Nadzieja nie umiera nigdy

On to wbrew nadziei uwierzył nadziei, że stanie się ojcem wielu narodów zgodnie z tym, co było powiedziane: takie będzie twoje potomstwo. I nie zachwiał się w wierze, choć stwierdził, że ciało jego jest już obumarłe – miał już prawie sto lat – i że obumarłe jest łono Sary. I nie okazał wahania ani niedowierzania co do obietnicy Bożej, ale się wzmocnił w wierze. Oddał przez to chwałę Bogu i był przekonany, że mocen jest On również wypełnić, co obiecał.

Rz 4, 18-21

[Proszę w nich], aby Bóg Pana naszego Jezusa Chrystusa, Ojciec chwały, dał wam ducha mądrości i objawienia w głębszym poznaniu Jego samego. [Niech da] wam światłe oczy serca tak, byście wiedzieli, czym jest nadzieja waszego powołania, czym bogactwo chwały Jego dziedzictwa wśród świętych i czym przemożny ogrom Jego mocy względem nas wierzących – na podstawie działania Jego potęgi i siły.

Ef 1, 17-19

A nadzieja zawieść nie może, ponieważ miłość Boża rozlana jest w sercach naszych przez Ducha Świętego, który został nam dany.

Rz 5,5

W szkole podstawowej z tyłu zeszytu do religii mieliśmy wypunktowane modlitwy i formułki, które musieliśmy w ciągu roku „zaliczyć” (co roku były to te same). Moimi ulubionymi były „Trzy cnoty boskie” i „Apel Jasnogórski”, bo najkrótsze (pod koniec lekcji pani pytała, czy ktoś chce dzisiaj coś zaliczać i jeżeli ktoś się zgłosił, podchodził do biurka, mamrotał na jednym oddechu np. „Wierzę w Boga” i otrzymywał podpis). „Wiara, nadzieja, miłość”, które św. Paweł wymienia na końcu „Hymnu o miłości” brzmią zawsze jakoś tak banalnie i zwykle, a już podkreślenie przez niego, że „a z nich największa jest miłość” powodowało u mnie zawsze skupianie się właśnie na tej ostatniej (w końcu jest ona potężna jak śmierć). Pierwsza z nich – wiara – też gdzieś zawsze sobie tam w tle fruwa u mnie między niebem a ziemią, zwłaszcza w momentach krytycznych, gdzie trzeba ją sprawdzić w praktyce. Niedawno ze zdumieniem odkryłam, że nadzieja leży sobie u mnie gdzieś z boku na półce zakurzona, nieużywana. Tfu, to za wiele powiedziane – odkryłam, że w ogóle istnieje coś takiego jak nadzieja.

Jestem osobą, która nie lubi się za wiele po czymś spodziewać – wolę racjonalizować, by mnie początkowy entuzjazm za bardzo nie wystrzelił w górę, bo gdy się spada z dużej wysokości, to bardziej boli tyłek. Nie określiłabym tego pesymizmem, który oznacza dla mnie raczej, że się zakłada, że będzie źle i który paraliżuje jakikolwiek postęp. Ja wolę zakładać, że może być dobrze, ale może być też nijak (skala ma tylko trzy stopnie – dobrze, nijak, źle). Rozważam także wariant, że może być źle, ale dlatego, by mieć świadomość, na co się decyduję w razie by nie wyszło i staram się teoretycznie przewidzieć konsekwencje tego „niewyjścia” (przytaczam sobie wtedy w głowie wszystkie argumenty przeciwko jakiemuś przedsięwzięciu, by je wszystkie zneutralizować sobie lub innym lub by ich po prostu być świadomą i nie dać się zaskoczyć). Absolutnie mnie przeciwności nie zrażają – podejmuję ryzyko, jeżeli widzę cień szansy powodzenia i robię wszystko, by cel osiągnąć (całkowicie lub częściowo).*

Nadzieję „Słownik języka polskiego” definiuje jako «oczekiwanie spełnienia się czegoś pożądanego i ufność, że to się spełni, urzeczywistni». Jawi mi się ona jako coś irracjonalnego; jest dla mnie nowością, na którą muszę uważać, by nie mylić jej z emocjonalną ekscytacją czymś (na szczęście coraz rzadziej mi się ona przytrafia, o błogosławiona postępująca dojrzałości!), bo tę znam aż za dobrze i szczerze jej nie znoszę. Katechizm KK mówi, że cnoty boskie nazywa się inaczej także wlanymi i są nadprzyrodzone, wszczepione człowiekowi przez Boga (jest tam też wiele innych słów, których znaczenie teoretycznie rozumiem, praktycznie jednak nie bardzo, więc pozostanę przy tych). Kiedyś próbowałam o nich myśleć w porządku wertykalnym, że są jakby stopniami dochodzenia do doskonałości, teraz jednak zaczynam rozumieć, że to rozumowanie bardzo koślawe (bo czy całkiem błędne, nie wiem). Skłaniam się ku myśleniu o nich horyzontalnie jako o czymś równoczesnym, równoległym, przenikającym się i wzmacniającym się nawzajem. Katechizm mówi też, że nadzieja poszerza serce i to sformułowanie akurat bardzo mi się spodobało. To jakby w jakieś sprawie dochodziło się do ściany, końca ślepej ulicy, ale właśnie dzięki wierze, nadziei i miłości ten mur przesuwałoby się jeszcze dalej lub w ogóle wysadzałoby się go w powietrze.

Jestem raptus, lubię mieć wszystko „na już”. Uczenie się czekania na coś jest momentami bardzo bolesne. Pierwszym kubłem zimnej wody było skończenie studiów, gdy okazało się, że długo jeszcze nie będzie mnie stać na 100-metrowe mieszkanie (albo nawet na 30-metrowe), że nie ma żadnej gwarancji spełniania się zawodowo ani rodzinnie, a przebywanie wśród znajomych, którzy w dużej części mieli (mają) już życie poukładane sprawiło, że przy porównywaniu się wypadałam słabo. Przypomniałam sobie, że nie ma sensu się porównywać i nauczyłam, że pewne rzeczy przychodzą z czasem. Przypomniało mi się, że żeby być szczęśliwą muszę być w pełni sobą, a ja nie chcę zajmować kierowniczych stanowisk i wyjeżdżać w podróże służbowe do Kapsztadu. Nie wiem dlaczego bardziej uwierzyłam Syzyfowi niż Jezusowi. Nadzieja otwiera na przyszłość. Jest taka scena w filmie „Karol – człowiek, który został papieżem”, której niestety nie potrafię odszukać i która zapadła mi najbardziej w pamięć z całego filmu: podczas II wojny światowej młody Karol siedzi w Krakowie w ciemnym pomieszczeniu z jakimś starszym człowiekiem. Mówi on (ten starszy człowiek), że zło przeminie, naziści przeminą… Koniec sceny. Myślenie takie wydało mi się wtedy rewolucyjne, bo w moim systemie operacyjnym, gdy działo się do tej pory źle, oznaczało to koniec i skupiałam się na tym, co było i że już tego nie będzie – jakby nie było przyszłości. Starość ma ten przywilej, że pomaga się zdystansować, a dystans jest chyba nawozem dla nadziei. Nadzieja nie jest matką głupich – jest z nią może trochę tak jak z Różańcem – kojarzy się z naiwnym klepaniem w kółko tych samych modlitw i ze stylem życia babuleńki, która codziennie przychodzi na dwie msze. Ale Różaniec rozbija system.

Praktycznie rzecz ujmując, z tą nadzieją jest teraz dla mnie trochę tak, jakbym kupiła sobie zmywarkę i postawiła ją na środku pokoju niedowierzając, że to umie zmywać, bo przecież „nikt tak nie umyje naczyń jak ja”. Każdego kolejnego dnia, przymierzając się wreszcie do jej wypróbowania, jakbym decydowała się w końcu i tak umyć naczynia w zlewie. Potem ktoś przyjdzie, ustawi mi ją w kuchni i podłączy i wreszcie jej użyję. Potem poczuję tę satysfakcję, gdy wtulę się w kołdrę, a w tle usłyszę pranie naczyń (#bezcenne)… Wcześniej naczynia też były czyste, efekt jest więc taki sam. Mi jest jednak łatwiej i mam czas na inne rzeczy. Nadzieja ułatwia, wspomaga niesmucenie się. Myślę, że tę iskrę ma każdy (skoro dana jest przez Boga), ja jej jednak długo nie zauważałam i przy niej akurat nie chciałam się ogrzewać podczas mrozu. Teraz będę pamiętać, że to gdzieś tam się pali i chce mnie ogrzać.

*dla tych, dla których jest zbyt teoretycznie i poetycko – rzecz tyczy się np. zakładania działalności gospodarczej, kwestii wyboru wakacyjnego celu, zdecydowania się na udział w targach itp. 🙂

Reklamy

One thought on “Nadzieja nie umiera nigdy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s