Serio?

Z narodowych języków kościelnych to znam tylko polski i trochę niemiecki. Niemiecki jest językiem, w którym nawet czyszczenie toalety można ubrać w takie słowa, że ma się wrażenie traktatu filozoficznego, więc zostawmy. W Polsce hierarchowie i – co za tym idzie – wielu (większość) księży (zwłaszcza diecezjalnych) używa starych i wytartych sekwencji (bo trudno tu mówić o zdaniach). Gdy człowiek uważniej słucha kazań, po kilku latach już na Ewangelii wie, czego spodziewać się na kazaniu. I to najczęściej są zdania prawdziwe i słuszne. W związku z tym, że poprzednia niedziela była niedzielą modlitw o powołania do kapłaństwa (BARDZO słuszna koncepcja), padło oczywiście, że księża są tacy jak społeczeństwo, bo są z ludu wzięci. Wszystko fajnie, tylko jeżeli chce się być pasterzem (a decydując się na seminarium, decyduje się człowiek automatycznie na bycie różnego szczebla jakby managerem) to trzeba być jakby pół kroku przed społeczeństwem, bo to trochę takie kółko – społeczeństwo będzie takie, jacy ich pasterze. Nie jestem socjologiem, nie badam tematu naukowo. Po prostu spotkałam kiedyś w życiu Jezusa (i ciągle spotykam) i wiem trochę jaki Jest, a często (zwłaszcza na ziemiach odzyskanych) mam poczucie, że księża (ogromna większość) niestety Jezusa nie spotkała (przynajmniej takie sprawiają wrażenie). Ostatnio w moim nowym-pewnie tymczasowym kościele parafialnym miałam ochotę wstać w środku Mszy i zawołać, że nie wiem, czy słyszeliście, ale Jezus zmartwychwstał, RADUJMY SIĘ. Wiadomo, trudno codziennie chodzić jak na haju z tego powodu – w związkach damsko-męskich euforia mija po kilku miesiącach (i dobrze, bo inaczej nikt by nie dożył do trzydziestki), przemieniając się w coś piękniejszego i trwałego. Po nawróceniu człowiek ma poczucie unoszenia się pół metra nad ziemią, ale świat jest światem i nikogo nie oszczędza, zwłaszcza tego, kto chce z niego zrobić lepsze miejsce niż jest, ale człowiek wierzący wie, Kto jest prawdziwym Królem.

Szanowni Kapłani, Jezus żyje. Pokonał ŚMIERĆ, zesłał DUCHA ŚWIĘTEGO. Dostaliście dar uzdrawiania i wskrzeszania zmarłych. SERIO.

Spotkałam w swoim życiu wielu wspaniałych kapłanów. Niektórzy to ci z pierwszych stron katolickich portali i hierarchii, ale wielu to po prostu robotnicy w winnicy Pana.

Ksiądz P. siedział kiedyś z siostrą A. w zakrystii jednego z poznańskich kościołów. Siostra A. była (jest?) bardzo nowoewangelizująca i rozmawiali akurat o tym, że kapłan przez sakrament kapłaństwa ma dar uzdrawiania. Ksiądz P. wypowiadał się mniej więcej w tonie „Tjaa…” i traktował wypowiedzi siostry A. – jak wiele razy wcześniej – z przyjacielską pobłażliwością niedowiarka. W pewnej chwili do zakrystii weszła kobieta ze swoim nastoletnim synem prosić o modlitwę kapłana nad dzieckiem, bo chore. Opowiadał mi to  sam ksiądz P. w opowiastce pt. „Jaki ja głupi byłem”. Ten sam ksiądz P. finansował pewnej parafialnej starszej pani cotygodniowe zakupy, bo powiedziała mu, że jest sama i nie daje rady. Później okazało się, że pani księdza okłamała, ponieważ regularnie odwiedzała ją i zaopatrywała córka. Trudno, stwierdził, ryzyko zawodowe. Kiedy przyszedł do niego znajomy w potrzebie finansowej, pożyczył mu – nie bez wahania. Na drugi dzień dostał od dyrektora szkoły niespodziewaną premię w dokładnie takiej samej wysokości.

Znajomi biskupa Dajczaka –  jeszcze jako biskupa zielonogórskiego – postanowili wziąć rozwód. Biskup bardzo to przeżył i gdy wieczorem wrócił do siebie do domu, ciągle zastanawiał się, co ma zrobić, żeby do tego rozwodu nie doszło. W końcu zapakował Pana Jezusa, pojechał do owych znajomych, postawił im Pana Jezusa w kuchni na stole i siedzieli tak w czwórkę całą noc. Oczywiście żadnego rozwodu nie było.

Moja kosmetyczka z Poznania opowiadała mi kilka miesięcy temu, że w jej małżeństwie źle się zaczęło dziać i nie umieją z mężem nic poradzić: „I poszłam do proboszcza. Nie mam ojca, to do kogo miałam pójść?”. Ten proboszcz taki właśnie jest – gdy przychodzisz do spowiedzi, to jakby Bóg zabijał dla ciebie utuczone ciele i wyprawiał wielką imprezę. Gdy chodził po kolędzie i wszedł do któregoś tam mieszkania, przyjęła go pewna pani. Z papierów (ech te kościelne rejestry) wynikało, że jest jeszcze jakiś mąż. Mąż leżał bardzo ciężko chory w pokoju obok, zamknięty – na własną prośbę – przed kolędującym księdzem na cztery spusty. Proboszcz nie dał a wygraną i powiedział panu mężowi, że jeżeli będzie chciał z nim kiedyś porozmawiać, to tu jest numer telefonu, przyjdzie w cywilu, bez pompy. Nie minęło kilka dni, a pan zadzwonił.

Ksiądz P.K. remontował teren przykościelny. Wynajął ekipę, ale żeby było sprawniej, skrzyknął ministrantów (lato, wakacje) i wszystkich, których się dało. Jakiś były lokalny komunistyczny prominent powiedział mu po jakimś czasie, że gdy jechał kiedyś o 7 rano po bułki, to widział księdza P.K. jak jeździł z kamieniami taczką. I że jest do jego dyspozycji.

Znam księży i środowisko, na tyle na ile świecka osoba, przyjaźniąca się z kilkoma z nich (zarówno diecezjalnymi jak i zakonnikami) może znać. Wiem o wielu rzeczach, które są w*****ce, trudne i nie tak powinno być. Łatwo nie jest. Nie wiem tylko, na ile co poniektórzy księża wiedzą, jak ważne jest dla mnie (i nie tylko) to, że styl życia świeckiego (wiem że są ludzie pracujący, którzy są codziennie na Mszy – ja nie umiem, próbowałam – albo miałam poprane i posprzątane albo byłam na Mszy) przewiduje jedną Mszę w tygodniu. Czas, kiedy przychodzę fizycznie dotknąć Boga, ale też czas, żebym posłuchała o Bogu od kogoś, kto 6 lat studiował teologię i dostał glejt od Ducha Świętego, czyli ma na wyposażeniu to, czego nie mam ja. Niestety, podczas kazania wychodzi to, czy kapłan prosi Ducha Świętego o pomoc przy przygotowaniu kazania czy nie. Czy wierzy w Boga czy nie. Czy czuje ciążącą na nim odpowiedzialność za owce czy nie. Czy jest urzędnikiem czy jest świadomy swojego powołania. Nie będzie kapłanów, jeżeli społeczeństwo nie będzie wierzyć Bogu – zgoda. Społeczeństwo nie będzie wierzyć w Boga, jeżeli kapłani nie będą mu Go pokazywać – własnym życiem i słowami Ducha.

Żeby była jasność – minusy nie przysłaniają mi plusów, sakrament kapłaństwa jest dla mnie niesamowity na równi z innymi sakramentami. Przepiękną tajemnicą jest, jak wielką moc Bóg podarował Kościołowi instytucjonalnemu. Nie przychodzę na Mszę, żeby mi motyle w brzuchu latały i żeby każde kazanie było ucztą intelektualną. Modlę się za kapłanów codziennie i bronię, kiedy trzeba (tylko wierzący świecki wie, ile razy ktoś się w pracy na niego obraził, bo się nie dał przekabacić po kolejnej usłyszanej historii grzechów jakiegoś kapłana).

Myśmy myśleli.

Gdy się biega z Różańcem wokół kuli ziemskiej przez 54 dni, to ma człowiek nieco czasu na medytację – odmawianie Różańca to wcale nie jest taka bułka z masłem, jak mogłoby się wydawać. Trudna ta sztuka rzadko mi się udaje, mimo że próby podejmuję codzienni. Czasem Duch Święty przebija się jednak przez moje rozproszenia i w monotonnym – mogłoby się zdawać – odgłosie kolejnych „Zdrowaś…”, w tajemnicach – mogłoby się zdawać – tak już znanych i przemyślanych, zauważam coś, na co przez poprzednie minione lata nie wpadłam (to jest swoją drogą to, w jaki sposób definiuję sobie żywość Pisma Świętego). Tkwiąc głęboko w Wielkim Poście, przy trzecich już tajemnicach tamtego dnia (czytaj: „Panie-Boże-jeszcze-tyle-mi-zostało-ja-już-nie-mogę”), Maria Magdalena wpadła na Jezusa w Ogrodzie po zmartwychwstaniu (to był ten – jeden z wielu – momentów postanowienia skupienia się jednak na Różańcu). Pod krzyżem Jezusa stały prawdopodobnie trzy kobiety oraz – zapewne niepełnoletni wtedy – późniejszy św. Jan Ewangelista. Następnego dnia rano po szabacie do grobu Jezusa wybrała się Maria Magdalena. Wzięła z domu, co miała wziąć i poszła (pewnie poszła zaraz jak tylko mogła). Grób znalazła pusty, rozmawiała z Aniołami (!), którzy nie zrobili na niej wrażenia, po czym zaproponowała rzekomemu ogrodnikowi, że weźmie ciało Pana, tylko niech jej powie, gdzie Go przeniósł. Ona, sama, ciało trzydziestoletniego mężczyzny. Nie roztrząsała, czy to wszystko, co się właśnie wydarzyło jest logiczne. Czy ją Jezus oszukał, czy jest zawiedziona. Kobieta, która kocha – którą uwiódł Bóg.

Kilka kilometrów zapewne dalej siedzą Apostołowie. Jedenastu chłopa, zawiedzionych i rozczarowanych. Jakby nad kartkami z dwoma równoległymi, które mają się łączyć w nieskończoności, ale im kartki nie starcza na tą nieskończoność i całość się kupy nie trzyma. Potem powiedzą, że spodziewali się, że On wybawi Izraela i że trzeci już dzień leży w grobie, mimo że były u nich kobiety, mówiąc, że grób jest pusty. Przez wiele miesięcy chodzili i widzieli, co Jezus robił. Mówił im przynajmniej trzy razy o tym, co się stanie, ALE PRZECIEŻ ONI POTEM WIDZIELI JAK GO ZABILI.

Westchnął pewnie zmartwychwstały Bóg i powiedział „No dobra…” i chodził od jednego do drugiego. Jadł, przechodził przez drzwi i pozwalał wkładać sobie ręce w rany. Uff, udało się. Równoległe się połączyły.

Biblia zawsze będzie prawdziwa, bo jest to historia życia Boga z ludźmi. Bóg jest zawsze taki sam i człowiek też. Biblia to kopalnia wiedzy o kobiecym i męskim sposobie myślenia i działania – historia relacji Boga i Człowieka czyli.

Luty

Jest mądrość Boża w tym, że luty trwa najkrócej ze wszystkich miesięcy. W tej szerokości geograficznej trwa listopad od czterech miesięcy, a lutowe znacząco dłuższe dni są realną obietnicą tego, że to tylko wydaje się, że listopad nigdy się nie kończy. W związku ze zmianami klimatycznymi może być tak, że w dzień po kwietniowej śnieżycy nadejdzie lipcowy upał w maju, ale nikogo to tak naprawdę nie martwi, bo każdy ma już dosyć.

W lutym moje ciało czuje się brzydkie i zmęczone. Szarość zewnętrzna wdarła się do środka, mimo że powłoka skórna dzielnie opierała się jej przez poprzednie miesiące listopada. Przytomność umysłu ogranicza się do kilku godzin w ciągu dnia i zaczyna się długo po 6:30, kiedy trzeba zacząć być obecnym, zwartym i gotowy na nadchodzący dzień. Za długim przesuszonym włosom nie pomaga już nawet jedwabiste serum na bazie oleju lnianego, trzeba iść do fryzjera, co otwiera rozdział pod tytułem „We Wrocławiu nie ma fajnego fryzjera, fajnym fryzjerem jest Klaudia w Poznaniu”. Buzia zamieniła mi się w jedno wielkie czerwone pobojowisko, więc trudno mi się emanuje łagodnością oraz wdziękiem, fiaskiem kończą się próby emanowania Miłością Jezusa. Wczoraj doszłam do wniosku, że sukienki jednak lepiej wyglądają BEZ rajstop (których swoją drogą jakość pogarsza się z roku na rok),  a każde buty uciskają stopy.

Dostaję smsy od Urszuli z tekstami pewnej natchnionej Alicji, która już nie żyje. W jednym z nich było napisane, by być czułym dla Jezusa. I pomyślałam, że nie umiem z siebie wykrzesać i że nie wiem jak to się robi. Chyba czułość wysiada wraz ze spadkiem formy. Nie to, żebym była dla Niego nieczuła, ale jakoś tak zawsze czuję się przez niego bujana na rękach, więc nie umiem sobie wyobrazić mnie bujającej Jego. Muszę rozkminić, na czym polega bycie czułym dla Boga.

Są takie chwile, kiedy przychodzę do pustego i ciemnego mieszkania i mówię, że nie wytrzymam. Wtedy przychodzi Pan Bóg z cukierkiem i nie mówi „Łe tam, wytrzymasz, już nie takie rzeczy…”. Przychodzi i mówi, że może spróbujmy nie wytrzymać razem. I potem jak zjem cukierka, to idę włączyć pranie albo coś. I się wytrzymuje.

Marcu, przybywaj. Jesteśmy gotowi.

P.S. Powietrze pachnie „Gorzkimi żalami”!

Wrocławski blues

Nie wyrwie się człowiek z korzeniami nigdy z żadnego miejsca, bo ludzkie korzenie zostają tam, gdzie są i już. Może sobie pęda zabrać, do wody wstawić i poczekać aż wypuści pierwsze małe korzonki, żeby potem móc zasadzić do ziemi. Słaby jest jednak ten pęd i mały, a świat taki duży i ciemny.

Chyba jestem na etapie, że trzymam tego pęda jeszcze w szkiełku z wodą i zastanawiam się, czy już aby na pewno się ukorzeni w ziemi, czy może jeszcze trochę poczekać.

Wiem już, gdzie są jednokierunkowe i gdzie nie skręcę w lewo. Przychodząc na przystanek, nie sprawdzam, który tramwajem mogę jechać do domu. Wiem, gdzie mielą mięso na życzenie (czasem mają też wołowe) i gdzie kupić nieshormonizowane kurczaki, za 55 zł filetów kilo. Ze słuchu wiem, gdzie mają atrapę Rynku Łazarskiego i gdzie kupić chleb, kiedy zapomnę wieczorem wyjąć zakwas z lodówki. Opracowałam już system wygodnego odbioru paczek i sprawnego sprzątania mieszkania. Pierwszy raz od ponad pół roku są sytuacje, gdzie nie jestem niezorientowanym i niezorganizowany głupkiem. Czuję się królową świata, gdy znam kilka dróg dojazdu do domu i wybieram tę, którą bardziej lubię. Mam swojego dentystę. Jest dobrze. Uświadomiłam sobie jednego głuchego formalnie styczniowego, ale realnie jakby listopadowego ciemnego popołudnia, że dzielną nie przestaje się być nigdy. Nie ma strachu – nie ma odwagi, nie ma trudności – nie ma zwycięstwa. Pokory nigdy nie przestanę się uczyć i poczułam się zmęczona na samą już o tym myśl. Postanowiłam jednak nie rozpaczać nad tym zbyt wylewnie i zająć się doprowadzeniem moich włosów do stanu, w którym nie będę wyglądać jak czarownica ze średniowiecza, bo się wysuszyły od pseudozimy, szala i czapki.

„Madame Tussaud” Michelle Moran

656

Nigdy nie kręciły mnie figury woskowe współczesnych i nie bardzo rozumiem ideę ich tworzenia (co innego te wykonane pod koniec wieku XVIII przez samą Madame Tussaud – te zobaczyłabym bardzo chętnie), więc tytuł powieści nie zwróciłby w ogóle mojej uwagi. Zwróciła tę moją uwagę na nią Kasia, bo historia Marie jest tylko punktem wyjścia do nakreślenia przebiegu wypadków podczas Rewolucji Francuskiej. Jest to powieść, autorka nie jest historykiem, ale można dowiedzieć się z niej więcej niż ja nauczyłam się z moich podręczników do historii. Nigdy chyba nie zrozumiem, dlaczego nowoczesne państwo Europy Zachodniej szczyci się tą Rewolucją jako swym aktem założycielskim. Apoteoza histerycznego mordu tysięcy niewinnych ludzi, który w swoim okrucieństwie nie różnił się niczym od Rewolucji Październikowej, którą to powszechnie się potępia. Francuzi maszerują wesoło 14 lipca każdego roku, a ja zastanawiam się, dlaczego się nie wstydzą. Szkoda, że tak niewiele się mówi o francuskim terrorze terroru, sprowadzając całość do histerycznej Marii Antoniny i wreszcie wyzwolonego oraz nowoczesnego francuskiego społeczeństwa.

Warto, raczej dla kobiet😉

***

Kilka lat temu przeczytałam – niestety nieprzetłumaczoną na polski – powieść Gerturd von le Fort „Die letzte am Schafott”. Opowiada ona prawdziwą historię szesnastu karmelitanek z klasztoru w Compiègne, które zostały stracone 17 lipca 1794 roku, nie szczędząc czytelnikowi szczegółowych iście naturalistycznych opisów rewolucyjnych pochodów w błocie krwi i wnętrzności zlinczowanych właśnie przez tłum nieszczęśników.

Może ktoś wreszcie przetłumaczy. To w końcu pisarka bardzo ceniona przez Josepha Ratzingera.

Po prostu

Święta inne niż wszystkie dotychczas, a chyba najfajniejsze. W wigilijny poranek zagotowałam jeszcze raz kapustę z grzybami, ubrałam się już w galowy strój i pojechałam do przyjaciół i ich dwójki dzieci posiedzieć i pogadać. Pojechałam tramwajem, bo pierwszy raz od wielu lat jestem tu niezmotoryzowana, wszystko trwa więc dłużej, a niektórych miejsc nie odwiedzę wcale. Między klockami, kąpaniem dzieci i pakowaniem prezentów w tajemnicy przed Misią – ludzie, u których, gdy chcesz herbaty, po prostu idziesz zagrzać wodę i wyciągasz z szafki tytkę i którzy mają za oknem najcudowniejszą panoramę Poznania. Swoi.

Potem trafiłam pozornie w oko cyklonu, co zameldował Dziadek już ante portas: „Atmosfera jest trudna”( próbując wesprzeć Babcię w skutecznym szukaniu Domestosa). Otrzymałam następnie szczegółowe instrukcje, który pokrowiec należy do którego krzesła. Po sukcesie z Domestosem, poszukiwany był blezer, przy czym Dziadek nie był dopuszczany do szafy, co skwitował tym, że przecież to jasne, bo jest gorszego sortu. Gdy był już blezer, nastąpiło poszukiwanie odpowiedniej koszuli – „Błogosławieni, którzy założyli, a nie wąchali”, podsumował Dziadek Babci sposób sprawdzania świeżości rzeczonej części garderoby przy wyciąganiu jej z szafki. Czas mijał na dziadkowo-wnuczętowej krzątaninie, ludzie nagle zaczęli się schodzić i pierwszy raz w historii ludzkości byłyśmy z Babcią gotowe z podgrzanym jedzeniem pięć minut przed czasem. Choinkę Dziadkowie postawili zeszłoroczną, którą przezimowali latem na balkonie.

Na stole okazało się, że  mamy tak naprawdę 4 potrawy, bo reszta nie zmieściła się w przedświątecznej czasoprzestrzeni i na dodatek zapomniałyśmy o ziemniakach. Nikomu to nie przeszkadzało, z ogromnego piernika i makowca zostały szczątki, każdy praktycznie odkulał się od stołu. Mimo małej liczby potraw, każda okazała się majstersztykiem kulinarnym, więc każda z nas ma poczucie sukcesu. Gdyby nie to, że uparłam się, żeby przeczytać fragment o Narodzeniu przed kolacją, pewnie niewiele świadczyłoby o tym, że to religijna okazja. Czas spędziliśmy na luzie, przy opowieściach z powojennego Poznania i trochę Wrocławia. Lubię te małe gesty opiekuńczości, gdy ktoś weźmie Twój brudny talerz albo pójdzie sprawdzić po cichu czy na pewno wyłączyłaś ekspres do kawy. I lubię to, że widać, że sprawia nam wszystkim przyjemność bycie razem – nikt nie musi, każdy po prostu chce.

Pasterka w rodzinnej parafii bardzo poskromniała na przestrzeni ostatnich lat – dziwne to i trochę smutne, bo przecież chór śpiewa z roku na rok coraz lepiej.

Przy łóżku pierwszy raz od dawna u Macierzy nie mam choinki – choinka stoi na Ziemiach Odzyskanych i na mnie czeka. Jest spokojnie i bez skrajnych emocji. Żadnych duchowych uniesień ani przemyśleń. Po prostu jest jak jest – urodził się Bóg. Mimo wszystko urodził się Bóg. Niech Wam w życiu trochę namiesza. Hej.

20151224_235624

Miriam

Nie ukrywam, że ostatnio jedyne myśli, które nachodzą mnie w związku z blogiem to takie, żeby w końcu jasno napisać, że jego czas już się chyba skończył. Nigdy nie zabiegałam o zainteresowanie, pisałam to, co mi siedziało na sercu; wierzę, że z natchnienia Ducha Świętego. Na przestrzeni ostatnich miesięcy powstało w sieci wiele miejsc o tematyce chrześcijańskiej, mam czasem po prostu poczucie, że wszystko już było i że jest tego wszystkiego za dużo. No, aż w końcu mam pomysł na 3 kolejne wpisy, więc chyba go jeszcze nie zamknę.

Nigdy nie uczestniczyłam w roratach, mimo że był kilkuletni okres w moim życiu, kiedy na mszy świętej byłam codziennie. Na początku mojej duchowej drogi do Jezusa przyszłam przez Maryję i patrzyłam na Niego zawsze przez Jej pryzmat. Łatwiej było mi schować się w jej płaszczu gdzieś jako zawstydzona Nim mała dziewczynka, bo nie wiedziałam, co się z Tym Jezusem robi, bo to jest facet, co na pewnym etapie, także dorosłym, było Jego główną wadą. Potem zafascynowałam się Nim  i Maryja jakby poszła gdzieś do kuchni, zabezpieczając tyły, mimo że od wielu lat codziennie modlę się Różańcem.

Mam alergię na doktoryzowanie Maryji, która „natenczas psałterz czytała” i której głównym przymiotem wydaje się być jej d(„D”))ziewictwo (takie przynajmniej można odnieść wrażenie słuchając niektórych kapłanów). Trudno kogoś takiego przyjąć za Mamę. Film „Narodzenie” pokazuje chyba najbliższe mi wyobrażenie Maryi, mam jednak swoje jedno bardzo mocne i świadome doświadczenie Jej.

Wiele lat temu zostałam napadnięta na ulicy. Nie wiem, czy opisywałam to tu kiedyś obszernie, chyba nie, bo uważam, że nie ma to większego sensu – ważniejsze dla mnie jest to, co działo się potem, przez lata, bo skutki tego wydarzenia odczuwam do dzisiaj. Przez kilka tygodni byłam na lekach uspokajających, bez tego nie przespałabym żadnej nocy. Po dwóch miesiącach pomyślałam jednak, że czas z tym kończyć, żeby się nie uzależnić. Niestety moje ciało reagowało po swojemu i to, czy o czymś myślałam czy nie, nie miało dla niego większego znaczenia. Tata zabierał mnie na weekendy do nich do domu, żebym mogła zdystansować się trochę do okolicy, w której to wszystko się stało. Pamiętam jedną noc u nich, kiedy spałam na materacu i obudziłam się po dwóch godzinach snu, kiedy wszyscy już spali. Zaczęłam się fizycznie trząść, jakby ze strachu jednak ani o nim nie myślałam ani go nie odczuwałam. Przez 3 godziny mówiłam Rożaniec, starając się nie spaść z materaca. Przez całe te trzy godziny, w każdej minucie, odczuwałam fizyczną wręcz obecność Maryi i mojego Anioła Stróża. Nie widziałam Ich, nie czułam Jej dotyku. Ale Matka Boża klęczała za materacem i trzymała mi na swoich kolanach głowę, po mojej lewej stronie klęczał mój Anioł Stróż. Do 4 rano, kiedy udało mi się w końcu zasnąć.

Ars vivendi

francuzki-nie-tyja

„Francuzki nie tyją” Mireille Guiliano jest jednym z licznych dowodów na to, że Polacy wcale nie przestali czytać (chociaż tutaj to pewnie Polki) – pierwsze wydanie książki rozeszło się jak ciepłe kajzerki, a używane egzemplarze na Allegro osiągały cenę 90 złotych polskich. W związku z powyższym zaprzestałam ówcześnie poszukiwań swojego egzemplarza, gdy nagle i niespodziewanie napadł na mnie pewnego letniego dnia w „Empiku”. Ostały się dwie sztuki z zabrudzoną i nadgiętą okładką każdy, ale pomyślałam, że trudno i zakupiłam.

Nie znoszę poradników i autorów, którzy stawiają się w pozycji mistrza, bo jeżeli mistrzem ktoś jest, to o tym wiadomo i nikt się stawiać nie musi. Autorka trochę niestety wpada w takowy ton. Najmocniejszą częścią całej książki są jej własne doświadczenia zrzucania wagi po francusku, najsłabszą – ogólne i suche „ponadczasowe” przemyślenia na temat medytacji, seksu i psychologii. Miesza je jednak wszystkie tak, że książkę czyta się naprawdę gładko i nie irytuje. Książka pisana była z myślą o Amerykankach, więc niektóre zestawienia nie są dla polskiego oka aż tak jaskrawe jak to zamierzała autorka.

Przechodząc do meritum, okazuje się, że cały sekret Francuzek polega na zachowaniu zdrowego rozsądku i dobrej zabawie. Wyuczone nawyki, uwielbienie jakości i piękna oraz umiar, kiedy trzeba – nie trzeba być studentką historii sztuki paryskiej Sorbony, żeby francuskie triki wprowadzić na własnym podwórku.Autorka podkreśla, że małe codzienne szczegóły jak 2 piętra więcej po schodach, a nie windą i 2 skibki chleba zamiast 3 naprawdę robią różnicę w ogólnym rozrachunku. Ta książka to moim zdaniem najlepszy przepis na to, by schudnąć (a jestem w trakcie od kwietnia – już połowa balastu za mną) na stałe.

Książka jest ciekawą pozycją dla kogoś, kogo interesują kulturoznawcze smaczki, a w tym wypadku zastosowanie ich może naprawdę podwyższyć poziom codziennego życia i zdrowia. Nie sięgnęłabym już po żadną traktującą o tym temacie, bo moim zdaniem ta go wyczerpuje. Myślę, że warto.

P.S. A tutaj od Marii jeszcze dużo francuskiego szyku. Jak już to po całości!

Różaniec

Processed with VSCO

O Różańcu powstało mnóstwo książek i opracowań, jednak nigdy żadne do mnie nie przemawiało. Nie lubię sztucznego katolickiego patosu w odniesieniu do Maryi, który posługuje się utartymi określeniami i jest jedynym otoczeniem słowa „dziewica”, który nie wzbudza sensacji.

Moja życiowa droga z Różańcem zaczęła się w lutym 2003 roku, kiedy dostałam różowy plastikowy od Uli. Powiedziała wtedy, że dla mnie to nic pewnie nie znaczy, a dla niej dużo, żebym to wzięła i wcisnęła mi przy wyjściu. Ja wzruszyłam ramionami i wyszłam, bo czemu nie. Nazajutrz bardzo mocno się rozchorowałam i nie mogłam dojść do ładu ze sobą przez kilka kolejnych dni. Ja tam nie wiem czy się Maryja w Medjugorie objawia czy nie, w każdym razie Różaniec – jak się okazało  – był stamtąd i nie bez znaczenia było to, że mnie tak wtedy poraziło. Wpadłam w okolicach tamtych dni na pomysł zostania protestantką, myślałam o nawróceniu. Plastikowy różowy Różaniec trzymałam owinięty na nadgarstku w najgorszych chwilach ówczesnego przechodzenia ze śmierci do życia. Nie umiałam go odmawiać, więc nie odmawiałam, ale zawsze instynktownie trzymałam. Kiedy już jednak znowu byłam katoliczką zamiast protestantką, chodziłam od człowieka do człowieka, żeby mnie nauczył któryś, jak to się odmawia. Nikt się specjalnie nie garnął, aż w końcu obecny mąż Uli przysłał mi obszernego maila w temacie. Kiedy doszło do ostatecznego starcia ze Złem, mój ksiądz kazał mi odmawiać Różaniec. Po prostu. Jak pisałam już tutaj, puściło mnie na trzecią „Zdrowaśkę” od końca. Poznałam moc Różańca fizycznie na swoim ciele.

Później – jak na kujona przystało – codziennie jeździłam do poznańskiej fary na adorację Pana Jezusa i odmawiałam Różaniec, żeby dostać odpust za jakąś biedną duszę. Bóg sam tylko jeden wie, ile razy tam zasnęłam. Tam też dokonało się jedno z przełomowych zdarzeń w moim życiu – odmawiając tajemnicę ukoronowania Maryi na Królową nieba i ziemi, przeprowadziłam dosyć prostu przewód logiczny, że skoro to jest moja Mama, to ja jestem królewną. Dziecięce marzenie spełniło mi się w wieku lat dziewiętnastu.

Wśród tych wszystkich minionych lat, miałam krótką różańcową przerwę, na szczęście nie trwała ona długo. Kiedyś jeden bliski mi ksiądz opowiadał o brewiarzu – że są momenty, że mu się tak strasznie nie chce, ale widzi w odmawianiu go ogromną mądrość Kościoła. Ja tak mam z Różańcem. Nie wiem czy odmawiam go dobrze (zwłaszcza, gdy zasypiam), moje myśli często lecą gdzieś tam. Najczęściej odmawiam go gdzieś w drodze, bo w domu trudno mi się na nim skupić. Zazwyczaj jest coś innego do zrobienia, spycham go na sam koniec. Trudny jest ten Różaniec. Mimo że od lat już codziennie odmawiam jedną część, to mam wrażenie, że mi coraz z tym trudniej. Czasem, gdy nie mogę sobie przypomnieć, jaki jest dzień, próbuję sobie przypomnieć, które tajemnice były wczoraj. Mam już opanowane swoje małe codzienne odległości na dziesiątki Różańca (do autobusu mam na przykład odległość na Koronkę do Miłosierdzia). Czasem się jakoś składa, że odmawiam tylko jedną „obowiązkową” dziesiątkę (jestem Różą Kapłańską😉 ).

Ciągle gubię Różańce. W różowym ułamał się krzyżyk i ostatecznie też się gdzieś zgubił. Najbardziej lubię te na sznurkach z drewnianymi koralikami, bo one się nie rwą, gdy czasem z nim wieczorem zasnę. Gdzieś kiedyś przeczytałam, że Różaniec to bukiet róż dla Maryi. Lubię o nim tak myśleć. I fajna jest ta Maryja.

 Jakby mnie ktoś zapytał, jaką modlitwę polecam, to bym powiedziała, że Różaniec.

20150731_164243

Żeby było ładnie

Kilka dni temu zobaczyłam na mojej tłiterowej osi podany dalej przez Gosię wpis pewnej Maryśki:
Przechwytywanie

Pomyślałam sobie o moim blogu i w ogóle o innych blogach, które znam. I doszłam do wniosku, że z tych, które ja śledzę, żaden nie jest o niczym. Jeżeli jakiś jest o niczym, to go po prostu nie czytam. Przemyślawszy ten punkt, doszłam do wniosku, że łączy się to trochę z tym, co chciałam od dawna już tu napisać.

Chyba św. Teresa z Avilla powiedziała kiedyś, że święci to ludzie, którzy potrafią nazwać to, co dzieje się w duchowym życiu ludzi. Bardzo mi się to spodobało i przeniosłam sobie to także na inny grunt – artyści to ludzie, którzy potrafią uchwycić estetyczną esencję świata. Światło zachodzącego słońca rozczłonkować na farby i maźnięcia pędzlem, a dźwięk letniego poranka oddać w sali koncertowej. Nie to, że zwykły śmiertelnik tego wszystkiego nie zauważa i się nimi nie rozkoszuje, on nie potrafi tylko podać tego w żaden sposób dalej.

Kiedy wychodzę po ośmiu godzinach z korporacji czuję się najbrzydsza na świecie, bo z podkrążonymi oczami sprzed Excela, napuszonymi włosami, szarą cerą i szczątkowym makijażem. W autobusie śmierdzi i jest niewygodnie (czy ktoś już opracował kwestię gromadzenia się ludzi przy drzwiach pojazdu, podczas gdy środek jest zupełnie pusty?!), bo pomyka on z prędkością 60 km po dziurawym poniemieckim bruku lub co sekundę gwałtownie hamuje ze względu na korek. Sytuację ratuje zawsze tylko popracowy telefon do Tomasza. A potem w domu lubię sobie usiąść i pooglądać ładne obrazki, świat wydaje mi się wtedy lżejszy, a ja nie taka brzydka (to na pewno jakaś logika z Wenus…). Lubię uchwycone na fotografiach szczegóły życia codziennego, na które ja zwracam bardzo dużą uwagę zupełnie mimowolnie. Szczegóły są jak sól – można zjeść nieposolone mięso i się człowiek naje. Tylko po co, skoro Bóg wymyślił sól, żeby wycisnąć z tego mięsa wszystko to, co najlepsze.

Lubię moją tablicę na Pinterest; zdjęcia Agnieszki i zdjęcia Toli; klimat jaki tworzy Mimi; to jak pisze o świecie i co robi z kwiatami Amy (chociaż już od jakiegoś czasu raczej nie pisze, ale jest na IG) i krótkie poniedziałkowe filmiki Xanthe. Lubię jak na Berlin patrzy Sandra i myślę sobie, że taki Berlin to może bym polubiła (na IG pokazuje mnóstwo mozaikowych starych posadzek w kamienicach, które uwielbiam). Siadam sobie czasem i klikam jakbym oglądała album, już któryś raz z rzędu. Ładność świata dodaje lekkości, a gdy się życie wypełni szczegółami, to nie ma dziur jak w jakieś porwanej rybackiej sieci.