Różaniec

Processed with VSCO

O Różańcu powstało mnóstwo książek i opracowań, jednak nigdy żadne do mnie nie przemawiało. Nie lubię sztucznego katolickiego patosu w odniesieniu do Maryi, który posługuje się utartymi określeniami i jest jedynym otoczeniem słowa „dziewica”, który nie wzbudza sensacji.

Moja życiowa droga z Różańcem zaczęła się w lutym 2003 roku, kiedy dostałam różowy plastikowy od Uli. Powiedziała wtedy, że dla mnie to nic pewnie nie znaczy, a dla niej dużo, żebym to wzięła i wcisnęła mi przy wyjściu. Ja wzruszyłam ramionami i wyszłam, bo czemu nie. Nazajutrz bardzo mocno się rozchorowałam i nie mogłam dojść do ładu ze sobą przez kilka kolejnych dni. Ja tam nie wiem czy się Maryja w Medjugorie objawia czy nie, w każdym razie Różaniec – jak się okazało  – był stamtąd i nie bez znaczenia było to, że mnie tak wtedy poraziło. Wpadłam w okolicach tamtych dni na pomysł zostania protestantką, myślałam o nawróceniu. Plastikowy różowy Różaniec trzymałam owinięty na nadgarstku w najgorszych chwilach ówczesnego przechodzenia ze śmierci do życia. Nie umiałam go odmawiać, więc nie odmawiałam, ale zawsze instynktownie trzymałam. Kiedy już jednak znowu byłam katoliczką zamiast protestantką, chodziłam od człowieka do człowieka, żeby mnie nauczył któryś, jak to się odmawia. Nikt się specjalnie nie garnął, aż w końcu obecny mąż Uli przysłał mi obszernego maila w temacie. Kiedy doszło do ostatecznego starcia ze Złem, mój ksiądz kazał mi odmawiać Różaniec. Po prostu. Jak pisałam już tutaj, puściło mnie na trzecią „Zdrowaśkę” od końca. Poznałam moc Różańca fizycznie na swoim ciele.

Później – jak na kujona przystało – codziennie jeździłam do poznańskiej fary na adorację Pana Jezusa i odmawiałam Różaniec, żeby dostać odpust za jakąś biedną duszę. Bóg sam tylko jeden wie, ile razy tam zasnęłam. Tam też dokonało się jedno z przełomowych zdarzeń w moim życiu – odmawiając tajemnicę ukoronowania Maryi na Królową nieba i ziemi, przeprowadziłam dosyć prostu przewód logiczny, że skoro to jest moja Mama, to ja jestem królewną. Dziecięce marzenie spełniło mi się w wieku lat dziewiętnastu.

Wśród tych wszystkich minionych lat, miałam krótką różańcową przerwę, na szczęście nie trwała ona długo. Kiedyś jeden bliski mi ksiądz opowiadał o brewiarzu – że są momenty, że mu się tak strasznie nie chce, ale widzi w odmawianiu go ogromną mądrość Kościoła. Ja tak mam z Różańcem. Nie wiem czy odmawiam go dobrze (zwłaszcza, gdy zasypiam), moje myśli często lecą gdzieś tam. Najczęściej odmawiam go gdzieś w drodze, bo w domu trudno mi się na nim skupić. Zazwyczaj jest coś innego do zrobienia, spycham go na sam koniec. Trudny jest ten Różaniec. Mimo że od lat już codziennie odmawiam jedną część, to mam wrażenie, że mi coraz z tym trudniej. Czasem, gdy nie mogę sobie przypomnieć, jaki jest dzień, próbuję sobie przypomnieć, które tajemnice były wczoraj. Mam już opanowane swoje małe codzienne odległości na dziesiątki Różańca (do autobusu mam na przykład odległość na Koronkę do Miłosierdzia). Czasem się jakoś składa, że odmawiam tylko jedną „obowiązkową” dziesiątkę (jestem Różą Kapłańską 😉 ).

Ciągle gubię Różańce. W różowym ułamał się krzyżyk i ostatecznie też się gdzieś zgubił. Najbardziej lubię te na sznurkach z drewnianymi koralikami, bo one się nie rwą, gdy czasem z nim wieczorem zasnę. Gdzieś kiedyś przeczytałam, że Różaniec to bukiet róż dla Maryi. Lubię o nim tak myśleć. I fajna jest ta Maryja.

 Jakby mnie ktoś zapytał, jaką modlitwę polecam, to bym powiedziała, że Różaniec.

20150731_164243

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s