Wprost

Koleżanka (cóż ja bym zrobiła bez tych moich Koleżanek ♥ ) zwróciła mi uwagę na artykuł, o którego istnieniu pewnie bym się nigdy nie dowiedziała (bo nie czytam żadnych tygodników, a już tym bardziej „Wprost”). Po przeczytaniu go poziom adrenaliny znacznie mi się podniósł i postanowiłam nie pozostawić go bez komentarza. Postanowiłam potraktować ten wpis jako odpowiedź i wyjaśnienie Autorce, pani Paulinie Socha-Jakubowskiej, pewnych rzeczy, które w jej artykule nie mają nic wspólnego z rzeczywistością i są zbyt poważnym uproszczeniem tematu, którego opracowania się podjęła. Pewnymi stwierdzeniami padającymi w artykule „Katohipsterzy” poczułam się dotknięta, stąd potrzeba napisania kilku zdań.

Przeczytawszy artykuł można odnieść wrażenie, że kilka młodych, wykształconych osób z dużych ośrodków, którzy lubią „wymagającą literaturę” jest nadzieją dla Kościoła Katolickiego w Polsce, że jednak będą z niego jeszcze ludzie. Autorka stawia bohaterów (którzy skądinąd robią świetną robotę!) w opozycji do „reszty”, czyli w domyśle zaściankowego Kościoła w polskim wydaniu, który tworzą przede wszystkim (wnioskuję na zasadzie przeciwieństw do „zalet” katohipsterów wymienionych w tekście) ludzie niewykształceni, niemodnie i brzydko ubrani oraz lekko przygłupawi. Jest to dla mnie jednoznaczny dowód na to, że Autorka w ogóle nie zna ludzi zaangażowanych w życie religijne w Polsce i posługuje się stereotypami. Nie wiem, kto mógłby wpaść na pomysł, że w „modnych ciuchach” nie można iść do kościoła i nie wiem, kto miałby opory, by przy piwie w knajpie rozmawiać o Panu Bogu. Ja nie mam, całe stado moich wierzących katolickich znajomych i przyjaciół także nie ma i żadnemu z nas nie przyszłoby do głowy, że to niestosowne (doprawdy, nie mam pomysłu, co mogłoby w tym być niestosownego). Bóg to najważniejsza osoba w naszym życiu (albo przynajmniej staramy się, żeby tak było) i nie widzimy powodu, żeby zakluczać go w domu, gdy wychodzimy. Przeciwnie – wielu z nas przekonało się, że warto Go ze sobą zabierać w teren, bo często się przydaje. Nie wiem też dlaczego „katohipsterzy” nie mieliby kupować mieszkań w nowoczesnych budynkach (no hipster to powinien raczej w kamienicy mieszkać, ale jakże inne miary przykłada się do zwykłych hipsterów i „katohipsterów”!).

Autorka artykułu pisze, że Jolanta Szymańska (autorka bloga „Hipster Katoliczka) nie czuje się reformatorką. Skąd w ogóle pomysł, że miałaby się tak czuć? Na swój prywatny użytek wymyśliłam sobie małe uproszczenie, przyjmując, że Kościół otworzył się na świeckich w drugiej połowie XX wieku – jak Polska długa i szeroka powstawały duszpasterstwa akademickie, które zrzeszały wielu studentów, potrzebujących pogłębienia swojej wiary, bo chcieli ją lepiej rozumieć. Nie znam konkretnych danych liczbowych, ale biorąc pod uwagę lata i mnożąc je przez moje doświadczenie liczbowe, będzie to już z kilka tysięcy ludzi, którzy do wiary w Boga podchodzili i podchodzą refleksyjnie, są ludźmi nowoczesnymi i z pomysłem na życie.

Ja sama Kościoła (i potem Boga, ale trzeba mnie było najpierw dać się porwać któremuś działowi marketingu) uczyłam się od hipisów (wychodzi na to, że to rodzice/dziadkowie hipsterów), którzy kręcili się wokół franciszkanów. Nie szłam nigdy w pielgrzymce księdza Szpaka, jednak bywałam na spotkaniach/rekolekcjach, które organizowano („organizację” należy tutaj rozumieć w zakresie bardzo minimalistycznym ;)) kilka razy w ciągu roku. Ula zachęcała mnie, żebym pojechała zanim jeszcze się nawróciłam, bo był to czas i miejsce dla wszystkich – wierzących i niewierzących. Nic nie trzeba było, wszystko można było. Spało się w pomieszczeniach na karimatach tam, gdzie było miejsce – kobiety, mężczyźni (łącznie z księżmi, ojcami, braćmi) razem na salach, obok siebie jak śledzie w puszce. Kiedyś spałyśmy z koleżanką na scenie w domu kultury za kotarą, a 10 metrów dalej do 4 rano grano na bębnach. Kiedyś poszliśmy wszyscy ze śpiworami na noc do wiejskiego kościółka – Natan OFM wystawił Pana Jezusa i tak sobie spaliśmy, a kto chciał, to czuwał. Posiłki przygotowywano wspólnie, kto chciał szedł na mszę albo na jakieś spotkanie. Poważne rozmowy o życiu i śmierci prowadziło się, siedząc na rozgrzanym letnim słońcem krawężniku prawie do białego rana, a jak się chciało, to się szło na spływ kajakowy. Na 24.oo wymyślano Różaniec w kapliczce oddalonej od bazy jakieś 5 km, ruszano grupą jakoś przed 23.oo, wracało się o 2.oo. Byli to ludzie z naprawdę różnych środowisk z różną przeszłością (najczęściej bardzo trudną). To ja rozumiem przez awangardę i alternatywę. Tam nauczyłam się, że Bóg oznacza wolność, że pozwala na różnorodność i nietuzinkowość – nie uczy mnie tego artykuł, który był impulsem do napisania tego tekstu. Używając określenia „katolicka awangarda” Autorka ma na myśli zjawisko aktywności w sieci wymienionych w artykule bohaterów, rozumiejąc przez nie intelektualne i refleksyjne podejście do wiary, okraszone modnym strojem i umiejętnością posługiwania się smartfonem, podczas gdy prawdziwa awangarda katolicka (jeżeli w ogóle decydować się na to określenie) ma swoje korzenie jakoś w latach 60/70, nie tworzy się teraz. Teraz po prostu rozwinęły się media społecznościowe, w których chrześcijanie też są obecni i aktywni – posługują się nimi, by realizować swoje powołanie do głoszenia Chrystusa oraz przede wszystkim do dzielenia się tym, Kogo mają najlepszego w sposób dla nich estetyczny, w szerokim tego słowa znaczeniu.

Autorka zdaje się podkreślać elitarny charakter działalności „katohipsterów”, używając nawet wprost tego określenia w odniesieniu do nabożeństw majowych przy miejskich kapliczkach. Ze słownika języka polskiego wynika, że „elitarny” oznacza „uprzywilejowany, dostępny dla elit, ekskluzywny”. Jezus i co za Nim idzie – Kościół Katolicki – nie są elitarni! To jest właśnie to, jaki Jezus NIE jest.

Wiary nie trzeba „oswajać”, „nadawać jej współczesnego sznytu” – wiara jest darem dla człowieka, a człowiek realizuje ją przepuszczając przez własny filtr, na który składa się wiele czynników. Bóg nie jest staromodny – to straszny stereotyp! Bóg jest nowoczesny, ponieważ dla Niego czas nie istnieje i zawsze jest TERAZ.

W artykule znalazło się również odniesienie do czeskiego kapłana i filozofa Tomáša Halika, który podobno twierdzi, że przetrwać może tylko Kościół intelektualny (nie znam źródła tej parafrazy, którą przytoczył pan Błażej Strzelczyk, jeden z bohaterów artykułu, bazuję więc na tym, co jest w artykule). Szanuję autorytet, jakim cieszy się ten kapłan, jednak nie mogę się z tym stwierdzeniem zgodzić. W moim przekonaniu siła Kościoła tkwi w tym, że Jezus obecny jest w nim fizycznie, w cichej i prostej modlitwie rzeszy „babć”, które mają czas na codzienną mszą świętą i godzinne „klepanie Różańca” (jak to powszechnie jest określane przez niektórych ludzi) oraz cierpieniu, które za Kościół i kapłanów ofiarują ludzie chorzy. Ludzie, którzy dyskutują na tematy teologiczne i filozoficzne to naprawdę wierzchołek kościelnej góry i życie pokazuje, że właśnie oni najczęściej dochodzą do wniosku (jeżeli zaniedbają swoje życie duchowe na rzecz gadania o Panu Bogu zamiast z Panem Bogiem), że jednak to im się kupy nie trzyma, bo jest nielogiczne. Ksiądz Twardowski pisał, że nie przyszedł nawracać, tylko powiedzieć, że ufa Panu Bogu jak dziecko. To jest wiara, która ma szansę przetrwać. Intelekt jest darem od Boga danym po to, żeby służyć drugiemu człowiekowi (w szerokim tego słowa znaczeniu), nie jest do zbawienia koniecznie potrzebny. Wiara przetrwa, jeżeli rodzice będą ją przekazywać dzieciom – z kilkulatkami nie rozmawia się o teologii na poziomie akademickim, a i tak ostatecznie nawet w dorosłym życiu praktyczne świadectwo wiary rodziców ma większą siłę rażenia niż dyskusje. Dyskusje i rozmowy są ważne – to nie ulega wątpliwości, jednak w moim odczuciu nie są tym, co daje chrześcijaninowi kręgosłup ze stali.

Zgadzam się, że w estetyce kościelnej w polskim wydaniu można znaleźć dużo kiczu, a starsze osoby (kojarzone głównie z „Radiem Maryja”) robią czasem Kościołowi strasznie czarny PR (mimo dobrych pobudek, którymi się kierują) swoim agresywnym zachowaniem. Ważnym jest jednak moim zdaniem, by nie rozciągać tego stereotypowo na wszystkich ludzi wierzących. Spotkałam w swoim życiu cudowne „babcie klepiące Różaniec”, którym dobroć i łagodność spływały z oczu i z serca. Znam mnóstwo młodych, nowoczesnych, aktywnych na wielu polach, pięknych i zadbanych kobiet, które zbudowały swoje życie na Chrystusie, wokół Jego Kościoła. Nie zgadzam się na takie mówienie o Kościele, które zostało zaprezentowane w artykule.

No, to w sumie tylko to chciałam powiedzieć. I że fajnie, że bohaterowie artykułu robią dobrze swoją robotę, bo nie ich wina, że artykuł o nich jest tak nieumiejętnie napisany.

Reklamy

One thought on “Wprost

  1. Awangardą chrześcijańską są tak po prawdzie ci ginący za wiarę w Iraku, Syrii, Afryce i tyłu innych miejscach…

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s