Wrocławski blues

Nie wyrwie się człowiek z korzeniami nigdy z żadnego miejsca, bo ludzkie korzenie zostają tam, gdzie są i już. Może sobie pęda zabrać, do wody wstawić i poczekać aż wypuści pierwsze małe korzonki, żeby potem móc zasadzić do ziemi. Słaby jest jednak ten pęd i mały, a świat taki duży i ciemny.

Chyba jestem na etapie, że trzymam tego pęda jeszcze w szkiełku z wodą i zastanawiam się, czy już aby na pewno się ukorzeni w ziemi, czy może jeszcze trochę poczekać.

Wiem już, gdzie są jednokierunkowe i gdzie nie skręcę w lewo. Przychodząc na przystanek, nie sprawdzam, który tramwajem mogę jechać do domu. Wiem, gdzie mielą mięso na życzenie (czasem mają też wołowe) i gdzie kupić nieshormonizowane kurczaki, za 55 zł filetów kilo. Ze słuchu wiem, gdzie mają atrapę Rynku Łazarskiego i gdzie kupić chleb, kiedy zapomnę wieczorem wyjąć zakwas z lodówki. Opracowałam już system wygodnego odbioru paczek i sprawnego sprzątania mieszkania. Pierwszy raz od ponad pół roku są sytuacje, gdzie nie jestem niezorientowanym i niezorganizowany głupkiem. Czuję się królową świata, gdy znam kilka dróg dojazdu do domu i wybieram tę, którą bardziej lubię. Mam swojego dentystę. Jest dobrze. Uświadomiłam sobie jednego głuchego formalnie styczniowego, ale realnie jakby listopadowego ciemnego popołudnia, że dzielną nie przestaje się być nigdy. Nie ma strachu – nie ma odwagi, nie ma trudności – nie ma zwycięstwa. Pokory nigdy nie przestanę się uczyć i poczułam się zmęczona na samą już o tym myśl. Postanowiłam jednak nie rozpaczać nad tym zbyt wylewnie i zająć się doprowadzeniem moich włosów do stanu, w którym nie będę wyglądać jak czarownica ze średniowiecza, bo się wysuszyły od pseudozimy, szala i czapki.

„Madame Tussaud” Michelle Moran

656

Nigdy nie kręciły mnie figury woskowe współczesnych i nie bardzo rozumiem ideę ich tworzenia (co innego te wykonane pod koniec wieku XVIII przez samą Madame Tussaud – te zobaczyłabym bardzo chętnie), więc tytuł powieści nie zwróciłby w ogóle mojej uwagi. Zwróciła tę moją uwagę na nią Kasia, bo historia Marie jest tylko punktem wyjścia do nakreślenia przebiegu wypadków podczas Rewolucji Francuskiej. Jest to powieść, autorka nie jest historykiem, ale można dowiedzieć się z niej więcej niż ja nauczyłam się z moich podręczników do historii. Nigdy chyba nie zrozumiem, dlaczego nowoczesne państwo Europy Zachodniej szczyci się tą Rewolucją jako swym aktem założycielskim. Apoteoza histerycznego mordu tysięcy niewinnych ludzi, który w swoim okrucieństwie nie różnił się niczym od Rewolucji Październikowej, którą to powszechnie się potępia. Francuzi maszerują wesoło 14 lipca każdego roku, a ja zastanawiam się, dlaczego się nie wstydzą. Szkoda, że tak niewiele się mówi o francuskim terrorze terroru, sprowadzając całość do histerycznej Marii Antoniny i wreszcie wyzwolonego oraz nowoczesnego francuskiego społeczeństwa.

Warto, raczej dla kobiet ;)

***

Kilka lat temu przeczytałam – niestety nieprzetłumaczoną na polski – powieść Gerturd von le Fort „Die letzte am Schafott”. Opowiada ona prawdziwą historię szesnastu karmelitanek z klasztoru w Compiègne, które zostały stracone 17 lipca 1794 roku, nie szczędząc czytelnikowi szczegółowych iście naturalistycznych opisów rewolucyjnych pochodów w błocie krwi i wnętrzności zlinczowanych właśnie przez tłum nieszczęśników.

Może ktoś wreszcie przetłumaczy. To w końcu pisarka bardzo ceniona przez Josepha Ratzingera.

Po prostu

Święta inne niż wszystkie dotychczas, a chyba najfajniejsze. W wigilijny poranek zagotowałam jeszcze raz kapustę z grzybami, ubrałam się już w galowy strój i pojechałam do przyjaciół i ich dwójki dzieci posiedzieć i pogadać. Pojechałam tramwajem, bo pierwszy raz od wielu lat jestem tu niezmotoryzowana, wszystko trwa więc dłużej, a niektórych miejsc nie odwiedzę wcale. Między klockami, kąpaniem dzieci i pakowaniem prezentów w tajemnicy przed Misią – ludzie, u których, gdy chcesz herbaty, po prostu idziesz zagrzać wodę i wyciągasz z szafki tytkę i którzy mają za oknem najcudowniejszą panoramę Poznania. Swoi.

Potem trafiłam pozornie w oko cyklonu, co zameldował Dziadek już ante portas: „Atmosfera jest trudna”( próbując wesprzeć Babcię w skutecznym szukaniu Domestosa). Otrzymałam następnie szczegółowe instrukcje, który pokrowiec należy do którego krzesła. Po sukcesie z Domestosem, poszukiwany był blezer, przy czym Dziadek nie był dopuszczany do szafy, co skwitował tym, że przecież to jasne, bo jest gorszego sortu. Gdy był już blezer, nastąpiło poszukiwanie odpowiedniej koszuli – „Błogosławieni, którzy założyli, a nie wąchali”, podsumował Dziadek Babci sposób sprawdzania świeżości rzeczonej części garderoby przy wyciąganiu jej z szafki. Czas mijał na dziadkowo-wnuczętowej krzątaninie, ludzie nagle zaczęli się schodzić i pierwszy raz w historii ludzkości byłyśmy z Babcią gotowe z podgrzanym jedzeniem pięć minut przed czasem. Choinkę Dziadkowie postawili zeszłoroczną, którą przezimowali latem na balkonie.

Na stole okazało się, że  mamy tak naprawdę 4 potrawy, bo reszta nie zmieściła się w przedświątecznej czasoprzestrzeni i na dodatek zapomniałyśmy o ziemniakach. Nikomu to nie przeszkadzało, z ogromnego piernika i makowca zostały szczątki, każdy praktycznie odkulał się od stołu. Mimo małej liczby potraw, każda okazała się majstersztykiem kulinarnym, więc każda z nas ma poczucie sukcesu. Gdyby nie to, że uparłam się, żeby przeczytać fragment o Narodzeniu przed kolacją, pewnie niewiele świadczyłoby o tym, że to religijna okazja. Czas spędziliśmy na luzie, przy opowieściach z powojennego Poznania i trochę Wrocławia. Lubię te małe gesty opiekuńczości, gdy ktoś weźmie Twój brudny talerz albo pójdzie sprawdzić po cichu czy na pewno wyłączyłaś ekspres do kawy. I lubię to, że widać, że sprawia nam wszystkim przyjemność bycie razem – nikt nie musi, każdy po prostu chce.

Pasterka w rodzinnej parafii bardzo poskromniała na przestrzeni ostatnich lat – dziwne to i trochę smutne, bo przecież chór śpiewa z roku na rok coraz lepiej.

Przy łóżku pierwszy raz od dawna u Macierzy nie mam choinki – choinka stoi na Ziemiach Odzyskanych i na mnie czeka. Jest spokojnie i bez skrajnych emocji. Żadnych duchowych uniesień ani przemyśleń. Po prostu jest jak jest – urodził się Bóg. Mimo wszystko urodził się Bóg. Niech Wam w życiu trochę namiesza. Hej.

20151224_235624

Miriam

Nie ukrywam, że ostatnio jedyne myśli, które nachodzą mnie w związku z blogiem to takie, żeby w końcu jasno napisać, że jego czas już się chyba skończył. Nigdy nie zabiegałam o zainteresowanie, pisałam to, co mi siedziało na sercu; wierzę, że z natchnienia Ducha Świętego. Na przestrzeni ostatnich miesięcy powstało w sieci wiele miejsc o tematyce chrześcijańskiej, mam czasem po prostu poczucie, że wszystko już było i że jest tego wszystkiego za dużo. No, aż w końcu mam pomysł na 3 kolejne wpisy, więc chyba go jeszcze nie zamknę.

Nigdy nie uczestniczyłam w roratach, mimo że był kilkuletni okres w moim życiu, kiedy na mszy świętej byłam codziennie. Na początku mojej duchowej drogi do Jezusa przyszłam przez Maryję i patrzyłam na Niego zawsze przez Jej pryzmat. Łatwiej było mi schować się w jej płaszczu gdzieś jako zawstydzona Nim mała dziewczynka, bo nie wiedziałam, co się z Tym Jezusem robi, bo to jest facet, co na pewnym etapie, także dorosłym, było Jego główną wadą. Potem zafascynowałam się Nim  i Maryja jakby poszła gdzieś do kuchni, zabezpieczając tyły, mimo że od wielu lat codziennie modlę się Różańcem.

Mam alergię na doktoryzowanie Maryji, która „natenczas psałterz czytała” i której głównym przymiotem wydaje się być jej d(„D”))ziewictwo (takie przynajmniej można odnieść wrażenie słuchając niektórych kapłanów). Trudno kogoś takiego przyjąć za Mamę. Film „Narodzenie” pokazuje chyba najbliższe mi wyobrażenie Maryi, mam jednak swoje jedno bardzo mocne i świadome doświadczenie Jej.

Wiele lat temu zostałam napadnięta na ulicy. Nie wiem, czy opisywałam to tu kiedyś obszernie, chyba nie, bo uważam, że nie ma to większego sensu – ważniejsze dla mnie jest to, co działo się potem, przez lata, bo skutki tego wydarzenia odczuwam do dzisiaj. Przez kilka tygodni byłam na lekach uspokajających, bez tego nie przespałabym żadnej nocy. Po dwóch miesiącach pomyślałam jednak, że czas z tym kończyć, żeby się nie uzależnić. Niestety moje ciało reagowało po swojemu i to, czy o czymś myślałam czy nie, nie miało dla niego większego znaczenia. Tata zabierał mnie na weekendy do nich do domu, żebym mogła zdystansować się trochę do okolicy, w której to wszystko się stało. Pamiętam jedną noc u nich, kiedy spałam na materacu i obudziłam się po dwóch godzinach snu, kiedy wszyscy już spali. Zaczęłam się fizycznie trząść, jakby ze strachu jednak ani o nim nie myślałam ani go nie odczuwałam. Przez 3 godziny mówiłam Rożaniec, starając się nie spaść z materaca. Przez całe te trzy godziny, w każdej minucie, odczuwałam fizyczną wręcz obecność Maryi i mojego Anioła Stróża. Nie widziałam Ich, nie czułam Jej dotyku. Ale Matka Boża klęczała za materacem i trzymała mi na swoich kolanach głowę, po mojej lewej stronie klęczał mój Anioł Stróż. Do 4 rano, kiedy udało mi się w końcu zasnąć.

Ars vivendi

francuzki-nie-tyja

„Francuzki nie tyją” Mireille Guiliano jest jednym z licznych dowodów na to, że Polacy wcale nie przestali czytać (chociaż tutaj to pewnie Polki) – pierwsze wydanie książki rozeszło się jak ciepłe kajzerki, a używane egzemplarze na Allegro osiągały cenę 90 złotych polskich. W związku z powyższym zaprzestałam ówcześnie poszukiwań swojego egzemplarza, gdy nagle i niespodziewanie napadł na mnie pewnego letniego dnia w „Empiku”. Ostały się dwie sztuki z zabrudzoną i nadgiętą okładką każdy, ale pomyślałam, że trudno i zakupiłam.

Nie znoszę poradników i autorów, którzy stawiają się w pozycji mistrza, bo jeżeli mistrzem ktoś jest, to o tym wiadomo i nikt się stawiać nie musi. Autorka trochę niestety wpada w takowy ton. Najmocniejszą częścią całej książki są jej własne doświadczenia zrzucania wagi po francusku, najsłabszą – ogólne i suche „ponadczasowe” przemyślenia na temat medytacji, seksu i psychologii. Miesza je jednak wszystkie tak, że książkę czyta się naprawdę gładko i nie irytuje. Książka pisana była z myślą o Amerykankach, więc niektóre zestawienia nie są dla polskiego oka aż tak jaskrawe jak to zamierzała autorka.

Przechodząc do meritum, okazuje się, że cały sekret Francuzek polega na zachowaniu zdrowego rozsądku i dobrej zabawie. Wyuczone nawyki, uwielbienie jakości i piękna oraz umiar, kiedy trzeba – nie trzeba być studentką historii sztuki paryskiej Sorbony, żeby francuskie triki wprowadzić na własnym podwórku.Autorka podkreśla, że małe codzienne szczegóły jak 2 piętra więcej po schodach, a nie windą i 2 skibki chleba zamiast 3 naprawdę robią różnicę w ogólnym rozrachunku. Ta książka to moim zdaniem najlepszy przepis na to, by schudnąć (a jestem w trakcie od kwietnia – już połowa balastu za mną) na stałe.

Książka jest ciekawą pozycją dla kogoś, kogo interesują kulturoznawcze smaczki, a w tym wypadku zastosowanie ich może naprawdę podwyższyć poziom codziennego życia i zdrowia. Nie sięgnęłabym już po żadną traktującą o tym temacie, bo moim zdaniem ta go wyczerpuje. Myślę, że warto.

P.S. A tutaj od Marii jeszcze dużo francuskiego szyku. Jak już to po całości!

Różaniec

Processed with VSCO

O Różańcu powstało mnóstwo książek i opracowań, jednak nigdy żadne do mnie nie przemawiało. Nie lubię sztucznego katolickiego patosu w odniesieniu do Maryi, który posługuje się utartymi określeniami i jest jedynym otoczeniem słowa „dziewica”, który nie wzbudza sensacji.

Moja życiowa droga z Różańcem zaczęła się w lutym 2003 roku, kiedy dostałam różowy plastikowy od Uli. Powiedziała wtedy, że dla mnie to nic pewnie nie znaczy, a dla niej dużo, żebym to wzięła i wcisnęła mi przy wyjściu. Ja wzruszyłam ramionami i wyszłam, bo czemu nie. Nazajutrz bardzo mocno się rozchorowałam i nie mogłam dojść do ładu ze sobą przez kilka kolejnych dni. Ja tam nie wiem czy się Maryja w Medjugorie objawia czy nie, w każdym razie Różaniec – jak się okazało  – był stamtąd i nie bez znaczenia było to, że mnie tak wtedy poraziło. Wpadłam w okolicach tamtych dni na pomysł zostania protestantką, myślałam o nawróceniu. Plastikowy różowy Różaniec trzymałam owinięty na nadgarstku w najgorszych chwilach ówczesnego przechodzenia ze śmierci do życia. Nie umiałam go odmawiać, więc nie odmawiałam, ale zawsze instynktownie trzymałam. Kiedy już jednak znowu byłam katoliczką zamiast protestantką, chodziłam od człowieka do człowieka, żeby mnie nauczył któryś, jak to się odmawia. Nikt się specjalnie nie garnął, aż w końcu obecny mąż Uli przysłał mi obszernego maila w temacie. Kiedy doszło do ostatecznego starcia ze Złem, mój ksiądz kazał mi odmawiać Różaniec. Po prostu. Jak pisałam już tutaj, puściło mnie na trzecią „Zdrowaśkę” od końca. Poznałam moc Różańca fizycznie na swoim ciele.

Później – jak na kujona przystało – codziennie jeździłam do poznańskiej fary na adorację Pana Jezusa i odmawiałam Różaniec, żeby dostać odpust za jakąś biedną duszę. Bóg sam tylko jeden wie, ile razy tam zasnęłam. Tam też dokonało się jedno z przełomowych zdarzeń w moim życiu – odmawiając tajemnicę ukoronowania Maryi na Królową nieba i ziemi, przeprowadziłam dosyć prostu przewód logiczny, że skoro to jest moja Mama, to ja jestem królewną. Dziecięce marzenie spełniło mi się w wieku lat dziewiętnastu.

Wśród tych wszystkich minionych lat, miałam krótką różańcową przerwę, na szczęście nie trwała ona długo. Kiedyś jeden bliski mi ksiądz opowiadał o brewiarzu – że są momenty, że mu się tak strasznie nie chce, ale widzi w odmawianiu go ogromną mądrość Kościoła. Ja tak mam z Różańcem. Nie wiem czy odmawiam go dobrze (zwłaszcza, gdy zasypiam), moje myśli często lecą gdzieś tam. Najczęściej odmawiam go gdzieś w drodze, bo w domu trudno mi się na nim skupić. Zazwyczaj jest coś innego do zrobienia, spycham go na sam koniec. Trudny jest ten Różaniec. Mimo że od lat już codziennie odmawiam jedną część, to mam wrażenie, że mi coraz z tym trudniej. Czasem, gdy nie mogę sobie przypomnieć, jaki jest dzień, próbuję sobie przypomnieć, które tajemnice były wczoraj. Mam już opanowane swoje małe codzienne odległości na dziesiątki Różańca (do autobusu mam na przykład odległość na Koronkę do Miłosierdzia). Czasem się jakoś składa, że odmawiam tylko jedną „obowiązkową” dziesiątkę (jestem Różą Kapłańską ;) ).

Ciągle gubię Różańce. W różowym ułamał się krzyżyk i ostatecznie też się gdzieś zgubił. Najbardziej lubię te na sznurkach z drewnianymi koralikami, bo one się nie rwą, gdy czasem z nim wieczorem zasnę. Gdzieś kiedyś przeczytałam, że Różaniec to bukiet róż dla Maryi. Lubię o nim tak myśleć. I fajna jest ta Maryja.

 Jakby mnie ktoś zapytał, jaką modlitwę polecam, to bym powiedziała, że Różaniec.

20150731_164243

Żeby było ładnie

Kilka dni temu zobaczyłam na mojej tłiterowej osi podany dalej przez Gosię wpis pewnej Maryśki:
Przechwytywanie

Pomyślałam sobie o moim blogu i w ogóle o innych blogach, które znam. I doszłam do wniosku, że z tych, które ja śledzę, żaden nie jest o niczym. Jeżeli jakiś jest o niczym, to go po prostu nie czytam. Przemyślawszy ten punkt, doszłam do wniosku, że łączy się to trochę z tym, co chciałam od dawna już tu napisać.

Chyba św. Teresa z Avilla powiedziała kiedyś, że święci to ludzie, którzy potrafią nazwać to, co dzieje się w duchowym życiu ludzi. Bardzo mi się to spodobało i przeniosłam sobie to także na inny grunt – artyści to ludzie, którzy potrafią uchwycić estetyczną esencję świata. Światło zachodzącego słońca rozczłonkować na farby i maźnięcia pędzlem, a dźwięk letniego poranka oddać w sali koncertowej. Nie to, że zwykły śmiertelnik tego wszystkiego nie zauważa i się nimi nie rozkoszuje, on nie potrafi tylko podać tego w żaden sposób dalej.

Kiedy wychodzę po ośmiu godzinach z korporacji czuję się najbrzydsza na świecie, bo z podkrążonymi oczami sprzed Excela, napuszonymi włosami, szarą cerą i szczątkowym makijażem. W autobusie śmierdzi i jest niewygodnie (czy ktoś już opracował kwestię gromadzenia się ludzi przy drzwiach pojazdu, podczas gdy środek jest zupełnie pusty?!), bo pomyka on z prędkością 60 km po dziurawym poniemieckim bruku lub co sekundę gwałtownie hamuje ze względu na korek. Sytuację ratuje zawsze tylko popracowy telefon do Tomasza. A potem w domu lubię sobie usiąść i pooglądać ładne obrazki, świat wydaje mi się wtedy lżejszy, a ja nie taka brzydka (to na pewno jakaś logika z Wenus…). Lubię uchwycone na fotografiach szczegóły życia codziennego, na które ja zwracam bardzo dużą uwagę zupełnie mimowolnie. Szczegóły są jak sól – można zjeść nieposolone mięso i się człowiek naje. Tylko po co, skoro Bóg wymyślił sól, żeby wycisnąć z tego mięsa wszystko to, co najlepsze.

Lubię moją tablicę na Pinterest; zdjęcia Agnieszki i zdjęcia Toli; klimat jaki tworzy Mimi; to jak pisze o świecie i co robi z kwiatami Amy (chociaż już od jakiegoś czasu raczej nie pisze, ale jest na IG) i krótkie poniedziałkowe filmiki Xanthe. Lubię jak na Berlin patrzy Sandra i myślę sobie, że taki Berlin to może bym polubiła (na IG pokazuje mnóstwo mozaikowych starych posadzek w kamienicach, które uwielbiam). Siadam sobie czasem i klikam jakbym oglądała album, już któryś raz z rzędu. Ładność świata dodaje lekkości, a gdy się życie wypełni szczegółami, to nie ma dziur jak w jakieś porwanej rybackiej sieci.

Piątek

Kiedyś szło się piątkowymi popołudniami ulicą a z otwartych okien pachniało smażoną rybą, klatki schodowe wypełniała woń racuchów i naleśników. Dzisiaj w kantynach robotniczych czasem nawet nie uświadczy się w piątek czegoś bez mięsa. Sytuację ratują jedynie modni wegetarianie i weganie.

Dziadek opowiadał, że gdy był w komunistycznej polskiej armii, w piątki specjalnie rzucali kiełbasę, coby naród odpowiednio wychować i wyrugować reakcyjne zwyczaje. Nie sądzę, żeby obecny stan rzeczy był pozytywnym zdaniem przez społeczeństwo komunistycznego egzaminu. Piątek się wyprał.

W zeszłą niedzielę weszliśmy z Tomaszem do dominikanów, gdy trwała jeszcze końcówka poprzedniej mszy. Ojciec OP grzmiał z ambony na ogłoszeniach, że w „pierwszym piątku” miesiąca nie chodzi o pójście do spowiedzi, ale o przyjęcie Pana Jezusa w Komunii. Złapałam się na tym, że nigdy o tym tak nie pomyślałam, ergo nikt mi na to wcześniej nie zwrócił uwagi. Pierwsze piątki kojarzyły mi się zawsze ze stresem oddawania przy Komunii do odpowiedniego koszyczka przy balaskach karteczek na dowód, że się było. Pamiętam, że tylko raz udało mi się tatę bujnąć (sic!) i dotrzeć do kościoła w ten dzień (a fakt, że go pamiętam jako trzydziestoletnia kobieta mówi sam za siebie).

Zmieniłam myślenie o piątku i Kościele po moim nawróceniu. Każdy tydzień jest cyklem, takim mini rokiem, który kręci się wokół życia Jezusa. Niedziela jest dniem wolnym i świątecznym, bo Jezus zmartwychwstał. Każdy piątek-sobota-niedziela to mini Triduum Paschalne. Kościół zwraca uwagę na fakt deptania świętości niedzieli, ale w moim odczuci w ogóle nie tłumaczy, na czym polega ZAKAZ jedzenia mięsa w piątek i ZAKAZ hucznego bawienia się, bo do ZAKAZU sprowadza się te zalecenia Kościoła.

Mnie piątek przypomina o pokucie, jednak nie jako siedzenie w popiele i jęczenie. Pokuta to dla mnie świadomość własnych grzechów i zmiana (albo przynajmniej chęć) swojego nastawienia i zachowania, by tych grzechów nie było (zawsze znajdą się jakieś inne albo tamte trudno wyrugować, więc mam co robić do końca życia i pewnie jeszcze długo po nim). Kościół mówi, żeby pewnych rzeczy w piątki nie robić po to, żeby móc sobie jeszcze bardziej przypominać o tym, co Jezus dla człowieka zrobił i co to tak naprawdę praktycznie oznacza. W żadne inne dni nie mam takiej chcicy na mięso jak w piątki i za każdym razem sobie w takim momencie przypominam, dlaczego nie. Jezus to zawsze był/jest człowiek praktyczny, wystarczy sobie Ewangelię poczytać pod kątem ludzkich zwyczajów i tradycji tamtego czasu. Nie lubił pustych gestów i faryzejskich frazesów, stąd sprowadzanie takiego ważnego dnia w tygodniu jak piątek do ZAKAZÓW jest profanacją. Kwintesencją tego, o co chodzi w upamiętnianiu śmierci Jezusa jest dla mnie ten fragment Jego rozmowy z siostrą Faustyną:

O trzeciej godzinie błagaj Mojego Miłosierdzia, przede wszystkim dla grzeszników i choć przez krótki moment zagłębiaj się w Mojej męce, w Moim opuszczeniu i w chwili konania. Jest to wielka godzina dla świata całego./Dz. 1320/

Bóg nie chce być samotny w chwili cierpienia rozrywającego Mu ciało. Chce obecności i wsparcia. I chce zmienić świat.

Rocznice

Życie płynie wrocławsko, czyi po nowemu. Mam już bałagan na półce z przyprawami, wiem, gdzie mielą mięso na życzenie, a gdy wchodzę do domu nie pachnie już obcymi. Nie wiem ciągle, gdzie kupić dalie i groszki od babć spod miasta i nie dowiozłam jeszcze z Poznania artykułów papierniczych, co wbrew pozorom chwilami utrudnia mi realizowanie siebie.

Trzy tygodnie temu pojechaliśmy do Częstochowy, a msza, na którą trafiliśmy, okazała się być jubileuszową pewnej aktorskiej pary małżeńskiej, która świętowała trzydziestolecie istnienia. Kazanie aż kipiało od trudnych aspektów małżeństwa, czyniąc z bohaterów krwawiących męczenników, skazanych na tortury umierania przez jakieś 50 lat. Pomyślałam wtedy, że tego już za wiele – nie mogłam sobie przypomnieć, kiedy jakiś ksiądz mówił coś pozytywnego o małżeństwie. Gdybym nie znała sama szczęśliwych par, to bym chyba nigdy nie chciała wychodzić za mąż, po kilku takich wysłuchanych przemowach.

W jednym z odcinków „Ballad i romansów” o. Adam rzuca hasło, że małżeństwo nie jest po to, żeby uszczęśliwiać. Zdębiałam, bo ja żyję po to, żeby być szczęśliwa już sama, a z kimś to już w ogóle zamierzam. Potem okazało się, że chodzi o to, że jeżeli nie jest się szczęśliwym samym ze sobą, to nikt inny nas nie uszczęśliwi za nas samych. I tutaj zgoda, ale wygłoszona teza i tak jest dla mnie kontrowersyjna.

Zastanawiam się, co mają na celu kaznodzieje opowiadający w taki sposób o małżeństwie i doszłam do wniosku, że chyba chodzi im o pobudzenie świadomości narzeczonych i nie tylko, że z małżeństwem to trzeba umieć się obchodzić. Moja osobista teza jest taka, że do małżeństwa człowiek przygotowuje się całe życie, od maleńkości: obserwując rodziców, będąc przez nich wychowywanym, zawierając przyjaźnie i się zakochując, a także przede wszystkim, budując relację z Panem Bogiem i sobą samym. W człowieku jest naturalne pragnienie piękna i szczęścia, więc nie gotowałby Bóg człowiekowi piekła na ziemi z definicji. To człowiek sobie sam czasem to piekło organizuje, ale to już całkiem inna historia. Przez brak równowagi, z kościelnych ambon płynie cierpiętnictwo, zamiast chrześcijańskiej radości.

Życie w samotności wcale łatwe nie jest, podobnież w stanie kapłańskim i zakonnym, więc wychodzi z tej łamigłówki na to, że życie w ogóle nie jest łatwe. Jeżeli życie solo nie jest łatwe, to co dopiero w duecie, kiedy ktoś przez 50 lat (daj Boże i więcej) chodzi ci po chacie i jest drugim kosmosem zalet i niedoskonałości. Ktoś, kto uważa inaczej jest naprawdę naiwny. Statystyki przytoczone przez o. Adama są zatrważające i zastanowiło mnie, z czego wynika to ogromne nieszczęście ludzi. Pewnie ile ludzi, tyle odpowiedzi i chyba nie ma żadnego przepisu na sukces. A, przepraszam, jest – Jezus. I ciągła praca nad sobą w myśl przykazania miłości i 10 przykazań. Tylko 10, no łącznie 11.

A może to jest tak, jak często powtarza przyszły Pan i Władca, że trzeba najpierw zdefiniować pojęcia, o których się dyskutuje? Bo czym jest to szczęście właściwie?

P.S. Nie mam męża, więc można uważać, że nie mam prawa głosu. Można.

Mała Apokalipsa

Gdy Pan odmienił los Syjonu,
byliśmy jak we śnie.
Wtedy usta nasze były pełne śmiechu,
a język wołał pełen radości…
Ps 126

Chciałam napisać tekst o tym, co się u mnie dzieje i wczoraj miałam na niego przed snem bardzo fajny pomysł, a teraz chyba upał stopił wszystkie moje myśli, a włączony piekarnik nie pomaga w skupieniu i wyciśnięciu z siebie weny.

Ponad tydzień temu skończył się dla mnie świat, który znałam. Świat, w którym spontanicznie wpada się do przyjaciół. Świat, w którym zna się skróty do ominięcia korków, bo się jeździło na rowerku z dziadkiem tamtymi ulicami. Świat, w którym listonosz krzyczał z podwórka do mnie po imieniu, mając nadzieję, że akurat jestem w kuchni i usłyszę i pana z zielarskiego sklepu, którego elektryzował mój głos (wedle wyznań tegoż). Świat pachnącego mną mieszkania. Ponad tydzień temu zrobiłam coś, co przerażało mnie przez wiele lat – wzięłam się wyprowadziłam z Poznania. I co? I mimo że ten świat był dobry, mimo że brak mi przyjaciół, którzy tam zostali, mimo że codziennie przychodząc z pracy uderza mnie zapach obcego mieszkania, to tak szczęśliwa nie byłam od lat. Mijają kolejne dni bez płakania po pracy i rozstroju żołądka przed wyjściem do niej, a otwiera się perspektywa wreszcie spełnionego życia zawodowego, a przede wszystkim prywatnego. W marcu napisałam list do św. Józefa, spełniło się w czerwcu, a gdy się spełniło, nie wiedziałam głupia, jaką decyzję podjąć. Jest mi naprawdę dobrze. W obcym mieście, w obcym mieszkaniu, w obcej ciągle pracy. Zniknęła strefa komfortu. Buduję na Miłości i nadziei. Ta Miłość i zaufanie Jej daje większy komfort niż strefa komfortu. Trzeba tyko ze strefy wyjść, a na jej granicy stoją potwory, które mówią, że tam jest czarno i przepaść. Nie, tam jest Pan Bóg i bardzo dużo fajnych rzeczy (jeszcze nie wiem jakich, ale nadzieję mam graniczącą z pewnością).

Pozdrawiam, Kasia z Wrocławia.