Dolce vita!

Nie wiem skąd i dlaczego, ale odnoszę wrażenie, że moje studia jakoś utwierdziły mnie w tym, że szczytem szczęśliwości jest móc pracować jako wolny strzelec, siedzieć do późna w kawiarniach i chodzić na inspirujące spotkania – pieniądze nie są wcale takie potrzebne. Wiele ciężkich miesięcy zajęło mi przekonanie, że tak wcale nie jest i że szczęście znajduję zupełnie w czym innym. Po drodze musiałam zaliczyć jeszcze etap, kiedy miasto zaczęło mi doskwierać, bo letnich miesięcy nie mogłam już spędzać tak, jak chciałam i jeździć wszędzie za pół ceny. Internet i lifestylowe magazyny bombardują historiami osób, które porzuciwszy korpo i wielkie miasto, wyjechały do krainy mlekiem i miodem płynącej oraz żyją w zgodzie z krówkami i owcami, a rano robią jajecznicę z jajek od własnych kur. Przez chwilę wydawało mi się, że za tym tęsknię też i teraz to wydawało mi się szczytem ludzkiej szczęśliwości.

Rok temu zaczęłam skupiać się na tym, co i jak jem (czyli w moim przypadku chodziło przede wszystkim o regularność i zmniejszenie ilości), zaczęłam więcej gotować i szukać nowych smaków (po miesiącu jedzenia ryżu z kurczakiem chciało mi się wymiotować na sam widok). Zmieniłam swoje podejście do życia – wyluzowałam (zbawienny wpływ mężczyzn na kobiety 😉 ). To pozwoliło mi wreszcie docenić Włochów, którymi do tej pory byłam zdegustowana. W wyniku tych wszystkich czynników (moja koleżanka powiedziała mi kiedyś, że jak będzie chciała wnikliwie przeanalizować swoje życie, zgłosi się do mnie 😛 ) sięgnęłam po W miasteczku długowieczności. Rok przy włoskim stole Tracy Lawson.

Gdy zaczęłam czytać, wszystkim jak katarynka opowiadałam o wiosce między Rzymem a Neapolem, gdzie średnia długość życia wynosi 95 lat. Autorka zamieszkała w Campodimele i zaprzyjaźniła się z mieszkańcami, którym towarzyszyła podczas zbiorów, gotowania, pieczenia, przyrządzania i jedzenia. Życie mieszkańców Campodimele toczy się zgodnie z ruchami Słońca (wstają, kiedy ono i idą spać, kiedy ono), pór roku i kościelnego kalendarza. Zakwas na chleb, będący w rodzinie od pokoleń, kuchnia, w której te same czynności wykonywała wcześniej prababcia. Większość tego, co jedzą, robią sami wespół w zespół. Do większości dań dodawane są pomidory, ale wbrew temu, że to przede wszystkim cucina povera – kuchnia ubogich – menu jest naprawdę bardzo bogate. Mieszkańcy Campodimele uczą pokory i szacunku do natury – ty rok karmisz świnię, świnia potem rok karmi ciebie.

Po każdym rozdziale (książka podzielona jest na miesiące) znajduje się zawsze kilka przepisów – sprytne bardzo, bo chociaż w pewnym stopniu można zrobić sobie miasteczko długowieczności w RP. Pewne dziwy natury są u nas niedostępne, ale to czyni to miejsce jeszcze bardziej wyjątkowym. Uczy pokory do tutejszości i motywuje do szukania tutejszych smaków i tradycji.

Książka warta czytania!

P.S. Rozbawiła mnie scena, gdy autorka dziwi się pewnej pani domu, że smaży na patelni teflonowej zamiast na jakieś starej, tradycyjnej. Na pytanie dlaczego właśnie na teflonowej, zdziwiona Włoszka odpowiedziała – Bo nie przywiera. Przypomniało mi się wtedy Wesele Wyspiańskiego, gdy w Bronowicach miastowi tańczyli na boso…

Źródło zdjęcia

Reklamy

One thought on “Dolce vita!

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s