O tym, dlaczego nie.

Gdy byłam dziewczynką w okolicach wieku komunijnego (bo wcześniej nie pamiętam, żeby mnie ktoś prowadzał do kościoła), biegałam kiedyś po schodach prowadzących do kościoła z jakimś towarzystwem w wieku zbliżonym. W pewnej chwili podeszła starsza pani i zapytała, czy wiemy, o której godzinie jest majowe. My, że nie. W efekcie pani westchnęła „Jak to możliwe – do kościoła chodzicie, a nie wiecie, o której jest majowe?!”. Skoro to pamiętam, to znaczy, że wiązało się to wydarzenie z ogromną traumą – ci, którzy mnie trochę znają wiedzą, że jakiekolwiek zarzucenie mi braku czegoś wiązało się z myślami prawie samobójczymi (bo zawiodłam i nie jestem dość dobra). Dzisiaj wiem, że chodzenie do kościoła nie jest równoznaczne z wiedzą, o której godzinie jest majowe i że ta pani była po prostu starszą panią. Był to mój pierwszy kontakt z nabożeństwami majowymi.

Drugi miał miejsce jakieś 10 lat temu, gdy po nawróceniu przyjaciółka zaciągnęła mnie na spotkania duszpasterstwa młodzieżowego w jej (czyli mojej sąsiedniej) parafii. Ominęłam wtedy chyba tylko jedno nabożeństwo. Deszcz, ciemność, nic nie było w stanie powstrzymać całej naszej ekipy do przychodzenia wieczorem w krzaki do groty. Kiedyś w deszczu ksiądz wyjrzał przez okno i tylko powiedział „Łe, myślałem, że nie przyjdziecie…”. Śpiewaliśmy jakieś 3 pieśni, robiliśmy rachunek sumienia, Super Ksiądz trzaskał mini kazanie, śpiewaliśmy Apel, modliliśmy się dziesiątką różańca, litanią, dostawaliśmy błogosławieństwo i do domu (no, po godzinie, bo trzeba było jeszcze omówić najważniejsze sprawy) – wszystko trwało „przepisowe” 30 minut. Na koniec sezonu były tańce i majowe z ciastem. To się stało moim poziomem zero, jeżeli chodzi o majowe.

Jak się potem okazało, Super Ksiądz wysoko postawił poprzeczkę, bo majowe w mojej parafii przypomina listę przebojów muzyki maryjnej – niesamowite, ile zwrotek mają niektóre pieśni. 30 minut śpiewania praktycznie z przerwą tylko na litanię loretańską i po kilku dniach zaczynam mieć poważne problemy z gardłem i obrzydzeniem napawała mnie jakakolwiek myśl o pieśniach maryjnych. Na ten zarzut, pewien ksiądz z mojej parafii powiedział kiedyś, że majowe to jest w kościele przed Najświętszym z Różańcem i w ogóle, a tu jest apel wieczorem tylko. Ok., ale ja się na to nie piszę – teraz tym bardziej nie jestem w stanie codziennie wyrobić się na 18.30, poza tym godzina 21.30 to fajny moment, żeby z Maryją zakończyć dzień we wspólnocie. Tym sposobem przestałam chodzić na majowe, czasem tylko biorę Leona i stajemy sobie gdzieś z tyłu przy grocie, gdy śpiewają. Co mi nie pasuje? Brak refleksji, rozmowy (nie tej naszej po majowym, tylko tej z Bogiem), duchowości mi w tym brakuje. Wiem, że trudno mi będzie się na nowo przełamać, wiem też, że nie ma przecież obowiązku chodzić. Jednak chciałabym. Chciałabym, żeby ten miesiąc ktoś pomógł przeżyć w bliskości z Maryją, a śpiewanie na wyścigi wszystkich zwrotek mi w tym nie pomaga.

Super Ksiądz mieszka obecnie ze swoją żoną i córką gdzieś pod Poznaniem, więc chyba takich majowych, jak wtedy, nie ma już nigdzie…

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s