Pa!

Od dłuższego czasu się tutaj niewiele dzieje i wbrew moim dobrym chęciom i zamiarom, nic już z tego raczej nie będzie. Niczego nie będę kasować, wszystko sobie tutaj będzie leżeć, jednak aktualizować będę jedynie Twittera i – mam nadzieję – facebooka, chociaż to mi opornie idzie. Jedyne, co chciałabym tutaj zadeklarować to to, że nie pojawią się już raczej nowe wpisy – archiwum jest już bardzo bogate i mam poczucie, że co miałam powiedzieć, to powiedziałam. Nie chcę się powtarzać, ani uprawiać ekshibicjonizmu, tym bardziej, że najważniejsze rzeczy dla mnie na świecie nie dotyczą już tylko mnie, a pisanie dalej w takiej konwencji bez ekshibicjonizmu byłoby niemożliwe. Mam nadzieję, że przez to, co tutaj napisałam spływały i spływają na Was błogosławieństwa, ale absolutnie za ich przyczynę nie uważam siebie – jeden jest tylko Pan. To był wspaniały czas, pisanie tutaj. Pa!

Ludzie, którzy znają Boga

W zeszły piątek znalazłam się w kościele Społeczności Chrześcijańskiej we Wrocławiu (nie chcę tutaj nikogo urazić, tak było napisane na ogłoszeniach, z drugiej strony wiem, że to adres parafii luterańskiej – proszę mnie naprostować, jeżeli to miejsce nazywa się inaczej) na utopionym w soczystej zieleni maja wrocławskim Sępolnie, by posłuchać Mate.O i ich „Pieśni naszych ojców”. Materiał na płycie jest niesamowity – kręci mnie tradycja, a starodawne teksty (niektóre mające podobno ok. 1600 lat) niesamowicie zakotwiczają moje istnienie w wiekach ziemi, na której wszystko ma swój czas. Uwielbiam pieśń Kochanowskiego „Czego chcesz od nas, Panie…”, bo uwielbiam teksty napisane wieki temu, które używane są do dzisiaj (to jest pomnik trwalszy niż ze spiżu – podobne uczucia żywię ku twórczości Jane Austen) – Bóg wczoraj i dziś, taki sam.

W pewnym momencie Mateusz poprosił lud zebrany, by podnieśli rękę ci, którzy doświadczyli Ewangelii Chrystusowej. Praktycznie każdy obecny podniósł od razu. I nie jedną, a dwie. Ludzie Boga.

Są na tym świecie rzeczy

Jakiś czas temu byłam świadkiem dyskusji traktującej o pewnej młodej pannie, wiosen dwadzieścia dwie, jak zaznaczono – głęboko religijnej, która związała się rok temu z pewnym młodzieńcem, któremu wiosen dwadzieścia siedem (tyle lat człowiek studiuje germanistykę, że potem nie wie, jak po polsku rozpisać liczby – wstyd) i postanowili się pobrać. PO ROKU. 22 LATA. Oburzonko. Zareagowałam na to może nazbyt gwałtownie (ale i tak robię postępy w nieodzywaniu się niepotrzebnie i hamowaniu swojego temperamentu), że sorry, ale ja do tego chóru nie dołączę, bo uważam, że to bardzo fajnie. Gdy ludzie razem dojrzewają i uczą się dorosłości i rodzą dzieci w wieku, kiedy organizm jest w pełni sił (sorry, ciało nie czyta kosmomagazynów) i potem, gdy mają lat pięćdziesiąt mają wreszcie z powrotem swój święty spokój i drugą młodość (pozdro, Rodzice) (sama tak nie będę miała, więc nie jestem jedną z tych, co uważają, że ich sposób jest najlepszy). W odpowiedzi spadł wodospad historii rozwodów po roku małżeństwa i że jak się ma lat dwadzieścia dwa, to się jest niedojrzałym. Pewnie, że się jest. Tylko są na tym świecie rzeczy, o których ludzie niewierzący nie mają pojęcia, a co jest śmieszne – uważają właśnie, że wiedzą więcej, że są ponad to. Małżeństwo to SAKRAMENT, glejt od Boga. Nie żyję na ziemskiej orbicie, wiem jak jest, żoną nie jestem, ale wnoszę po mocy innych sakramentów, których doświadczam, że małżeński jest tak samo silny jak te mi dostępne. Poza tym, sorry – życie latami w związku w czystości to jest tortura, chuć jest bezlitosna, a niemieszkanie razem jest naprawdę wielce nieekonomiczne. Zatem dla zakochanej osoby wierzącej (tutaj oczywiście zakładam brak jakiejkolwiek patologii psychologicznej, oszustw i wypaczeń oraz rozeznanie swojego powołania) naprawdę bardziej opłaca się wejść w związek małżeński niż w niego nie wchodzić. Dla ludzi wierzących sakrament małżeństwa ma OGROMNĄ wartość, więc proszę go nie spłaszczać.

A, że życie w małżeństwie nie jest łatwe? Cóż, życie w ogóle nie jest łatwe.

Słowo na tapecie

1366x768

Lubię słowa i pewnie dlatego zostałam filologiem (etymologicznie filolog to ten, który miłuje słowo). Siedzieliśmy ostatnio z jednym moim znajomym księdzem przy stole i mówił o tym, że chrześcijaństwo nie jest religią księgi. Jest religią Słowa, które stało się Ciałem. Wtedy zrozumiałam prolog św. Jana

Na początku było Słowo,
a Słowo było u Boga, (…)
Słowo stało się ciałem
i zamieszkało wśród nas.
J 1, 1;14

Z pocztówek na razie nic nie będzie, ale potrzebuję czegoś do roboty ze Słowem, więc pomyślałam o tapetach na pulpit. W zamierzeniu mają pojawiać się regularnie, jednak wolę nie zapowiadać, bo różnie to bywa z mocami twórczymi. Można ściągać i się rozkoszować:)

Dzisiejszy cytat pochodzi z Księgi Rut i słowa te wypowiedziała właśnie Rut do swojej teściowej. Bardzo lubię ten fragment, bo dla mnie przez Rut mówi tutaj sam Bóg, który uzależnia się od wolnej woli człowieka i umacnia go w swojej obietnicy, że nigdy go nie opuści.

Rozdzielczości: 1980×180, 1600×800, 1440×900, 1366×768, 1280×800, 1024×768.

Różaniec – don’t talk, just pray

Z różnych logistycznych względów nie zmawiałam dziś Różańca w drodze do pracy, został mi więc na wieczór. Kiepska jestem w skupianiu się 30 minut na rozmowie z Bogiem (tłumaczę sobie, że to pewnie dlatego, że jestem kobietą, mam tysiąc myśli na minutę i wszystko łączy mi się ze wszystkim, a wszystko wynika ze wszystkiego). Kiedy zorientowałam się, że kolejny raz, dziesiątkę za moich Rodziców spędziłam na planowaniu czegoś tam, na następnej dziesiątce postanowiłam się już skupić. Postanawianie trwało 5 „Zrowasiek”, po czym o intencji przypomniałam sobie przy ostatniej. Zawsze wzbudza to we mnie poczucie bycia beznadziejną w modlitwie.

Ktoś mi kiedyś powiedział, że w każdej modlitwie, gdy człowiek wraca z zabłąkania myślowego, to Bóg się cieszy, że wrócił, a nie roztrząsa, gdzie był. I że skoro o tym człowiek myślał, to o było ważne i żeby to oddać Bogu.

Ja (raczej: Duch Święty i ja) sobie dzisiaj pomyślałam, że Różaniec to modlitwa do Boga PRZEZ MARYJĘ. Czyli ja idę do Maryji, Maryja idzie do Boga. Pojawił mi się w głowie obraz klęczącej Maryi, zwróconej w stronę Światła i modlącej się, spoglądającej od czasu do czasu na mnie, raczkującą gdzieś tam, czy aby nie poszłam za bardzo w krzaki.

b0da00e01d3ad8ac815cb5170f63217d

(nie wiem, czyj to obraz – znam go z Pinterest)

Serio?

Z narodowych języków kościelnych to znam tylko polski i trochę niemiecki. Niemiecki jest językiem, w którym nawet czyszczenie toalety można ubrać w takie słowa, że ma się wrażenie traktatu filozoficznego, więc zostawmy. W Polsce hierarchowie i – co za tym idzie – wielu (większość) księży (zwłaszcza diecezjalnych) używa starych i wytartych sekwencji (bo trudno tu mówić o zdaniach). Gdy człowiek uważniej słucha kazań, po kilku latach już na Ewangelii wie, czego spodziewać się na kazaniu. I to najczęściej są zdania prawdziwe i słuszne. W związku z tym, że poprzednia niedziela była niedzielą modlitw o powołania do kapłaństwa (BARDZO słuszna koncepcja), padło oczywiście, że księża są tacy jak społeczeństwo, bo są z ludu wzięci. Wszystko fajnie, tylko jeżeli chce się być pasterzem (a decydując się na seminarium, decyduje się człowiek automatycznie na bycie różnego szczebla jakby managerem) to trzeba być jakby pół kroku przed społeczeństwem, bo to trochę takie kółko – społeczeństwo będzie takie, jacy ich pasterze. Nie jestem socjologiem, nie badam tematu naukowo. Po prostu spotkałam kiedyś w życiu Jezusa (i ciągle spotykam) i wiem trochę jaki Jest, a często (zwłaszcza na ziemiach odzyskanych) mam poczucie, że księża (ogromna większość) niestety Jezusa nie spotkała (przynajmniej takie sprawiają wrażenie). Ostatnio w moim nowym-pewnie tymczasowym kościele parafialnym miałam ochotę wstać w środku Mszy i zawołać, że nie wiem, czy słyszeliście, ale Jezus zmartwychwstał, RADUJMY SIĘ. Wiadomo, trudno codziennie chodzić jak na haju z tego powodu – w związkach damsko-męskich euforia mija po kilku miesiącach (i dobrze, bo inaczej nikt by nie dożył do trzydziestki), przemieniając się w coś piękniejszego i trwałego. Po nawróceniu człowiek ma poczucie unoszenia się pół metra nad ziemią, ale świat jest światem i nikogo nie oszczędza, zwłaszcza tego, kto chce z niego zrobić lepsze miejsce niż jest, ale człowiek wierzący wie, Kto jest prawdziwym Królem.

Szanowni Kapłani, Jezus żyje. Pokonał ŚMIERĆ, zesłał DUCHA ŚWIĘTEGO. Dostaliście dar uzdrawiania i wskrzeszania zmarłych. SERIO.

Spotkałam w swoim życiu wielu wspaniałych kapłanów. Niektórzy to ci z pierwszych stron katolickich portali i hierarchii, ale wielu to po prostu robotnicy w winnicy Pana.

Ksiądz P. siedział kiedyś z siostrą A. w zakrystii jednego z poznańskich kościołów. Siostra A. była (jest?) bardzo nowoewangelizująca i rozmawiali akurat o tym, że kapłan przez sakrament kapłaństwa ma dar uzdrawiania. Ksiądz P. wypowiadał się mniej więcej w tonie „Tjaa…” i traktował wypowiedzi siostry A. – jak wiele razy wcześniej – z przyjacielską pobłażliwością niedowiarka. W pewnej chwili do zakrystii weszła kobieta ze swoim nastoletnim synem prosić o modlitwę kapłana nad dzieckiem, bo chore. Opowiadał mi to  sam ksiądz P. w opowiastce pt. „Jaki ja głupi byłem”. Ten sam ksiądz P. finansował pewnej parafialnej starszej pani cotygodniowe zakupy, bo powiedziała mu, że jest sama i nie daje rady. Później okazało się, że pani księdza okłamała, ponieważ regularnie odwiedzała ją i zaopatrywała córka. Trudno, stwierdził, ryzyko zawodowe. Kiedy przyszedł do niego znajomy w potrzebie finansowej, pożyczył mu – nie bez wahania. Na drugi dzień dostał od dyrektora szkoły niespodziewaną premię w dokładnie takiej samej wysokości.

Znajomi biskupa Dajczaka –  jeszcze jako biskupa zielonogórskiego – postanowili wziąć rozwód. Biskup bardzo to przeżył i gdy wieczorem wrócił do siebie do domu, ciągle zastanawiał się, co ma zrobić, żeby do tego rozwodu nie doszło. W końcu zapakował Pana Jezusa, pojechał do owych znajomych, postawił im Pana Jezusa w kuchni na stole i siedzieli tak w czwórkę całą noc. Oczywiście żadnego rozwodu nie było.

Moja kosmetyczka z Poznania opowiadała mi kilka miesięcy temu, że w jej małżeństwie źle się zaczęło dziać i nie umieją z mężem nic poradzić: „I poszłam do proboszcza. Nie mam ojca, to do kogo miałam pójść?”. Ten proboszcz taki właśnie jest – gdy przychodzisz do spowiedzi, to jakby Bóg zabijał dla ciebie utuczone ciele i wyprawiał wielką imprezę. Gdy chodził po kolędzie i wszedł do któregoś tam mieszkania, przyjęła go pewna pani. Z papierów (ech te kościelne rejestry) wynikało, że jest jeszcze jakiś mąż. Mąż leżał bardzo ciężko chory w pokoju obok, zamknięty – na własną prośbę – przed kolędującym księdzem na cztery spusty. Proboszcz nie dał a wygraną i powiedział panu mężowi, że jeżeli będzie chciał z nim kiedyś porozmawiać, to tu jest numer telefonu, przyjdzie w cywilu, bez pompy. Nie minęło kilka dni, a pan zadzwonił.

Ksiądz P.K. remontował teren przykościelny. Wynajął ekipę, ale żeby było sprawniej, skrzyknął ministrantów (lato, wakacje) i wszystkich, których się dało. Jakiś były lokalny komunistyczny prominent powiedział mu po jakimś czasie, że gdy jechał kiedyś o 7 rano po bułki, to widział księdza P.K. jak jeździł z kamieniami taczką. I że jest do jego dyspozycji.

Znam księży i środowisko, na tyle na ile świecka osoba, przyjaźniąca się z kilkoma z nich (zarówno diecezjalnymi jak i zakonnikami) może znać. Wiem o wielu rzeczach, które są w*****ce, trudne i nie tak powinno być. Łatwo nie jest. Nie wiem tylko, na ile co poniektórzy księża wiedzą, jak ważne jest dla mnie (i nie tylko) to, że styl życia świeckiego (wiem że są ludzie pracujący, którzy są codziennie na Mszy – ja nie umiem, próbowałam – albo miałam poprane i posprzątane albo byłam na Mszy) przewiduje jedną Mszę w tygodniu. Czas, kiedy przychodzę fizycznie dotknąć Boga, ale też czas, żebym posłuchała o Bogu od kogoś, kto 6 lat studiował teologię i dostał glejt od Ducha Świętego, czyli ma na wyposażeniu to, czego nie mam ja. Niestety, podczas kazania wychodzi to, czy kapłan prosi Ducha Świętego o pomoc przy przygotowaniu kazania czy nie. Czy wierzy w Boga czy nie. Czy czuje ciążącą na nim odpowiedzialność za owce czy nie. Czy jest urzędnikiem czy jest świadomy swojego powołania. Nie będzie kapłanów, jeżeli społeczeństwo nie będzie wierzyć Bogu – zgoda. Społeczeństwo nie będzie wierzyć w Boga, jeżeli kapłani nie będą mu Go pokazywać – własnym życiem i słowami Ducha.

Żeby była jasność – minusy nie przysłaniają mi plusów, sakrament kapłaństwa jest dla mnie niesamowity na równi z innymi sakramentami. Przepiękną tajemnicą jest, jak wielką moc Bóg podarował Kościołowi instytucjonalnemu. Nie przychodzę na Mszę, żeby mi motyle w brzuchu latały i żeby każde kazanie było ucztą intelektualną. Modlę się za kapłanów codziennie i bronię, kiedy trzeba (tylko wierzący świecki wie, ile razy ktoś się w pracy na niego obraził, bo się nie dał przekabacić po kolejnej usłyszanej historii grzechów jakiegoś kapłana).

Myśmy myśleli.

Gdy się biega z Różańcem wokół kuli ziemskiej przez 54 dni, to ma człowiek nieco czasu na medytację – odmawianie Różańca to wcale nie jest taka bułka z masłem, jak mogłoby się wydawać. Trudna ta sztuka rzadko mi się udaje, mimo że próby podejmuję codzienni. Czasem Duch Święty przebija się jednak przez moje rozproszenia i w monotonnym – mogłoby się zdawać – odgłosie kolejnych „Zdrowaś…”, w tajemnicach – mogłoby się zdawać – tak już znanych i przemyślanych, zauważam coś, na co przez poprzednie minione lata nie wpadłam (to jest swoją drogą to, w jaki sposób definiuję sobie żywość Pisma Świętego). Tkwiąc głęboko w Wielkim Poście, przy trzecich już tajemnicach tamtego dnia (czytaj: „Panie-Boże-jeszcze-tyle-mi-zostało-ja-już-nie-mogę”), Maria Magdalena wpadła na Jezusa w Ogrodzie po zmartwychwstaniu (to był ten – jeden z wielu – momentów postanowienia skupienia się jednak na Różańcu). Pod krzyżem Jezusa stały prawdopodobnie trzy kobiety oraz – zapewne niepełnoletni wtedy – późniejszy św. Jan Ewangelista. Następnego dnia rano po szabacie do grobu Jezusa wybrała się Maria Magdalena. Wzięła z domu, co miała wziąć i poszła (pewnie poszła zaraz jak tylko mogła). Grób znalazła pusty, rozmawiała z Aniołami (!), którzy nie zrobili na niej wrażenia, po czym zaproponowała rzekomemu ogrodnikowi, że weźmie ciało Pana, tylko niech jej powie, gdzie Go przeniósł. Ona, sama, ciało trzydziestoletniego mężczyzny. Nie roztrząsała, czy to wszystko, co się właśnie wydarzyło jest logiczne. Czy ją Jezus oszukał, czy jest zawiedziona. Kobieta, która kocha – którą uwiódł Bóg.

Kilka kilometrów zapewne dalej siedzą Apostołowie. Jedenastu chłopa, zawiedzionych i rozczarowanych. Jakby nad kartkami z dwoma równoległymi, które mają się łączyć w nieskończoności, ale im kartki nie starcza na tą nieskończoność i całość się kupy nie trzyma. Potem powiedzą, że spodziewali się, że On wybawi Izraela i że trzeci już dzień leży w grobie, mimo że były u nich kobiety, mówiąc, że grób jest pusty. Przez wiele miesięcy chodzili i widzieli, co Jezus robił. Mówił im przynajmniej trzy razy o tym, co się stanie, ALE PRZECIEŻ ONI POTEM WIDZIELI JAK GO ZABILI.

Westchnął pewnie zmartwychwstały Bóg i powiedział „No dobra…” i chodził od jednego do drugiego. Jadł, przechodził przez drzwi i pozwalał wkładać sobie ręce w rany. Uff, udało się. Równoległe się połączyły.

Biblia zawsze będzie prawdziwa, bo jest to historia życia Boga z ludźmi. Bóg jest zawsze taki sam i człowiek też. Biblia to kopalnia wiedzy o kobiecym i męskim sposobie myślenia i działania – historia relacji Boga i Człowieka czyli.

Luty

Jest mądrość Boża w tym, że luty trwa najkrócej ze wszystkich miesięcy. W tej szerokości geograficznej trwa listopad od czterech miesięcy, a lutowe znacząco dłuższe dni są realną obietnicą tego, że to tylko wydaje się, że listopad nigdy się nie kończy. W związku ze zmianami klimatycznymi może być tak, że w dzień po kwietniowej śnieżycy nadejdzie lipcowy upał w maju, ale nikogo to tak naprawdę nie martwi, bo każdy ma już dosyć.

W lutym moje ciało czuje się brzydkie i zmęczone. Szarość zewnętrzna wdarła się do środka, mimo że powłoka skórna dzielnie opierała się jej przez poprzednie miesiące listopada. Przytomność umysłu ogranicza się do kilku godzin w ciągu dnia i zaczyna się długo po 6:30, kiedy trzeba zacząć być obecnym, zwartym i gotowy na nadchodzący dzień. Za długim przesuszonym włosom nie pomaga już nawet jedwabiste serum na bazie oleju lnianego, trzeba iść do fryzjera, co otwiera rozdział pod tytułem „We Wrocławiu nie ma fajnego fryzjera, fajnym fryzjerem jest Klaudia w Poznaniu”. Buzia zamieniła mi się w jedno wielkie czerwone pobojowisko, więc trudno mi się emanuje łagodnością oraz wdziękiem, fiaskiem kończą się próby emanowania Miłością Jezusa. Wczoraj doszłam do wniosku, że sukienki jednak lepiej wyglądają BEZ rajstop (których swoją drogą jakość pogarsza się z roku na rok),  a każde buty uciskają stopy.

Dostaję smsy od Urszuli z tekstami pewnej natchnionej Alicji, która już nie żyje. W jednym z nich było napisane, by być czułym dla Jezusa. I pomyślałam, że nie umiem z siebie wykrzesać i że nie wiem jak to się robi. Chyba czułość wysiada wraz ze spadkiem formy. Nie to, żebym była dla Niego nieczuła, ale jakoś tak zawsze czuję się przez niego bujana na rękach, więc nie umiem sobie wyobrazić mnie bujającej Jego. Muszę rozkminić, na czym polega bycie czułym dla Boga.

Są takie chwile, kiedy przychodzę do pustego i ciemnego mieszkania i mówię, że nie wytrzymam. Wtedy przychodzi Pan Bóg z cukierkiem i nie mówi „Łe tam, wytrzymasz, już nie takie rzeczy…”. Przychodzi i mówi, że może spróbujmy nie wytrzymać razem. I potem jak zjem cukierka, to idę włączyć pranie albo coś. I się wytrzymuje.

Marcu, przybywaj. Jesteśmy gotowi.

P.S. Powietrze pachnie „Gorzkimi żalami”!

Wrocławski blues

Nie wyrwie się człowiek z korzeniami nigdy z żadnego miejsca, bo ludzkie korzenie zostają tam, gdzie są i już. Może sobie pęda zabrać, do wody wstawić i poczekać aż wypuści pierwsze małe korzonki, żeby potem móc zasadzić do ziemi. Słaby jest jednak ten pęd i mały, a świat taki duży i ciemny.

Chyba jestem na etapie, że trzymam tego pęda jeszcze w szkiełku z wodą i zastanawiam się, czy już aby na pewno się ukorzeni w ziemi, czy może jeszcze trochę poczekać.

Wiem już, gdzie są jednokierunkowe i gdzie nie skręcę w lewo. Przychodząc na przystanek, nie sprawdzam, który tramwajem mogę jechać do domu. Wiem, gdzie mielą mięso na życzenie (czasem mają też wołowe) i gdzie kupić nieshormonizowane kurczaki, za 55 zł filetów kilo. Ze słuchu wiem, gdzie mają atrapę Rynku Łazarskiego i gdzie kupić chleb, kiedy zapomnę wieczorem wyjąć zakwas z lodówki. Opracowałam już system wygodnego odbioru paczek i sprawnego sprzątania mieszkania. Pierwszy raz od ponad pół roku są sytuacje, gdzie nie jestem niezorientowanym i niezorganizowany głupkiem. Czuję się królową świata, gdy znam kilka dróg dojazdu do domu i wybieram tę, którą bardziej lubię. Mam swojego dentystę. Jest dobrze. Uświadomiłam sobie jednego głuchego formalnie styczniowego, ale realnie jakby listopadowego ciemnego popołudnia, że dzielną nie przestaje się być nigdy. Nie ma strachu – nie ma odwagi, nie ma trudności – nie ma zwycięstwa. Pokory nigdy nie przestanę się uczyć i poczułam się zmęczona na samą już o tym myśl. Postanowiłam jednak nie rozpaczać nad tym zbyt wylewnie i zająć się doprowadzeniem moich włosów do stanu, w którym nie będę wyglądać jak czarownica ze średniowiecza, bo się wysuszyły od pseudozimy, szala i czapki.