Materialistycznie

Blisko rok temu umieściłam na blogu moje przemyślenia w temacie zakupów, wcześniej w temacie minimalizmu, a między nimi w temacie Julity Bator i w tym poście chciałabym wszystko razem zaktualizować, ponieważ tak naprawdę łączy się to dla mnie w jedną całość.
Kupowanie tylko polskich produktów jest wyższą szkołą jazdy i po tych wszystkich miesiącach naprawdę wątpię, że się da zrobić tak, by kupowane w 100% produkowane było w Polsce przez polskie firmy (dygresja od czapy: w trakcie któregoś śledztwa okazało się np. że „Allegro” nie jest już polską firmą, a zostało wykupione przez jakąś z RPA – poprawcie, jeżeli mam błędne informacje). Żywność (oprócz tej mniej lub bardziej egzotycznej) kupuję w formie jak najmniej przetworzonej, więc udaje kupować się krajową, czasem nawet wprost od producentów (jeżeli ktoś bardzo lubi zielone ogórki i nie lubi potem tego uczucia rozsadzania od środka i refleksji o nieuchronnej śmierci, polecam znaleźć sobie właśnie jakiegoś bezpośredniego małego producenta – ja już się bałam, że będę musiała zrezygnować z ukochanej mizerii). Przez zdrowsze jedzenie (selen i siemię lniane!) pozbyłam się w jakichś 90% problemu z trądzikiem. Z innymi dziedzinami życia jest już gorzej, zwłaszcza z odzieżą (poza butami – tutaj polskie niepodzielnie rządzą), chemią i przedmiotami do domu. Niezmienne pozostało to, że staram się wybierać polskie sklepy, ale bez fanatyzmu i plucia np. na Rossmanna czy IKEĘ, do kin chodzę tylko małych, lokalnych. Nie kupuję już na siłę polskich kosmetyków, bo niektóre mi potrafiły krzywdę zrobić lub nie potrafiły nic (tutaj nad krajowym pochodzeniem postawiłam skład). Nie kupuję też np. gotowych masek do twarzy, ponieważ żadna nie potrafi zrobić na twarzy tego, co spirulina połączona z jogurtem naturalnym (spirulinę w proszku można kupić np. w sklepach zielarskich), więc nie daję się już na nic w tej dziedzinie nabrać w drogeriach. Z fajnych odkryć kosmetycznych, które polecam – „czarne mydło” (w linku jest przykładowy egzemplarz; można kupić online, ale widziałam też w „Hebe”, gdzie były również różne czyste glinki w proszku, którymi moim zdaniem warto się zainteresować) i kryształ ałunu (naturalny dezodorant).
Pozbywanie się zbędnych przedmiotów z mojego otoczenia wydaje się być nigdy niekończącą się historią i dowodzi tylko tego, ile nagromadziłam i ciągle gromadzę (mimo czujności!). W ostatnim czasie pozbyłam się dosyć wysokiej komody, co zakładało ulokowanie schowanych tam skarbów w innych miejscach lub ich wyrzucenie. W efekcie wszystko to, co było w 5 szufladach mieści mi się na 1 półce w szafie. Długi był to proces i bardzo żmudny (trwał z miesiąc), ponieważ najpierw trzeba było w tej szafie znaleźć miejsce – znów 1/3 jej zawartości znalazła nową właścicielkę, a skrzętnie chowane „skarby” o naprawdę nikłej wartości trafiły do śmietnika (dwa wielkie wory śmieci i makulatury) – i przede wszystkim przejrzeć każdy list sprzed 15 lat czy na pewno trzeba go zachować (ileż wspomnień się obudziło!). Przeglądnęłam również regał z książkami i coś niecoś nadało się do puszczenia dalej w obieg (udało się nawet wszystko, co zamierzyłam, sprzedać, więc było na waciki). Odkąd mam czytnik, kupuję głównie ebooki – właśnie ze względu na to, żeby nie powiększać fizycznego księgozbioru. Rzadko kupuję magazyny czy czasopisma – jeżeli już się zdarzy, po przeczytaniu puszczam przekazuję dalej, bo wiem, że z niektórymi przyjaciółmi czy znajomymi mamy podobne zainteresowania (niestety czasopisma w wersji elektronicznej to pomyłka moim zdaniem – nie potrafiłam w ogóle ich czytać 😉 ).
Staram się unikać słowa „minimalizm”, bo za przedstawicielkę tego nurtu ciągle się nie uważam (i nie mam takich aspiracji) – staram się moje życie organizować w jak najprostszy sposób tak, by połączyć moją wizję życia z warunkami, jakie mam do dyspozycji (co – jeżeli ktoś nie zauważył – zakłada dynamikę i dążenie do corazlepszości 😉 ). Zamiast słowa „minimalizm” wolę zatem „rozsądek” i „prostotę”. No i żeby było możliwie ładnie. Zasady te rozciągam też na organizację dnia (tak, mam tygodniowy harmonogram sprzątania, ale nie, nie mam rzeczy poukładanych w szafie kolorami 😉 ) – jak już kiedyś wspomniałam, gdzieś we mnie tkwi destrukcyjna tendencja do nadaktywności, którą jednak już chyba skutecznie spacyfikowałam i pamiętam o tym, że życie ma polegać na życiu i podziwianiu widoków (kiedy oczywiście okoliczności temu sprzyjają), a nie na przebiegnięciu przez nie. Przygotowywanie jedzenia praktycznie w całości w domu (nie znaczy to, że obrabiam dopiero co zabitego świniaka – chodzi tu o przygotowanie np. mięsa na zimno do chleba) wymusza dobrą organizację, ponieważ trzeba temu poświęcić trochę czasu (przygotowanie np. schabu to łącznie kwadrans, jednak piecze się godzinę, podczas której np. nie można wyjść z domu). Mi te przygotowania nie ciążą, to dla mnie ważny aspekt codziennego życia i świadomie poświęcam ten czas właśnie na to.

Kończąc, chciałam polecić trzy „miejsca”, które łączą się z tymi tematami:

„Zamień chemię na jedzenie: nowe przepisy” Julity Bator – książka ukazała się kilka tygodni temu, stanowi swoistą ściągę dla tych, którym nie chce się przekopywać przez Internet w poszukiwaniu inspiracji czy przepisów (dla osób biegłych w tych sprawach nie będzie odkrywcza). Nie trzeba kombinować z zamienianiem jakichś składników, bo o to zadbała już Autorka. Wszystkie przepisy zostały możliwie uproszczone, by nie trzeba było godzinami siedzieć w kuchni. (P.S. książki kulinarne – podobnie jak czasopisma – tylko w wersji papierowej, ebooki się nie sprawdzają)

„Minimalizm po polsku” Anny Mularczyk-Mayer – od razy przyznaję się, że JESZCZE nie czytałam, jednak śledzę bloga Ajki i to naprawdę musi być dobre coś, ta książka. Autorka ma rozsądne podejście do uwalniania przestrzeni od zbędnych przedmiotów, nie jest neofitką i zna realia.

Cykl „Szafa minimalistki” na blogu Simplicite – uważam, że Autorka robi świetną robotę, pokazując jak w tydzień wynosić „tylko” 5-6 sztuk odzieży i wyglądać super.

Reklamy

3 thoughts on “Materialistycznie

  1. Czasem można się naciąć. Firmy spożywcze starają się zachować tradycyjne polskie nazwy, mimo że są „w obcych rękach”, a z kolei odzieżowe wolą nazwy bardziej „międzynarodowe”, mimo że to polskie firmy. Trzeba też pamiętać, że firmy z innych krajów muszą towary do Polski przywieźć, ktoś je tu rozładowuje (często studenci), ktoś je sprzedaje. Dlatego tak jak piszesz – trzeba do zakupów podchodzić z rozsądkiem. Oczywiście, jeśli tylko się da, to u mnie rządzi Rynek Jeżycki 🙂

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s