Moje polskie kupowanie – część 2 (chyba tylko dla kobiet)

Jak już człowiek najedzony i ma gdzie mieszkać, to niżej chyba w piramidzie potrzeb konsumenckich jest odzienie.

Uważam, że Polska robi genialne buty – jeżeli widzisz w sklepie kozaki o odpowiedniej szerokości stopy (ja mam dosyć szeroką), podeszwa nie przypomina swoją gładkością patelni, a w środku jest coś poza skórą licową, jest to prawdopodobnie kozak polski (Niemcy również wykazują się zmysłem praktycznym, więc może czasem trafić się taki niemiecki). Odzienie powyżej stóp mam na razie jednak ciągle produkcji obcej i trochę nie fair trade, nie potrafię się w tym jeszcze odnaleźć – nie stać mnie na garderobę od projektantów, a zauważyłam na metkach polskich uznanych luksusowych sieci, że i tak mają na metce wydrukowane „Made in China” (co mnie trochę zdegustowało, bo wełniany sweter poznańskiej firmie opłacało się zrobić w Chinach, żeby potem w Poznaniu go sprzedawać 😐 ). Z braku laku i ogromnego budżetu na garderobę, postanowiłam swoje kroki skierować ku krawcowej (gdzie wcale nie jest drożej niż w sklepach, a można mieć, co się tylko zamarzy) – pomysł jest świeży, ale uważam, że genialny (wsparcie lokalnego rzemiosła!) 😉

Kosmetyki – agresywnie reklamowane są głównie marki należące do ogromnych międzynarodowych koncernów kosmetyczno-chemicznych, więc trochę trwało zanim się dokopałam do dobrych polskich produktów (zaczęłam przede wszystkim od zmiany sieci na pobliską drogerię). Zaczęłam szperać w Internecie i byłam zaskoczona liczbą firm kosmetycznych w Polsce! Poprzeczka się podwyższa, gdy zwraca się uwagę na skład kosmetyków i nie chce się, żeby było w nich za dużo substancji nawet potencjalnie szkodliwych – tutaj już nie jest tak różowo. Znam przynajmniej trzy polskie firmy, które produkują kosmetyki pielęgnacyjne typowo organiczne, nie stać mnie jednak niestety na to, żeby na sam żel pod prysznic wydawać jakieś 80 zł, pozostało mi zatem szukanie alternatyw. Jeżeli chodzi o produkty pielęgnacyjne poszłam w trochę innym kierunku – zaopatruję się na Mazidłach w półprodukty (jak kwas hialuronowy czy olejek arganowy) i w miarę potrzeb dodaję do kremu używanego na co dzień. Zaczynam swoja przygodę z kosmetykami naturalnymi rzeszowskiej firmy „Sylveco”, ale jeszcze za wcześnie, żeby wyrokować (cieszy się bardzo dobrymi recenzjami na wizażowej wyroczni kosmetycznej i ceny są dosyć przystępne).* Do pielęgnacji sprawdzają się u mnie także produkty firmy „AA” (zdarzają się u nich produkty bez parabenów, które niestety są nagminne w polskich kosmetykach).

Inaczej rzecz ma się z kosmetykami kolorowymi. Odkryłam dwie nowe polskie marki kosmetyków mineralnych (nie wiedzieć czemu nazywają się po angielsku, na kosmetykach jednej z nich nazwa ulicy jest określona jako xxx-Street :/ ), których używam na co dzień – „Annabelle Minerals” i „Amilie Minerals”. Nie używam wielu kosmetyków do kolorowania się, więc nie kupuję np. cieni do powiek – gdybym jednak chciała, swoje kroki skierowałabym do Inglota. Ich lakiery do paznokci też są ok., jednak nie mają najczęściej kolorów, które ja bym chciała (!!!) – czy wszystkie fiolety muszą tam się świecić jak psu ogon a pędzelki być tak samo wąskie od 10 przynajmniej lat? Uważam jednak, że ta marka to wspaniały przykład polskiego sukcesu kosmetycznego, wart promowania i wspierania. Polskie pędzle do makijażu „Maestro” robiły jakiś czas temu furorę na blogach urodowych – mam dwa i jeden strasznie gubi „włosie”, jednak gdy będę potrzebowała jakieś w przyszłości, sięgnę po tę markę. Włosów nie farbuję, więc się nie znam, za to konia z rzędem temu, kto zna jakiegoś polskiego producenta wacików, chusteczek, podpasek czy pieluch… Polskie kosmetyki upchnięte są zazwyczaj gdzieś po macoszemu (pomijam „Ziaję” czy wszelakie produkty laboratorium p. Ireny Eris), więc czasami trzeba się trochę napracować. Przypadkiem kupiłam peeling do ciała marki „Hean” – najlepsze coś w tej kategorii produktu, co kiedykolwiek miałam.

Nauczyłam się, że warto połazić po drogeriach, pomacać i poczytać (też w internetowych), można znaleźć perełki.

* zauważyłam w składzie produktów z „Sylveco” olej sojowy, a z soją nigdy nie wiadomo, bo prawdopodobnie to ta modyfikowana. Cóż…

***

jest jeszcze ciąg dalszy…

Reklamy

6 thoughts on “Moje polskie kupowanie – część 2 (chyba tylko dla kobiet)

  1. O tak, buty polskie są bardzo dobrej jakości ! O tym przekonałam się niejednokrotnie !

    Odnośnie kosmetyków – próbowałaś cukrowych peelingów Dax Cosmetic ??
    Uwielbiam je, ale szczerze mówiąc jeszcze nie zerknęłam na etykietę ze składnikami :/

    A wczoraj zamówiłam krem brzozowo-nagietkowy z bituliną Sylveco …

    1. Wszystkie peelingi poza tym Hean mnie nie zadowalały – ziarenka zostają, a ta galareta znika w mgnieniu oka.
      Jestem tolerancyjna, jeżeli chodzi o składy kosm.,które się zmywa i nie zostają na ciele 😉

  2. co do peelingu to proponuje zwykłą kawę mieloną zmieszać z mydełkiem pod prysznic (np kakaowym z zajki) i peeling (który cudownie pachnie) wspaniale działający za pół ceny tego sklepowego gotowy. polecam 🙂

    1. Dzięki!
      Do twarzy robię własną mieszankę (wypróbuję kiedyś tę Twoją), do ciała wolę gotowca, bo wena na peelingowanie nachodzi mnie zazwyczaj jak już jestem cała mokra 😉

      1. nie wiem czy o mnie chodzi, ale mamy wspólnego „brązowego” przyjaciela 🙂

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s