Tato, ale ten to Ci nie wyszedł…

O „Ziemi Maryi” napisała mi koleżanka kilka tygodni przed polską premierą filmu. Z racji leczenia bolących mięśni po weselu i piruecie na schodach nie załapałam się na grupowe wyjście, poszłam więc sobie sama. Oczekiwania miałam ogromne po lekturze wrażeń na Twitterze – niestety nikt z tych Piewców nie napisał, co najbardziej w filmie cenił, więc wpadłam w pułapkę oczekiwania „nie wiadomo czego”. Nie chcę tutaj filmu recenzować ani bawić się w krytyka filmowego – chcę napisać tylko o tym, co mnie kompletnie zaskoczyło i uważam za genialne (będzie to spoiler w pewnym sensie, więc jeżeli ktoś jeszcze filmu nie widział, a ma w planach i nie lubi odkrytych tajemnic, proszę, żeby dalej nie czytał ;)).

ZM1

Za absolutnie genialne uważam ukazanie stworzenia człowieka w tym filmie. Bóg Ojciec wyjmuje z ziemi kawałek gliny, po czym lepi z niego… niemowlę! Stworzenie tegoż organizmu funkcjonuje w naszych głowach jako stworzenie dorosłego mężczyzny – pomysł twórców wywołał u mnie w głowie owacje na stojąco (i przywołał skojarzenie z „Królem Lwem” ;)), gdy Jahwe wyjąwszy z wody dzieciaczka, unosi go, krzycząc „To jest mój syn!”. Adam i Ewa ukazani są jako dzieci, które rozwijają się, bawią i rosną. Ojciec chodzi z nimi po zakamarkach stworzonego przez siebie świata, by dzieciaki nadawały imiona poszczególnym zwierzętom. W pewnym momencie widzimy dwójkę dzieci zerkających zza krzaków na ptaka wątpliwej urody – Adam mówi z dziecięcą ironią „Tato, ale ten to Ci nie wyszedł!”. Ojciec tylko się uśmiecha, próbuje udobruchać awanturującą się małą Ewę, żeby zostawić imię nadane przez Adama i że następnego nazwie ona. Chodzi z nimi, uczy ich świata. Wszystko z miłością i wyrozumiałością w stosunku do możliwości dziecięcego umysłu. A podczas popełniania grzechu pierworodnego biegnie On przez zadrzewione ścieżki, krzycząc przeraźliwie „Nie!”.

ZM

Genialne (to słowo pojawia się w tym wpisie stanowczo zbyt często, jednak nie znajduję innego) w swojej prostocie, nadało głębi mojemu myśleniu o początkach. Myśleniu o tym, kim jestem dla Boga, w jaki sposób na mnie patrzy i w jaki sposób mnie prowadzi. Sposób przedstawienia tej historii, którą każdy zna na pamięć, pokazał mi, że to, co smuci mnie, smuci też Go – pewnie nie zawsze smuci nas to z tego samego powodu, bo chyba częściej Go smuci to, że mnie coś smuci, co nie powinno (i w tej chwili „smuci” pobiło „genialne” ;)). Że to jest zakochany Bóg.

Podsumowując – film mnie trochę zmęczył, ale zmienił moje życie. Warto go obejrzeć. Naprawdę.

P.S. I tak to się właśnie kolejny raz w moim życiu udało Maryi przez siebie pokazać Boga – jak Ona to robi!?

zdjęcia – nr 1, nr 2

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s