Monia

Nie jestem fotografem, więc to nie jest post o wyjątkowych walorach fotograficznych. Nie mam szesnastu lat, więc to nie jest post o tym, jaka to jestem fajna, bo tylu ludzi mnie lubi (mówię o szesnastu latach swoich, nie zamierzam urazić żadnych dojrzałych Szesnastolatek, które lubię i szanuję, bo niektóre znam i im zazdroszczę i podziwiam). Nie jest to też post o tym, których moich przyjaciół/znajomych lubię bardziej, o tych piszę na blogu. To jest post o sprawianiu drugiemu radości, o tym, że Bóg stawia mi na drodze wspaniałych Ludzi i że ci Ludzie odnoszą wspaniałe sukcesy. To jest post o Moni – w małym ciele duży duch.

Gdy ja już dobiegałam prawie roku, w pewnym szpitalu umierała pewna dziewczynka, młodsza ode mnie o kilka miesięcy. Rzutem na taśmę pewien lekarz poprawnie zdiagnozował rzadką chorobę genetyczną, na którą chorowała. Gdyby wtedy tego nie zrobił, nie było by tego, co poniżej, bo nie byłoby Moni.

10 lat później przeprowadziliśmy się z rodzicami do dzielnicy, którą do dzisiaj nazywam domem. W środku roku szkolnego przyszłam do klasy 4D, w której już siedziała Monia. Jak się potem okazało – oczekiwała pojawienia się wysokiej blondynki (moja siostra przyszła do tej szkoły przede mną, z racji mojego przeziębienia w listopadzie 1995 roku) i czuła, że się zaprzyjaźnimy. Gdy przyszłam, okazałam się być pryszczatą brunetką, jednak nie przeszkodziło nam to w przyjaźnieniu się (ale jak to Monia zawsze zaznacza – nigdy nie siedziałyśmy razem w ławce). Wiele razem wtedy przeszłyśmy, jej dom stał się moim drugim. Mimo że bardzo się różnimy (zwłaszcza w rozumieniu pojęcia punktualności i zorganizowania) stałyśmy się jakby rodziną. Do liceum również chodziłyśmy razem, z tym że już nie do tej samej klasy, co powodowało czasem przerwy w kontaktach. Stałyśmy się jednak dla siebie kimś, kogo przyjmuje się w piżamie i w bałaganie, bo to przecież swój. Kimś, do kogo w każdej porze dnia i nocy można zadzwonić, bo się np. zapomniało kluczy. Kimś, kogo można opluć ze śmiechu swoim lekarstwem i kimś, po kogo dzwoniło się, żeby spał w pokoju, bo się jest chorym i trzeba mieć kogoś w razie wu. Kimś, z kim paliło się pogańskie i okultystyczne książki po nawróceniu. Równocześnie niestety kimś, kto się nawzajem ranił różnymi młodzieńczymi głupotami. Jej rodzice wsadzali mi w łapę kasę i posyłali do Międzylesia na weekend, gdzie Monia regularnie leżała w szpitalu.  Tak się jakoś złożyło, że w tym samym czasie przeżyłyśmy nawrócenie, całkiem niezależnie od siebie i Monia zaprowadziła mnie do wspólnoty, gdzie przeżyłyśmy nasze katolskie dzieciństwo i narodziły się inne przyjaźnie, trwające do dziś. Chodziłyśmy razem do parku z naszymi psami, wspólnie bałyśmy się pójść do zakonu. Chciałyśmy kiedyś iść do salonu z sukniami ślubnymi, żeby sobie poprzymierzać, bo przecież na pewno będziemy zakonnicami. Wspólnie przeżywałyśmy porzucenie sutanny przez naszego byłego duszpasterza. Bardzo się różnimy, teraz pewnie byśmy nawet nie zwróciły na siebie uwagi. Mamy różne grupy znajomych, różne rzeczy nas interesują. Mamy jednak siebie i z tego powodu czuję się bardzo pobłogosławiona. Moje babcie ciągle o nią pytają, nawet mój tata wie, „która to jest”. W domu jej rodziców do tej pory czuję się jak u siebie, a szum ruchu kołowego naszej dzielnicy przerywa czasem głośny klakson i „KachaTejKurde” autorstwa jej Taty. Na sobie nauczyłyśmy się mówić drugiemu „kocham cię”. Jesteśmy jak rodzina, rodziną się nie przestaje być.

Monia marzyła o tym, żeby zostać lekarzem. Próbowała dostać się na studia wiele razy, zdążyła już nawet skończyć inne. Aż wreszcie się udało, a teraz po 6 latach została absolwentką. W zeszły piątek na tę okoliczność jej Rodzice zorganizowali dla niej grilla-niespodziankę, zapraszając jej przyjaciół i przygotowując pyszne jedzenie.

Monia jest promyczkiem i wszyscy wybuchają już śmiechem na sam dźwięk jej śmiechu (w marcu na moich urodzinach główną atrakcją stał się przyjazd straży pożarnej do kamienicy obok, do tej pory nie wiem, co ją tak w tym śmieszyło). Udowadnia, że mimo poważnej choroby można zrealizować swoje marzenia i nie wolno się poddawać. Proszę o modlitwę za nią, tym bardziej, że teraz razem ze swoją Mamą maszerują do Częstochowy.

blog

blog1

blog2

blog3

blog4

blog5

blog6

P.S. To już (albo dopiero) trzecia impreza-niespodzianka, na jakiej byłam. Wszystkie są ekstra! Ludzie, róbcie niespodzianki!

Reklamy

8 thoughts on “Monia

  1. Taka przyjaźń to skarb.
    Mam obok siebie kogoś równie bliskiego, ale jeszcze nie mamy tylu wspólnych wspomnień.
    Póki co, budujemy fundamenty pod następne lata.

  2. Obie jesteście niesamowite Dziewczyny! 🙂 Choć drogi się trochę rozeszły, to pamiętamy (Agnieszka i ja). Ten post przypomniał mi stare lata 🙂 Dobrze Was znać. Dziękuję Kasiu za tego bloga. Pozdrawiam 😀

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s