Nie pora umierać / No Time To Die

Duchowe, Książki

– Ale sprawdzałaś te wymiary przed zamówieniem, tak? – zapytała koleżanka, po tym jak wtargałam bardzo ciężką (zbyt ciężką jak na to, co miało być w środku) paczkę z Allegro na trzecie piętro redakcji Wydawnitwa W drodze i w końcu ją rozpakowałyśmy.

– Tak, na linijce patrzyłam…

Przed nami leżały dwie czaszki. Jedna wielkości dwóch pięści a druga większa od mojej całej głowy z włosami upiętymi w kok. Miały przyjść odpowiednio: jedna wielkości temperówki oraz druga wielkości mniej więcej pięści. Ona miała wziąć tę mniejszą, ja tę większą i miałyśmy je sobie postawić obok komputerów w pracy. Całą koncepcję szlag trafił, bo chodziło o subtelny akcent memento mori, a nie oflagowywanie biura jak statku pirackiego. Zakupy zostały w biurze, bo przecież nie chciało mi się odsyłać tych dziesięciu kilogramów czaszek do nadawcy. W końcu potrzebowałyśmy czaszek. Mniejsza trafiła na moje biurko, a większa została w pokoju koleżanki (ustawiła ją na półce regału za drzwiami, ale i tak większość osób wchodząca do pokoju ją zauważała).  

grafika – Danielle Victoria Lussier FSP

Trudno było oswoić się z widokiem czaszki przez osiem godzin dziennie, pięć dni w tygodniu. Budziła we mnie niepokój, burzyła mi pluszowy święty spokój; zagrażała i uwierała jak kamyk w bucie. Memento mori. Szukając ulgi, można taką schować do szuflady, chciałam jednak przejść przez tę wąską bramę. Miałam nadzieję, że mi spowszednieje, ale nie chciała.

Umrę i nie jestem z tego zadowolona (chcę żyć z Jezusem na ziemi, więc poproszę paruzję, po co od razu umierać?!). Jezus umarł i zmartwychwstał, czym dowiódł, że na temat umierania ma podobne zdanie do mojego (płakał przecież nawet po śmierci Łazarza!). Bałam się śmierci od dzieciństwa. Kiedyś jako mała dziewczynka stanęłam w drzwiach kuchennych dziadków i zapytałam babcię, dlaczego ludzie umierają. Powiedziała, że inaczej byłoby nas za dużo.

Chrześcijaństwo to religia życia, a Jahwe nie jest Bogiem umarłych, ale żyjących (Łk 20,38). Ta czaszka przy komputerze ma przypominać, żeby bardziej ufać Bogu niż sobie, swoim pięknym oczom, bujnym włosom, błyskotliwym ripostom i zapewnieniom innych ludzi. Bardziej Bogu niż beznadziei, bo człowiek nie kończy się na swoim ciele. Św. Ireneusz z Lyonu napisał, że chwałą Boga jest żyjący człowiek, więc nie w Jego interesie jest, by umierał.

Zastanawiałam się nad nadchodzącym Wielkim Postem od jakiegoś już czasu, bez pomysłu. Pomodliłam się. Widzę u siebie większy sens w myśleniu o poście jako o czymś, co mogłabym zrobić inaczej, żeby spędzać więcej czasu z Bogiem zamiast jako o rezygnowaniu z czegoś jako stracie. Skupiam się na zysku, bo żeby iść chociaż raz w tygodniu na porządną adorację, muszę przecież coś odpuścić. Po kilku dniach koleżanka (właścicielka ogromnej czaszki na półce) napisała, żebym szykowała się na Wielkopostnik. To program na Wielki Post z codziennymi refleksjami i miejscem na notatki. Biorę. Zobaczymy, co mi z tego wyjdzie w kwietniu. 

materiały Wydawnictwa W drodze

***

– Zostawisz mi tę czaszkę na biurku, prawda? – zapytała nowa koleżanka, gdy odchodziłam z redakcji. I znowu zostałam bez czaszki, a ciężko dostać taką wielkości temperówki…


– But you checked those measurements before ordering, right? – my colleague asked after I brought a very heavy (too heavy for what was supposed to be inside) package from Allegro to the third floor of the editorial office and I finally unpacked it.

– Yes, I checked with a ruler…

There were two skulls in front of us. One had a size of two fists and the other was bigger than my whole head with hair in a bun. They were supposed to arrive respectively: one the size of a sharpener and the other the size of a fist. She was supposed to take the smaller one, I was supposed to take the larger one, and we were to put them next to our computers at work. The whole concept was non existent anymore, because it was supposed to be a subtle memento mori accent, not flagging an office like a pirate ship. The purchases stayed in the office, because I did not want to send those ten kilograms of skulls back to the shop. After all, we needed skulls. The smaller one ended up on my desk, and the larger one stayed in my friend’s office (she placed it on the shelf behind the door, but most of the people entering the room noticed it anyway).

It was hard to get used to see a skull eight hours a day, five days a week. It made me feel uneasy, it disturbed my plush peace; it was like a threat and hurt like a pebble in a shoe. I could hide it in a drawer, but I wanted to pass through this narrow gate. I was hoping it would become more common to me, but it did not want to.

I am going to die and I am not satisfied with it (I want to live with Jesus on earth, so I would like a parousia, why dying?!). Jesus died and rose again, which proved that he had a similar opinion about dying to mine (he cried even after Lazarus died!). I have been afraid of death since childhood. Once, when I was a little girl, I stood at my grandparents’ kitchen door and asked my grandmother why people were dying. She said there would be too many of us otherwise.

Christianity is a religion of life, and Yahweh is not the God of the dead but of the living (Luke 20:38). This skull at the computer is to remind you to trust God more than yourself, more than your beautiful eyes, lush hair, brilliant retorts and other people’s assurances. Trusting God more than hopelessness, because a human being does not end with his/hers body. St. Irenaeus of Lyons wrote that the glory of God is a living man, so it is not in His interest that a man should die.

I have been wondering about the upcoming Lent for some time now, with no idea. I prayed. I see more sense in thinking of fasting as something I could do differently in order to be able to spend more time with God rather than as giving up something just for a sake of giving up. I focus on profit, because in order to go to a proper adoration at least once a week, I have to let go of something. After a few days, my friend (the owner of a huge skull on the shelf) wrote that I should get ready for this memento mori devotional. This is a Lenten program with daily reflections and a space for notes. I take it.

***

– You’re gonna leave that skull on my desk for me, right? A new colleague asked me when I was changing my job and left the editorial office. Yep, sure.

Styczeń 2021 / January 2021

Blubry, Foto, Kuchnia, Potęga codzienności / Power of everyday life

Początkiem zeszłego roku brodziłam w śniegu po kolana, gotowałam rosół w chatce na szczycie i spacerowałam po Krakowie. Do Trzech Króli widziałam się ze wszystkimi znajomymi i przyjaciółmi na południe od autostrady A4 i nabierałam podejrzeń, skoro do 6 stycznia wydarzyło się tyle dobra.

Pierwszego stycznia 2021 obejrzałam Dźwięki muzyki i wysłuchałam w radiu koncertu noworocznego. Nie pamiętam, dokąd trafiłam na mszę, czyli musiało obyć się bez traumatycznych doświadczeń liturgicznych. W kolejnych dniach dogadzałam sobie kulinarnie. Na kaloryferze, z jogurtu i śmietanki zrobiła się crème fraîche (kolejny raz będę jednak mieszała z maślanką, zamiast jogurtem, ale dzieją się cuda!), która była niezbędna do alzackiego podpłomyka (zawsze mieć boczek gotowy do akcji w zamrażalniku – jedno z postanowień na 2021). Poza tym jabłka pod kruszonką, królewski tort i pseudo smalec z fasoli (bardzo na plus). Rodzinne urodziny, gdy restauracje są zamknięte i samemu się jest restauracją. Wreszcie działający zakwas z pomocą bakterii od Rafała. Śnieg i mróz, pastéis de nata od bardzo. Jechałam pociągiem dalekobieżnym, który wyglądał, jak gdyby pierwszy raz wiózł pasażerów i byłam tym zbyt podekscytowana jak na kobietę 35+. Podróż ta skutkowała wizytą, kiedy na przemian jedliśmy i spacerowałyśmy cały dzień.

Uznałam, że nie ma większego sensu, by parafie były pod innym wezwaniem niż Zmartwychwstania Pańskiego i nie ma lepszej modlitwy niż Jezu, czyń serce moje według serca Twego. Ta ostatnia modliła mi się przez kilka dni bardzo intensywnie, co mnie cieszyło, bo miałam nadzieję, że wreszcie mam jakąś swoją modlitwę (tak jak ma się jakichś swoich ulubionych świętych, co się zawsze o nich pamięta), ale jednak poszła sobie.

Obejrzałam Wszystko jest opowieścią (przez co obejrzałam Zgagę), Fran Lebowitz: Udawaj, że to miasto (przez co obejrzałam Złote wrota) i czytałam The White Album Joan Didion (przez co obejrzałam Stąd do wieczności).

Słuchałam podcastu Jordana B. Petersona z Matthew McConaughey’m. Liczbą gromadzonych przeze mnie książek będą martwić się ci, którzy będą sprzątać po moim życiu, kiedy mnie już tu nie będzie.

Były też smutne dni, ale przecież Pan Bóg nie zabiera nigdy niczego, żeby nie dać czegoś większego. Będzie musiał się bardzo postarać w kolejnych tygodniach. BARDZO.


Oczywiście, że tuptałam kurzymi stopkami w zlewie!

At the beginning of last year, I wade knee-deep in the snow, cooked broth in a hut at the top of a mountains and walked around Cracow. Until Epiphany, I had already seen all my friends and acquaintances who live south of the A4 motorway and I was getting suspicious since so much good had happened by January 6th.

On January 1st 2021, I watched The Sound of Music and listened to the New Year’s concert on the radio. I don’t remember where I went to mass, so it must have been without traumatic liturgical experiences. In the following days I indulged myself culinary. On the radiator, yoghurt and cream turned into crème fraîche (they don’t sell it here), which was necessary for an Alsatian flammkuchen (always have bacon ready for action in the freezer – one of the resolutions for 2021). In addition, apple crumble, royal cake and a bean & onion paste (very tasty). A family birthday when restaurants are closed and you are a restaurant yourself. Finally, a working leaven with the help of bacteria from Rafał. Snow and frost, pastéis de nata from bardzo. I traveled on train (that looked like a brand new) long distance and I was way too excited about it for a 35+ woman. This trip resulted in a visit where we alternated between eating and walking all day.

I decided that it made no sense for parishes to be something other than of the Lord’s Resurrection, and there is no better prayer than „Jesus, make my heart after Your own”. That sentence I prayed for several days and was very close to me. I moped that I finally fund MY prayer (just like you have some favorite saints who inspire you and you remember them on a daily basis), but it left after several days.

I watched „Everything is a Story” (which made me watch „Heartburn”), „Fran Lebowitz: Pretend it’s a city” (which made me see „Nuovomondo”) and read „The White Album” by Joan Didion (which made me watch „From Here to Eternity”).

I was listening to Jordan B. Peterson’s podcast with Matthew McConaughey. Those who will clean up after my death will worry about the number of books I am collecting.

There were also sad days, but God never takes anything awal without gibing something bigger instead. He will have to try hard in the following weeks. REALLY HARD.

Dzień Dziadków / Grandma’s & Grandpa’s Day

Potęga codzienności / Power of everyday life

W pierwszych latach powojennych moja babcia odbierała solidne poznańskie wychowanie na Jeżycach. Podczas gdy jej siostra czepiała się tramwajów zjeżdzających do zajezdni, ona siedziała w białej sukience na skraju piaskownicy, starając się jej nie ubrudzić. W tym samym czasie mój dziadek chodził pieszo z Gądek do Poznania i grał w palanta w powojennych gruzach Łazarza. Zbierał także inne cenne życiowe doświadczenia (rozwody, snajperzy), które miały go przygotować do zawiłości dorosłości.

Wiele dziesiątek lat później, wczesnym popołudniem w dzień uczczenia Ciała Pańskiego na ulicach świata, zapukałam do drzwi dziadków. Zakluczyłam drzwi i się rozpłakałam. Babcia mnie przytuliła, a dziadek poszedł patrzeć przez okno (tak robią mężczyźni w tej rodzinie, gdy dzieje się coś niedobrego). Kilka godzin wcześniej moi rodzice (w kiepskim stylu) przypieczętowali logistycznie rozpad ich małżeństwa. Postanowiłam więc pojechać przeczekać te pierwsze chwile do dziadków (w odwiecznym porządku świata to jest to, co się robi, kiedy się jest w kłopocie).

Jakieś niewiele znaczące słowa babci, milczenie dziadka. Godziny mijały.

Przyszedł czas, by się zbierać na procesję. Gdy mocowałam się z butami, a babcia zniknęła w kuchni, dziadek sięgnął do marynarki po portfel, celując we mnie wzrokiem pełnym konspiracji:

– Masz dychę, idź na lody – powiedział szeptem i wrócił na fotel.


In the first post-war years, my grandmother received a solid Posener upbringing in Jeżyce (part of the town). While her sister was clinging to the trams going down to the depot, she was sitting in a white dress on the edge of a sandbox, trying not to get the dress dirty. At the same time, my grandfather walked from Gądki to Posen on foot and played rounders (kind of… it’s a Polish game with a bat) in the post-war ruins of St. Lazarus (another part of the town). He also collected other valuable life experiences (divorces, snipers) that were to prepare him for the complexities of adulthood.

Many decades later, on an early afternoon, on the day of the celebration of Corpus Christi in the streets of the world, I knocked on my grandparents’ door. I closed the door and cried. My grandma hugged me and my grandpa went to look out the window (that’s what the men in my family when something is wrong). A few hours earlier, my parents had logistically sealed (in a quite bad style) the end of their marriage. So I decided to go and wait those first moments at my grandparents’ (this is what you do when you have a problem – you go to your grandma’s).

Some insignificant words from my grandma were said, my grandpa didn’t break his silence. Hours were passing.

The time has come to go for the procession. As I struggled with my shoes and my grandma disappeared into the kitchen, my grandpa reached for his wallet, looking at me in a very conspiratorial way:

„Here, 10 zł. Go get yourself some ice cream.” he whispered and disappeared.

On January 21st we celebrate Grandma’s Day and on January 22nd Grandpa’s Day in Poland.

Mędrcy świata, czyli galette des rois

Duchowe, Kuchnia

Każdy dzień jest wyjątkową okazją, bo całe życie jest wyjątkową okazją, czasem jednak zdarzają się bardziej wyjątkowe okazje. Czas może sobie płynąć gdzieś obok albo można go uświęcać, celebrując te bardziej wyjątkowe okazje w bardziej wyjątkowy sposób. A że przez żołądek do serca…

Rogale świętomarcińskie, cynamonowe bułeczki na św. Łucji i galette des rois, czyli królewski tort, na Trzech Króli, czyli Objawienie Pańskie (jeszcze ładniej to Epifania). Tradycja zakorzeniona we Francji od XIII wieku. Globalizacja przyniosła go do Polski w XXI wieku jako swój posag. W nadzieniu ukrywa się figurkę małego Jezusa/migdał/kandyzowany owoc – osoba, która na nie trafi w swoim kawałku, zostaje królem.

Piekłam w zeszłym roku, w tym też zamierzam – przepis od niezawodnego Davida Lebovitza.

Potrzeba:

  • 1 szklanka (100g) mąki migdałowej
  • ½ szklanki (100g) cukru
  • szczypta cukru
  • skórka otarta z ½ pomarańczy
  • 100g niesolonego masła o temperaturze pokojowej
  • 2 duże jajka o temperaturze pokojowej
  • 2 łyżeczki rumu
  • 1/8 łyżeczki ekstraktu migdałowego (ilekolwiek to jest; ja nie daję, bo nie posiadam)
  • 450g ciasta francuskiego, schłodzonego, w dwóch częściach (patrzcie, żeby było takie bez oleju palmowego w składzie)
  • migdał/kandyzowany owoc/figurka do ukrycia w środku (nie ukrywam, bo i tak ja jestem królową)

Klajdra przed pieczeniem:

  • białko z 1 jajka
  • łyżeczka mleka

Jak:

  1. Połączyć mąkę migdałową, cukier, sól i skórkę pomarańczową. Wmieszać masło aż wszystko całkowicie się połączy. Następnie dodawać po kolei jajka, razem z rumem i ekstraktem migdałowym (David pisze, że mogą się nie połączyć idealnie, ale to też będzie dobrze). Przykryć i schłodzić.
  2. Rozwałkować jeden kawałek ciasta na koło o średnicy ok. 23 cm. Używając talerza/dna tortownicy/foremki jako szablonu, ładnie wyciąć, żeby brzeg był równy. Następnie podobnie postąpić z drugim kawałkiem ciasta. Ułożyć dwa płaty ciasta na sobie (przełożone papierem do pieczenia/folią spożywczą, żeby się nie skleiły) i chłodzić 30 minut.
  3. Następnie wyjąć wszystko z lodówki. Na jednym kawałku ciasta wyłożyć nadzienie – zaczynając od środka, zostawiając około trzycentymetrowy rant ciasta bez nadzienia. Ukryć fant, jeżeli używamy.
  4. Pozostawiony wolny rant moczymy pędzelkiem oraz przykładamy na całość drugi kawałek ciasta, przyciskając brzegi. Następnie można całość schłodzić, ponieważ na zimnym cieście francuskim wygodniej robi się wzroki (można chłodzić nawet całą noc). Dekorujemy i dociskamy brzegi jak na tym zdjęciu.
  5. Podgrzać piekarnik do 180ºC.
  6. Wymieszać ze sobą białko i mleko i posmarować wierzch ciasta (bez rantów!). Zrobić 5 otworów w górnej warstwie tortu, by para wodna miała ujście (z nadzienia w sensie).
  7. Piec 30 minut lub do momentu aż tort będzie brązowy u góry i na brzegach. (jeżeli podczas pieczenia mimo zabiegu z dziurkami, górna warstwa będzie się podnosić, można zrobić dodatkowe otwory).
  8. Tort nieco opadnie po wyjęciu z pieca, co jest normalne. Można serwować ciepłe lub ostygnięte.

Pięknego święta!


This is basically David Lebovitz’s recipe for galette de rois that can be found here.

Szczypty ekstrawagancji każdego dnia! / Let’s make this year fancy!

Blubry

Codzienność jest w każdej sekundzie dnia, w każdym uderzeniu serca i chluście krwi, wypływającym z serca. Myśli się o niej szaro i nudno, a to właśnie w niej tkwi potęga. Będzie ekscytująca, jeżeli się o to zadba. Można na przykład tak:

Amy Merrick, On Flowers, s. 154

Szczęśliwego Nowego!


How to make your everyday life a little bit fancier, according to Amy Merrick (On Flowers, page 152):

  • count rose petals,
  • dress up to visit gardens,
  • buy more flowers than you can carry,
  • write thank-you notes on personalized stationery,
  • slip sachets into dresser drawers,
  • write love letters,
  • spritz those letters with floral perfume,
  • go to the ballet,
  • keep fragrant flowers by your bedside,
  • toast with real crystal champagne coupes,
  • tie bouquets with silk ribbon,
  • eat from floral china dessert plates,
  • watch tulip twist,
  • buy a first edition of beloved book,
  • host a proper dinner party,
  • sleep on ironed pillowcases,
  • collect beautiful vases,
  • treat yourself to afternoon tea,
  • decorate a cake with icing roses,
  • bury your face in peonies,
  • gild the lily.

And one last from myself:

  • come by to a church while coming back from the grocery store and send Jesus a kiss

Happy New Year!

2020 bardziej / More of 2020

Duchowe, Foto

Co mnie cieszyło w 2020:

  • nauczyłam się od Sylwii używać więcej pieprzu,
  • upiekłam croissanty,
  • kupiłam wymarzony stół,
  • zaczęłam uczyć się kłócić i być niezadowoloną bez wyrzutów sumienia,
  • spowiadałam się u mojego spowiednika (poza jednym, bardzo smutnym, przypadkiem),
  • straciłam 10 kg,
  • miziałam znowu Leona,
  • miałam najwspanialszy pierwszy tydzień roku w całym życiu (śnieg, góry, Kraków, przyjaciele),
  • postępy na akordeonie,
  • kupiłam mieszkanie,
  • nauczyłam się small talku,
  • pierwsze siwe włosy,
  • zaprenumerowałam „Oremusa” i codziennie czytam czytania liturgiczne,
  • byłam w Płocku,
  • jadłam dużo musu czekoladowego,
  • polubiłam brukselkę,
  • memy o „Dumie i uprzedzeniu”,
  • teleporada podczas ataku rwy kulszowej,
  • śpię przynajmniej 7 godzin.

english below!


Była burza, byliśmy wszyscy mokrzy, a niektórzy wystraszeni. / There was a storm and we were all wet and somebody was very scared.
Chodziłam z nim po mazowieckich łąkach i wyobrażałam sobie, że jesteśmy w powieści Jane Austen. / I walked him among the masovian meadows pretending we are in a novel by Jane Austen.
Z Agą. Dużo różowego nosiłam. / I wore a lot of pink.
Kawa z tatą / Coffe with my dad.

Highlights of 2020:

  • I learned from Sylwia how to use more pepper while cooking,
  • baking croissants,
  • buying my dream table,
  • I started to learn to argue and be dissatisfied without remorse,
  • confessions (except for one, a tragic one) to my confessor,
  • losing 10 kg,
  • petting Leon,
  • the greatest first week of the year in my whole life (snow, mountains, Cracow, friends),
  • progress on the accordion,
  • buying a flat,
  • learning how to do small talk,
  • first gray hair,
  • Subscribing to „Oremus” (a little monthly book with all the mass readings) and read liturgical readings every day,
  • visiting Płock,
  • ate a lot of chocolate mousse,
  • started to like Brussels sprouts,
  • memes about „Pride and Prejudice”,
  • medical advice via phone (due to pandemic) during an attack of sciatica,
  • sleeping enough.

Katolicki prezentownik książkowy / Catholic books gift guide

Duchowe, Książki

Od Zuzanny Radzik przez Małgorzatę Terlikowską do Thomasa Mertona. Poniższa lista to książki o tematyce katolickiej, które w ostatnich (dwóch) latach okazały się bardzo pomocne w mojej drodze do domu.

Od lat już chciałam coś takiego przygotować przed Świętami (AMEN dla urlopów w listopadzie w czasie soft lockdownu!). Nadają się tak naprawdę na prezenty dla każdego – także dla duchownych (a z pomysłami na prezent dla nich często bywają problemy).

  1. Zuzanna Radzik, Emancypantki. Kobiety, które zbudowały Kościół (Wydawnictwo WAM) – sporo ciekawych informacji o konkretnych kobietach z początków chrześcijaństwa. Solidnie przygotowana – warto dla merytorycznych faktów.
  2. Véronique Olmi, Bakhita (Wydawnictwo Literackie, tłum. Katarzyna Marczewska) – świeckie wydawnictwo wydało biograficzną powieść o nietuzinkowej kobiecie, którą Kościół katolicki ogłosił świętą. Budząca natchnienie historia życia afrykańskiej niewolnicy, która nigdy nie przestała być dobra i łagodna mimo doznanych krzywd.
  3. Mark Twain, Joanna d’Arc (Wydawnictwo PAX, tłum. Katarzyna Ciarcińska) – wedle relacji i komentarzy autor był nastawiony antykatolicko i antyfrancusko, a jednak kilkanaście lat trwała jego fascynacja francuską świętą. Sam Twain uważał ją za najważniejszą książkę, jaką napisał. Wartka akcja i błyskotliwy narrator. Uczta.
  4. Małgorzata Terlikowska, Dzięki Bogu jestem zakonnicą! Historie spełnionych kobiet (Wydawnictwo Esprit) – 13 otwierających oczy, poszerzających horyzonty i uskrzydlających rozmów z polskimi zakonnicami. W tym także z jedną Brytyjką, która jako baptystka przyjechała do Polski blisko 25 lat temu uczyć angielskiego i o tym jak to jest, gdy siostra zakonna idzie na mszę z bobasem w wózku.
  5. Paweł F. Nowakowski, Maria Magdalena. Historia Najbardziej tajemniczej kobiety w Biblii (Wydawnictwo Znak) – solidnie opracowany portret Marii Magdaleny, umieszczony w szerokim kontekście.
  6. Maria Miduch, Kobiety, które kochał Bóg (Wydawnictwo WAM) – pysznie opowiedziane historie biblijnych kobiet: Ewy i Sary, Anny i Estery, Miriam i Rut, Judyty i Batszeby, Hagar i Tamar, Sefory (tak, etymologia nazwy sieci perfumerii jest biblijna) i Rachab, Debory i Jael, Elżbiety i Miriam.
  7. Michał Zioło OCSO w rozmowie z Katarzyną Kolską i Romanem Bieleckim OP, Po co światu mnich? (Wydawnictwo W drodze) – Katarzyna Kolska i Roman Bielecki OP umieją przeprowadzać wywiady, a Michał Zioło OCSO to nietuzinkowy, twardo stąpający po ziemi dwudziestopierwszowieczny mnich.
  8. Thomas Merton OCSO, Siedmiopiętrowa góra (Wydawnictwo ZYSK I S-KA, tłum. Maria Morstin-Górska) – autobiografia Mertona, od dziesiątek lat światowy beststeller. Biskup Robert Barron powiedział, że to książka, która zmieniła jego życie, gdy miał 16 lat. Merton pokazuje, że wrażliwość to bardzo męska cecha.
  9. Tomasz Gałuszka OP (w drugiej części w rozmowie z Marcinem Jakimowiczem), Odnowa w łasce. Teologia charyzmatów św. Tomasza z Akwinu (Wydawnictwo Esprit) – ten tytuł tylko tak złowrogo brzmi. Nawet sobie nie zdajecie sprawy jak charyzmatyczny był św. Tomasz w tym swoim średniowieczu. Ta książka to katolicka balanga.

Można też sprezentować prenumeratę miesięcznika W drodze (dostępna również w wersji elektronicznej)!

P.S. W przededniu otwarcia się rajskich wrót konsumpcji czarnego piątku warto pomyśleć o tym, żeby kupić książki bezpośrednio od wydawnictw. Wtedy jest to dla nich najbardziej korzystne (w 2020 nie było możliwości sprzedaży bezpośredniej podczas targów czy spotkań).


In this gift guide I wanted to show Catholic books that had impact on me in the last two years.

Sorry to inform my English speaking Readers that the majority of the above mentioned books was written in Polish and they aren’t available in English.

The three that you can reach out to are:

  1. Véronique Olmi, Bakhita: A Novel of the Saint of Sudan – inspiring and enchanting story of an African slave who became a Catholic saint.
  2. Mark Twain, Joan of Arc – Twain said once, that this is his most important novel. He had been fascinated by the French saint for 12 years.
  3. Thomas Merton, The Seven Storey Mountain – I read it finally, because bishop Robert Barron talked that we could read something from the classics at the beginning of the first lockdown. And he named Merton. And he said this book changed his life when he was 16. Merton show that being vulnerable is a very masculine thing.

Dlaczego jestem w Kościele katolickim i w nim zostaję / Why am I in the Catholic Church and I’m not going anywhere

Duchowe, Foto

Chciałam o tym napisać już wcześniej (gdy ukazał się tekst Sławomira Jastrzębowskiego). Jakoś mi jednak zeszło i zostało w tematach na liście „do zrobienia”. Temat wiary przewijał się już pewnie na blogu nie raz (blog ma 10 lat, także…), ale kolejny raz nie zaszkodzi.

To nie jest tak, że będąc w Kościele osiągnę w życiu więcej; że mam dostęp do jakieś wiedzy psychologicznej o sobie i o świecie, do której nie można dojść innymi ścieżkami. Chodząc do kościoła nie zaspokajam w głównej mierze swojej potrzeby psychologicznej. Miło jest oczywiście pobyć w pięknym wnętrzu (o czym pisałam ostatnio), posłuchać inteligentnego kaznodziei, spowiadać się u inteligentnego człowieka, ale msza ma taką samą wartość, gdy odprawiana jest w obrzydliwym kościele przez przynudzającego/irytującego kapłana. Bo jestem w Kościele dla Boga i z powodu Boga. Spotkałam w nim fantastycznych ludzi, którzy pomogli mi stać się lepszą. Poznałam też wspaniałych ludzi, którzy nie są wierzący i pomogli mi stać się lepszą. Kościół to nie jest psychoterapia i miły styl życia, który ma mnie prowadzić do spełnienia i zadowolenia z siebie. Spotkałam w Kościele chamów i ludzi, którzy robią dużo zła. Poza Kościołem też spotkałam. Przynależność do Kościoła nie zwalnia z odpowiedzialności, zachęca do samorozwoju oraz poznawania świata. Przynależność do Kościoła nie jest odblaskową naklejką, żeby nas w nocy samochód nie rozjechał. Ślub kościelny jest gwarantem tylko i wyłącznie tego, że się chce budować życie z Bogiem. Nie tego, że drugie nie zwariuje, nie zachoruje, nie zdradzi, nie będzie stosować przemocy, że będzie dużo pieniędzy, dużo zdrowych dzieci, a rodzice u kresu swojego życia po prostu położą się pewnego wieczora i odejdą do Pana we flanelowej pościeli, pachnący, z wplecionym między palce u dłoni Różańcem. Pan Bóg nie jest maszyną do zaspokajania moich zachcianek; On buduje na naturze.

Jestem w Kościele, ponieważ uważam, że daje mi możliwość i środki dotarcia najbliżej Boga na ziemi. Zakłada to osobistą relację z Bogiem i czyni ją niezbędną (wielu kapłanów, katechetów i rodziców nie ma o tym pojęcia, co tę całą drogę czyni jeszcze bardziej wyboistą). Można poczytać św. Teresę z Avila, św. Tomasza z Akwinu, św. Ignacego Loyolę, by przekonać się o niesamowitej samoświadomości, przypisywanej dzisiaj głównie zdobyczom nowoczesnej psychologii i psychoterapii, którą Pan Bóg pomógł im zdobyć. Pomógł, bo nie zesłał im żadnego objawienia o nich samych, oświetlił im drogę, ale oni sami chcieli (z jakichś powodów) i poszli, zmieniając potem świat. Zaczęli jednak od siebie, oświetlani przez Ducha Świętego.  Bo Pan Bóg jest Kimś poza mną. Jego Kościół trwa już ponad 2000 lat, a On sam wcześniej mówił przez tysiące lat do Izraela. Ja umrę, Ty umrzesz, a on dalej będzie.

Czy czuję się mniej samotna, wierząc? W pewnym sensie tak, ale nie w takim, w jakim można by sądzić. Znam bardzo niewiele osób, z którymi mogę się podzielić swoją duchowością i sposobem jej przeżywania. To raczej świadomość obecności Pana Boga (aniołów, świętych, itp.) zmniejsza poczucie samotności. Oczywiście ogromną radością są dla mnie moi przyjaciele, ale nie wszyscy oni są wierzący. Będąc katolikiem, w świecie jest się jeszcze bardziej samotnym, niż nim nie będąc. Czy mniej się boję, wierząc? Pewnie tak, ale to nie działa jak automat. Różne lęki dopadają mnie od czasu do czasu i nie znikają jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki. Mam poczucie sensu mojego życia bez względu na warunki zewnętrzne, ale tylko i wyłącznie dlatego, że skoro Pan Bóg mnie wymyślił, to znaczy, że moje życie ma sens. Pan Bóg nie robi rzeczy bez sensu, zasobami zarządza oszczędnie. Czy zwalnia mnie to z krytycznego myślenia? Nie. Jeżeli czegoś nie rozumiem, to się modlę, żeby zrozumieć. Nie przychodzi od razu, ale nauczyłam się nie przeganiać wtedy Pana Boga szmatą. Mam bardzo konkretne doświadczenie Pana Boga w moim życiu w przeszłości. Takie, że nie mogło mi się coś tam wydawać i że planety się ułożyły w jakąś konstelację, a księżyc patrzył zza winkla. Czy miewam wątpliwości? W pewnym sensie tak, ale wtedy trzymam się tych faktów z przeszłości. Ostatnie miesiące pokazały mi, że im bardziej otworzę się na Boga, im bardziej zostawię Mu pola, tym więcej dowiaduję się o sobie, tym bardziej sobą się staję. Im więcej Boga w życiu, tym więcej mnie. Bóg mnie wymyślił i są takie rzeczy na świecie, które mogą się wydarzyć tylko przez to, że ja istnieję. Dotyczy to każdego człowieka. KAŻDEGO.

Na koniec jeszcze ważny akapit w dobie ujawnianych faktów. Mam nadzieję, że wszystkie zbrodnie kapłanów ujrzą światło dzienne i winni zostaną surowo ukarani. Skala zjawiska i zmowa milczenia przerażają. Czy moja wiara przez to słabnie? Wiara w człowieka tak, ale wiara w Boga nie. Nie znalazłam innego sposobu na zbliżanie się do szczęścia bardziej niż w Kościele katolickim (a szukałam). Kościół nie jest klubem dyskusyjnym, w którym panuje demokracja. Kościół nie zależy od moralności biskupów.


This topic of faith has probably appeared on the blog more than once (the blog is 10 years old, so …), but it won’t hurt anybody doing it again.

It is not that by being in the Catholic Church, I will achieve more in my life; that I have access to some psychological knowledge about myself and the world that cannot be accessed through other paths. When I go to church, I don’t mainly satisfy my psychological need. It is nice, of course, to be in a beautiful interior (which I wrote about recently), listen to an intelligent preacher, confess to an intelligent man, but the mass is of equal value when it is celebrated in a disgusting church by a boring / annoying priest. I am in the Church for God and because of God. I here met fantastic people who helped me become better. I also met wonderful people who don’t believe in God and they helped me become better. The Church is not psychotherapy and a nice lifestyle that is supposed to lead me to fulfillment and satisfaction. In the Church I have met people who do a lot of evil as well. Outside the church, I also met some. Belonging to the Church doesn’t absolve me from any responsibility but encourages self-development and learning things about the world. Belonging to the Church isn’t a reflective sticker, so that the car doesn’t run you over us at night. A church wedding guarantees only that you want to build a life with God. Not that the your spouse won’t go crazy, won’t get sick, won’t cheat, won’t use violence, there will be a lot of money, a lot of healthy children, and your parents will simply lie down one evening at the end of their lives and go to the Lord in flannel sheets, fragrant, with a Rosary woven between the fingers. God isn’t a machine to satisfy my whims, He builds on nature.

I am in the Church because I believe that it gives me the opportunity and tools to get closest to God on earth. This presupposes a personal relationship with God and makes it indispensable (many priests, catechists and parents have unfortunately no idea of ​​this, which makes the whole road on earth even bumpier). You can read St. Teresa of Avila, St. Thomas Aquinas, St. Ignatius of Loyola to find out about the incredible self-awareness, attributed today mainly to the achievements of the modern psychology and psychotherapy, which God helped them acquire. I mean helped because he didn’t send them any revelation about themselves, he lighted the path for them, but they wanted it (for some reasons) and they went and eventually changed the world. However, they started with themselves, illuminated by the Holy Spirit. Because God is something beyond me. His Church has been going on for over 2,000 years, and he has spoken to Israel for thousands of years before. I will die, you will die, and the He is going to still be there.

Do I feel less lonely believing? In some way yes, but not as one might think. I know very few people with whom I can share my spirituality and the way I live it. Rather, it is the awareness of the presence of God (angels, saints, etc.) that reduces the feeling of loneliness. Of course, my friends are a great joy for me, but not all of them are believers. Being a Catholic makes you even more lonely in the world than you are without the faith. Am I less afraid because of my faith? Probably yes, but it doesn’t work like a machine. Various fears hit me from time to time and they don’t disappear magically. I have a sense of purpose of my life regardless of external conditions, but only because God created me, so it means that my life makes sense. God doesn’t do nonsense. Does my faith relieve me of critical thinking? No. If I don’t understand something, I pray to understand. It doesn’t come right away, but I’ve learned not to chase God away with a rag. I have a very concrete experience of God in my life.  Do I have doubts? In a way, yes, but then I stick to these past facts. The last few months have shown me that the more I open up to God, the more I leave him fields, the more I learn about myself, the more I become myself. The more God in life, the more me. God made me up, and there are things in the world that can only happen because I exist. This is true for each human being. EACH.

Finally, an important paragraph in the era of the facts that are being disclosed. I hope that all the crimes of the priests will see the day light and that the guilty will be severely punished. The scale of the phenomenon and the omerta are terrifying. Does this weaken my faith? Faith in a human being yes, but not faith in God. I found no other way to get closer to happiness than in the Catholic Church (and I was looking for it, believe me). The Church is not a democratic discussion club. The Church doesn’t depend on the morality of the bishops.

Ważne, widoczne dla oczu / The visible to eyes is important

Duchowe, Foto

W szkole podstawowej nauczycielka opowiadała nam, że gotyckie katedry we Francji budowano tak jak budowano, żeby ukazać potęgę Boga. Że miały być tak bardzo wysokie, żeby sięgać nieba. Nie rozumiałam wtedy tego w ogóle. Nie rozumiałam, w jaki sposób ma mi to pomóc Go poznać (nie, że jakoś nie mogłam spać, szukając sposobu na poznanie Go, tak po prostu).

W 2000 roku pojechałam do Paryża. Nosiłam wtedy długie powłóczyste sukienki i skórzane hipisowskie sandały, byłam niewierząca. Pewnego dnia weszłam do katedry Notre Dame i dzisiaj wiem, że wtedy poczułam i poznałam to, o czym mówiła nauczycielka i że ludzie w średniowieczu to jednak wiedzieli, co jest na rzeczy. Wtedy mi było po prostu fizycznie przyjemnie – lubiłam to, co witraże robiły ze światłem; lubiłam odgłos, który wydawały moje sandały, gdy szłam. Lubiłam tę wysokość i przestrzeń oraz zakamarki. Czułam się ogarnięta i otulona; bezpieczna, a jednocześnie częścią wielkiej całości. Nie wiem, kiedy powstało to wypaczenie, które kazało dorosłym wokół mnie uczyć mnie, by nie ufać zmysłom, skoro to one są często właśnie drogą poznania Boga (i poznania w ogóle, ale to już wątek na inny tekst).

To, co pierwszy raz poczułam 20 lat temu w Paryżu czuję też czasem ciągle dzisiaj. W starych kościołach, nowe budynki tego nie umieją. Na przykład w poznańskim kościele św. Wojciecha to czuję. Kilka tygodni przed europejską edycją pandemii dotarło do mnie, że podczas mszy czuję się tam jakby poza czasem i poza światem. Nie na zasadzie ucieczki, ale w centrum świata i poddana czasowi, ale równocześnie jakby ponad nimi.

Odczułam to także kilkanaście dni temu w katedrze w Płocku, do której weszłyśmy przypadkiem (po tym jak zobaczyłam w Muzeum Mazowieckim, które było naszym głównym celem, projekt polichromii Mehoffera do płockiej katedry – wcześniej nie spodziewałam się po niej niczego godnego uwagi, o ja głupia i uprzedzona). Zakochałam się totalnie, to jest moja ulubiona polska katedra.

In my elementary school,  teacher told us once that Gothic cathedrals in France were built the way they were built to show the power of God. That they were supposed to be tall enough to reach the sky and to show His power. I didn’t understand it at all then. I didn’t understand how it was supposed to help me get to know Him (not that somehow I couldn’t sleep at Wight looking for a way to know Him, but you know – just like that; not my love language).

In 2000, I went to Paris. Back then, I was wearing long flowing dresses and leather hippy sandals, I was a fresh turned atheist. One day I entered the Notre Dame cathedral and today I know that then I felt and understood what the teacher was talking about and that people in the Middle Ages knew what was going on. Back then, it was Just a physicall pleasure to walk through it – I liked what the stained glass did to the light; I liked the sound my sandals made as I walked. I liked the height and space and nooks and crannies. I felt embraced and wrapped; safe and at the same time part of a great whole. I don’t know when people decided to teach me not to trust my senses, since they are often the way to know God (and not only God, but generally senses are great).

What I felt for the first time 20 years ago in Paris, I can still feel today sometimes. In old churches, new buildings can’t do that. For example, in the St. Adalbert’s church in Poznan I am able to feel that. A few weeks before the European edition of the pandemic, it occurred to me that during the mass there I feel as if I was out of time and out of the world. Not as an escape, but in the center of the world and subject to time, but also above them.

I also felt it some days ago in the cathedral in Płock, which we entered by accident (after I saw a note in the Mazovian Museum, which was our main goal, the design of Mehoffer’s polychrome for the Płock cathedral – previously I didn’t expect anything worth paying attention to there, but I was stupid and anticipated). I totally fell in love, this is my favorite Polish cathedral.