Po prostu

Święta inne niż wszystkie dotychczas, a chyba najfajniejsze. W wigilijny poranek zagotowałam jeszcze raz kapustę z grzybami, ubrałam się już w galowy strój i pojechałam do przyjaciół i ich dwójki dzieci posiedzieć i pogadać. Pojechałam tramwajem, bo pierwszy raz od wielu lat jestem tu niezmotoryzowana, wszystko trwa więc dłużej, a niektórych miejsc nie odwiedzę wcale. Między klockami, kąpaniem dzieci i pakowaniem prezentów w tajemnicy przed Misią – ludzie, u których, gdy chcesz herbaty, po prostu idziesz zagrzać wodę i wyciągasz z szafki tytkę i którzy mają za oknem najcudowniejszą panoramę Poznania. Swoi.

Potem trafiłam pozornie w oko cyklonu, co zameldował Dziadek już ante portas: „Atmosfera jest trudna”( próbując wesprzeć Babcię w skutecznym szukaniu Domestosa). Otrzymałam następnie szczegółowe instrukcje, który pokrowiec należy do którego krzesła. Po sukcesie z Domestosem, poszukiwany był blezer, przy czym Dziadek nie był dopuszczany do szafy, co skwitował tym, że przecież to jasne, bo jest gorszego sortu. Gdy był już blezer, nastąpiło poszukiwanie odpowiedniej koszuli – „Błogosławieni, którzy założyli, a nie wąchali”, podsumował Dziadek Babci sposób sprawdzania świeżości rzeczonej części garderoby przy wyciąganiu jej z szafki. Czas mijał na dziadkowo-wnuczętowej krzątaninie, ludzie nagle zaczęli się schodzić i pierwszy raz w historii ludzkości byłyśmy z Babcią gotowe z podgrzanym jedzeniem pięć minut przed czasem. Choinkę Dziadkowie postawili zeszłoroczną, którą przezimowali latem na balkonie.

Na stole okazało się, że  mamy tak naprawdę 4 potrawy, bo reszta nie zmieściła się w przedświątecznej czasoprzestrzeni i na dodatek zapomniałyśmy o ziemniakach. Nikomu to nie przeszkadzało, z ogromnego piernika i makowca zostały szczątki, każdy praktycznie odkulał się od stołu. Mimo małej liczby potraw, każda okazała się majstersztykiem kulinarnym, więc każda z nas ma poczucie sukcesu. Gdyby nie to, że uparłam się, żeby przeczytać fragment o Narodzeniu przed kolacją, pewnie niewiele świadczyłoby o tym, że to religijna okazja. Czas spędziliśmy na luzie, przy opowieściach z powojennego Poznania i trochę Wrocławia. Lubię te małe gesty opiekuńczości, gdy ktoś weźmie Twój brudny talerz albo pójdzie sprawdzić po cichu czy na pewno wyłączyłaś ekspres do kawy. I lubię to, że widać, że sprawia nam wszystkim przyjemność bycie razem – nikt nie musi, każdy po prostu chce.

Pasterka w rodzinnej parafii bardzo poskromniała na przestrzeni ostatnich lat – dziwne to i trochę smutne, bo przecież chór śpiewa z roku na rok coraz lepiej.

Przy łóżku pierwszy raz od dawna u Macierzy nie mam choinki – choinka stoi na Ziemiach Odzyskanych i na mnie czeka. Jest spokojnie i bez skrajnych emocji. Żadnych duchowych uniesień ani przemyśleń. Po prostu jest jak jest – urodził się Bóg. Mimo wszystko urodził się Bóg. Niech Wam w życiu trochę namiesza. Hej.

20151224_235624

Advertisements

One thought on “Po prostu

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s