Jesienne lektury

IMG_5375

Leki działają, poukładałam sobie życie, czas na książki znalazł się sam.

Moje życie we Francji, Julia Child i Alex Prud’homme

Julia Child to mercedes w kategorii popularnych szefów kuchni. Książka ta jest próbą autobiografii i biografii zarazem, bardzo udaną. Czytelnik nie znajdzie tu przepisów kulinarnych, lecz po prostu historię francuskiego życia amerykańskiego małżeństwa Childów.

Julia Child nie była ani zbyt urodziwa ani przesadnie uzdolniona naukowo, miała w sobie jednak coś o wiele cenniejszego i przydatnego – pasję życia. Nie była rozpuszczoną amerykańską dziewczyną z dobrego domu (albo jeżeli była, to do momentu wyjścia za mąż za Paula udało jej się wybić wszystkie fanaberie z głowy), z otwartością przyjmowała to, co nowe i dawała sobie radę w każdych warunkach (ogromnie przypomina tą cechą charakteru jedną z moich babć, która przeżyła Hitlera i Stalina, pochowała własne dziecko i mówi, że nie miała ciężkiego życia). Jej upór już momentami mnie męczył, ale książka w końcu zostaje wydania. Życie we Francji to nie tylko fizyczne życie we Francji, a bardziej francuski stan ducha Julii – nie stylizuje się jednak na Francuzkę ani nie wyrzeka się swoich korzeni. Pozostaje sobą i zachwyca się Francją.

Dla mnie ta książka jest przede wszystkim historią idealnego małżeństwa (na tyle, na ile oczywiście małżeństwo może być idealne). Julia nie pieje peanów na cześć swojego męża, nie idealizuje go, a mąż nie ma już szansy się wypowiedzieć (w momencie „dyktowania” książki Paul nie żył już jakieś 10 lat) – to wszystko widać między wierszami, odbija się w ich decyzjach i czynach.

Książki Julii Child to na pewno bardzo fajny prezent dla każdej pani domu – w czasach, gdy mamy nie gotowały, bo robiły kariery zawodowe, a babcie już nie żyją istnieje szansa nauczenia się trików i solidnych, klasycznych przepisów. Julia Child to pewnik.

The Kinfolk Table, Nathan Williams

Książka zbiera gromy na Amazonie w komentarzach, na Instagramie czy blogach znaleźć można jedynie zachwyty, ja jestem gdzieś pomiędzy. Magazyn trochę mnie rozczarował, gdy dostałam go w swoje łapki jakby pękła bańka mydlana (legenda wyprzedziła i przerosła rzeczywistość); pierwsza książka z przepisami łaziła za mną od momentu ukazania się na rynku (dostałam ją w prezencie – dzięki Monia!).

Częściowo zgadzam się z autorką jednej z recenzji na Amazonie – w książce prezentowane osoby parają się zawodami dosyć hipstersko-artystycznymi i życie takie jest udziałem tylko wąskiej grupy ludzi. Znaleźć można oczywiście banalne i śmieszne przepisy (przytaczany wszędzie i wyśmiewany powszechnie melon z jogurtem i miodem), podobno niektóre też nie są do końca wypróbowane. Nie wiem, jeszcze nie próbowałam. Nazwanie jej książką kucharską byłoby błędem – to taki stylowożyciowy i kulinarny miks.

Kinfolk promuje określoną estetykę (ja ją nazywam po prostu kinflokową). Autor we wstępie przytacza historie ze studiów – spotykali się spontanicznie, potem spontanicznie gotowali i jedli czasem plastikowymi sztućcami. Chciano podobno stworzyć coś, co zachęcałoby do takich spotkań, gdzie wystrój i sposób podania nie są ważne. Moim zdaniem się to nie udało – Kinfolk wyznaczył jakiś standard estetyczny i się go konsekwentnie trzyma, mówienie tutaj o dowolności i spontaniczności jest chybione. Książka wydrukowana była w Chinach, co – według mojej wiedzy – stoi w sprzeczności z filozofią, którą kierują się twórcy.

Książka sporo kosztuje jak na polskie warunki, jest też trudno dostępna. Raczej nie będę wzdychać do kolejnej publikacji spod szyldu Kinfolk, ale cieszę się, że tę udało mi się zdobyć. Lubię klimat ich zdjęć, czerpię z nich inspirację.

Młodość dla wszystkich, Magdalena Samozwaniec

Samozwaniec daje radę, co tu dużo mówić. Uwielbiam jej styl pisania i jej polszczyznę; jest moją ulubioną polską autorką. Jej pisanina nie jest może niczym wybitnym – są to najczęściej prześmiewcze anegdotki okraszone szczyptą delikatnej złośliwości i ironii, ale przepełnione sympatią do ludzkiego rodzaju. Nie lubię jej dłuższych „powieści” (mimo że w swojej debiutanckiej występuje rozpuszczona hrabianka o moim nazwisku), na dłuższą metę poziom ironii zaczyna męczyć, ale formy luźnej gawędy są już jak najbardziej genialne. Jestem psychofanką, zamierzam pochłonąć wszystko, co nie zbutwiało w jej szufladzie i ujrzało światło dzienne.

Wydawnictwo WAB wznowiło ostatnio kilka pozycji tej autorki – to też może być świetny prezent.

Reklamy

6 thoughts on “Jesienne lektury

  1. W takim razie dopisuję Samozwaniec i Child do poszukiwanych.
    Na ten czas rozsmakowuję się w Munro. Dziewczyny mi podesłały.

    Pozdrawiam.

  2. czytałam Moje życie we Francji ,ach co to za książka !, czytałam śmiałam się i smuciłam, film też oglądałam Z Juliami ale to już co innego… Marzą mi się książki kucharskie Julii Child , ta kobieta to miała charyzmę i znała się na rzeczy !
    Ciekawy blog, postaram się zaglądać .
    Pozdrawiam ;*

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s