysłowe poznanie człowieka, cała uwaga skoncentrowana jest na intelektualnej stronie liturgii i że to źle. Że oprawa i odczucia zmysłowe są również bardzo ważne i prowadzą człowieka do Boga – tutaj forma nadzyczajna jest o wiele bogatsza (zauważył także, że z kolei w formie nadzwyczajnej używanie niezrozumiałego języka powoduje niestety redukcję warstwy rozumowej). Ojciec Cassian odprawiał w sobotę Mszę w nadzywczajnej formie rytu rzymskiego. Wierzę, że to, co wtedy odczułam było wielką łaską od Boga i pewnie nie na każdej Mszy w formie nadzwyczajnej będę się czuła, jakbym siedziała na stopniu tronu Jahwe wtulona w Jego sukmanę, gdy załatwia ważne rzeczy z ważnymi ludźmi, ale co przeżyłam w Krakowie w tamtą sobotę jest moje i na zawsze będzie.

Podeszłam do tematu intelektualnie, bo ja lubię rozumieć (przestałam się bać latać samolotem, gdy wreszcie mi wytłumaczono, dlaczego to w ogóle leci). Łaciny trochę liznęłam w życiu, więc jakoś szczególnie nie czułam, żeby mnie coś miało tam przerosnąć. W pewnym momencie jednak się zgubiłam (mieliśmy książeczki z rozkładem jazdy) i zaczęłam czuć się mniej więcej tak jak Cameron Diaz w tej scenie.* Na szczęście mój sąsiad z ławki wszystko mi szybko wytłumaczył, znalazłam odpowiednią stronę w książeczce i potem już było tylko błogo (chociaż obiektywnie ciężkie jest równoczesne czytanie tekstów i patrzenie, co dzieje się w prezbiterium, więc trzeba się tekstów nauczyć na pamięć jak nic). Zdaję sobie sprawę, że to, co wydarzyło się podczas tej Mszy w moim wnętrzu jest tylko i wyłącznie z łaski Bożej i nie wiem, czy kiedyś jeszcze takie przeżycie może się powtórzyć. Mój posoborowo ukształtowany mózg ciągle zaplątywał się w kółko, bo dochodził do ściany – utarte ścieżki zwyczajnej formy rytu prowadziły w ślepe uliczki. Czułam się jednak zatracona w Boskości Boga – poznałam swoją małość, ale równocześnie nie czułam się przedmiotem. Czułam się kochana, czułam się przyjacielem, a znałam swoje miejsce, bo wskazane z Miłości. Oddałam całkiem moją „niezależność” i dałam się porwać temu, co działo się wokół mnie. Dotarło do mnie, dlaczego podnosi się po Soborze temat umniejszenia roli kapłana – w nadzwyczajnej formie rytu kapłan ponosi odpowiedzialność za liturgię, on rozmawia z Bogiem i ma dostęp do miejsca świętego. Zamiast czuć, że ktoś mi odbiera coś, co do mnie należy, poczułam się zaopiekowana. Skoro nie muszę za często w ogóle się odzywać, to znaczy, że mogę wejść w to w inny sposób – nie wiem jeszcze jaki, ale jest tu duża przestrzeń do wypełnienia (obawiam się, że w innych okolicznościach bym się po prostu nudziła lub moje myśli zaczęłyby planować obiad, więc to definitywnie kwestia do przepracowania). Nie widać, co kapłan robi w aktualnym momencie przy ołtarzu – to tajemnica, która nie czułam, żeby mnie z czegokolwiek wykluczała. Krótko po Eucharystii wpadła mi do głowy św. Teresa z Lisieux i jej „mała droga”, której rewolucyjność starałam się zawsze pojąć rozumowo, ale bezskutecznie, ponieważ to, o czym pisała w „Dziejach duszy” było mi bardzo bliskie, znane i oczywiste. Zaraz po tej Mszy pomyślałam, że wreszcie zrozumiałam, na czym ta rewolucyjność polegała i jak niesamowite było (jest?) działanie Ducha w niej, skoro miała ona dostęp tylko do Mszy Świętej w nadzywczajnej formie (i to nie codziennie) – atmosfera świętości, tajemnicy i niedostępności zdaje się, że mogła potęgować poczucie obcości i wykluczenia u wiernych – a ona czuła się małym puszystym ptaszkiem, który przytulne gniazdko miał w jednej z fałdek szaty siedzącego na tronie Wiekuistego. Kilka dni potrzebowałam na to, by uświadomić sobie, że ja poczułam wtedy dokładnie to samo i właśnie mimo tego, co stereotypowo myślałam w pierwszej chwili o liturgii sprzed Soboru. Pan Bóg tak bardzo wymyka się ludzkiej logice w najpiękniejszy niemożliwy sposób, że naprawdę warto Mu się poddawać każdego dnia na nowo.
Ojciec Cassian Folsom to człowiek przepełniony Bogiem – to ktoś, przy kim wiesz, że nie musisz się niczego bać, bo dobry Bóg Cię zawsze obroni. Świadek, że gdy oddasz się całkowicie Bogu, Bóg nie sprawi, że się Twoja indywidualność rozmyje, a wręcz przeciwnie – Twoje talenty się rozwiną i będzie się bardziej.
Nawróciłam się 14 lat temu i przez cały ten czas byłam raczej aktywna duszpastersko. Nikt ani razu nie pokusił się o to, żeby chociaż porozmawiać o nadzwyczajnej formie – strasznie szkoda.
Ma powstać audiobook, zawierający materiał z rekolekcji – śledźcie, bo naprawdę warto tego posłuchać i pozwolić się poprowadzić Duchowi liturgii.

*To scena z filmu „The Holiday”, gdzie bohaterka grana przez Cameron Diaz (Amerykanka) przyjeżdża do Wielkiej Brytanii. W filmiku mówi: „Potrafię prowadzić auto po złej stronie drogi. Siedząc po złej stronie auta. Muszę się tylko skupić.”


The atmosphere around the event „Mysterium fascinans” is filled with intimacy with God, simplicity, freedom and directness. Lectures and conferences are an intellectual feast and you can pray till you get almost unconscious. People who stay behind it (and therefore the participants too) are no liturgical terrorists, so it is simply a dream environment to get to know the liturgy of the Catholic Church.

I’ve never been to Holy Mass in the extraordinary form of the Roman Rite before, I wasn’t even able to name it properly. I associated it with kind of freaks and people who terrorize women to wear skirts JUST BECAUSE. I’ve always wanted to take part in it, but I couldn’t somehow organize it (and the stereotypes in my head effectively extinguished the gust of my heart), until finally „Mysterium fascinans” happened.

A special guest of the retreat was Father Cassian Folsom OSB. According to him the ordinary form of the Roman Rite neglects often the sensual aspect of the human being’s knowledge, all attention is concentrated on the intellectual side of the liturgy and it is wrong. Sensual knowledge is also very important and it also leads a man to God – in the extraordinary form the formulas are much richer (he also noted that the use of incomprehensible language causes unfortunately the reduction of the rational layer of the liturgy). Father Folsom celebrated the Mass in the extraordinary form on Saturday. I believe that what I felt at that time was a great grace from God, and probably not at every Mass in the extraordinary form I would feel as if I was sitting next the throne of Yahweh, snuggled in His robe when He does important things with important people, but what I experienced in Cracow that Saturday is mine.

I approached the Mass intellectually, because I like to understand things (I was scared to fly on a plane till I finally got explained why it is flying). I learnt some Latin during my studies, so I thought I would manage it. At one point, however, I lost the track (we got little books with all the texts) and I began to feel more or less like Cameron Diaz in this scene. Luckily my neighbor quickly explained all to me and I found the right page in the booklet and then I started to feel blissful (although it is very difficult to read the texts from your book and look up to what’s going on in the presbytery). I realized that what happened at this Mass in my soul was solely by divine grace, and I don’t know if such an experience can ever happen again. My shaped after the Seond Vatican Council brain was constantly leading me into dead-end streets. But I felt lost in the divinity of God – I met my littleness, but at the same time I didn’t feel treated like an object. I felt loved, I felt a friend, and I knew my place, because it was shown to me with Love. I gave up my „independence” completely and I got caught up in what was going on around me. I realized that they were right when it comes to the role of the priest after the Council – in the extraordinary form of the Rite the priest is responsible for the liturgy, he speaks to God and has access to the holy place. Instead of feeling that someone takes me something away that belongs to me, I felt taken care of. Since I don’t have to talk too much at all during the Mass in the Old Rite, it means I can go into it in another way – I don’t know yet in what way, but there’s a lot of room to fill in (I’m afraid in other circumstances I would just be bored or my brain would simply start planning dinner, so it’s definitely something to think over). You are not able to see what the priest is doing at the present moment at the altar – it’s a mystery that didn’t make me feel like excluding me from anything. Shortly after the Eucharist, I thought about the St. Therese of Lisieux and her „little way”, which revolution I tried always to understand, but unsuccessfully, because what she wrote in „The Story of a Soul” was very close and obvios to me. Immediately after this Mass, I thought that I understood eventually what this revolutionary nature was and how amazing did the Holy Spirit act in her soul, since she had only access to the Holy Mass in its older form (and not every day) – the atmosphere of holiness, mystery and inaccessibility, that you could amplify the sense of alienation and exclusion from God – and she felt a small fluffy bird nestled in one of the folds of the robe of God. I needed a few days to realize that I felt exactly the same then, and despite what you could stereotypically think about the Old Rite. God is always so eluding the human logic in the most beautiful impossible way!

Father Cassian Folsom is a man of God – it’s someone who with his posture asures you that there’s nothing to be afraid of, because the good God will always defend you. He’s a witness, that when you give yourself completely to God, God won’t take you your individuality away, but on the contrary – your talents will develop and you will become yourself more.
I came back to the Church 14 years ago and was rather active in it. During this time nobody ever tried to talk about the extraordinary form to me – I think it’s very wrong.

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Connecting to %s