311. Mini

1. Najpierw był chaos. Potem zajęłam się odgruzowywaniem mieszkania. Gruzowisko zostawiła moja wspaniała mama (człowiek o naturze zbieracza i magazyniera) po wyprowadzce.

2. Potem zobaczyłam, że mniej makijażu zdecydowanie lepiej wygląda po 10 godzinach noszenia go. Zredukowałam więc swoje pawie powieki do minimum. Efekt: dłużej wyglądam tak, że mi się podoba, mniej mi się rozmazuje, bo mniej do rozmazywania jest.

3. Do pielęgnacji używam prostych kremów i czasami dodaje sobie czegoś z mazidła.com. Mam tragiczną cerę, pełną blizn i pamiątek z przeszłości. Nic tego nie zmieni, trzeba się z tym pogodzić. Mogę jedynie łagodzić i dbać o to, żeby nie było gorzej.

4. W okolicach maja zaczęłam pozbywać się zbędnych ubrań, czyli wyrzuciłam 4 wielkie wory tego, co zalegało w mojej garderobie (kolejne 2 czekają do segregacji). Estetyką, która mnie kręci, jest ta z „Kinfolk Magazin”.

5. Przed remontem kuchni, pozbyłam się z niej ponad 2/3 przedmiotów (o których nawet nie miałam pojęcia, że istnieją). Zlikwidowałam połowę szafek i pawlacze. W efekcie w tych, co zostały, mam jeszcze wolne miejsce, blat jest zasadniczo pusty, tworząc wspaniałą przestrzeń roboczą.

6. Ostatnio zredukowałam liczbę woluminów, rezydujących na moich domowych półkach. Część się sprzedała, częścią zasiliłam Bibliotekę Novum UAM (powinni mi dać dożywotnią kartę biblioteczną za to 😉 ), część nie może się doczekać zamieszkania w Bibliotece Raczyńskich. W efekcie znikną dwie półki wiszące oraz moje quasi-biurko. Zyskam więcej Lebensraumu i światła.

7. Jednego, ciężkiego finansowo, miesiąca postanowiłam, że nie kupię do jedzenia nic, zanim nie zjem tego, co mam w lodówce. Nie musiałam kupować niczego przez 5 dni, wyczyściłam lodówkę i żadnego dnia nie byłam głodna. To mi uświadomiło tylko, że tak naprawdę niewiele potrzebuję. Od kiedy zmieniłam mój sposób odżywiania się, jestem w stanie wcześniej zaplanować to, co będę chciała zjeść. Mam w zamrażalniku standardowe, proste składniki na szybki obiad.

8. Przez to wszystko wydaję mniej pieniędzy i nie daję się naciągać na różne specyfiki i super promocje. Polubiłam gadżety, ale takie, które użyję do czegoś. Polubiłam dobre jakościowo swetry z wełny. Polubiłam jakość kosztem ilości. Prostotę, która wyzwala naturalny urok miejsc, osób i chwil. Nie mam dzięki temu żadnych oszczędności, na razie po prostu żadnych wielkich długów (sprzęty kuchenne zaraz się spłacą). Nie targają mną niepokoje, że czegoś tam nie mam. Nie kupię 30-metrowej kawalerki na strzeżonym osiedlu na kredyt na 35 lat, ponieważ:

a) nie muszę mieć mieszkania na własność, bo do grobu i tak pójdę naga

b) nie chcę być niewolnikiem pracy bardziej, niż jestem teraz

c) ewentualnym dzieciom w liczbie więcej niż 1 (a chciałabym więcej niż 1) jedno mieszkanie i tak nic nie da, bo nad moim grobem będą musiały się nim jakoś podzielić.

Na kupno zadowalającego mnie mieszkania (przy obecnej sytuacji na rynku deweloperskim i przy obecnym zatrudnieniu) za gotówkę nie mam szans. Większość ubrań kupuję z drugiej ręki, ponieważ nowe są zbyt drogie i mi się zwyczajnie nie podobają. Poza tym, szybko się nimi nudzę – pozbycie się wełnianego, długiego płaszcza (nowy kosztuje 600-800zł), kupionego za 30 zł, noszonego dwa sezony, nie ciąży sumieniu.

9. Okazało się, że to wszystko wpisuje się w minimalistyczny trend ostatnich dekad, o czym nie miałam pojęcia przed trafieniem na bloga minimalplan.com.

10. Autorka wyżej wymienionego bloga w jednym z wpisów pisze, że ludzie żyjący w ten sposób raczej skłaniają się ku religiom Wschodu. Ja jednak myślę, że to jest bardzo chrześcijańskie. Chrześcijaństwo jest pełne prostoty, przestrzeni i harmonii. Wydaje mi się, że po przejściu pewnego etapu walki z samym sobą, ułożenia sobie życia z Bogiem, potem właśnie tak jest. Łąka, słońce i puch. Przedmiotów używam, są mi dane jako narzędzia do czegoś. Naprawiam (lub daję do naprawy) to, co się zniszczyło. Z płonącego mieszkania wzięłabym ewentualnie znajdującego się tam człowieka i spaniela. Najważniejszą rzecz, swoją głowę, mam zawsze przy sobie.

11. Mam nadzieję, że powyższe nie będzie odczytywane jako krytyka innego stylu życia. Nie myślę też o sobie jako o minimalistce, ani nie chcę na siłę wpisywać się w jakiś ogólnoświatowy trend – kłóci się to z moją rozczochraną głową, niezamykająca się buzią i żywym okazywaniem radości (dobra, to już pewne – rasa najbardziej oddająca mój charakter to angielski cocker spaniel 😀 ). Znalazłam siebie, w środku jestem spokojna, mam przestrzeń. I wolność niekupowania i świadomości niepotrzebowania. Hawa nagila!

Reklamy

4 thoughts on “311. Mini

  1. Kilka miesięcy temu w WO był taki artykuł o minimalistach. 10 rzeczy i zamknięcie w jednej torbie. Tego sobie nie wyobrażam, ale taką prostotę jak tu wyżej, w kilku punktach praktykuję nieświadomie, ale nie łączę z żadną religią. Zauważyłaś, że ja nigdy nie łączę niczego z religią? 😉
    Weekenduj miło.

    1. Wow, Holga!
      W jedną walizkę bym się nie spakowała,to na pewno (jedną zajęłyby utensylia spaniela) i to absolutnie nie jest moim celem. Celem jest wolność i przestrzeń. Terrorowi minimalizmu mówimy „Nie!”. Poszukam w sieci tego artykułu, dzięki!
      Łączenie z religią nie jest w centrum 🙂 To tak chronologicznie napisałam, z ostatnich 10 miesięcy to. Buzi!

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s