Wbrew pozorom o rzeczach fajnych

Lato ma chyba najlepszy pi-ar wśród wszystkich pór roku. 9 miesięcy można rozmyślać o tym, co się będzie robiło latem (intensywność rozmyślań osiąga apogeum w okolicach lutego, bo wtedy jest ta cierpienia granica, za którą się łagodny uśmiech zaczyna, czy jak to tam było). Ma się nadzieje, że będzie tak, tak i tak (nie lubię przytulanych letnich zdjęć, bo lato jest mało przytulaśną porą roku). Nie zastanawia się człowiek, skąd weźmie ładnych chłopców, długie włosy i nierubensowską figurę (oraz fajne sandały), a na ładne szklanki made in China zawsze ostatecznie szkoda kasy. W efekcie okazuje się, że upały w mieście są jak co roku nie do zniesienia, pierwszą myślą po wstaniu jest „Dzisiaj idę już na pewno wcześniej spać”, a z wypadów za miasto nici, bo nie ma motywacji ani znajomości ustronnych miejsc, gdzie akurat nie plażuje połowa aglomeracji. Planuje się w urlop napracować freelansersko na grudzień do przodu, z czego też wychodzą nici z powodu załatwiania wszelkich zaległych z 4 miesięcy spraw i nieprzytomności do godziny 10 rano. Generalne porządki zrobione są na 10%, co też niezwykle rozczarowuje, bo kiedy jak nie latem, kiedy jest długo jasno i ciepło, więc można kurze wywietrzyć. I tak można w nieskończoność (znaczy, ja mogę). 

Jasność to jednak jest to, co latem nigdy nie zawodzi i co zawsze jest milusie i najbardziej przeze mnie kochane. I słońce robi mi cudny naturalny balejaż w kolorze brązo-blondu, co sprawia, że nagle czuję się zwiewniejsza. I w ogóle uważam, że powyższe to po prostu presja, którą pozwalam, żeby internet i filmy na mnie wywierały. Szkoda, że co roku daję się nabrać i staram się napakować do tego trzymiesięcznego wora szczęście zaplanowane na cały rok. Do tego agresywnie wracają wspomnienia poprzednich lat, o których nie to, że chciałoby się zapomnieć, ale chciałoby się włożyć na półkę, żeby wreszcie zaczęły się kurzyć. Późnym latem, kiedy liście już się prawie opaliły, zaczynam odpuszczać i przychodzi uczucie ulgi. Już nie jest tak gorąco, własne myśli nie topnieją zanim dotrą do mózgu i już znowu nic nie trzeba robić fajnego. Można wyciągać świeczki i szykować szale. Planów nie psuje nagły deszcz, bo się zakłada, że będzie pogodowa lipa. Można siedzieć wieczorami w domu bez poczucia winy, że przecież jest lato, więc nie wolno w domu siedzieć. 

I jak przed każdą jesienią, mam nadzieję się zakochać. Zupełnie nie rozumiem idei zakochiwania się na wiosnę. 

P.S. Pewnie to jest egzaltowany post, ale nie chciałam, żeby była tu taka cisza, a w środku mam mniej więcej tak jak wtedy, kiedy Mufasę zamordowano, więc i tak przeszło autocenzurę. I tak, pamiętam, że na świecie szaleje wojna, szykują się na kolejną, panuje epidemia i strzelają ludziom w tył głowy. Przynajmniej mam co za nich ofiarować. Idę po sweter.

Advertisements

2 thoughts on “Wbrew pozorom o rzeczach fajnych

  1. Zgadzam się z każdym słowem, mam podobne przemyślenia co do lata. I też uważam, że jak się zakochać to właśnie jesienią! Czego Tobie serdecznie życzę 🙂

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s