„Zamień chemię na jedzenie” Julita Bator

batorJedną z wielu zasad, które stosuję w życiu jest ta, że przyjaciele moich przyjaciół są moimi przyjaciółmi. Trudno nazwać moją znajomość z Małgosią przyjaźnią i nie mi wnikać w relację między dwoma paniami – Autorką i rzeczoną Gosią, ale faktem jest, że gdyby nie Gosia, po książkę bym pewnie nie sięgnęła (a tak kupiłam w ciemno 3 egzemplarze od razu). Powiem jedno – Gosi można ufać.

Autorka określa swoje DZIEŁO mianem poradnika i tak też należy je traktować – pisze konkretnie, jak krowie na rowie, bez zbędnych zawiłości chemiczno-biologicznych. Kartka po kartce, rozdział po rozdziale wskazuje, gdzie jest źle w państwie żywnościowym i co z tym fantem zrobić. Nie jest żadną oszołomką, ale świadomą konsumentką, która swoją wiedzą dzieli się z innymi. Nie każe nikomu chodzić boso i jeść korzonków – wskazuje na możliwość ograniczenia chemii w żywności (niekiedy całkowitą jej eliminację), podając często konkretne przepisy i propozycje (które traktować należy jako punkt wyjścia). Dementuje różne „prawdy” o zdrowym działaniu niektórych produktów (większość jogurtów serwowanych w sklepach ze zdrowotnością nie mają nic wspólnego) i uczy czytać etykiety. Książkę świetnie się czyta, ma się wrażenie, że jest się z p. Julitą na kawie. Jako matka trójki dzieci rozumie, że dzieci nie marzą o tym, by jeść fasolkę z kaszą, więc podaje propozycje przemytu zdrowych elementów tak, by nikt się nie zorientował.

Ci, którzy znają moją rodzinę ze spotkań face to face wiedzą, że zawsze byliśmy inni. Mój tato wmuszał we mnie kaszę gryczaną i zieloną herbatę w dalekich latach 90-tych. Obydwu nienawidzę do dzisiaj – kaszę niestety musiałam jeść, pokonując odruch wymiotny, herbatę na wakacjach udawało mi się wylewać po kryjomu (niestety do czasu, jednak tata był pod wrażeniem mojej przebiegłości). Do studiów zjadłam jeden antybiotyk – czarny bez, dzika róża i syrop z cebuli robiony na kuchennym zlewie należały do podstawowego wyposażenia chorego w naszym domu. Wysoką gorączkę miałam skutecznie zbijaną mokrymi szmatami, którymi owijał (tata) mi nogi i kładł na czoło. Potem zaczęłam jeść sama, czyli nastąpił jedzeniowy armagedon, od kilku lat wracam do świadomego jedzenia. Część tego, co autorka umieściła w swojej książce stosuję od jakiegoś czasu z powodzeniem. Było tam dla mnie też dużo nowości – jak np. potencjalna szkodliwość teflonu (czas kupić żeliwną patelnię). Najważniejsze, co powiedziała mi już kilka miesięcy wcześniej Gosia i wzięłam to sobie do serca bardzo mocno – modyfikacja pszenicy, w efekcie której dzisiejsza pszenica nie jest już de facto pszenicą. Zaczęłam piec na serio chleb w domu, właśnie według przepisu z tej książki. Zmobilizowałam się w końcu i po drodze z pracy co kilka dni zatrzymuję się przy mlekomacie (mapę ogólnopolską mlekomatów można znaleźć wpisując „mlekomat” w wyszukiwarce). Ciekawiło mnie od jakiegoś czasu, co takiego magicznego jest w proszku do pieczenia, bo już jego nazwa bardzo mi się nie podobała – u Julity Bator mamy przepis na proszek do pieczenia domowej roboty. Jeżeli kurka je paszę zawierającą skrobię modyfikowaną (=GMO), to sorry Winnetou – Ty też.

Wiem, że wiele zmian, które trzeba wprowadzić jest czasochłonne, jednak zgadzam się w 100% z autorką – dobre planowanie to już połowa sukcesu. Wyciągam zakwas z lodówki przed spaniem, dokarmiam, rano robię zaczyn na chleb, wieczorem robię  chleb, chwilę sobie rośnie, do pieca i przed kąpielą wyciągam – dwa tygodnie się szarpałam z chlebem i przysypiałam, czekając w nocy aż się w końcu upiecze. Gdy wypracuje się system, wszystko przebiega płynnie. Książka nie stawia wszystkiego w biało-czarnym świetle, Autorka radzi wprowadzać zmiany stopniowo. To jest normalność, takim ludziom się wierzy.

Moja przyjaciółka wynajmowała kiedyś pokój u pewnej pani, zwanej dalej ciocią K., która jest dietetyczką. Była ortoreksyjną nazistką, kiedy słuchałam opowieści M., zastanawiałam się bardzo poważnie, co ta kobieta jada. Gdy M. zdiagnozowano anemię, pani doktor kazała jej brać jakieś leki. Ciocia K. kazała jej to wszystko wyrzucić i jeść buraki na zmianę z ogórkami kiszonymi i kapustą kiszoną oraz pić pokrzywę (ciężki to był czas, trudno było znaleźć wtedy w lodówce coś innego niż powyższe). Po dwóch miesiącach M. poszła do przychodni z wynikami badań krwi, a lekarka prawie się przewróciła z wrażenia i nieśmiało zapytała, jak to jest możliwe. Jest – jesteś tym, co jesz. Julita Bator mówi to samo, co utytułowana ciocia K., poznański pracownik naukowy – ja im wierzę. Warto, polecam!

P.S. W tej książce nie ma rzeczy niemożliwych!

chleb

Reklamy

4 thoughts on “„Zamień chemię na jedzenie” Julita Bator

  1. Skutecznie zachęciłaś mnie do lektury 🙂 Książkę zamówiłam i czekam niecierpliwie na listonosza. Układam sobie wszystko od nowa w głowie i potrzebuję jeszcze wielu wskazówek.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s