Trudności / Difficulties

Pociągając smutne kwestie, dzisiaj o trudnych aspektach życia solo.

|NIE JEST SIĘ DLA NIKOGO NAJWAŻNIEJSZYM|

To jest bardzo bolesne. Żadnego mojego awansu ani podwyżki nie miałam z kim świętować, czasem nawet urodzin. Nie to, że rodziców i dziadków to nie obchodzi, tylko obchodzi inaczej niż by się chciało. Nikt na Ciebie nie czeka, nikt Cię nie odbiera z dworca.

Rozwiązałam to pracując nad świadomością, że dla Boga jestem najważniejsza na świecie. Jezus nigdy nie zastąpi ukochanego/męża (nie odbierze Cię z dworca), ale bardzo realnie może pomóc przeżywać samotność.

*Zdaję sobie sprawę, że to brzmi kościółkowato i banalnie, ale mnie naprawdę pomogło przyjęcie tego tak na serio, do krwi. Że cierpienie przeżywane z Jezusem rozszerza serce, zwiększa empatię i robi z nas lepszego człowieka. Potraktowanie Jezusa tak realnie jak realnie traktuję np. Marysię.*

|NIKT CIĘ NIE DOTYKA|

Są jakieś badania amerykańskich naukowców, które stwierdzają, ile dotyków dziennie człowiek potrzebuje. Osoba, która żyje solo bardzo często dostaje zero albo grubo poniżej uśrednionej normy.

*Wiem, że są mamy, które marzą o tym, by ich przez chociaż kwadrans nikt nie dotykał ani nie wołał – możecie ofiarować w intencji osób, które żyją same.*

Lekarstwem są przyjaciółki, które są świadome powyższego. Trzeba po prostu iść i powiedzieć, że potrzebuje się człowiek przytulić. Długie przerwy źle robią na życie.

|ŚWIADOMOŚĆ, ŻE MOŻNA NIGDY NIE ZOSTAĆ MAMĄ|

Zegar biologiczny tyka i jest bezlitosny. Trwałam w poczuciu tymczasowości mojego życia z założeniem „że to przecież w końcu przestanie tak być”. Że może wtedy, tam za rogiem czeka zmiana. Nie czekała. Przyszedł moment, że usiadłam i powiedziałam sobie tak realnie, że może się zdarzyć, że nigdy nie będę mamą. Bolało, bardzo mocno. To jednak uwalnia od życia w iluzji i trwania w poczekalni aż cię wreszcie wywołają. Życie kobiety bezdzietnej nie jest mniej warte niż życie mamy. Kobietą jest się w pełni także wtedy, gdy dzieci się nie posiada. Jeżeli ktoś twierdzi inaczej, to kłamie. Tę tęsknotę można ofiarować w różnych intencjach, jak każde cierpienie. Ważne, by nie urosło do rozmiarów przysłaniających inne aspekty życia. Nie chodzi o to, by popadać w fatalizm, tylko po prostu oswoić się i podchodzić do każdego wariantu bez rozpaczy.

DSC01915

|PYTANIA RODZINY (i ZNAJOMYCH, jeżeli ma się niefajnych)|

Coś, co mnie na szczęście omija, ponieważ w mojej najbliższej rodzinie do obowiązku sparowania podchodzi się raczej z dystansem. Uratować życie może wtedy jedynie solidne poczucie własnej wartości i asertywność. Wyobrażam sobie, że mogą być w rodzinie osoby, które nie przestaną pytać ani „doradzać”. W moim przypadku skończyłoby się niestety na pewno bardzo drastycznym ograniczeniem kontaktów, bo wiem, że na niektórych nie ma rady.

|BANK|

Dla banku w kontekście kredytu jest się najniżej w hierarchii, emeryci są bardziej wiarygodni niż stara panna.

Powiedział mi to doradca kredytowy. Oczywiście użył łagodniejszych słów. Nie jestem jakąś orędowniczką lichwy i zadłużania się do końca życia. Kiedy jednak nie pochodzi się z rodziny obszarników i żyje się z jednej pensji, trudno uciułać.

Następny wpis już będzie nieco bardziej optymistyczny.

Dlaczego to piszę

Część pierwsza


Difficult aspects of solo life:

|THERE IS NOBODY FOR WHOM YOU ARE THE MOST IMPORTANT PERSON|

This is very painful. I didn’t have anybody to celebrate my promotion or rise with, sometimes even my birthday. Not that parents and grandparents don’t care – they do, but in a different way. Nobody is waiting for you, nobody picks you up from the train station.

I solved this by working on the awareness that for God I am the most important in the world. Jesus will never replace your beloved / husband (he will not pick you up from the station), but he can really help you survive loneliness.

* I realize that it sounds „churchy” and banal, but it really helped me when I started thinking about Jesus as a fellow living person like e.g. my friend Marysia. The suffering experienced with Jesus extends the heart, increases empathy and makes you a better human being.*

| NOBODY TOUCHES YOU|

There are some studies of American scientists who state how many touches a person needs per day. A person who lives solo very often gets zero or well below the average norm.

* I know that there are moms who dream of not being touched or not being called by anyone for a quarter of an hour – you can offer it up for people who live alone. *

The cure for this is friends who are aware of that above. You just have to go and say that you need a hug. Don’t take long breaks.

|BEING AWARE THAT YOU CAN NEVER BE A MOM|

The biological clock is ticking and it’s ruthless. I live in the sense of temporariness of my life with the assumption that „after all it will stop to be this way”. That maybe then, there is a change waiting around the corner. There wasn’t. The moment came that I sat down and told myself so realistically that it could happen that I would never be a mum. It hurt, very much. This, however, freed me from life in illusion and the feeling I in a waiting room until they finally call me. The life of a childless woman is not worth less than the life of a mother. A woman is also fully a woman without having a child. If someone says otherwise, he’s lying. You can offer this longing in various intentions, like every suffering. It is important that it doesn’t grow to dimensions that obscure other aspects of life. It isn’t about falling into fatalism, but simply getting used to this option and approaching every variant without despair.

|QUESTIONS FROM FAMILY (and FRIENDS, if they aren’t cool friends) |

Something that, fortunately, bypasses me, because, in my family, the obligation to have somebody is approached with a distance. I think the only resolution is solid self-esteem and being assertive. I imagine that there may be people in your family who don’t stop asking or „advise”. In my case, unfortunately, it would definitely end up with limiting the relationship with this part of my family.

| BANK |

For the bank, in the context of a loan, you’re the worst potential client, the pensioners are more credible than you (at last in Poland).

This is what a credit adviser told me, of course, he used nicer words. I’m not an advocate of usury and indebtedness for the rest of your life. However, when you don’t come from a family of landowners and live on a single salary, it is difficult to get along.

This is the last entry about shadows, the next one will be all about the bright sides of solo life.

Reklamy

Pułapki samotności / Traps of loneliness

Wokół osób małżeńsko niezrzeszonych krąży trochę stereotypów. Pewnie istnieją opracowania psychologów, dlaczego pewne procesy w głowach ludzi żyjących solo zachodzą. Mieszkając samemu, nie ma się lustra w postaci innych domowników. Nastrój, zmęczenie czy też choroba innych nie ma na starą pannę wpływu. Jeżeli zostawi się w kuchni posprzątane przed wyjściem do pracy, to jak się wraca dalej posprzątane jest. Jeżeli się zostawi bałagan, to bałagan dalej oczywiście będzie. Nikt ci niczego nie podbiera, nie wchodzi w obłoconych butach na wymytą podłogę.

Processed with VSCO with a5 preset

Patrząc na różne panie, które żyją solo (i oczywiście na siebie samą), zauważyłam kilka pułapek, w które łatwo wpaść:

|ŻYCIE ZAWODOWE|

Przesunięcie pracy zawodowej w centrum swojego życia i poświęcanie jej 120% swojego czasu (to oczywiście dotyczyć może każdej kobiety, także żony i mamy). W związku z brakiem poczucia spełnienia w życiu prywatnym, szuka się bodźców, gdzie to spełnienie i czucie się potrzebną znaleźć można. Praca zawodowa świetnie się do tego nadaje.

Pewnie są zawody, gdzie tak trzeba. Pewnie są bardzo konkretne osoby, które tylko dzięki temu, że żyją solo, są w stanie być aniołem dla świata. I to jest super. Mniej super jest, gdy wynika to z chęci zagłuszenia w sobie bólu i tęsknoty.

Przeczytałam kiedyś artykuł na jednym z katolickich portali, że pracodawcy nowoczesnych firm bardzo cenią „ustabilizowaną” (mąż/żona + dzieci) sytuację życiową swoich pracowników. Po pierwsze, fakt posiadania lub nieposiadania dzieci i stan cywilny nie mogą (zgodnie z polskim prawem) (i logiką) mieć wpływu na ocenę pracy pracownika (przecież co ma piernik do wiatraka?). Po drugie, gdy nie założyło się rodziny, nie oznacza to, że sytuację ma się nie ustabilizowaną.

Osoby nie posiadające męża/dzieci mają prawo do spędzania swojego czasu wolnego poza pracą. Obarczanie właśnie ich nadgodzinami, ponieważ „przecież nie muszą zajmować się domem i dziećmi” jest dyskryminacją.

|WIĄZANIE SIĘ Z KIMŚ, BYLE NIE BYĆ SAMĄ|

Fakt zakończenia pewnego związku w przeszłości nie napawał mnie szczególnym smutkiem. Smutek poczułam dopiero w momencie, kiedy uświadomiłam sobie, że będę (znowu) sama. Solo byłam (i jestem) szczęśliwsza niż tkwiąc w tamtej relacji. Bycie solo niesie ze sobą inne problemy niż bycie w parze. Wiązanie się nie jest lekarstwem na całe zło. Naprawdę lepiej jest być samą niż związaną z nieodpowiednim człowiekiem. To nie daje szczęścia, zamyka w więzieniu jeszcze bardziej. [temat rozwinę w następnym wpisie, więc tutaj tylko chciałam to zaznaczyć – proszę się nie irytować z powodu pozornych komunałów i banałów!]

|CZEKANIE „AŻ SIĘ ŻYCIE ZACZNIE”|

Życie trwa. Pan Bóg nie uzależnia powodzenia niczyjego życia od wyjścia za mąż. Istniejemy na świecie, bo Bóg nie chciał Go bez nas. Zadaniem człowieka jest pełnić wolę Bożą i czynić sobie ziemię poddaną. Nie znaczy to, że nasze pragnienia nie mają znaczenia – mają. Instynkt macierzyński, potrzeba poczucia spełnienia i bezpieczeństwa są przecież naturalne (co nie znaczy, że każda z pań odczuwa je tak samo). Uświadomiłam sobie kilka miesięcy temu, że za chwilę (no dobra, dłuższą chwilę) skończę 40 lat. W mojej głowie wyznacza to umowną połowę życia. Połowa życia spędzona na smutku i czekaniu aż się życie zacznie? Nie, dziękuję – chyba jednak nie o to Bogu chodziło.

|SZUKANIE PRZYCZYN|

Bardzo wyczerpująco mówi o tym ojciec Adam Szustak tutaj. Po długim (wieloletnim) namyśle ufam jego osądowi, bo sensowniejszego nie znalazłam. Nie szukam, po prostu żyję i patrzę w przyszłość.

|WMAWIANIE SOBIE POWOŁANIA DO ZAKONU|

Nie potrafię wytłumaczyć na czym polega rozeznawanie powołania. Nie wiem, jakie modlitwy są skuteczne i skąd się wie. Szczera relacja z Bogiem jest niezbędna. Rozeznać można tylko na modlitwie. W jakimś sensie ciśnie mi się na usta, że się to „czuje”. Na pewno argumentem nie jest bycie solo. Powołanie do zakonu lub do życia małżeńskiego daje Pan Bóg jako najlepszą drogę dla konkretnej osoby. Takie decyzje nigdy nie powinny wynikać z „braku laku”.

|POGRĄŻANIE SIĘ W ROZPACZY|

Rozpacz jest szatańską pokusą i należy się modlić o rozeznanie, kiedy nadchodzi i krąży jak lew ryczący. Tylko Bóg sam jeden wie (bo ja nie pamiętam), ile dni i nocy przepłakałam, ile miesięcy ciurkiem pogrążona byłam w beznadziei. Nie warto. Robią się wory pod oczami i traci bardzo dużo cennego czasu. [temat rozwinę w następnym wpisie, proszę się wstrzymać z oskarżeniami, że łatwo mi mówić – NIE JEST ŁATWO]

|NIENAWIŚĆ DO MĘŻCZYZN I DEMONIZOWANIE MACIERZYŃSTWA|

Kiedy już polubi się swoje staropanieństwo i nauczy się doceniać jego blaski może się zdarzyć, że wyobrażenie o zmianie tego status quo napawa strachem i sprzeciwem. Czasem składa się, że przyjaciółki i znajome opowiadają o różnych małżeńskich i macierzyńskich trudnościach i się odechciewa od samego słuchania i wyciągania wniosków. Warto jednak pamiętać, że te opowieści to jedna strona medalu i mieć świadomość, że ta ścieżka jest również trudna, ale ma w sobie piękno, którego nie widać czasem na pierwszy rzut oka.

Ktoś ma jeszcze jakieś na podorędziu?


There are some stereotypes around unmarried people. Probably there are studies of some American scientists, explaining why certain processes are taking place in the heads of people living solo. When you live alone there is nobody in the house who can show you your shortcomings. The mood, fatigue or illness of others have no effect on you. If you leave the kitchen cleaned before going to work, it is clean when you come home. If you leave a mess, there is still the same mess in the afternoon.

Looking at different ladies who live solo (and of course at myself), I’ve noticed several pitfalls that are easy to fall into:

|PROFESSIONAL LIFE\

Shifting your work at the center of your life and dedicate it 120% of your time (this, of course, can happen to every woman, including wife and mother). In connection with the lack of a sense of fulfillment in private life, we look for stimuli, where this fulfillment can be found. Professional work seems to be perfect for filling this void.

Sure there are professions where you have to act so. Sure, there are very specific people who, thanks to the fact that they live solo, are able to be angels to the world. And that is great. It is less cool when it’s a result of the desire to drown out pain and longing.

I once read an article on one of the Catholic portals that the management of modern companies appreciate the „stabilized” life situation (husband/wife + children) of their employees’. First of all, the fact of having or not having children and your marital status cannot (according to the Polish law) (and logic) affect the assessment of the employee’s work. Secondly, when you didn’t start your own family, it doesn’t mean that your situation is unstable.

People who don’t have husband/children have the right to spend their free time outside of work as well. Charging them with overtime because they „do not have to deal with home and children” is discrimination.

|BEING IN A RELATIONSHIP ONLY NOT TO BE ALONE|

The fact of ending a certain relationship in the past didn’t fill me with particular sadness. I felt sad only at the moment when I realized that I would be (again) alone. I was happier solo than stuck in that relationship. Being solo carries different problems than being in a relationship – it isn’t a cure for all the evil in your life. It’s really better to be alone than related to the wrong person. It doesn’t give you happiness, it locks you in prison even more. [I will develop the topic in the next entry, so here I just wanted to point it out – please do not be annoyed because of apparent clichés!]

\WAITING „UNTIL THE LIFE BEGINS”|

Life is underway. You don’t have to be married to be successful in God’s eyes. We came to this world because God didn’t want Him without us. The only job a man has to do on earth is doing God’s will. It doesn’t mean that our desires don’t matter – they do! Maternal instinct, the need for a sense of fulfillment and security are after all natural (which doesn’t mean that all women feel this in the same way). I realized a few months ago that in a moment (well, a good while) I will be 40 years old. Mentally this sets the conventional half of my life. Half of your life spent on sadness and waiting for life to start? No, thank you – I do not think God meant it.

|SEARCHING FOR „CAUSES”|

Father Adam Szustak op talks about this in one of the films I linked in my previous blog post. To make a long story short – don’t do that and blame yourself. There are only two vocations – religious life and married life. There is no such vocation as a single life. You can find the note in the Scripture that there are people you were made unable to get married. Either by nature or by other people. The thing is you should live your life to fullest without looking for the cause.

|FEELING FORCED TO GO TO THE CONVENT|

I cannot explain how to recognize your vocation. I don’t know what prayers are effective and how they work. A sincere relationship with God is essential. You can discern only in prayer. I would say you can „feel” it, but „feel” seems not enough word. For sure being solo after 30 is not a reason to think God wants a religious life for me. Such decisions should never result from because of a lack of something.

|GETTING INTO DESPAIR|

Despair is a devil temptation and you should pray for the ability to identify when it comes and circulates like a roaring lion. Only God alone knows (because I don’t remember) how many days and nights I cried, how many months I was plunged into hopelessness. It was not worth my time.

|HATING MEN AND MOTHERHOOD|

When you begin to like your singleness it can happen that friends and acquaintances talk about various marital and maternal difficulties. Don’t judge the marriage and motherhood according to this. It’s good to have a perspective that it’s not always bright and shiny, but it’s not the whole truth.

O samotności / On loneliness

Miał być o tym podcast, jednak skapitulowałam. Kilka lat temu wypuściłam moją strefę komfortu w okolicę Puszczy Białowieskiej, aktualnie szwęda się gdzieś za Uralem już i nie mam siły wypychać jej jeszcze dalej.

Gdy miałam 18 lat, trafiłam do egzorcysty. Ksiądz Marian Piątkowski (RIP) zapytał mnie kiedyś (z wrodzoną sobie łagodnością)(co nie jest stereotypowo oczywiste, biorąc pod uwagę jego profesję) czy jestem otwarta na każdą drogę powołania. Ja zmagałam się wtedy z „wewnętrznym przymusem” pójścia do zakonu (to też ciekawy temat wart poruszenia), więc przez zęby odpowiedziałam, że tak. Zaskoczyło mnie jednak jego „A starą panną jesteś gotowa zostać?” (ach, ten jego szelmowski blask w oku, gdy to mówił). Oto jestem 15 lat później bez męża i bez dzieci, niekoherentna z normą i próbująca trzymać równowagę (ukrócając wszelkie pojawiające się być może teraz pseudokatolickie myśli – nie, nie uważam, że to było w jakikolwiek sposób prorocze ani magiczne).

8

Wiele się w moim życiu wydarzyło przez ostatnie dwa lata. Bardzo trudno było mi otrzymać wsparcie, więc postanowiłam podzielić się tym, czego nauczyłam się o samotności. Dzielę się MOIM doświadczeniem i tym, co sprawdziło (sprawdza) się u MNIE. Mam nadzieję, że pomoże to Wam zdobyć cenną perspektywę, rozszerzyć pole widzenia.

Kontekst, w którym jestem i perspektywa, z której piszę:

  • kobieca,
  • katolicka,
  • nie uważam się za ofiarę ani za wybrankę losu.

Na wstępie polecam trzy źródła:

Będę posługiwać się określeniem stara panna, ponieważ bardzo je lubię. Moją intencją nie jest nikogo obrazić, więc proszę się nie obrażać. Pomaga złapać dystans.

Mam nadzieję, że ten cykl pomoże także zdobyć wyobrażenie o życiu w samotności osobom, które tego nigdy nie doświadczyły.

Pierwszy tekst w niedzielę.


This series was supposed to be a podcast, but I capitulated. A few years ago I left my comfort zone and I have no strength to push it further.

When I was 18, I had to go to an exorcist. Father Marian Piątkowski (RIP) asked me once (with his lovely gentleness) (which is not stereotypically obvious, considering his profession) if I am open to any way of vocation. I struggled with the „internal compulsion” of going to the convent (it was also an interesting topic worth moving), so insecure, but I answered yes. I was surprised, however, by his „And are you ready to be a spinster?” (Ah, his wicked gleam in his eyes when he said this). Here I am 15 years later without any husband and without children, inconsistent with the norm and trying to keep the balance (by cutting off any pseudo-Catholic thoughts that may appear now – no, I do not think that it was in any way prophetic or magical what he said).

Much has happened in my life over the last two years. It was very difficult for me to get support, so I decided to share what I had learned about loneliness. I share MY experience and what Works for ME. I hope that it will help you gain a valuable perspective.

The context in which I am and the perspective from which I write:

  • feminine,
  • Catholic
  • I do not consider myself a victim or a loser.

At the beginning I recommend three sources:

I will use the term spinster because I like it very much. My intention is not to offend anyone, so do not be offended. It helps to catch the distance.

I hope that this series will also help to gain an idea of ​​living in loneliness for people who have never experienced it.

You can expect the first post on this on coming Sunday.

Cierpienie / Suffering

O cierpieniu powiedziano i napisano już wiele i robili to o wiele mądrzejsi ode mnie (żeby wymienić już chociażby Jezusa jako pierwszego). Ja miałam jakieś tam teoretyczne przemyślenia, połączone z jakąś tam praktyką i tak, z zaciśniętą żuchwą, parłam do przodu. W zeszłym roku jednak okazało się, że przestrzeliłam z tymi moimi wnioskami z wcześniejszych doświadczeń, a wiedza teoretyczna, przekazana mi przez wcześniejsze pokolenia, okazała się bardzo niepełna i nieprawdziwa.

Processed with VSCO with a5 preset

 

Zauważyłam, że żeby przeżyć cierpienie, trzeba je do siebie dopuścić. Przyznać się, że przez coś się cierpi i nie wmawiać sobie, że to obiektywnie za mało, żeby przez to tak się czuć -> tak jest bardzo ŹLE, tak nie robimy. Nie pozwolić sobie wmówić innym, którzy trywializują rzecz, która sprawia nam cierpienie. Każdy ma swoje trudno, każdy ma inną wrażliwość i inne potrzeby. Jest oczywiście granica, za którą się histeryzowanie i przesadzanie zaczyna, jednak trzeba bardzo uważnie rozeznawać, bo można sobie lub komuś, kto potrzebuje naszego wsparcia, bardzo dużą krzywdę zrobić, bagatelizując. Ja długo trywializując swoje, zadawałam sobie jeszcze większe, bo zamiast je przerobić i być szczerą wobec siebie, udawałam, że pewne rzeczy mnie nie dotykają i jestem ponad nie.

Już kiedyś o tym pisałam, ale napiszę jeszcze raz. Kiedyś myślałam, że gdy się ofiaruje cierpienie za kogoś lub powie się sobie, że chce się je przeżywać z Jezusem, to ono przestanie boleć – że zniknie, bo „wchłonie” je Jezus. W następstwie udawałam, że już tego cierpienia w ogóle nie ma, że zniknęło (nie znikało, tylko je kneblowałam). Kilkanaście lat temu zostałam napadnięta na ulicy. Gdy po kilku tygodniach wreszcie uległam pokusie zapytania „Gdzie byłeś wtedy, Jezusie, Synu Jahwe?”, uświadomił mi On, że razem ze mną był ciągnięty po ziemi tamtego wieczoru. Wydarzenia ostatniego roku uświadomiły mi, że Chrystus nie patrzy na mnie z politowaniem, że sobie tak słabo radzę z trudnymi sytuacjami. On nie chce, żeby mi było trudno – stworzył mnie z miłości i do miłości. Nie muszę przed nim udawać, że nic mnie nie rusza. Jaką mnie Boże stworzyłeś, taką mnie masz – posiadanie większego wiaderka na wrażliwość z jakiegoś powodu będzie dla mnie zyskiem w różnych sytuacjach życiowych, skoro mnie tak Jahwe wymyślił. Nie zrobiłby mi psikusa, żeby się zabawić, oglądając. Może ktoś stwierdzić, że to niewiele zmienia w samym przeżywaniu cierpienia – mi jednak zmieniło. Nie ma we mnie tygodniami pielęgnowanego pod przykrywką buntu – pretensje zgłaszam od razu do Nieba. Nie było nigdy sytuacji takiej, żeby było to zostawione bez echa. Zawsze przynajmniej ulży mi emocjonalnie, nie mówiąc o tym, że czasem przypadkiem wpadam na kogoś życzliwego za rogiem lub ktoś zadzwoni.

Cierpienie uszlachetniło mnie w tym sensie, że wymieniłam sobie wiaderko z napisem „empatia” na większe. Postanowiłam sobie, że nie dam sobie wyhodować grubej skóry – już wolę wytrenować sobie pośladki, żeby mieć twarde cztery litery. Cierpienie dla samego cierpienia jest okrucieństwem. Negowanie czyjegoś cierpienia jest okrucieństwem.

Nie jestem ekspertem od cierpienia. Apoteoza cierpienia jest głupotą. Wierzę, że Bóg go nie chciał i nie chce, ale wie, jak to jest cierpieć. Zmartwychwstały Jezus ma na swoim ciele ślady męki, ale jaśnieje. Uratował człowieka, jest Bogiem, ale zostały Mu blizny. Bądź jak Jezus, niech z Twoich ran bije oślepiające światło miłości, które oświetla drogę. Drogę do Domu.


A lot has been already said and written about suffering and people much smarter than I did that (to mention e.g. Jesus as the first one). I had had some theoretical thoughts on it, combined with some practice and so, with my jaw clenched, I moved forward. Last year, however, it turned out that my conclusions from my previous experiences and the theoretical knowledge passed down to me by previous generations turned out to be very incomplete and untrue.

I noticed that in order to survive suffering, one must admit it. That means not telling yourself that this thing shouldn’t make you feel pain – it’s so WRONG, that’s not how we do it. If something causes pain it’s useless to pretend it’s not. Don’t allow yourself to be told by others who trivialize the thing that causes us suffering. People are different and different things make them suffer – everyone has a different sensitivity and other needs. There is, of course, a boundary behind which the hysterics begins, but one must carefully discern because you can do a lot of harm, belittle oneself or someone who needs our support. For a long time trivializing my own sufferings, I was hurting myself even more, because instead of working them out and being honest with myself, I pretended that certain things don’t affect me and I’m above them.

I wrote about it before, but I will write again. Once I thought that when one sacrifices suffering for somebody or one wants to share this pain with Jesus, it won’t hurt anymore – that it will disappear because „Jesus” will absorb it. In the aftermath, I pretended that there was no more suffering, that it disappeared (it didn’t disappear, I just gagged it). Some time ago I was attacked on the street. When, after a few weeks, I finally succumbed to the temptation to ask, „Where were you then, Jesus, Son of Yahweh?” he made me realize that he was dragged along with me on the ground that evening. The events of the last year have made me realize that Christ doesn’t look at me with pity, that I am so poor in dealing with difficult situations. He doesn’t want my life to be hard – he created me out of love and for love. I don’t have to pretend to him that nothing affects me. He knew what he was doing while creating me – having a bigger bucket for sensitivity for some reason will be a profit for me in various life situations. He wouldn’t do a trick to have fun watching me. Someone may say that it doesn’t change much in experiencing suffering – but it has changed me. I am not protesting weeks long in silence – I immediately complain to Heaven. There has never been a situation when it was unnoticed. I always at least relieve emotionally, not to mention that sometimes I accidentally run into someone around the corner or someone calls me.

Suffering ennobled me in the sense that I exchanged my bucket with the inscription „empathy” for a bigger one. I decided that I wouldn’t let myself to be thinks-skinned. Suffering for suffering itself is cruelty. Negating someone’s suffering is cruelty.

I am not an expert on suffering. The apotheosis of suffering is stupid. I believe God didn’t and doesn’t want its presence in the world and he knows what it’s like to suffer. The resurrected Jesus has traces of torment on his body, but his body shines. He saved a mankind, he is God, but he has got scars. Be like Jesus, let your wounds be the blinding light of love that illuminates the way. The way home.

„Jezus i kobiety” Enzo Bianchi

Wokół tematu „Kobiety w Kościele Katolickim” narosło wiele stereotypów – ja sama wzdychałam wcześniej z politowaniem, gdy widziałam, że ktoś się za niego zabiera. Takie uproszczenia nie biorą się z powietrza, a świecki ruch feministyczny kojarzony jest z histerią, abstrakcyjnymi postulatami i zdaje się często, że feministki chciałyby po prostu usunąć mężczyzn nie tylko z planety Ziemia, ale i całego kosmosu. Przykładając to stereotypowe myślenie do zagadnień związanych z organizacją życia religijnego w KK, pierwszym wnioskiem, który może się nasuwać, jest *uciemiężenie kobiet* przez hierarchię z powodu niedopuszczania ich do święceń kapłańskich.

Moje osobiste doświadczenie podpowiada, że nigdzie indziej w świecie kobieta nie jest (na poziomie teoretycznym, z praktyką różnie bywa – wiem) tak sprawiedliwie traktowana jak w Kościele Katolickim. Bóg stworzył człowieka jako kobietę i mężczyznę, Jego wola realizuje się przez nich obydwoje, różnice pomagają tylko poszerzyć pole rażenia. Z jakiegoś (mi nieznanego) powodu (pewnie po prostu przez grzech), w kulturze rozpanoszył się patriarchat, który stworzył i przez wieki pogłębiał podział między płciami na niekorzyść kobiecej części ludzkości. Gdy Bóg przyszedł na świat we Własnej Osobie, chciał pokazać, że to nie jest słuszna koncepcja – o tym właśnie jest książka Enzo Bianchi’ego „Jezus i kobiety”, którą wydało niedawno wydawnictwo „w drodze”.

IMG_20180630_225442

Autor przeanalizował relacje Jezusa z kobietami i podkreśla ich rewolucyjność. Po krótkim wstępie, gdzie Bianchi kreśli tło historyczno-kulturowe Starego Testamentu, bierze pod lupę najpierw ewangelie synoptyczne i oddzielnie ewangelię według świętego Jana. Większość z nas bardzo dobrze zna postacie i historie przez niego opisywane – wystarczy otworzyć Pismo Święte w odpowiednim miejscu. Zwraca on jednak uwagę na szczegóły, których przeciętny czytelnik (cóż, każdy bez uniwersyteckiego przygotowania teologicznego) prawdopodobnie przeocza podczas lektury – robi to w sposób odważny i prowokujący. Sensacja ma tutaj wymiar otwierania drzwi do tajemniczego ogrodu – to, co się za nimi objawia napawa pięknem i pierwotną delikatnością. Jezus dostrzega kobietę jako taką, bierze na serio jej uczucia, pragnienia i smutek. Dyskutuje z nią, traktując ją jako równego sobie interlokutora. Jest czuły, ale nie przekracza granicy czystości.

Kobieta, która cierpiała na krwotok (czyli prawdopodobnie na niekończącą się menstruację) była nieczysta, a mimo to odważyła się przekroczyć prawo i dotknąć mężczyzny, przekazując mu niejako swoją nieczystość, a On nazywa ją córką! Podczas wizyty w domu swoich przyjaciół, Maria zasłuchuje się w Jego naukę, a Jezus powiedział, że obrała dobrą część. W Torze znajdujemy zapis, że lepiej spalić słowa Tory, aniżeli nauczać jej kobiety (s. 57) – w świetle tych słów, zachowanie Jezusa jest naprawdę rewolucyjne.

„Czynności domowe powinny być wykonywane skrzętnie, zachowując jednak wewnętrzną integralność. Troska, uwaga, służba innym są ważne, ale każde działanie powinno dokonywać się w sposób inteligentny, bez niszczenia własnej osobowości, w spokoju i wewnętrznym pokoju. Istnieje prymat słuchania Słowa nad aktywnością codzienną, nawet tą służebną, ale nie przeciwstawienie, w którym jedno wykluczałoby drugie; nie ma żadnego totalitaryzmu w służbie Panu, jedynie pierwszeństwo bycia w Jego obecności i słuchaniu Słowa.” (s. 59)

Jezus nie traktuje kobiet inaczej niż mężczyzn – jest tym samym Jezusem w kontaktach z każdym. Uważnie patrzy na konkretnego człowieka, bez uprzedzeń. Nie przeciwstawia kobiecości męskości, nie wartościuje. Świadectwo kobiety nic nie znaczyło, a to właśnie kobiety przekazały w świat wiadomość o zmartwychwstaniu. Nie bał się, że nikt nie uwierzy. Duch Boży okazał się większy od uprzedzeń ówczesnego patriarchatu (tak naprawdę, Syn Boży przyszedł na świat dlatego, że Jahwe zapytał jedną Dziewczynę, czy się zgodzi – mogła się nie zgodzić).

Niestety, Bianchi zauważa, że już w Dziejach Apostolskich rola kobiet w ewangelizacji i życiu pierwszych chrześcijan jest marginalizowana – po wniebowstąpieniu utarte schematy zachowań okazały się silniejsze niż przykład Jezusa. Od kilkunastu tygodni jestem w żałobie po moich wyobrażeniach o świętych Piotrze i Pawle, bo to w dużej mierze ich wina. Zawiedli mnie srogo – wybaczę im, czas leczy rany, a Jezus nauczył mnie prosić Ojca o wybaczenie, tak jak ja wybaczam, więc jakby nie mam wyjścia.

„Byłoby również szczególnie ważne, aby Kościół powrócił bez lęku do słów i postawy Jezusa wobec kobiet i dał Mu się inspirować, przyjmując Jego myśli, uczucia, ludzkie zachowanie, które są decydujące, także jeżeli chodzi o kształt wspólnoty chrześcijańskiej i relacji w niej panujących pomiędzy mężczyznami i kobietami, bo przecież wszyscy są jednym w Chrystusie Jezusie.” (s. 143)

Książka jest fantastycznym punktem wyjścia i zachętą do medytacji nad tym tematem. Są w niej  fragmenty nieco kontrowersyjne, zastanawiające, ale nie czytałam wcześniej niczego tak delikatnego, a równocześnie zdecydowanego. Książkę tę napisał mężczyzna, co sprawia, że jest jeszcze bardziej intrygująca. Ważna, zarówno dla mężczyzn i kobiet. Warto jako prezent dla kapłana.


Short summary in English:

I am afraid that there is no English translation of the Enzo Bianchi’s book „Jesus and women” (there should be, so if somebody who has the power to get this translated and published reads this, please give it a try!).

Bianchi shares his observations about how Jesus treated women and who actually women were/are in God’s eyes. At the beginning of his book, the author draws a historic-cultural picture of ancient Israel and the situation of women. Then he examines every encounter of Jesus and a woman that you can find in the New Testament – he divided his work into two larger parts: Synoptic Gospels and Gospel of John.

Bianchi shows how Jesus overcame the prejudices against women – he allows to be touched by a bleeding woman (aka unclean) and teaches Mary, Lazarus’ sister (women were not supposed to be taught by a rabbi). He has discussions with women and treats their fears, thoughts, and feelings seriously – it is really a very revolutionary behavior than. He emphasizes that Jesus was affectionate towards them.

What happened afterward that the Catholic Church is being accused of marginalizing women? Well, Bianchi points out that after the Ressurection and the Ascension the Apostles and other disciples came back to the patriarchal customs and women were put aside from all functions. Apart from the fact that it was women who proclaimed the resurrection to the world, there is hardly any reference to their role during the creation of the Church in the Acts of the Apostles. I must confess I am very disappointed with Peter and Paul after this book because they were able to change this and they didn’t. It seems like they were not sensitive enough for all Jesus did. I will forgive them, because I have to (but they could try harder) – I know they did amazing job anyway.

We all know the characters of those stories from Bianchi’s book – we can just open the Bible and read the them (one more time). However, without theological studies we overlook many details that are actually revolutionary. This book was written by a man what makes it more interesting – to me it was sensational in a way you open a door to a secret garden: what you see is natural, beautiful and tender.

God didn’t mind that the testimony of a woman doesn’t mean a lot then – the first human being on the whole planet who sees the risen Lord is a woman. Jesus came to this world because one Girl said „Yes”. He trusted women.

„It would also be particularly important for the Church to return without fear to the Jesus’ words and attitude to women and to allow Him to give her an inspiration, accepting His thoughts, feelings, human behavior, which are decisive, also in terms of the shape of the Christian community and the relationship between men and women, because all are one in Jesus Christ.” (p. 143)

Upici zapachem bzu / Made drunk by the lilac scent

20180501_105211_0001

Modliłam się ostatnio na Różańcu i kolejny raz moje myśli gdzies odleciały. Czasami jedną dziesiątkę odmawiam trzy razy, bo nie jestem usatysfakcjonowana jej jakością (trzecim razem też nie jestem usatysfakcjonowana zazwyczaj, ale kapituluję, bo nic innego bym nie robiła w ciągu dnia, tylko odmawiała Różaniec). Wtedy też nie było inaczej. Przypomniałam sobie o tym, że Różaniec to po prostu dawanie Maryi bukietu róż i pomyślałam sobie, że ten mój bukiet to jakiś taki naprawdę słaby. Duch Święty porwał moje myśli i w wyobraźni go zobaczyłam – róże takie jakieś przekwitłe, wysmagane gwałtowną letnią burzą; listki ponadgryzane przez robaczki – obraz nędzy i rozpaczy. Wiedziałam jednak, że innego nie mam i muszę dać taki. Jakże wielkie było moje zaskoczenie, gdy Maryja rozpromieniona wyciągnęła po niego rękę. Wstydziłam się bardzo, że on taki brzydki, ale nie zdążyłam nic powiedzieć, bo Maryja się odsunęła i pokazała mi wszystkie bukiety, jakie ode mnie dostała. WSZYSTKIE – stały po horyzont w wazonach na podłodze. Trzyma je WSZYSTKIE i one żyją. Wszystkie tak samo „brzydkie”. Jeżeli Twoja mama wyrzuciła kiedyś laurkę od Ciebie, to wiedz, że Maryja trzyma wszystkie bukiety.


Some time ago I was praying the Rosary and one more time my thoughts were running like crazy in some strange directions. Sometimes I pray one decade three times in a row because I am not satisfied with the ‘quality’ of it (the third time isn’t actually satisfying as well, but I surrender because I would only pray the Rosary the whole day long). It was also the case on that day. I remembered that the Rosary is actually a bunch of roses for Mary and it came to my mind that my bunch is really poor. The Holy Spirit inspired me and I imagined it – the roses were faded, destroyed by the summer storm, the leaves gnawed by some bugs. I knew I have only this one to give Her. I was very surprised when she reached out her hands for it beaming. I was very ashamed because it was so ugly in my opinion, but I didn’t manage to say a word since she moved and showed me all the bunches she had ever received from me standing in vases on the floor. There were ALL I have ever given her. She keeps them all and they live although they’re all as much ‘ugly’ I imagined the current one. If your mum has ever thrown away some DIY gift from you, you should now that Mary keeps all the bouquets.

Zaakceptować siebie

„The Catholic Woman” to strona, na której co środę publikowane są listy-świadectwa katoliczek. W ubiegłą środę ukazał się list ode mnie. Poniżej tłumaczenie listu i mini wywiad (oryginał znajdziecie tutaj)

[przed lekturą dwie uwagi: * – „siostry” brzmi po polsku jakby rodem z „Seksmisji”, wiem, nie poradzę; ** – list pisałam jesienią, w międzyczasie stuknęła mi kolejna trójka, dlatego jest pewna nieścisłość wiekowa; *** – kilkanaście lat temu zostałam napadnięta na ulicy, stąd takie myśli.]

Drogie Siostry*,

mam 32** lata i znów jestem singielką po ponad dwuletnim związku, który skończył się w maju zeszłego roku. Przez wszystkie lata mojego dorosłego życia z małżeństwa i chęci posiadania dzieci zrobiłam sobie mojego idola. Czułam, że brak własnej rodziny czyni mnie gorszą kobietą i człowiekiem w ogólności, więc nie byłam w stanie czuć się szczęśliwa i wdzięczna za to, co otrzymałam od Boga.

Bardzo mocno starałam się być taka, jaka wydawało mi się, że być powinnam, by być dobrą katoliczką. Myślałam, że muszę zwalczać moje uczucia i słabości – trzeba nad sobą pracować, prawda? Myślałam, że oznacza to, że nie wolno mi czuć złości, samotności, smutku czy przytłoczenia, ponieważ – jako dobra katoliczka – powinnam być ponad to. Zeszłej wiosny znalazłam się w punkcie, gdzie nie miałam już siły tak bardzo się starać, ponieważ modlitwy, które zanosiłam przez ostatnie dwa lata nie wypełniały się. Poddałam się. Po raz drugi w moim życiu poddałam się Bogu i po raz drugi okazało się to najlepszym, co mogłam zrobić. Dzięki Jego Łaskce uczę się się jak być szczerą ze sobą i z Nim. Przez te wszystkie lata wydawało mi się, że muszę pokonać swoje uczucia – teraz już wiem, że to kłamstwo.

Nie muszę udawać, że nie mam uczuć, ponieważ teraz już wiem naprawdę, że uczucia nie są złe – uczucia są super i są darem Boga. Nauczyłam się je rozumieć i akceptować oraz nie oceniać siebie samej tak surowo. Wynikiem tego jest to, że po raz pierwszy w moim sercu nie ma żałoby w związku z moim życiem solo. Nigdy wcześniej w życiu nie czułam się tak wolna. Gdy czuję się smutna lub samotna, natychmiast mówię o tym Bogu. Wcześniej nie włączałam tego do mojej modlitwy i całymi dniami zamartwiałam się, płakałam i czułam się bezradna. Nie miałam pojęcia, że to dla Niego ważne. On nie zmienia okoliczności zawsze/natychmiast, lecz zmienia mój punkt widzenia i dosłownie zabiera smutek. Codzienne życie stało się o wiele prostsze. Ciągle są problemy, które trzeba rozwiązać (czasem potrzeba jedynie czterystu tysięcy złotych, co nie?), są choroby i kłótnie, ale nie ma tego bólu z nimi związanego. Nauczyłam się żyć tu i teraz bez zamartwiania się o przyszłość. Po 32 latach wreszcie zrozumiałam, co to znaczy, gdy Bóg mówi, by nie martwić się o jutro.

Zmierzam do tego, że najważniejsze jest znać i akceptować prawdę o sobie samym. To jest czasem zwodnicze, bo myślałam, że siebie znam. Wiedziałam, że jestem emocjonalna, ale zawsze traktowałam to jako słabość, a nie chciałam być słaba, lub – co jest bliższe prawdzie – nie chciałam, by Bóg myślał, że jestem słaba. Ta droga do pełnej akceptacji i pokochania siebie może być bardzo długa, ale uwalnia i otwiera na Bożą Łaskę. Nie bierzemy udziału w żadnym wyścigu w naszym życiu – nie chodzi o to, żeby przeżyć, a o to, żeby żyć. Niczego nam nie brakuje, ponieważ Bóg daje nam wszystko to, czego potrzebujemy.

IMG_20171128_214737_966
Zdjęcie – Ela

Troszkę o mnie:

Mam na imię Kasia, mam 33 lata i jestem singielką. Skończyłam germanistykę i obecnie pracuję jako PMO w międzynarodowej firmie IT. W przeszłości mieszkałam w Monachium i Wrocławiu, latem zeszłego roku wróciłam do Poznania, mojego rodzinnego miasta. Mam osobowość ESFJ i choleryczno-melancholijny temperament. W tej chwili staram się realizować swoje marzenia, w związku z czym zaczęłam uczyć się stepowania (moje wielkie marzenie od czasów liceum) i zaczęłam więcej podróżować.

Jak Twoja katolicka wiara wpływa na Twoje codzienne życie?

Naprawdę wpływa. Moja wiara jest moją największą motywacją, by być lepszym człowiekiem dla mojej rodziny, przyjaciół i koleżanek/kolegów w pracy. Staram się w ciągu dnia znaleźć chwilę tylko dola siebie i Boga. Modlitwa jest dla mnie świadomością obecności Boga w każdej minucie dnia – nigdy nie jestem sama. Kiedyś bałam się o przyszłość i wszystkich tych niebezpieczeństw, które mogą przytrafić się samotnej kobiecie w wielkim mieście***, ale teraz już wiem, że Bóg się o wszystko zatroszczy. Powtarzam sobie, że chodzi o wypełnienie woli Bożej i staram się jej szukać wśród tych wszystkich rzeczy, które przytrafiają mi się w życiu.

Która rada, jaką kiedykolwiek dostałaś, najbardziej Cię zainspirowała?

To było w zeszłym roku podczas spowiedzi. Do konfesjonału czekało wielu ludzi, do Mszy zostało niewiele czasu, ksiądz nie mógł mi go zbyt wiele poświęcić. Mimo to powiedział mi coś, co odmieniło moje życie na zawsze. Powiedziałam mu w konfesjonale, że muszę podjąć decyzję i nie wiem, co mam zrobić. Powiedział mi, że mam nie tylko prosić o wypełnienie się woli Bożej, ale powinnam także pomyśleć o tym, czego ja tak naprawdę chcę, ponieważ to naprawdę ma znaczenie. To dla mnie bardzo ważne, ponieważ moją patronką jest św. Katarzyna ze Sieny – uczy ona, że poznajesz Boga poprzez poznawanie samego siebie. Bardzo mocno łączę teraz te dwie rzeczy.

Opowiedz o kobiecie, która Cię inspiruje. Czego się od niej nauczyłaś? Jak wpłynęła ona na Twoje życie?

Najbardziej inspirującymi kobietami w moim życiu są moje przyjaciółki i koleżanki – żony, mamy, singielki. Gdy myślę o znanych kobietach, które miały (mają) na mnie wpływ to z pewnością Oriana Fallaci i św. Katarzyna ze Sieny.

Oriana Fallaci miała odwagę, by być sobą – była bardzo ambitna i szczera. Chciała wiedzieć wszystko o sprawach, które ją interesowały. Miała to tradycyjne humanistyczne wykształcenie, które zawsze robi na mnie ogromne wrażenie. Św. Katarzyna także była bardzo odważna i żyła po swojemu, będąc przy tym bardzo kobieca. Uczy jak być silną kobietą – poprzez odnalezienie Boga i samej siebie.

Jaka cnota jest dla Ciebie aktualnie najważniejsza?

Powiedziałabym, że znajdywanie pokoju w Panu w codziennym życiu. Świat potrafi być bardzo rozczarowujący i dobijający, moje własne życie potrafi być bardzo rozczarowujące. Mimo to staram się wracać ciągle do Jezusa i pamiętać, że zmartwychwstał i jest miłością.

Jaki zapach jest dla Ciebie najpiękniejszy na świecie?

Zapach ziół w mieście. Może to się wydawać dziwne, ale zwłaszcza latem w ciepłe wieczory unosi się ten zapach nad miastem wśród ruchu samochodowego, domów i bloków. Nigdy nie doświadczyłam tego poza Poznaniem. Ma to dla mnie niezwykłą moc, bo to znak, że natura zawsze jest tuż obok – bez względu na miejską architekturę i styl życia.

Dokończ zdania

Typowy dzień w moim życiu…

Wstaję i szykuję się do pracy. Ubieram się, maluję i jem śniadanie – w tej kolejności. Później idę do pracy, gdzie spędzam kolejnych osiem godzin. Po pracy zazwyczaj spotykam się ze znajomymi, chodzę na siłownię, gotuję lub czytam książki. Nie brzmi to jak jakieś wybitnie fascynujące życie, jednak postanowiłam przyjmować małe codzienne sprawy z wielką miłością i dzięki temu naprawdę mogę się cieszyć życiem.

Mój ulubiony cytat to…

„Powstań, przyjaciółko ma, piękna ma, i pójdź” Pieśń na Pieśniami 2,10

Czuję się zainspirowana, gdy…

Gdy rozmawiam z przyjaciółmi o sprawach dla nich ważnych. Ich historie o zmaganiu się z przeciwnościami zawsze wywierają na mnie największe wrażenie. Jakkolwiek dziwnie to może zabrzmieć – daje mi to siłę i motywację do walki z moimi własnymi problemami. Nauczyłam się, że nie musisz być idealna, ale to zawsze miło, gdy się starasz najbardziej jak umiesz.

Kościół Katolicki jest…

moim domem.


You can find the (original) English version here.

katolik RZYMSKI / ROMAN catholic

O Rzymie napisano już wszystko, Włosi są trochę aroganccy, a pizza tuczy. I CO Z TEGO!?

Styczeń, po wyjściu z samolotu atak wiosennego powietrza i śpiewu ptaków, pierwsze spacery z płaszczem na przedramieniu. Na Zatybrzu wieczorem sami Włosi, kolejki tylko do Pawła za Murami, bo papież i drugie nieszpory (ilu kleryków potrzeba do przeniesienia stołka? trzech – dwóch trzyma, jeden konsultuje)(ten diakon z pierwszego zdjęcia jechał z nami wtedy metrem!). Lecisz tyle kilometrów, żeby pod drzwiami bazyliki św. Piotra czekać na jej otwarcie obok swojego prywatnego poznańskiego arcybiskupa. Potem przyczajka na papieża z tarasu klasztoru franciszkanów, gdy wychodził od św. Marty (jak się człowiek zachowa w takiej sytuacji okazuje się dopiero, gdy papież wychodzi i okazało się, że reaguje się spontanicznym piszczeniem) (dobrze, że nie było żadnego snajpera nigdzie na okolicznym dachu). Snucie się 20 km dziennie po mieście, dużo piękności, ciepła i radości. Moje serce jest pełne (jak to mówią Amerykanie) – najbardziej rozbrajająca jest bezinteresowna przyjaźń i czekoladowy panettone (ojciec Rysiu umie w panettone i w gościnę ♥) (w grudniu będzie pieczone, bo ta z bakaliami to jest taka sobie, ale z czekoladą to JEST PO PROSTU AMBROZJA) (we dwie opędzlowałyśmy całą w dwa wieczory).

Są takie chwile, kiedy się bardzo wzruszam. Jest to miłe uczucie, zawsze się wtedy czuję bliżej Boga. W Rzymie wzruszyłam się przynajmniej cztery razy: gdy jadłam czekoladowego panettone, gdy jadłam tiramisu na Via Quattro Novembre, a tak bardziej na serio to poryczałam się przy grobie św. Katarzyny ze Sieny oraz przy stopie Apostoła Jakuba albo Filipa Mniejszego w bazylice Dwunastu Apostołów (relikwie obydwu panów tam się znajdują, ale nie dało się dowiedzieć czyja stopa – w każdym razie pomyślałam sobie, że tą stopą mógł być trącany Jezus, a ojciec Rysiu słusznie zauważył – i wtedy to już mi się serce rozpłynęło – że TĘ STOPĘ całował Jezus podczas ostatniej wieczerzy). Wiem, że chrześcijaństwo to nie jest religia miejsca i Msza Święta na Lateranie ma taką samą wartość jak Msza Święta w Pcimiu i że święci tak samo są wszędzie obecni, bo już są w innym wymiarze, ale jednak po ludzku ogromnie przeżyłam i nie mogłam się oderwać od grobu Sienenki i gabloty z tą stopą (M: „Idziemy?” Ja: „Nie, potrzebuję jeszcze trochę” M: „Dobrze”. – naprawdę dobrze trzeba wybierać towarzystwo na wakacje ♥).


Everything has already been written about Rome, the Italians are a bit arrogant, and the pizza is fattening. SO WHAT!?

January, an attack of spring air after leaving the plane and birds singing, first walks with a mantle on the forearm. In the Trastevere Italians in the evening, queues only to Paul Outside the Walls, because the Pope and the second vespers (how many clerks do you need to move one stool? – three: two hold the stool, one consults). You were flying so many kilometers only to meet your own archbishop at the door of the St. Peter’s Basilica. Later, you spot the pope from the terrace of the Franciscan monastery while leaving the St. Martha’s (how you would behave in such a situation turns out only when the Pope comes out and it turns out that you simply scream) (well, there was no sniper anywhere on the surrounding roof fortunately). Walking daily 20 km around the city, admiring the beauty, warmth, and joy. My heart is full – one of the most powerful things in the world are selfless friendship and chocolate panettone (father Rysiu knows how to panettone and knows the meaning of the word hospitality ♥) (in December it will be baked at home, because I don’t like the one with dried fruits and nuts so much, but the one with chocolate IS SIMPLY AMBROSIA).

There were moments when I was deeply touched. It is a nice feeling, I always feel closer to God than. In Rome I was moved at least four times: when I ate chocolate panettone, when I was eating tiramisu by Via Quattro Novembre, and more seriously, I cried at the grave of St. Catherine of Siena and at the foot of the Apostle James or Philip in the Church of the Twelve Holy Apostles (relics of both men are there, but it was impossible to know whose foot it was – anyways I thought that Jesus could have been kicked with this foot, and father Rysiu rightly noticed – and then my heart melted – that Jesus was kissing THIS foot during the Last Supper). I know that Christianity is not a religion of a place and the Holy Mass at Lateran has the same value as the Holy Mass in a small shabby church and that the saints are equally present everywhere because they are already in a different dimension, but I experienced it very very deep there.

 

1
pod niebem pełnym cudów / under the sky full of wonders

2

3
u św. Piotra / at St. Peter’s
4
u św. Piotra same mozaiki! nic malowanego! / only mosaics there, nothing is painted!

56

7
miedziane misy z piaskiem do trzymania świeczek – przepiękność! kościół św. Bartłomieja, sanktuarium męczenników XX i XXI wieku / copper bowls with sand to hold candles – beautiful! St. Bartholomew, the sanctuary of the martyrs of the 20th and 21st centuries
8
u św. Anastazji adoracja trwa całą dobę! jeden z piękniejszych kościołów, w jakim byłam – wnętrzem rządzi pastelowy błękit / there an Adoration round the clock at St. Anastasia’s

9

10
DZIEWCZYNA ZE SIENY! / THE GIRL OF SIENA!

111213

14
u św. Sabiny na Awentynie. teraz już przynajmniej wiem, że poznański kościół dominikanów zbudowano na jej wzót. i niech mi nikt nie mówi, że jest inaczej. wspaniałe miejsce.

15

16
u św. Praksedy stoi fragment słupa, przy którym był biczowany Jezus (jak zauważył ojciec Rysiu – jeden z wielu 😉 ). *O nie, Panie Jezu, ubiczowali Cię!* *Ale spokojnie, zmartwychwstałem!!!*. także tak. / The Basilica of Saint Praxedes where you can find a piece of the pole at which Jesus was beaten (as Father Rysiu noted – one of many;)). * Oh, Lord Jesus, they whipped You! * * Yes, but don’t worry, I rose from the dead!*. OK then.

 

17
stając się Sophią Loren / becoming Sophia Loren
19
w kościółku Domine Quo Vadis, czyli w miejscu, gdzie św. Piotr zapytał Jezusa dokąd idzie. Pan Jezus w darze zostawił odcisk Swoich stóp w kamieniu (dotykałam ♥!). / at the Church Domine Quo Vadis where Peter met Jesus and asked Him where was He going. Jesus left His footprints in the stone (I touched it! ♥)

202122

24
Lateran to zdecydowanie moja ulubiona rzymska bazylika. to tutaj to drzwi, które są Drzwiami Świętymi, kiedy jest okazja ku temu. / Lateran is definetely my favorite Roman Basilic. This here are the doors which are the Holy Doors when the Church needs them.

 

 

 

 

„…i serce me w ukryciu cicho szepnęło: to jest on!”*

IMG_20180113_111121Jakiś czas temu w ciemne styczniowe popołudnie po pracy z przystanku G. uciekł mi tramwaj. Widząc na tablicy, że zaraz przyjedzie inny, zaczęłam się zastanawiać, czy jechać nim i się przesiąść czy poczekać po prostu na swój. Wybrałam opcję z przesiadką. Na przystanku T. wysiadłam z tramwaju X i przeszłam na przystanek w stronę domu. Nadjechał tramwaj Y, w którego beznamiętnie wsiadłam, zajmując miejsce na składanym krzesełku. W tłumie umościłam głowę na obwiązanym wokół szyi szalu, układając na kolanach torbę i siatę z zakupami, po czym oddałam się bezrefleksji, starając się nie stracić równowagi i motywacji do życia. Patrząc bezmyślnie na sufit (ja zawsze na sufit lub podłogę, by uniknąć spojrzeń), zauważyłam, że stoi w tym tłumie mężczyzna, który musi schylać głowę, bo się nie mieści. Miał ze dwa metry wzrostu. Przesuwałam wzrok po nim ku podłodze i nie dało się nie zauważyć idealnej długości granatowego płaszcza, następnie fikuśnych jasno-szarych, nieco przykrótkich spodni. W drugiej turze (po wewnętrznym okrzyku „PANIE BOŻE, JAK TY ŁADNIE UMIESZ W CZŁOWIEKA!!!” ) rzucił się w oczy perfekcyjnie zamotany wokół szyi wiśniowy szal, który okazał się być dopasowany kolorystycznie do skarpetek. Czarne buty coś między eleganckimi a na co dzień. Włosy ciemne, kręcone, ale bardzo krótko przycięte (na dole mniej, u góry więcej, ale nic mu nie sterczało, raczej przylegało). Prawdopodobnie ciemne oczy. Pięknie wyrzeźbione dłonie – męskie, ale delikatne. Takie miał obejście łagodnie pogodne – żywiołowy, ale nie za bardzo. Nie narzucający swojej obecności, ale wyraźny. Idealna równowaga między elegancją a nonszalancją i elegancka, delikatna, ale zdecydowana męskość. To najpiękniejszy mężczyzna, jakiego w życiu spotkałam.

Jechaliśmy razem może jakieś 7 minut, ani razu nie spojrzał w moją stronę (ja nie mogłam przestać się w niego wpatrywać). Prawie nie ogarnęłam manewru wysiadania na moim przystanku, gdy słyszałam z ich strony (jechał z kolegą), że się żegnają. Niestety razem ze mną wysiadł kolega, a mój ideał pojechał. Nigdy wcześniej nie doświadczyłam czegoś podobnego – zachwyt od początku do końca w drugiej sekundzie patrzenia. Znalazł się jakiś puzzel, który wskoczył w miejsce dla niego przeznaczone, zupełnie bez świadomości, że ono istnieje gdzieś puste. A mogłam nie wsiąść do tego tramwaju…

Oczywiście może być prywatnie i osobiście wstrętnym chamem (ale na pewno nie jest).

*TYTUŁ TO FRAGMENT  „REBEKI” ANDRZEJA WŁASTA.

Some time ago in the dark January afternoon after work, I missed my tram. Seeing on the board that another one will arrive soon, I began to wonder whether to get on it and change for another tram. I chose the option for a change. At the T. stop, I got off the X tram and went to the stop towards home. The Y tram came, in which I Got In dispassionately, taking up a seat. In the crowd, I had my head put on my shawl wrapped around my the neck, and my bags on my lap, then I was staring into the void, not thinking too much, trying not to lose balance and motivation for life. Looking thoughtlessly at the ceiling, I noticed that there is a man in the crowd who must bend his head because he can not fit. He was about two meters tall. I moved my eyes to the floor and it was impossible not to notice the perfect length of his navy blue coat, then the flirting light-gray, slightly short trousers. In the second round (after the inner exclamation „GOD, YOU DID IT SO WELL!!!”), a cherry scarf perfectly wrapped around his neck, turned out to be color-matched to the socks. Black shoes something between elegant and every day. Dark, curly hair, but very short cropped (lower on the bottom, more on the top). Probably dark eyes. Beautifully carved hands – masculine, but delicate. He had such a gentle cheerful manner – lively, but not too much. Not imposing his presence, but vivid. The perfect balance between elegance and nonchalance – elegant, delicate but determined masculinity. He is the most beautiful man I have ever met.

We were together maybe 7 minutes on the tram, he never looked at me (I could not stop staring at him). I almost didn’t manage to get off the tram on my stop when I heard from them (he was with a friend) that they were saying goodbye. Unfortunately, a friend got off with me and my ideal Man went. I have never experienced such a thing before – a delight from the second secondo of looping at him. There was a puzzle that jumped into the space intended for him, completely without me being aware that this emptiness exists somewhere there.

Of course, he can be personally a disgusting boor (but he is certainly not).

Najlepsze w 2017 poza tym, że nigdy nie wróci. / The best things from 2017 apart from the fact that it will never come back.

aybp15j22zr4jxkn45sb
by Banksy

„Bądź tym, kim Bóg przeznaczył cię, żebyś był, a podpalisz świat” – miała powiedzieć św. Katarzyna Sieneńska (która nie dosyć, że jest moją patronką z fabryki, to jeszcze mi się wylosowała na patrona roku). Miniony rok był rokiem prawdy i docierania do niej. Prawdy o sobie, porzucania ochronnego pancerza tego, jakim się powinno być i kim się wymyśliło, że się jest oraz rokiem akceptacji tej prawdy. Był to najtrudniejszy rok w moim życiu, jednak łask dostałam proporcjonalnie do otrzymanych ciosów, więc z bliznami po szwach trwam w zachwycie nad tym, jacy piękni potrafią być ludzie, a konkretnie kobiety (mężczyźni też są/bywają człowieczo piękni, ale to nie o nich wątek). To był zdecydowanie rok kobiecości – odkrywania kobiecej siły w sobie samej i w innych kobietach. Pierwszy raz w życiu stanęłam przed ścianą i nie wiedziałam, co dalej. Wzięły mnie wtedy za ręce i poskładały, pokazały jak uwierzyć w siebie i że nie muszę wszystkiego umieć (bo one np. coś tam umieją i mogą mnie nauczyć i to nie będzie żadna ujma na moim honorze). Że nie muszę być perfekcyjna, że człowiek nie jest jak saper, który myli się raz, bo go potem rozsadza (trzeba sobie znaleźć takie koleżanki, które ci koronę podtrzymają, gdy ci się przekrzywi) (znajduje się je przez długie modlenie się o takowe – uprzedzając pytania). Doświadczyłam bardzo mocno, co to znaczy być traktowanym niesprawiedliwie i nie móc w żaden sposób temu zaradzić (ergo przekonałam się jak niewiele wiem o Jezusie na krzyżu). Wśród tych wszystkich cierni moje życie mimo wszystko rozkwitło – „zbankrutowałam”, ależ jak pięknie jest odbijać się od dna. Moje serce jest pełne wdzięczności Bogu i ludziom, przez których mi się (kolejny raz) pokazał.

Na drodze do poznawania i akceptowania samej siebie (i innych przy okazji też) pomogły mi także głównie trzy poniższe „rzeczy”, którymi chciałabym się podzielić (można czytać/słuchać też bez obaw, gdy się jest niewierzącym, bo to bazuje na psychologii wszystko i nie indoktrynuje 😉 ):

„Konflikt w relacjach. Zrozumieć i przezwyciężyć”, Sara Savage i Eolene Boyd-MacMillan – książka, która wie, jak jest. Konfliktów nie da się uniknąć, ta książka tłumaczy, dlaczego tak, a nie inaczej zachowujemy się w sytuacji konfliktowej i że pewnych rzeczy nie przeskoczymy, bo działa biologia. Uczy tego, że w różny sposób się konfliktujemy (bardzo cenne i trafne testy na diagnozę własnego typu) i jakie mamy możliwości przerobienia tego konfliktu (czasem  zależności od naszego typu, ale pewne prawdy są uniwersalne). To nie jeden z kołczingowych poradników, jak uniknąć konfliktu – to książka o tym jak wejść w konflikt, gdy już inaczej się nie da i jak go przejść z jak najmniejszą liczbą ofiar śmiertelnych.

16 personalities – nigdy nie wierzyłam w testy na diagnozę osobowości. Dla zabawy zrobiłam ten i czytając opis mojego typu zaczęłam się zastanawiać, kto mnie z Księżyca obserwuje i skąd on to wszystko wie. Przez lata niektóre osoby z mojego otoczenia wtłaczały mi, że pewne zachowania, wynikające z mojej osobowości są złe i trzeba je zwalczyć. W tym teście cudowne jest to, że ukazane są i mocne i słabe strony danego typu. Przyświeca mu idea akceptacji samego siebie i takiego zarządzania całym tym taborem, żeby było najfajniej jak to możliwe. Niczego nie trzeba w sobie zwalczać, chodzi o to, by umiejętnie pokierować (umiejętnie kieruje się z Panem Bogiem, który jaką mnie stworzył, taką mnie ma. Cały ten proces poznawania siebie odbywał się właśnie w tej perspektywie i jak powiedział Malina – patrz niżej – tylko z Panem Bogiem to, co jest wadą, można sobie przepracować).

Temperamenty – rozwój charakteru, audiobook ks. Mirosława Malińskiego – Malina ma wybitny dar parodiowania i tłumaczenia prosto trudnych rzeczy. Nie wiem, skąd tak dobrze zna człowieka, ale bierzcie z tego wszyscy, serio!

Wszystkie te wiadomości o człowieku służą lepszemu poznaniu siebie, ale także uwrażliwiają na inność drugiego. Podkreślają konieczność doskonalenia komunikacji (!!!) i uczą wyrozumiałości. W tym filmie ks. Krzysiu Porosło mówi, że Bóg kocha inność, stworzył nas jako różnych. Stwarzał, rozdzielając. Nie wolno przytłaczać innych swojością, ani siebie samego niszczyć wymyślonymi ideałami. Poznając siebie, poznajemy Boga.


“Be who God meant you to be and you will set the world on fire.” – told St. Catherine of Siena who is my name patron and also my patron for 2018. For me last year was a year of finding the truth and reaching out to it. The truth about myself, abandoning some vision I had had about myself who I should be and a year of acceptance of this truth. It was the most difficult year in my life, but I received enough grace to handle this, so with scars, I’m in awe of how beautiful people can be, especially women (men are also beautiful, but it’s not a thread about them). It was definitely a year of femininity – discovering a woman’s strength in myself and in other women. For the first time in my life, I stood in front of the wall and did not know what to do next. They took me by my hands and put together, showed me how to believe in myself and that I do not have to know everything (because, for example, they know something and can teach me and it will not discredit my honor). That I do not have to be perfect, that a man is not like a sapper who can be mistaken once, because then it bursts him (you have to find such friends who will hold your crown when it tilts you) (you can find them by long praying for such girlfriends). I experienced very much what it means to be treated unfairly and not be able to remedy this in any way (ergo I realized how little I had known about Jesus on the cross). Among all these thorns, my life blossomed after all – I went bankrupt, but how beautiful it is to rebound. My heart is full of gratitude to God and to people who (once again) showed me Him.

On the way to getting to know myself better and accepting myself (which means also understanding other people better, too) I found two „things” that were very helpful for me last year which I would like to share with you:

Conflict in Relationships: Understand It, Overcome It: At Home, At Work, In Life by Sara Savage, Eolene Boyd-MacMillan – a book that knows what the thing is. Conflicts cannot be avoided, this book explains why we behave the way we behave in a conflict situation (biology!). It teaches that we are managing conflicts in various ways (provides very valuable and accurate tests for the diagnosis of our own type) and what are the possibilities to go through the conflict (sometimes depending on our type, but some truths are universal). This is not one of the coaching guides on how to avoid conflict – this is a book about how to enter the conflict when you cannot do it any other way and how to go through it with as few casualties as possible.

16 personalities – I have never believed in tests for personality diagnosis. I did this for fun and while reading a description of my type, I began to wonder who is watching me from the moon and how he knows it all. Over the years, some people around me have forced me that certain behaviors resulting from my personality are bad and must be overcome. In this test, it is wonderful that the strengths and weaknesses of a given type are shown. It is guided by the idea of accepting yourself and managing this entire luggage in such a way that it would be as cool as possible. You do not have to fight anything, it’s about being able to guide yourself. I believe that the only way to manage some weakness in your personality is to pray to God. He created us the way we are because He wanted us so and He will not leave us alone.

Both the book and the test emphasize the need to improve communication (!!!) among people and teach understanding. Fr. Krzysiu Porosło said once that God loves diversity, he created us as different. He created by separating. By getting to know ourselves, we get to know God.