„Exodus: Bogowie i królowe” RIdley’a Scotta i nie tylko

Ridley Scott postanowił sfilmować jedną z najważniejszych dla mnie biblijnych historii i nie mogło być tak, żebym nie poszła jej obejrzeć. Naiwnie dałam mu szansę. Naiwnie, bo mam wrażenie, że oprócz imienia Mojżesza niewiele dzieło Scott’a ma wspólnego z oryginałem i prawdą. Mojżesza przedstawia jako nieświadomego swojego pochodzenia wojskowego, którego faraon hojniej obdarza miłością niż własnego egipskiego syna. Gdy na jaw wychodzi jego pochodzenie, on sam najpierw nie chce przyjąć tej informacji do wiadomości, następnie zostaje wygnany z Egiptu, a dwóch hersztów  próbuje go zabić, gdy śpi gdzieś na pustyni (ale oczywiście im się nie udaje, bo Mojżesz Ridley’a Scott’a to taki starożytny James Bond). Żonę ma Mojżesz w filmie piękną-jak-nie-wiem-co (ale to akurat może być przecież zgodne z prawdą, kto wie…), ale syna mają tylko jednego. W filmie Bóg powołuje Mojżesza na górze Horeb, gdy ten jest uwięziony w zastygającym błocie – rezultacie lawiny, jaka przeszła, gdy pasł kozy (albo owce, nie pamiętam). Na dobrą sprawę nie wiadomo czy to jest tak naprawdę Bóg, bo postać, z którą rozmawia Mojżesz uwięziony w błocie to ok. 7-8-letni chłopiec, który później czasami nazywa się sam pośrednikiem, a czasem „Jestem”. Dalej w filmie Mojżesz próbuje wyprowadzić lud swój z Egiptu mieczem i strzałą, organizując w jaskiniach obóz szkoleniowy dla izraelskiej partyzantki, po czym ukazuje mu się chłopiec, który mówi, że w taki sposób będzie wyzwalał lud kolejne dwa pokolenia, więc on (trudno mi pisać o nim jako Bogu…) teraz mu pokaże. Następuje sekwencja plag egipskich, nikt nie idzie do faraona, nikt nie wyciąga laski, nikt nie protestuje, że nie potrafi dobrze się wysławiać. Gdy Izrael w końcu wychodzi z Egiptu, nie idzie za nim ani przed nim żaden obłok ani słup ognia, a może rozstępuje się tak, że znika całkiem (znowu żadnych słupów, tym razem wody). Mojżesz jest w filmie jakby bratem panującego faraona, więc nie mógł się powstrzymać, by krótko przed zalaniem korytarza dla Izraelitów stanąć z nim jeszcze oko w oko niczym John Wayne i wymownie na niego popatrzeć – wody zalały faraona i Mojżesza, ale oboje wypłynęli (każdy oczywiście na przeciwne brzegi). Podsumowując – stek hollywoodzkich bzdur, na który moim zdaniem szkoda tych dwóch godzin siedzenia w kinie, a największym nieobecnym w tej historii wydaje się być JESTEM.

***

Zastanawiałam się ostatnio, dlaczego tak bliski jest mi Stary Testament i dlaczego tak bardzo zajmują mnie historie tam zapisane (w takim osobistym, prywatnym wymiarze dla mnie – nie dlaczego jest bliski i ważny dla chrześcijaństwa w ogóle). Doszłam do wniosku, że chyba dlatego, że ludzie tam wydają się tak trochę chodzić po omacku, kombinują jak to zrobić, żeby było dobrze, nie ma św. Piotra ani św. Jana, który przyjdzie i powie, że tak jest dobrze, a tak nie, bo oni byli przy Jezusie jak nauczał, jak umierał i widzieli Go po zmartwychwstaniu i w ogóle to wylał się na nich Duch Święty i oni mówią językami ludzi i narodów i wszystko już jest jasne. Bóg nie jest widzialny w Starym Testamencie, wiara Izraelitów mnie fascynuje – musi być głęboka i pokorna, żeby przetrwać (wiadomo już chociażby z historii łażenia po pustyni, że z tą wiarą u nich różnie bywało). Żyli w nadziei i oczekiwaniu, w szacunku i uznaniu dla potęgi i miłości Boga (oczywiście nie wszyscy i nie zawsze – wiem). Ten Bóg się nie zmienił po zmartwychwstaniu Jezusa, to jest ciągle ten sam JESTEM, który mówił do Mojżesza na Horebie (całe szczęście w rzeczywistości nie musiał go paraliżować błotem). To jest wiara, której ja się ostatnio uczę i którą chciałabym mieć, bo tak naprawdę jest ona bardzo praktyczna. Ta wiara starożytnego Izraela wydaje mi się być taka jakaś spokojniejsza (ale może to przez moje osobiste doświadczenia różnych charyzmatycznych wspólnot, z którymi miałam do czynienia).

Historia wyprowadzenia z Egiptu jest niesamowicie ważna i aktualna dla każdego chrześcijanina – podczas liturgii w Wielką Sobotę śledzi się ją całą bardzo dokładnie przez te miliard czytań. Jezus zrobił duchowo z człowiekiem dokładnie to samo, co Jahwe wtedy dla Egipcjan w wymiarze światowym – za mało się to chyba podkreśla podczas kazań czy katechezy, a szkoda, bo to wiele by chrześcijanom uświadomiło. Ja bardzo często odnoszę tę historię do mojego własnego życia. Myślę sobie o bezczelności Mojżesza powodowanej Bożym Słowem, który chodził do faraona, by ten uwolnił jego rodaków i o tym, że JESTEM potrafi nawet morze rozstąpić i jak będzie trzeba, rozstąpi też dla mnie. Zapominam tylko często o tym, że po wyjściu z Egiptu 40 lat Izrael chodził po pustyni, a w ziemi Kanaan musiał sobie zrobić miejsce i wykurzyć tych, co tam wcześniej byli. I zastanawiam się, czy i skąd wiedzieli oni, że Kanaan to Kanaan…

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s