Listopad / November

Uncategorized

1 listopada rano pobiegłam na cmentarz. Chciałam zdążyć przed wszystkimi (a i tak dowiedziałam się, ile Legia ma punktów w tabeli). Kupiłam otwarte znicze w ceramicznej osłonce i to jednak jest zupełnie inny efekt. Gwałtownie wijący się ogień dawał wyobrażenie siły życia wiecznego. Kiedy ustawiałam znicz na grobie wujka zmarłego w 1945 roku, przesunęłam jedną plastikową osłonkę i wtedy pękło mi niespodziewanie serce. Moja zmarła babcia prowadziła dokładną ewidencję także zniczy, więc stoi tam teraz ciągle Maryja z jej kaligrafią. Niby się przyzwyczaiłam, że jej nie ma. Niby czuję cały czas, że jest. A jednak cieniutki ostry sztylecik niespodziewanie wbił się w moje serce. Mam w szufladzie ręczniki kuchenne, wyprane i składane jeszcze przez nią. Przenoszę je z mieszkania do mieszkania nietknięte.

Potem poszłyśmy z Marysią, Marianną i Bolkiem poleżeć na łące. Piknik na Cytadeli udał się wyśmienicie. To był luksusowy dzień, z finałem w pewnej bezbożnej burgerowi.  

21 dnia miesiąca otwarto długo wyczekiwaną wystawę obrazów Vilhelma Hammershøia w poznańskim Muzeum Narodowym0. Hammershøia znalazłam kiedyś przypadkiem na Pintereście (obok Instagrama to główne miejsce, gdzie zazwyczaj odkrywam jakichś artystów).

Przebierałam nogami od września, kiedy tylko się o niej dowiedziałam; nosi tytuł „Światło i cisza” i jest wspaniała. Zachwycają mnie w jego kolory i kadry – ucięty rant sofy, widoczne 2/3 skrzydła drzwi; wszystkie odcienie szarości. Postacie wydają się żywe; jakby żona artysty miała za chwilę westchnąć i wstać zamknąć okno i poprawić firankę. To światło, które uchwycił jest takie najwyżej kilka minut w ciągu dnia. Być może malował ze zdjęć (nieco zdjęć z mieszkań Hammershøiów towarzyszy wystawie). Obrazy Hammershøia są inspiracją wystroju wnętrz. Wyciszają i rzucają smugę światła, która rozjaśnia noc. Zobaczyć je na żywo to spełnienie jednego z moich marzeń.

Wystawa czynna jest w Poznaniu do 23 stycznia 2022 roku, potem pojedzie do Krakowa (jak się dowiedziałam – nie w całości!). To niepowtarzalna okazja, żeby je zobaczyć na żywo (nie ma co odkładać przyjazdu; będzie jak zawsze, że nagle się skończą weekendy, kwarantanna, cokolwiek – kupować bilety i przyjeżdżać).

Cudem odbyły się jesienne mazurki. Podróż do Warszawy cudem już nie była. Leczyłam głowę po ciężkim tygodniu i podróży, więc wybrałam się tylko na jedne tańce, a wcześniej zahaczyłam o Caravaggia na Zamku (chociaż tam więcej  innych niż Caravaggia, ale niech będzie).

Ten listopad to był jakiś prezent na koniec roku. Jakby był jakiś przydział miłych rzeczy, które powinny się jeszcze wydarzyć i trzeba je było wcisnąć przed Świętami.

Nie wiem co siedzi w głowie pięciolatka. Nie wiem jak to działa, że on w ogóle pamięta o moim istnieniu. Z każdych odwiedzin u przyjaciół wracam zmieniona – inspiruje mnie to, jak radzą sobie z codziennością i jak starają się być coraz lepszymi ludźmi. Jara mnie patrzenie na wieloletnie relacje i to jak razem idziemy do przodu; swoimi ścieżkami, czasami wstecz, a jednak ciągle razem. Poza tym lubię, gdy chodzą po mnie dziesięciomiesięczni ludzie.

Książki. Jakimiś dziwnymi meandrami logiki Nicole zaproponowała wspólne czytanie Steinbecka. Taki klub książkowy dla przegrywów – jak się nie wyrobisz, to nic nie szkodzi. Masz tydzień w przerwie świątecznej, żeby nadrobić. Podzieliła książkę na kilka części, czasem coś skomentuje; bardzo się ten system wspólnego czytania u mnie sprawdza.

W Adwent wskoczyłam oczywiście nieco zaskoczona, ale o tym pewnie w następnym wpisie.

Fot. Maria Franas
Kupione…
Maria przywołała lubelskie wspomnienia sernikiem lawendowym.
„Na wschód od Edenu”
Muzeum Narodowe w Poznaniu / National Museum in Posen
Fot. Maria Franas
Dzina impreza, na której próbowaliśmy wiercić oberki wśród nowoczesnych tancerzy na bosaka.

On November 1st in the morning, I ran to the cemetery. I wanted to be there ahead of everyone (All Saints’ Day is a pretty big deal in Poland so it is very crowded later in the day). I bought open candles in a ceramic casing and this was a completely different effect compared to the common plastic ones. Their rapidly twisting fire gave an idea of ​​the power of eternal life. When I placed the candle on the grave of my uncle who died in 1945, I moved one plastic cover and my heart suddenly broke. My late grandmother kept a detailed record of candles, so now Mary with her calligraphy is still standing there. I kind of got used to the fact that my grandma is not there anymore. I kind of feel she is still there all the time. And yet a thin, sharp dagger unexpectedly stuck into my heart. I have kitchen towels in my drawer, washed and folded by her. I move them from apartment to apartment, untouched.

Then we went with Marysia, Marianna, and Bolek to lie in the meadow. The picnic at Citadel Park was a great pleasure.  It was a luxurious day, with a finale at some unholy burger place that was open in spite of the holiday.

On the 21st of the month, the long-awaited exhibition of Vilhelm Hammershøi’s paintings was opened at the National Museum in Poznań. I found Hammershøa by accident on Pinterest (next to Instagram it’s the main place where I usually discover some artists).

I couldn’t wait since September, as soon as I found out about it; it’s called „Light and Silence” and it’s wonderful. His works delight me with their colors and frames – the cut edge of the sofa, visible only 2/3 of the door leaf; all shades of gray. The characters appear alive; as if the artist’s wife was about to sigh and get up to close the window and straighten the curtain. The light he captured is just like that for a few minutes during the day. Perhaps he was painting from photos (some photos from Hammershøi apartments accompany the exhibition). Hammershoi paintings are interior design. They give you peace and cast a beam of light that brightens the night. Seeing them live is one of my dreams come true.

The exhibition is open in Poznań until January 23, 2022, then it will go to Krakow (as I found out – not all works are going to Cracow!). This is a unique opportunity to see them live (there is no need to postpone the arrival; it will be as always, that the weekends will end suddenly, quarantine, anything – buy tickets and come).

The autumn mazurkas festival took place in Warsaw what was a kind of miracle because of the bug.  My journey to Warsaw was no miracle at all. I was so tired after the whole difficult week and that  travel and I only went to one dance party. Before that, I went to see the Caravaggio in the Castle.

I don’t know what’s on the mind of a five-year-old. I don’t know how it works that he remembers my existence at all. I come back changed with each visit to my friends – I am inspired by how they deal with everyday life and how they try to be better and better people. I am looking at my long-term relationships and how we move forward together; their paths, sometimes backward, and yet still together. Besides, I like it when ten-month-old people walk on me.

This November was a kind of end-of-year gift. As if there was an assignment of nice things that should still happen and had to be squeezed in before Christmas.

Books. By some strange meanders of logic, Nicole suggested reading Steinbeck together. Such a book club for losers – if you don’t make it, it’s okay. You have a week during Christmas break to catch up. She has divided the book into several parts; this system of reading together works very well for me because the book is triggering.

Of course, I jumped into Advent a bit surprised.

O kobiecości / On being feminine

Potęga codzienności / Power of everyday life

Pisałam już kiedyś, że chcę być Emily Stimpson Chapman, gdy będę duża.

Poniżej tekst, który opublikowała na Instagramie 19 października 2021 (tłumaczony i publikowany tu za jej zgodą).

Noszenie dżinsów nie sprawia, że jesteś mniej kobieca. Praca poza domem lub w domu, krótka fryzura, przedkładanie matematyki nad Jane Austen w żaden sposób nie sprawiają, że jesteś mniej kobieca. Kobiecości nie umniejsza także bezpłodność, brak partnera czy dzieci, brak sympatii do makijażu, brak umiejętności gotowania, posiadanie zdecydowanych opinii czy wyrazistego temperamentu. Żadna z tych rzeczy nie pomniejsza nawet o ociupinkę piękna i siły twojego kobiecego serca.

Co zatem pomniejsza? Próżność. Głupota. Egoizm. Pożądanie. Chciwość. Gniew. Zazdrość. Zawiść. Pycha.Brak wrażliwości na godność człowieka stojącego przed tobą lub po drugiej stronie monitora. Pospieszne ocenianie czyjegoś serca i brak współczucia. Odmowa obrony słabszych, dzielenia się dobrami z potrzebującymi czy otwartości na obcego. Brak panowania nad swoją siłą czy też wypowiadanie swoich opinii bez łagodności. Poszukiwanie sprawiedliwości bez miłosierdzia. Kłamstwa, rozpowszechnianie plotek i oszustwo. Odmowa przyjęcia miłości, pomocy, przebaczenia, łaski, życia. Uszy zamknięte na Boga, Kościół, małżonka, dzieci i tych, którzy cię kochają i potrzebują. Brak rozeznawania na modlitwie twoich mocnych i słabych stron; miejsc, do których Bóg cię wzywa i rzeczy, do których cię powołuje. Mówienie „nie” cierpieniu, poświęceniu i umierania dla siebie, by być dla tych, których kochasz. Chęć kontrolowania każdego i wszystkiego dookoła ciebie. Skupienie tak bardzo na sobie, że nie jesteś w stanie zauważyć potrzeb, zmagań i zranień innych. Brak wiary. Odrzucanie Prawdy. Odrzucanie Chrystusa.

Spódnice są ładne. Dobrze jest piec. Jane Austen jest genialna. Poprzez wszystko może, na swój sposób, promieniować kobiece serce. Tylko to nie jest clue kobiecości.  Tym jest macierzyństwo – czasem fizyczne, zawsze to duchowe, zawsze otwarte, krzepiące, pielęgnujące, stające w obronie, motywujące i widzące szczególne piękno każdego. (…) Taka matka to ktoś, kim Bóg chce, żebyś była.

I jeżeli chcesz nią być w starych dżinsach i golfie, Kościół nie ma nic przeciwko.

Emily Stimpson Chapman jest autorką wielu książek oraz mamą trojga adoptowanych maluchów. Mieszka z mężem w Pittsburghu w Pensylwanii (USA). Polecam tę użytkowniczkę.


This is a translation of Emily Stimpson Chapman Instagram post.

Październik / October

Blubry, Film, Foto

Październik przetańczony i przejeżdżony. Tańce, powroty krótko przed świtem, wspólne śniadania po noclegu na kupie. Warszawa. Pierwsze zimne deszcze, mokra wełna i zaparowane, oblepiające wnętrza tramwajów. Ulepiony kubek z gliny. Nie będzie to moje ulubione zajęcie, bo nie lubię brudzić rąk. Festwial Katharsis przeniósł moją duszę do niebiańskiego wymiaru, gdzie się rozgościła i rozpasała w pięknie (a kapelusz Marcela Pérèsa leżał potem na moim blacie kuchennym!).

Do kin weszła wyczekiwana przeze mnie „Fatima”. Wiele wskazuje na to, że era tylko kiczowatych filmów religijnych się skończyła (kiczowate ciągle są i pewnie będą). Reżyser zastosował troszku przykurzony motyw zaburzania chronologii i rozmowy sceptycznego naukowca z zakonnicą, ale musiałabym być złośliwa, żeby się do czegoś tam przyczepić. Końcówka I wojny światowej, mała katolicka wioska na końcu Europy, której mieszkańcy ciężko pracują na codzienne utrzymanie i dostanie się do Nieba po śmierci. W pakiecie ze wszystkimi problemami i zmaganiami epoki (w tym epidemią hiszpanki). Romantyzacja nadzwyczajnych zjawisk powoduje, że nie mamy współcześnie świadomości, że taka łaska to tak naprawdę duży praktyczny kłopot. Kościół długo weryfikuje prawdziwość tego typu wydarzeń, bo pełno było i jest oszołomów, którym bardziej chodzi o siebie samych niż o Prawdę. Warto zobaczyć ten film, żeby sobie to jeszcze mocniej uświadomić. Obrazy te obalają pomysł na Boga jako milusińskiego tatusia, dla którego najważniejszy jest komfort. Nie wiem dlaczego naraził tę trójkę dzieciaków na te wszystkie „nieprzyjemności”. Matka Boża mogła objawić się wszędzie (poliglotka, podróżuje bezkosztowo). Sprawa szybko zgromadziła wokół wioski patokatolickie zjawiska, z którymi zmagamy się także dzisiaj – osoby chcące zarobić na rzekomych objawieniach; padanie na kolana przed Hiacyntą, Łucją i Franciszkiem zamiast przed Najświętszym Sakramentem. Wszystko już było, ciągle się powtarza. No a na końcu mamy cud słońca, który Bóg dał, bo ludzie potrzebowali. Matka Boża nie traktowała dzieci dziamdziowato, ale po partnersku. Były to też bardzo feministyczne objawienia 😉

Film zostawia w zawieszeniu i niedosycie. Moją ulubienicą została Hiacynta – słodka ekstrawertyczka, która całą sprawę wypaplała, a potem słodko pośredniczyła między ludźmi a Maryją. To nie jest kronika filmowa, a artystyczny szkic i punkt wyjścia do zgłębiania historii tych objawień. To świadectwo jak każde inne, obala jakieś tam ludzkie wyobrażenia o Bogu i Jego działaniu. Zostaje jednak tajemnicą.

Poza tym było też pieczone! Polecam, zwłaszcza ten sos waniliowy!

Bułeczki z jeżynami i ciepłym sosem waniliowym (przepis pochodzi z „Kinfolk” Volume 6, s. 53)

Bułeczki, ciasto

  • 500g mąki pszennej
  • 250ml mleka
  • 50g cukru
  • 1op. suszonych drożdży (w przepisie są 42g świeżych, ale od pierwszego użycia suchych do mokrych już nie wróciłam)
  • 200g niesolonego masła, miękkiego (ja rozpuściłam)
  • 1 jajko
  • porządna szczypta soli

Bułeczki, nadzienie

  • 300g jeżyn (ja użyłam mrożonych truskawek, bo nie było jeżyn, a mrożone maliny były droższe niż truskawki)
  • trochę cukru pudru do posypania gotowych bułeczek (polecam nie omijać tego kroku) (ja zazwyczaj omijam, ale tutaj się skusiłam i warto było)

Sos waniliowy

  • 15g skrobi kukurydzianej
  • 80g cukru
  • 5 żółtek
  • 1 laska wanilii (ja użyłam pasty waniliowej, 1 tubka Dr. Oetkera poszła)
  • 500g mleka
  • 250g śmietanki kremówki

(sosu wychodzi naprawdę dużo, więc następną razą zrobię z połowy porcji)

Podgrzać mleko (nie jakoś bardzo – tak, żeby nie dobić drożdży). Wsypać mąkę i drożdże do miski, dodać 120g masła, mleko, cukier, jajko, sól i wyrabiać przez chwilę (ja wyrabiam zwykłym mikserem, tymi końcówkami-spiralami, bo mi się nie chce recznie). Drożdżowe lubi być wyrabiane, więc tak jakieś 10 minut. Uformować kulę, przykryć ręcznikiem i odstawić na godzinę do wyrośnięcia.

W tym czasie można przygotować sos. Wymieszać skrobię, żółtka i cukier. W garnuszku podgrzać mleko, śmietanę i nasionka wyskrobane z wanilii (piszą tutaj, żeby także tę osłonkę, co w niej siedziały nasionka, ja bym jednak była sceptyczna – zawsze mi się od tego takie włoski zdrewniałe oddzielają i potem trzeba to łowić; ja wdusiłam tam całą pastę waniliową). Około 1/3 ciepłej mieszanki wlać do miski ze skrobią, cukrem i żółtkami; dokładnie wymieszać i następnie wlać całość do garnka z resztą lejącej się mikstury. Nie doprowadzić do zagotowania się. Mieszać aż sos zgęstnie. Zestawić z kuchenki.

Wyrośnięte ciasto chwilkę wyrabiać. Uformować wałek i pociąć na ok. 20 równych kawałków (każdy powinien mieć ok. 50g). Rozpłaszczyć dłonią, włożyć 4-5 jeżyn (u mnie były truskawki). Zlepić brzegi placka tak, by uformować kulę. Gotowe bułeczki układać łączeniem w dół w blaszce do pieczenia (będą się tak ściśle piekły jak np. na tym obrazku). Przykryć ręcznikiem i dać odpocząć kwadrans.

Rozgrzać piekarnik do 180 stopni. Bułeczki posmarować rozpuszczonym masłem i piec 30-40 minut aż będą ładnie brązowe. Serować z ciepłym sosem waniliowym.

Niech ten listopad, który nastał na kolejnych 6 miesięcy będzie lżejszy dzięki nim.

To nie te z przepisu. Przepis.
Na statku. Służbowo.
Wrocław w oddali.
Wilda
W gościach. Wrocław.
To te z przepisu!

October was a dancing month. Dances, returns home shortly before dawn, breakfast together after an overnight stay with friends. Warsaw. The first cold rains, wet wool, and steamy, sticky interiors of trams. I made a clay cup by myself. It won’t be my favorite pastime because I don’t like getting my hands dirty. The Katharsis Festival took my soul to heaven, where it settled down and unleashed itself in beauty (and Marcel Peres’s hat was then lying on my kitchen counter!).

„Fatima”, which I had been waiting for, was released in theaters. There are many indications that the era of only kitschy religious movies is over (there are still kitschy ones and they will probably be). The director used a slightly dusty theme of disturbing the chronology and a conversation between skeptical scientists and nuns, but it would be mean to stick to those details and point them out. The end of World War I was a small Catholic village at the end of Europe, whose inhabitants work hard for their daily living and go to Heaven after death. Bundled with all the problems and struggles of the era (including the Spanish flu epidemic). The romanticization of extraordinary phenomena means that we are not aware today that such grace is in fact a huge practical issue. The Church needs a long time to verify the truth of such events because there are bewilders who care more about themselves than about the Truth. The movie is worth seeing in order to realize it even more. These images refute the idea of ​​God as a sweetheart daddy, for whom comfort is the most important thing. I don’t know why he exposed these three kids to all this „unpleasantness”. Our Lady could appear everywhere (polyglot, she travels free). The case quickly gathered some morbid Catholic phenomena, also known today – people who want to make money from it; people kneeling down before the kids instead of before the Holy Sacrament. We had this all and it keeps repeating. And finally, we have the miracle of the sun, which God gave because people needed it.

The film leaves you with the feeling that you want more. My favorite one was Jacinta – a sweet extrovert who bled the whole thing and then sweetly mediated between people and Mary. This is not a chronicle, but an artistic sketch and a starting point for exploring the history of these apparitions. This testimony, like any other, encourages us to verify the picture of God that we have in our Hades and how he actually works. In the end, it always remains a mystery.

Wrzesień / September

Blubry, Duchowe, Foto

Wrzesień kręci się wokół Krakowa i Misterium fascinans. Dietmar mówi, że rekolekcje to tylko ignacjańskie; znajomy franciszkanin, że czemu do dominikanów; a potem Wojtek, że chciał jechać, ale nie zdążył się zapisać. Co roku to samo. Że też im się nie nudzi ♥

Przed wybuchem pandemii chodził mi po głowie tekst o tym jak ważne jest fizyczna obecność na rekolekcjach. Wśród ludzi; tak żeby zapach kadzidła zostawał we włosach. Z fizycznym Jezusem rano, wieczorem, po południu i w południe. Wiara dotyka każdej części ciała, nie tylko mózgu i ducha. „Miłość przez ciało daje życie”, mówił biskup Artur Ważny. Pilnujcie, kiedy ukaże się audiobook z rekolekcji, będzie można sobie kupić. Luksusowo było ich wszystkich słuchać (a biskupa Ważnego to proszę zanotować w kajeciku i biec słuchać na żywo, jak tylko będzie okazja), jeść z nimi obiady i pić kawę.

Poza tym wrzesień oznaczał brutalny koniec lata i bolało to nie tyle w kontekście pogody, co kłopotów, które przyniósł. Przeglądam sobie czasem moje wpisy i chyba można odnieść wrażenie, że moje życie to nieustanne pasmo wirowania i sukcesów. O trudnościach i nierozwiązanych sprawach ciężko pisać, bo dotyczą też innych ludzi, a oni nie mają tutaj głosu (nie wiedzą, że ten blog istnieje). Chciałabym być bohaterką powieści Jane Austen; one zawsze wiedzą, co powiedzieć i jak się zachować. Bohatersko znoszą obecność osób, które się naprzykrzają. Ja czuję się często niewystarczająco dobra, niewystarczająco fajna. Nie umiem spojrzeć z boku, „naturszczyk bez suflera”. O właśnie, bo Bóg nie jest suflerem. Więcej nie umiem niż umiem. O Panu Bogu więcej myślę niż z Nim rozmawiam. We wrześniu stare problemy, przed którymi udało mi się ukryć latem, dopadły mnie ze zdwojoną siłą. Siedzą na klacie jak jakiś żelazny kloc.

Siedziałam raz w home office (w którym już jestem niezmiernie rzadko, bo mi szkodzi na głowę) i dopadła mnie straszliwa melancholia. Postanowiłam się przejść do nie-tak-znowu-pobliskiej piekarni. Ubrałam jedną z ulubionych sukienek, ogarnęłam się i poszłam. Pani w piekarni ukradkiem zerkała na moją sukienkę. Powiedziała, że ładna bardzo. Ja jej pokazałam, że ma kieszenie i jak się kręci. Dzień był od razu lżejszy.

Dziwnym trafem zostałam nauczycielką angielskiego i te regularne spotkania z Ewą były wspaniałym środkiem znieczulającym.

Poznań
Poznań
Poznań
Poznań
Kraków
Kraków
Kraków, Dominik Jurczak OP, Łukasz Miśko OP; fot. Weronika Kaszub
Kraków, Grzegórzki
Warsztaty ze śpiewu
Warsztaty z lepienia z gliny
Wrocław, na statku, służbowo

September is all about Cracow and Misterium fascinans. Every year around this time Dietmar says that if you want to go to the real retreat you have to do it only Ignatian way; a Franciscan acquaintance of mine asks, why to the Dominicans; and then Wojtek that he wanted to go, but did not manage to sign up. The same thing every year

Before the outbreak of the pandemic, I had a text in my head about the importance of being physically present at the retreat. Among people, so that the smell of incense stays in your hair. With the physical Jesus in the morning, evening, afternoon, and noon. Faith affects every part of the body, not just the brain and spirit. „Love gives life through a body,” said Bishop Artur Ważny. It was luxurious to listen to all the speakers during the retreat, eat lunch and drink coffee with them.

Apart from this September marked a brutal end of summer, and it hurt not so much because of the weather change, but much more because of troubles it had brought. I browse my blog from time to time and I think you can get the impression that my life is a constant streak of spinning and success. It is hard to write about difficulties and unsolved issues, because they also apply to other people, and they do not have a voice here (they do not know that this blog exists). I would like to be the heroine of Jane Austen’s novel; they always know what to say and how to behave. They heroically bear the presence of those who Rother them. I often feel not good enough, not cool enough. I think more of God than I talk to Him. In September, old problems, from which I had managed to hide in the Summer, hit me twice as hard. They sit on the chest like some iron block.

I sat in my home office once (I do home office not very often because it is not working for me) and terrible melancholy overwhelmed me. I decided to go to a not-so-nearby bakery. I put on one of my favorite dresses, pulled myself together, and left. The lady in the bakery was sneaking a peek at my dress. She said it was very pretty. I showed her that it has pockets and how it spins. The day was immediately easier.

Accidentally I became an English teacher and those regular meetings with Ewa helped me go through this hard time.

Warszawa / Warsaw

Biblia

Od ponad 20 lat (a po lekturze Kartek z pamiętnika młodej mężatki Magdaleny Samozwaniec to już w ogóle) miałam sekretne warszawskie marzenie, żeby wypić kawę w kawiarni Hotelu Bristol. W miniony weekend postanowiłam zrobić wszystko, żeby ten fetysz przestał mi w końcu ciążyć. Udało się. Za nasze kawy i ciastka dla dwóch osób możnaby zjeść obiad, a poziom obsługi odstawał wiele do wyobrażonego. Było jednak troszkę jak sobie wyobrażałam i przez chwilę czułam się częścią tej całości Dwudziestolecia.

Uczyniłam też zadość fetyszowi płytkowemu (nawet w kościele!), biegałam po klatkach schodowych i podwórkach. Słuchałam dobrej muzy i nabawiałam się siniaków na zbyt ciasnym parkiecie.

Muzyka

Duchowe

„Zimne kamienie kościoła opactwa rozbrzmiewają jednak śpiewem palącym się żywym płomieniem czystej i głębokiej tęsknoty. Ale ciepło śpiewu gregoriańskiego jest pełne surowej powagi. Ukrywa się głęboko pod powierzchnią zwykłego wzruszenia i dlatego nigdy cię nie nuży. Nie zużywa cię nigdy tanią eksploatacją twojej uczuciowości. Zamiast wyciągać cię na otwarte pole uczuć, na którym twoi wrogowie, to jest szatan, własna imaginacja (…), mogą cię dosięgnąć swoim ostrzem i pociąć cię na kawałki – ta muzyka wciąga cię w głąb, gdzie kołysze cię w skupieniu i pokoju i gdzie odnajdujesz Boga.”

Thomas Merton, Siedmiopiętrowa góra, 2019, s. 421.

Świętej Teresy od Dzieciątka Jezus

Duchowe

„Wielkim darem otrzymanym w porządku łaski w tym październiku stało się dla mnie odkrycie, że mała Tereska była naprawdę świętą, a nie tylko niemą, pobożną laleczką według wyobrażeń sentymentalnych starych kobiet. (…) Ale co mnie wprawiło w zdumienie, to pojawienie się tej świętej właśnie w zatęchłej, pluszowej, przeładowanej i wygodnej brzydocie i przeciętności mieszczańskiej. (…) Oto, co mnie w niej uderzyło jako najbardziej nadzwyczajne osiągnięcie: potrafiła stać się świętą, nie uciekając od swojego małomieszczańskiego środowiska, nie wyrzekając się swojej klasy, nie gardząc nią ani nie potępiając otoczenia, w którym wzrosła. Przeciwnie, lgnęła do niego w tej mierze, w jakiej można było tkwić w nim, będąc równocześnie dobrą karmelitanką. Zachowała wszystko, co było w niej małomieszczańskie a niesprzeczne z jej powołaniem: tęskne przywiązanie do tej śmiesznej willi o nazwie Les Buissonnets, gust do okropnie przesłodzonej sztuki, do cukierkowych aniołków i pastelowych świętych, bawiących się barankami o wełnie tak miękkiej i puszystej, że dosłownie przejmują dreszczem ludzi mojego pokroju. (…) Odkrycie tego faktu było z pewnością jednym z najgłębszych i najbardziej zbawiennych upokorzeń, jakie mnie w życiu spotkały.”

Thomas Merton, Siedmiopiętrowa góra, 2019, s. 390-392.


This is a piece on St. Therese of Lisieux from „The Seven Storey Mountain” by Thomas Merton. In my Polish edition those are sites 390-392. Please allow me not to translate this back into English, just grab your copy 😉

Lipiec-Sierpień / July-August

Blubry

Spałam pod namiotem. Bałam się burzy. Grałam na ulicy, grałam na weselu. Tańczyłam, nie dotykając ziemi. Adorowałam. Gryzły mnie komary. Na Lubelszczyźnie chodziłam po skraju strefy komfortu, ale z niego spadłam i zrobiło mnie to innym człowiekiem. Było słonecznie, było wesoło, było długo. Leżałam w trawie. Marudziłam i płakałam. Nie rozpakowałam ostatniego kartonu, nie przeczytałam książki. Biegałam. Można więcej ze wspaniałymi ludźmi.

Byłam na mszach, gdzie marzyłam podczas kazań, by kogoś zapytać „A długo jeszcze?”. Podczas jednej Pan dał mi obraz Maryi siedzącej obok mnie, w którą mogłam się wtulić. I zadać, poirytowana, to pytanie.


Slept in the tent. Was afraid of the storm. Played accordion on the street, played accordion at a wedding party. Danced without touching the ground. Adored people, world and moments. Was bitten by mosquitoes. In the Lublin region, I was walking on the edge of my comfort zone and I fell off it and it made me a different person. It was sunny, it was fun, it lasted long. Was lying in the grass. Was whining and crying. I did not unpack the last moving carton, I did not read any book. Was running. You can do more with great people around you.

Attended holy masses where I dreamed during sermons to ask someone „How much longer?”. During one of those, the Lord gave me a picture of Mary sitting next to me, with who I could cuddle. And ask, irritated, this question.

Wieczór panieński / Bridal shower
Kilka godzin przed… / Few hours before…
Matka Chrzestna / God Mother
Sernik lawendowy w restauracji „Na rogatce” w Lublinie. W tydzień jadłam trzy razy. Absolutny majstersztyk, śni mi się po nocach. / Lavender cheescake from Lublin. Divine!
Nikt mnie nigdy nie miał na tapecie! / Nobody has ever had me as a wallpaper!
Lublin

Dom, szalom / Home, Shalom

Uncategorized

  • Panie Boże, czy to moje mieszkanie?
  • A podoba Ci się?
  • Tak.
  • No to Twoje.

***

W styczniu 2020 musiałam szybko znaleźć mieszkanie. Najlepiej takie, do którego mogłabym wprowadzić się następnego dnia (rodzinne wypadki chodzą po ludziach) na zawsze. Zasadniczo było to mało prawdopodobne, ale podeszłam do tematu z zapałem jakbym miała podwinąć rękawy, iść wyciągnąć kogoś z piekła za szmaty, wrócić i na drugi dzień iść do pracy.

Musiało być to mieszkanie z rynku wtórnego po remoncie, ewentualnie do odmalowania. Sytuacja na rynku mieszkaniowym w Poznaniu okazała się być tragiczna i po odwiedzeniu dwóch oraz obejrzeniu setki ogłoszeń chciało mi się tylko walić głową w ścianę (ja się naprawdę musiałam wyprowadzić i naprawdę nie miałam na to za dużo kasy).

Minęły dwa tygodnie poszukiwań. Wracając z oględzin poczułam potrzebę pomodlić się BARDZIEJ niż dotychczas w tej intencji (bo modliłam się o to zasadniczo codziennie i gorliwie). Powiedziałam Panu Bogu, że ja przecież muszę gdzieś mieszkać. To mieszkanie jest mi potrzebne. Wiem, czego chcę. Wiem, gdzie chcę. Nie musi być balkonu. Zaczęłam się zastanawiać, który święty byłby tu przydatny dla sprawy i przyszła mi do głowy święta Faustyna. Wiedziała (od samego Jezusa), że ma wstąpić do zakonu. Nikt jej nigdzie nie chciał. A jej powołaniem było przecież życie zakonne. Wiedziała od samego Jezusa. Odbijała się od drzwi do drzwi. Pomyślałam, że to będzie świetny wybór, ona wie jak to jest.

Kolejnego dnia przyszłam do pracy, wpisałam w Google nazwę dzielnicy oraz słowo „mieszkanie”. Kliknęłam w pierwszy link, który się wyświetlił. Nie wierzyłam własnym oczom, bo zobaczyłam mieszkanie idealne. Musiałam rok poczekać (tak to jest, kiedy Faustyna coś załatwia – po znalezieniu zgormadzenia, które zgodziło się ją przyjąć, musiała pracować rok, by zarobić na posag♥), wprowadziłam się do niego w Wielką Sobotę 2021 (rynek pierwotny jednak).


  • Lord, is this my apartment?
  • Do you like it?
  • Yes.
  • Then it’s yours.

***

I had to find a flat quickly in January 2020. Preferably one where I could move in the next day (you know, family complicated circumstances happen every now and then) and stay there forever. Basically, it was unlikely, but I approached the subject as eagerly as if I had to roll up my sleeves, go get someone out of hell, come back and go to work the next day.

Therefore, it had to be an apartment from the secondary market after renovation or only to be repainted. The situation on the housing market in Posen turned out to be tragic and after visiting two and seeing hundreds of advertisements, I wanted to bang my head against the wall (I really had to move out and I really didn’t have much money for it).

After two weeks of searching I was driving home from one visiting and felt called to pray MORE than before for this intention (because I prayed for it basically every day and ardently). I told God that I have to live somewhere. I need an apartment. I know what I want. I know where I want it. There has to be no balcony. I began to look for a saint that would be of use to that cause, and it occurred to me that St. Faustina would fit perfectly. She knew (from Jesus himself) that she was to enter the convent. Nobody wanted her anywhere though. And her vocation was religious life. She knew it from Jesus himself. She bounced door to door. I thought she would be a great choice, she knows what it’s like.

The next day, I came to work, I put the name of the district and the word „flat” into Google. I clicked the first link that appeared. I couldn’t believe my eyes because I saw the perfect apartment. I had to wait a year (this is what Faustina does when she does something – after finding the right congregation she had to work for a year in order to have a proper dowry ♥), I moved in on Holy Saturday 2021.