Serio?

Z narodowych języków kościelnych to znam tylko polski i trochę niemiecki. Niemiecki jest językiem, w którym nawet czyszczenie toalety można ubrać w takie słowa, że ma się wrażenie traktatu filozoficznego, więc zostawmy. W Polsce hierarchowie i – co za tym idzie – wielu (większość) księży (zwłaszcza diecezjalnych) używa starych i wytartych sekwencji (bo trudno tu mówić o zdaniach). Gdy człowiek uważniej słucha kazań, po kilku latach już na Ewangelii wie, czego spodziewać się na kazaniu. I to najczęściej są zdania prawdziwe i słuszne. W związku z tym, że poprzednia niedziela była niedzielą modlitw o powołania do kapłaństwa (BARDZO słuszna koncepcja), padło oczywiście, że księża są tacy jak społeczeństwo, bo są z ludu wzięci. Wszystko fajnie, tylko jeżeli chce się być pasterzem (a decydując się na seminarium, decyduje się człowiek automatycznie na bycie różnego szczebla jakby managerem) to trzeba być jakby pół kroku przed społeczeństwem, bo to trochę takie kółko – społeczeństwo będzie takie, jacy ich pasterze. Nie jestem socjologiem, nie badam tematu naukowo. Po prostu spotkałam kiedyś w życiu Jezusa (i ciągle spotykam) i wiem trochę jaki Jest, a często (zwłaszcza na ziemiach odzyskanych) mam poczucie, że księża (ogromna większość) niestety Jezusa nie spotkała (przynajmniej takie sprawiają wrażenie). Ostatnio w moim nowym-pewnie tymczasowym kościele parafialnym miałam ochotę wstać w środku Mszy i zawołać, że nie wiem, czy słyszeliście, ale Jezus zmartwychwstał, RADUJMY SIĘ. Wiadomo, trudno codziennie chodzić jak na haju z tego powodu – w związkach damsko-męskich euforia mija po kilku miesiącach (i dobrze, bo inaczej nikt by nie dożył do trzydziestki), przemieniając się w coś piękniejszego i trwałego. Po nawróceniu człowiek ma poczucie unoszenia się pół metra nad ziemią, ale świat jest światem i nikogo nie oszczędza, zwłaszcza tego, kto chce z niego zrobić lepsze miejsce niż jest, ale człowiek wierzący wie, Kto jest prawdziwym Królem.

Szanowni Kapłani, Jezus żyje. Pokonał ŚMIERĆ, zesłał DUCHA ŚWIĘTEGO. Dostaliście dar uzdrawiania i wskrzeszania zmarłych. SERIO.

Spotkałam w swoim życiu wielu wspaniałych kapłanów. Niektórzy to ci z pierwszych stron katolickich portali i hierarchii, ale wielu to po prostu robotnicy w winnicy Pana.

Ksiądz P. siedział kiedyś z siostrą A. w zakrystii jednego z poznańskich kościołów. Siostra A. była (jest?) bardzo nowoewangelizująca i rozmawiali akurat o tym, że kapłan przez sakrament kapłaństwa ma dar uzdrawiania. Ksiądz P. wypowiadał się mniej więcej w tonie „Tjaa…” i traktował wypowiedzi siostry A. – jak wiele razy wcześniej – z przyjacielską pobłażliwością niedowiarka. W pewnej chwili do zakrystii weszła kobieta ze swoim nastoletnim synem prosić o modlitwę kapłana nad dzieckiem, bo chore. Opowiadał mi to  sam ksiądz P. w opowiastce pt. „Jaki ja głupi byłem”. Ten sam ksiądz P. finansował pewnej parafialnej starszej pani cotygodniowe zakupy, bo powiedziała mu, że jest sama i nie daje rady. Później okazało się, że pani księdza okłamała, ponieważ regularnie odwiedzała ją i zaopatrywała córka. Trudno, stwierdził, ryzyko zawodowe. Kiedy przyszedł do niego znajomy w potrzebie finansowej, pożyczył mu – nie bez wahania. Na drugi dzień dostał od dyrektora szkoły niespodziewaną premię w dokładnie takiej samej wysokości.

Znajomi biskupa Dajczaka –  jeszcze jako biskupa zielonogórskiego – postanowili wziąć rozwód. Biskup bardzo to przeżył i gdy wieczorem wrócił do siebie do domu, ciągle zastanawiał się, co ma zrobić, żeby do tego rozwodu nie doszło. W końcu zapakował Pana Jezusa, pojechał do owych znajomych, postawił im Pana Jezusa w kuchni na stole i siedzieli tak w czwórkę całą noc. Oczywiście żadnego rozwodu nie było.

Moja kosmetyczka z Poznania opowiadała mi kilka miesięcy temu, że w jej małżeństwie źle się zaczęło dziać i nie umieją z mężem nic poradzić: „I poszłam do proboszcza. Nie mam ojca, to do kogo miałam pójść?”. Ten proboszcz taki właśnie jest – gdy przychodzisz do spowiedzi, to jakby Bóg zabijał dla ciebie utuczone ciele i wyprawiał wielką imprezę. Gdy chodził po kolędzie i wszedł do któregoś tam mieszkania, przyjęła go pewna pani. Z papierów (ech te kościelne rejestry) wynikało, że jest jeszcze jakiś mąż. Mąż leżał bardzo ciężko chory w pokoju obok, zamknięty – na własną prośbę – przed kolędującym księdzem na cztery spusty. Proboszcz nie dał a wygraną i powiedział panu mężowi, że jeżeli będzie chciał z nim kiedyś porozmawiać, to tu jest numer telefonu, przyjdzie w cywilu, bez pompy. Nie minęło kilka dni, a pan zadzwonił.

Ksiądz P.K. remontował teren przykościelny. Wynajął ekipę, ale żeby było sprawniej, skrzyknął ministrantów (lato, wakacje) i wszystkich, których się dało. Jakiś były lokalny komunistyczny prominent powiedział mu po jakimś czasie, że gdy jechał kiedyś o 7 rano po bułki, to widział księdza P.K. jak jeździł z kamieniami taczką. I że jest do jego dyspozycji.

Znam księży i środowisko, na tyle na ile świecka osoba, przyjaźniąca się z kilkoma z nich (zarówno diecezjalnymi jak i zakonnikami) może znać. Wiem o wielu rzeczach, które są w*****ce, trudne i nie tak powinno być. Łatwo nie jest. Nie wiem tylko, na ile co poniektórzy księża wiedzą, jak ważne jest dla mnie (i nie tylko) to, że styl życia świeckiego (wiem że są ludzie pracujący, którzy są codziennie na Mszy – ja nie umiem, próbowałam – albo miałam poprane i posprzątane albo byłam na Mszy) przewiduje jedną Mszę w tygodniu. Czas, kiedy przychodzę fizycznie dotknąć Boga, ale też czas, żebym posłuchała o Bogu od kogoś, kto 6 lat studiował teologię i dostał glejt od Ducha Świętego, czyli ma na wyposażeniu to, czego nie mam ja. Niestety, podczas kazania wychodzi to, czy kapłan prosi Ducha Świętego o pomoc przy przygotowaniu kazania czy nie. Czy wierzy w Boga czy nie. Czy czuje ciążącą na nim odpowiedzialność za owce czy nie. Czy jest urzędnikiem czy jest świadomy swojego powołania. Nie będzie kapłanów, jeżeli społeczeństwo nie będzie wierzyć Bogu – zgoda. Społeczeństwo nie będzie wierzyć w Boga, jeżeli kapłani nie będą mu Go pokazywać – własnym życiem i słowami Ducha.

Żeby była jasność – minusy nie przysłaniają mi plusów, sakrament kapłaństwa jest dla mnie niesamowity na równi z innymi sakramentami. Przepiękną tajemnicą jest, jak wielką moc Bóg podarował Kościołowi instytucjonalnemu. Nie przychodzę na Mszę, żeby mi motyle w brzuchu latały i żeby każde kazanie było ucztą intelektualną. Modlę się za kapłanów codziennie i bronię, kiedy trzeba (tylko wierzący świecki wie, ile razy ktoś się w pracy na niego obraził, bo się nie dał przekabacić po kolejnej usłyszanej historii grzechów jakiegoś kapłana).

Reklamy

Jedna myśl w temacie “Serio?

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Connecting to %s