Przedradość / Exciting anticipation

Starsze panie zazwyczaj otrzymują skrzydła jak orły, gdy następuje moment wydawania Pana Jezusa w Komunii.

Ja lubię przyjmować Go na końcu.

Rozpraszają mnie ludzie, wracający do ławek, więc wolę, by wrócili zanim ja wrócę. Staję na końcu kolejki na końcu kościoła. Lubię ten rytm, kiedy kolejka się kołysze i zbliża do ołtarza. Lubię patrzeć na ludzi, którzy dostają Pana Jezusa i na Niego, gdy Go kapłan trzyma w dłoni, robiąc mi mini adorację. Lubię, kiedy w tym czasie ładnie śpiewają ładne rzeczy. Lubię patrzeć na ludzi, którzy stoją w tej kolejce; dzieci przyklejone do rodziców z każdej strony świata. Lubię, kiedy się wtedy nikt nie spieszy.

wLubię wracać do ławki po Komunii jakby z Panem Jezusem za rękę.


Older ladies usually soar on wings like eagles when the moment of the Holy Communion comes. I like to take Him at the end.

People are distracting me, going back to the benches after receiving the Communion, so I prefer them to come back before me. I stand at the end of the queue at the end of the church. I like this rhythm when the queue is swaying and approaching the altar. I like looking at people who receive Jesus and at Him when the priest holds him in the hand, making me a mini adoration before handing Him to a person. I like when they sing nice things nicely. I like to look at the people who stand in this queue; children sticking to their parents. I like when nobody is in a hurry.

Afterwards, I like going back to my bench as if I was holding Jesus’ hand.

Reklamy

Strach ogranicza

Gdy się nawróciłam chciałam dużo dowiedzieć się o Kościele i katolicyzmie. Czułam intuicyjnie, że to, czego doświadczałam wcześniej to nie był prawdziwy katolicyzm. Do spowiedzi poszłam drugi raz kilka dni po tej pierwszej od dawna, bo nie byłam pewna, czy o niczym nie zapomniałam za pierwszym razem (to nie było po katolicku, ale cóż – lepiej dwa razy niż wcale). Część rzeczywistości, która się przede mną otworzyła zdominowała moje życie. Nie bardzo wiedziałam, o czym rozmawiać z ludzmi niewierzącymi. Bałam się niezrozumienia i tego, że mogę ich czymś urazić.

Moje doświadczenie podpowiadało mi, że człowiek niewierzący to ktoś bardzo agresywnie zwalczający katolicki światopogląd (miałam po prostu idealny realny wzorzec takiej osoby w moim najbliższym otoczeniu). Bałam się tych relacji, bo kto lubi siedzieć ciągle w okopie i bronić swoich przekonań, więc unikałam. Bardzo niesprawiedliwie jest wrzucać wszystkich tak do jednego worka, jak okazało się ponad dziesięć lat później.

unnamed

Ponad dziesięć lat później całkiem zaskakująco wylądowałam z umową o pracę w #korpo we Wrocławiu. W dwa tygodnie spakowałam całe swoje dotychczasowe życie i zamieszkałam w mieście, w którym nikogo nie znałam, z którym nie łączyło mnie nic (drama ekstrawertyka). Podeszłam praktycznie, zaczęłam się modlić o przyjaciół. Po wielu miesiącach byłam otoczona wspaniałymi ludźmi. Pan Bóg odpowiedział na moje modlitwy w dużej mierze przez… ludzi niewierzących. Kiedy się zorientowałam, bardzo mnie to zdziwiło, zaskoczyło, a w efekcie wiele nauczyło.

Przyjaźń to dla mnie ważna rzecz, a o nią niełatwo. Okazało się, że istnieją ludzie, którzy szanują odmienne poglądy i nie toczą krucjaty przeciwko KK. Niewierzący, którzy nie przewracają oczami, gdy na pytanie jaką decyzję podjęłam odpowiadam „Modliłam się i postanowiłam tak i tak” (a niestety strach tak czasem powiedzieć „katolickiej inteligencji”). Niewierzący, którzy na wieść o pracy w katolickim wydawnictwie cieszyli się razem ze mną i mnie wspierali. Przekonałam się, że to nie jest kwestia wiary, jaką się wyznaje, a człowieka jako takiego. Dzięki nim ja stałam się lepszym człowiekiem, bo mogłam wyjść z okopów. Nauczyć się mówić o mojej wierze asertywnie, rozumieć ją lepiej. Zobaczyłam, że nie są złymi ludźmi bez moralności, którzy chcą mi udowodnić, że jestem głupia. Nie są ludźmi, Przed którymi muszę się ciągle bronić z husarią gotową do walki. Zobaczyłam pięknych ludzi, przez których Bóg okazuje mi swoją miłość i pokazuje mi świat. Którzy również czasem się boją, bo mają kiepskie doświadczenia z wierzącymi.

Smutno mi, że nie dzielą ze mną doświadczenia Pana Boga, które uważam za najcudowniejsze na świecie. Każdy ma swoją drogę i po katolicku jest, dać drugiemu człowiekowi wolność, bo wolność to Boska rzecz. Wiem, że On jest dawcą życia i stwórcą świata i dla mnie te konkretne osoby są jednym z dowodów na Jego istnienie. Chciałabym, by kiedyś Go poznały, bo jest Najlepszy, a dla bliskich chce się przecież tego, co najlepsze.

***

Pan Jezus gnoił tych, którzy uzurpowali sobie prawo do bycia sędziami, rozmydlali doktrynę i nakładali dodatkowe ograniczenia z powodu swojego ego. Z Samarytanką spokojnie rozmawiał przy studni, bronił jawnogrzesznicy, ucztował z tymi, którzy w społeczeństwie żydowskim funkcjonowali jako wyrzutki i niegodni. Nie tracił przy tym niczego ze swojej jednoznaczności i czystości. Kapłan katolicki poniżający i krzyczący na mamę, która żyje w niesakramentalnym związku i prosi o chrzest dla swojego dziecka nie jest odbiciem Jezusa w świecie. Grupy, które uważają się za „prawdziwych” katolików w opozycji do jakichś innych grup nie są odbiciem Jezusa w świecie.

Empatia kluczem

Każdy ma swoje ciężko. Innym cierpieniem jest rozczarowanie mężem/żoną, innym gryzienie ściany z samotności. Poznawanie nowych ludzi, tracenie nadziei, dawanie kolejnej szansy, remontowanie mieszkania i przeprowadzania się samej, podejmowanie ważnych decyzji finansowych, choroba przeżywana w samotności, poczucie bezpieczeństwa tylko jeżeli naprawdę zaufa się Bogu. Tak jak wspominałam na początku – celem tego cyklu nie jest robienie z siebie ofiary ani gloryfikowanie cierpiętnictwa samotności. Te wszystkie wymienione wyżej sprawy są do dźwignięcia. Każde życie jest trudne i każde jest bezcenne.

|EMPATIA|

Nie zapewniaj starej panny, że na pewno kogoś znajdzie, musi tylko trochę poczekać. Nie wiesz tego. Nie udzielaj banalnych rad. Nie wypychaj na portale randkowe. Nie opowiadaj historii o znajomych dalszych i bliższych, które długo były same, a potem się związały. Nie mów, że jest jeszcze młoda i ma dużo czasu. Jest różnica między mobilizowaniem i byciem oparciem a bezmyślnym podsuwaniem kolejnych kandydatów. Traktuj z miłością. Nic tak nie dodaje mocy jak usłyszeć „Rozumiem, że jest ci ciężko. Bardzo mi przykro, że czujesz się tak źle” (młodej mamie też jest ciężko i samotnie, chodzi po prostu o wrażliwość i przyjęcie, że kogoś boli coś, co mnie może by nie bolało). Traktuj poważnie jej problemy, nawet jeżeli tobie wydają się banalne i uważasz, że ty masz większe. W miarę możliwości okazuj wsparcie logistyczne (jeżeli przeprowadzka albo inny tego rodzaju kataklizm). Interesuj się jej życiem. Módl się za nią.

Mały suplement, bo nie mogę się powstrzymać

|JAK NIE REAGOWAĆ (sytuacje autentyczne)|

– Czuję się bardzo samotna, mam poczucie, że moje życie nie ma sensu. Nie mam dla kogo żyć. Jest mu trudno.

– Przestań! Wiesz jak ja bym chciała być w twojej sytuacji!? Masz tyle czasu dla siebie, ciszę w domu, możesz się rozwijać! Ciesz się!

*

– Przeprowadzałam się prawie miesiąc. Samej ciężko było zwozić rzeczy z trzech mieszkań i sprzątać po remoncie.

– A wiesz jak ciężko jest się przeprowadzać z dziećmi!?

Trawa jest zawsze bardziej zielona po drugiej stronie płotu. Powyższe sytuacje spowodowały, że poczułam się jeszcze gorzej niż wyjściowo. To niczego nie poprawia ani nie zmienia.

***

To tyle, co miałam do powiedzenia w temacie 🙂

Jak zatem żyć?

Moja droga do zaprzyjaźnienia się z samotnym życiem była bardzo długa i wyboista. Tak jak pisałam już wcześniej – nie gloryfikuję żadnego stanu cywilnego. Każda droga życia ma swoje blaski i cienie, miło to będzie po paruzji.

Przez lata denerwowało mnie stwierdzenie „twoje szczęście zależy od ciebie”. Jak zmienić swoje nasycenie nieszczęściem, gdy nie można zmienić warunków zewnętrznych? Jedyny sposób to prosić Boga o wsparcie. Z wyjścia za mąż uczyniłam sobie idola. Modliłam się tylko o to, by wreszcie zaliczyć tę bazę. W końcu zrozumiałam i zmieniłam swoje intencje. Modliłam się o to, bym umiała szukać szczęścia głębiej. Żeby moje serce się rozszerzyło, a tęsknota uciszyła. Nie o człowieka, który to usunie. Nie o konkretne wydarzenia. O to, by Bóg zmienił moje nastawienie. W takim znaczeniu zależy od ciebie.

13467AA8-D6F1-467A-B366-A3F2611D7C62.JPG

Czas życia solo można spożytkować bardzo twórczo. Taki stan ma pewne plusy, którym nie odznacza się życie w małżeństwie, więc dlaczego z tego nie korzystać?!

|NIECH SAMOTNOŚĆ BĘDZIE PO PROSTU SAMOTNOŚCIĄ|

Przestałam wpadać w rozpacz, kiedy przestałam dorabiać do poczucia samotności ideologię. Że jestem gruba, brzydka i bez talentów – w ciągu kwadransa z małej śnieżnej kulki robił się wielki potwór, który wywoływał lawinę łez. Kiedy czuję się samotna, przerywam robotę i mówię Panu Jezusowi „Czuję się samotna. Potrzebuję pomocy”. Najłatwiej jest oczywiście do kogoś zadzwonić, spotkać się. Czasami jednak się nie da, bo każdy ma swoją agendę wypełnioną po brzegi.

Kluczowa była dla mnie nauka rozpoznawania tego momentu, kiedy zaczynałam czuć się samotna. Do tej pory się czasem czuję, ale nie pozwalam jej rozkwitnąć. Otwarta modlitwa skutecznie pomaga – nie ma takiego uczucia, które wstyd by było Bogu opowiedzieć.

|POZNAJ SIEBIE|

Regularne badania, troska o swoją fizyczność i fizyczną atrakcyjność. Dla nikogo tak bardzo nie warto czuć się zadbaną jak dla samej siebie. Dla każdego może to oznaczać coś innego. Ja odkryłam, że chodzenie na siłownię poprawia mi wszystko – fizyczną samoocenę, spanie i trawienie. Czuję się mniej rozlazła i ociężała.

Warto poznać swoje ciało – umiejętność rozpoznawania płodności to coś, z czym nie ma na co/kogo czekać. Bez względu na światopogląd to świetna metoda kontroli, czy jest się zdrową i możne reagować na nieprawidłowości niezależnie od tego czy się stara się o dziecko czy nie.

To doskonały czas, żeby poznać swój charakter i temperament (na przykład tak). Świadomość siebie zbliża do Boga i do własnego człowieczeństwa. Święta Katarzyna Sieneńska mówiła, że poznając siebie samego, poznajemy Boga.

|INTERESUJĄCE ŻYCIE STAREJ PANNY|

Próbuj nowych rzeczy, wychodź ze swojej strefy komfortu. Nie bój się ryzykować (zmienić pracę, jechać na drugi koniec świata na wolontariat, założyć własną firmę). Oczywiście, biedermeierowski filister rzekłby, że to strach, bo nie ma się pleców w postaci statecznie zarabiającego męża. Z drugiej jednak strony konsekwencje ewentualnego niepowodzenia ponosi się samej, bez krzywdy dla nikogo. Poza tym, każde niepowodzenie można przekuć w zysk, każdy kryzys to szansa. Brzmi jak slogan, wiem. Wiem także, ile ja się nauczyłam z tych wszystkich sytuacji, które obiektywnie wydają się błędem i porażką. Nic tak nie pcha do przodu rozwoju osobistego jak dobrze przeżyty kryzys.

|WYJDŹ Z DOMU, POZNAWAJ LUDZI|

Jestem człowiekiem ze smutnej planety – nie znoszę small talku, bezproduktywnego gadania o pogodzie i pracy. Przekonanie się do większego otwarcia na nowe znajomości wszelakie było bardzo trudne. Biorąc przykład z mojej przyjaciółki, przełamuję się i bywam szczerze zachwycona ludzkością (okazuje się, że są jeszcze jacyś fajni ludzie, których nie znam) (jest ich nawet całkiem sporo).

Iść do ludzi. Czasem biorę książkę do kawiarni i siedzę tam kilka godzin, czytając. Chadzam sama do kina. Zdobyłam koronę staropanieństwa, bo poszłam sama na wesele i sylwestrową zabawę folkową (oczywiście byli tam przyjaciele i inni znajomi, ja przyklejona i zaadoptowana przez nich, ale nie miałam „swojego” człowieka u boku), pojechałam sama do Rzymu na wakacje.

|DBAJ O INNYCH|

Dla swoich przyjaciół, rodziny. Pomagaj, kiedy potrzebują – nawet jeżeli masz tylko stare auto i na raz jesteś w stanie wziąć tylko jeden karton.

Ciesz się szczęściem innych. Kolejne śluby i narodziny w otoczeniu potrafią być bardzo bolesne, ale można wyćwiczyć się w radości. A przynajmniej w tym, by tych pięknych wydarzeń nie odbierać jako zagrożenia dla siebie.

|NIE ZNĘCAJ SIĘ|

Jest granica między wychodzeniem poza swoją strefę komfortu a znęcaniem się nad sobą. Kluczem jest słuchanie siebie i Ducha Świętego. Znęcanie się nad sobą prowadzi tylko do nieszczęścia.

Trudności / Difficulties

Pociągając smutne kwestie, dzisiaj o trudnych aspektach życia solo.

|NIE JEST SIĘ DLA NIKOGO NAJWAŻNIEJSZYM|

To jest bardzo bolesne. Żadnego mojego awansu ani podwyżki nie miałam z kim świętować, czasem nawet urodzin. Nie to, że rodziców i dziadków to nie obchodzi, tylko obchodzi inaczej niż by się chciało. Nikt na Ciebie nie czeka, nikt Cię nie odbiera z dworca.

Rozwiązałam to pracując nad świadomością, że dla Boga jestem najważniejsza na świecie. Jezus nigdy nie zastąpi ukochanego/męża (nie odbierze Cię z dworca), ale bardzo realnie może pomóc przeżywać samotność.

*Zdaję sobie sprawę, że to brzmi kościółkowato i banalnie, ale mnie naprawdę pomogło przyjęcie tego tak na serio, do krwi. Że cierpienie przeżywane z Jezusem rozszerza serce, zwiększa empatię i robi z nas lepszego człowieka. Potraktowanie Jezusa tak realnie jak realnie traktuję np. Marysię.*

|NIKT CIĘ NIE DOTYKA|

Są jakieś badania amerykańskich naukowców, które stwierdzają, ile dotyków dziennie człowiek potrzebuje. Osoba, która żyje solo bardzo często dostaje zero albo grubo poniżej uśrednionej normy.

*Wiem, że są mamy, które marzą o tym, by ich przez chociaż kwadrans nikt nie dotykał ani nie wołał – możecie ofiarować w intencji osób, które żyją same.*

Lekarstwem są przyjaciółki, które są świadome powyższego. Trzeba po prostu iść i powiedzieć, że potrzebuje się człowiek przytulić. Długie przerwy źle robią na życie.

|ŚWIADOMOŚĆ, ŻE MOŻNA NIGDY NIE ZOSTAĆ MAMĄ|

Zegar biologiczny tyka i jest bezlitosny. Trwałam w poczuciu tymczasowości mojego życia z założeniem „że to przecież w końcu przestanie tak być”. Że może wtedy, tam za rogiem czeka zmiana. Nie czekała. Przyszedł moment, że usiadłam i powiedziałam sobie tak realnie, że może się zdarzyć, że nigdy nie będę mamą. Bolało, bardzo mocno. To jednak uwalnia od życia w iluzji i trwania w poczekalni aż cię wreszcie wywołają. Życie kobiety bezdzietnej nie jest mniej warte niż życie mamy. Kobietą jest się w pełni także wtedy, gdy dzieci się nie posiada. Jeżeli ktoś twierdzi inaczej, to kłamie. Tę tęsknotę można ofiarować w różnych intencjach, jak każde cierpienie. Ważne, by nie urosło do rozmiarów przysłaniających inne aspekty życia. Nie chodzi o to, by popadać w fatalizm, tylko po prostu oswoić się i podchodzić do każdego wariantu bez rozpaczy.

DSC01915

|PYTANIA RODZINY (i ZNAJOMYCH, jeżeli ma się niefajnych)|

Coś, co mnie na szczęście omija, ponieważ w mojej najbliższej rodzinie do obowiązku sparowania podchodzi się raczej z dystansem. Uratować życie może wtedy jedynie solidne poczucie własnej wartości i asertywność. Wyobrażam sobie, że mogą być w rodzinie osoby, które nie przestaną pytać ani „doradzać”. W moim przypadku skończyłoby się niestety na pewno bardzo drastycznym ograniczeniem kontaktów, bo wiem, że na niektórych nie ma rady.

|BANK|

Dla banku w kontekście kredytu jest się najniżej w hierarchii, emeryci są bardziej wiarygodni niż stara panna.

Powiedział mi to doradca kredytowy. Oczywiście użył łagodniejszych słów. Nie jestem jakąś orędowniczką lichwy i zadłużania się do końca życia. Kiedy jednak nie pochodzi się z rodziny obszarników i żyje się z jednej pensji, trudno uciułać.

Następny wpis już będzie nieco bardziej optymistyczny.

Dlaczego to piszę

Część pierwsza


Difficult aspects of solo life:

|THERE IS NOBODY FOR WHOM YOU ARE THE MOST IMPORTANT PERSON|

This is very painful. I didn’t have anybody to celebrate my promotion or rise with, sometimes even my birthday. Not that parents and grandparents don’t care – they do, but in a different way. Nobody is waiting for you, nobody picks you up from the train station.

I solved this by working on the awareness that for God I am the most important in the world. Jesus will never replace your beloved / husband (he will not pick you up from the station), but he can really help you survive loneliness.

* I realize that it sounds „churchy” and banal, but it really helped me when I started thinking about Jesus as a fellow living person like e.g. my friend Marysia. The suffering experienced with Jesus extends the heart, increases empathy and makes you a better human being.*

| NOBODY TOUCHES YOU|

There are some studies of American scientists who state how many touches a person needs per day. A person who lives solo very often gets zero or well below the average norm.

* I know that there are moms who dream of not being touched or not being called by anyone for a quarter of an hour – you can offer it up for people who live alone. *

The cure for this is friends who are aware of that above. You just have to go and say that you need a hug. Don’t take long breaks.

|BEING AWARE THAT YOU CAN NEVER BE A MOM|

The biological clock is ticking and it’s ruthless. I live in the sense of temporariness of my life with the assumption that „after all it will stop to be this way”. That maybe then, there is a change waiting around the corner. There wasn’t. The moment came that I sat down and told myself so realistically that it could happen that I would never be a mum. It hurt, very much. This, however, freed me from life in illusion and the feeling I in a waiting room until they finally call me. The life of a childless woman is not worth less than the life of a mother. A woman is also fully a woman without having a child. If someone says otherwise, he’s lying. You can offer this longing in various intentions, like every suffering. It is important that it doesn’t grow to dimensions that obscure other aspects of life. It isn’t about falling into fatalism, but simply getting used to this option and approaching every variant without despair.

|QUESTIONS FROM FAMILY (and FRIENDS, if they aren’t cool friends) |

Something that, fortunately, bypasses me, because, in my family, the obligation to have somebody is approached with a distance. I think the only resolution is solid self-esteem and being assertive. I imagine that there may be people in your family who don’t stop asking or „advise”. In my case, unfortunately, it would definitely end up with limiting the relationship with this part of my family.

| BANK |

For the bank, in the context of a loan, you’re the worst potential client, the pensioners are more credible than you (at last in Poland).

This is what a credit adviser told me, of course, he used nicer words. I’m not an advocate of usury and indebtedness for the rest of your life. However, when you don’t come from a family of landowners and live on a single salary, it is difficult to get along.

This is the last entry about shadows, the next one will be all about the bright sides of solo life.

Pułapki samotności / Traps of loneliness

Wokół osób małżeńsko niezrzeszonych krąży trochę stereotypów. Pewnie istnieją opracowania psychologów, dlaczego pewne procesy w głowach ludzi żyjących solo zachodzą. Mieszkając samemu, nie ma się lustra w postaci innych domowników. Nastrój, zmęczenie czy też choroba innych nie ma na starą pannę wpływu. Jeżeli zostawi się w kuchni posprzątane przed wyjściem do pracy, to jak się wraca dalej posprzątane jest. Jeżeli się zostawi bałagan, to bałagan dalej oczywiście będzie. Nikt ci niczego nie podbiera, nie wchodzi w obłoconych butach na wymytą podłogę.

Processed with VSCO with a5 preset

Patrząc na różne panie, które żyją solo (i oczywiście na siebie samą), zauważyłam kilka pułapek, w które łatwo wpaść:

|ŻYCIE ZAWODOWE|

Przesunięcie pracy zawodowej w centrum swojego życia i poświęcanie jej 120% swojego czasu (to oczywiście dotyczyć może każdej kobiety, także żony i mamy). W związku z brakiem poczucia spełnienia w życiu prywatnym, szuka się bodźców, gdzie to spełnienie i czucie się potrzebną znaleźć można. Praca zawodowa świetnie się do tego nadaje.

Pewnie są zawody, gdzie tak trzeba. Pewnie są bardzo konkretne osoby, które tylko dzięki temu, że żyją solo, są w stanie być aniołem dla świata. I to jest super. Mniej super jest, gdy wynika to z chęci zagłuszenia w sobie bólu i tęsknoty.

Przeczytałam kiedyś artykuł na jednym z katolickich portali, że pracodawcy nowoczesnych firm bardzo cenią „ustabilizowaną” (mąż/żona + dzieci) sytuację życiową swoich pracowników. Po pierwsze, fakt posiadania lub nieposiadania dzieci i stan cywilny nie mogą (zgodnie z polskim prawem) (i logiką) mieć wpływu na ocenę pracy pracownika (przecież co ma piernik do wiatraka?). Po drugie, gdy nie założyło się rodziny, nie oznacza to, że sytuację ma się nie ustabilizowaną.

Osoby nie posiadające męża/dzieci mają prawo do spędzania swojego czasu wolnego poza pracą. Obarczanie właśnie ich nadgodzinami, ponieważ „przecież nie muszą zajmować się domem i dziećmi” jest dyskryminacją.

|WIĄZANIE SIĘ Z KIMŚ, BYLE NIE BYĆ SAMĄ|

Fakt zakończenia pewnego związku w przeszłości nie napawał mnie szczególnym smutkiem. Smutek poczułam dopiero w momencie, kiedy uświadomiłam sobie, że będę (znowu) sama. Solo byłam (i jestem) szczęśliwsza niż tkwiąc w tamtej relacji. Bycie solo niesie ze sobą inne problemy niż bycie w parze. Wiązanie się nie jest lekarstwem na całe zło. Naprawdę lepiej jest być samą niż związaną z nieodpowiednim człowiekiem. To nie daje szczęścia, zamyka w więzieniu jeszcze bardziej. [temat rozwinę w następnym wpisie, więc tutaj tylko chciałam to zaznaczyć – proszę się nie irytować z powodu pozornych komunałów i banałów!]

|CZEKANIE „AŻ SIĘ ŻYCIE ZACZNIE”|

Życie trwa. Pan Bóg nie uzależnia powodzenia niczyjego życia od wyjścia za mąż. Istniejemy na świecie, bo Bóg nie chciał Go bez nas. Zadaniem człowieka jest pełnić wolę Bożą i czynić sobie ziemię poddaną. Nie znaczy to, że nasze pragnienia nie mają znaczenia – mają. Instynkt macierzyński, potrzeba poczucia spełnienia i bezpieczeństwa są przecież naturalne (co nie znaczy, że każda z pań odczuwa je tak samo). Uświadomiłam sobie kilka miesięcy temu, że za chwilę (no dobra, dłuższą chwilę) skończę 40 lat. W mojej głowie wyznacza to umowną połowę życia. Połowa życia spędzona na smutku i czekaniu aż się życie zacznie? Nie, dziękuję – chyba jednak nie o to Bogu chodziło.

|SZUKANIE PRZYCZYN|

Bardzo wyczerpująco mówi o tym ojciec Adam Szustak tutaj. Po długim (wieloletnim) namyśle ufam jego osądowi, bo sensowniejszego nie znalazłam. Nie szukam, po prostu żyję i patrzę w przyszłość.

|WMAWIANIE SOBIE POWOŁANIA DO ZAKONU|

Nie potrafię wytłumaczyć na czym polega rozeznawanie powołania. Nie wiem, jakie modlitwy są skuteczne i skąd się wie. Szczera relacja z Bogiem jest niezbędna. Rozeznać można tylko na modlitwie. W jakimś sensie ciśnie mi się na usta, że się to „czuje”. Na pewno argumentem nie jest bycie solo. Powołanie do zakonu lub do życia małżeńskiego daje Pan Bóg jako najlepszą drogę dla konkretnej osoby. Takie decyzje nigdy nie powinny wynikać z „braku laku”.

|POGRĄŻANIE SIĘ W ROZPACZY|

Rozpacz jest szatańską pokusą i należy się modlić o rozeznanie, kiedy nadchodzi i krąży jak lew ryczący. Tylko Bóg sam jeden wie (bo ja nie pamiętam), ile dni i nocy przepłakałam, ile miesięcy ciurkiem pogrążona byłam w beznadziei. Nie warto. Robią się wory pod oczami i traci bardzo dużo cennego czasu. [temat rozwinę w następnym wpisie, proszę się wstrzymać z oskarżeniami, że łatwo mi mówić – NIE JEST ŁATWO]

|NIENAWIŚĆ DO MĘŻCZYZN I DEMONIZOWANIE MACIERZYŃSTWA|

Kiedy już polubi się swoje staropanieństwo i nauczy się doceniać jego blaski może się zdarzyć, że wyobrażenie o zmianie tego status quo napawa strachem i sprzeciwem. Czasem składa się, że przyjaciółki i znajome opowiadają o różnych małżeńskich i macierzyńskich trudnościach i się odechciewa od samego słuchania i wyciągania wniosków. Warto jednak pamiętać, że te opowieści to jedna strona medalu i mieć świadomość, że ta ścieżka jest również trudna, ale ma w sobie piękno, którego nie widać czasem na pierwszy rzut oka.

Ktoś ma jeszcze jakieś na podorędziu?


There are some stereotypes around unmarried people. Probably there are studies of some American scientists, explaining why certain processes are taking place in the heads of people living solo. When you live alone there is nobody in the house who can show you your shortcomings. The mood, fatigue or illness of others have no effect on you. If you leave the kitchen cleaned before going to work, it is clean when you come home. If you leave a mess, there is still the same mess in the afternoon.

Looking at different ladies who live solo (and of course at myself), I’ve noticed several pitfalls that are easy to fall into:

|PROFESSIONAL LIFE\

Shifting your work at the center of your life and dedicate it 120% of your time (this, of course, can happen to every woman, including wife and mother). In connection with the lack of a sense of fulfillment in private life, we look for stimuli, where this fulfillment can be found. Professional work seems to be perfect for filling this void.

Sure there are professions where you have to act so. Sure, there are very specific people who, thanks to the fact that they live solo, are able to be angels to the world. And that is great. It is less cool when it’s a result of the desire to drown out pain and longing.

I once read an article on one of the Catholic portals that the management of modern companies appreciate the „stabilized” life situation (husband/wife + children) of their employees’. First of all, the fact of having or not having children and your marital status cannot (according to the Polish law) (and logic) affect the assessment of the employee’s work. Secondly, when you didn’t start your own family, it doesn’t mean that your situation is unstable.

People who don’t have husband/children have the right to spend their free time outside of work as well. Charging them with overtime because they „do not have to deal with home and children” is discrimination.

|BEING IN A RELATIONSHIP ONLY NOT TO BE ALONE|

The fact of ending a certain relationship in the past didn’t fill me with particular sadness. I felt sad only at the moment when I realized that I would be (again) alone. I was happier solo than stuck in that relationship. Being solo carries different problems than being in a relationship – it isn’t a cure for all the evil in your life. It’s really better to be alone than related to the wrong person. It doesn’t give you happiness, it locks you in prison even more. [I will develop the topic in the next entry, so here I just wanted to point it out – please do not be annoyed because of apparent clichés!]

\WAITING „UNTIL THE LIFE BEGINS”|

Life is underway. You don’t have to be married to be successful in God’s eyes. We came to this world because God didn’t want Him without us. The only job a man has to do on earth is doing God’s will. It doesn’t mean that our desires don’t matter – they do! Maternal instinct, the need for a sense of fulfillment and security are after all natural (which doesn’t mean that all women feel this in the same way). I realized a few months ago that in a moment (well, a good while) I will be 40 years old. Mentally this sets the conventional half of my life. Half of your life spent on sadness and waiting for life to start? No, thank you – I do not think God meant it.

|SEARCHING FOR „CAUSES”|

Father Adam Szustak op talks about this in one of the films I linked in my previous blog post. To make a long story short – don’t do that and blame yourself. There are only two vocations – religious life and married life. There is no such vocation as a single life. You can find the note in the Scripture that there are people you were made unable to get married. Either by nature or by other people. The thing is you should live your life to fullest without looking for the cause.

|FEELING FORCED TO GO TO THE CONVENT|

I cannot explain how to recognize your vocation. I don’t know what prayers are effective and how they work. A sincere relationship with God is essential. You can discern only in prayer. I would say you can „feel” it, but „feel” seems not enough word. For sure being solo after 30 is not a reason to think God wants a religious life for me. Such decisions should never result from because of a lack of something.

|GETTING INTO DESPAIR|

Despair is a devil temptation and you should pray for the ability to identify when it comes and circulates like a roaring lion. Only God alone knows (because I don’t remember) how many days and nights I cried, how many months I was plunged into hopelessness. It was not worth my time.

|HATING MEN AND MOTHERHOOD|

When you begin to like your singleness it can happen that friends and acquaintances talk about various marital and maternal difficulties. Don’t judge the marriage and motherhood according to this. It’s good to have a perspective that it’s not always bright and shiny, but it’s not the whole truth.

O samotności / On loneliness

Miał być o tym podcast, jednak skapitulowałam. Kilka lat temu wypuściłam moją strefę komfortu w okolicę Puszczy Białowieskiej, aktualnie szwęda się gdzieś za Uralem już i nie mam siły wypychać jej jeszcze dalej.

Gdy miałam 18 lat, trafiłam do egzorcysty. Ksiądz Marian Piątkowski (RIP) zapytał mnie kiedyś (z wrodzoną sobie łagodnością)(co nie jest stereotypowo oczywiste, biorąc pod uwagę jego profesję) czy jestem otwarta na każdą drogę powołania. Ja zmagałam się wtedy z „wewnętrznym przymusem” pójścia do zakonu (to też ciekawy temat wart poruszenia), więc przez zęby odpowiedziałam, że tak. Zaskoczyło mnie jednak jego „A starą panną jesteś gotowa zostać?” (ach, ten jego szelmowski blask w oku, gdy to mówił). Oto jestem 15 lat później bez męża i bez dzieci, niekoherentna z normą i próbująca trzymać równowagę (ukrócając wszelkie pojawiające się być może teraz pseudokatolickie myśli – nie, nie uważam, że to było w jakikolwiek sposób prorocze ani magiczne).

8

Wiele się w moim życiu wydarzyło przez ostatnie dwa lata. Bardzo trudno było mi otrzymać wsparcie, więc postanowiłam podzielić się tym, czego nauczyłam się o samotności. Dzielę się MOIM doświadczeniem i tym, co sprawdziło (sprawdza) się u MNIE. Mam nadzieję, że pomoże to Wam zdobyć cenną perspektywę, rozszerzyć pole widzenia.

Kontekst, w którym jestem i perspektywa, z której piszę:

  • kobieca,
  • katolicka,
  • nie uważam się za ofiarę ani za wybrankę losu.

Na wstępie polecam trzy źródła:

Będę posługiwać się określeniem stara panna, ponieważ bardzo je lubię. Moją intencją nie jest nikogo obrazić, więc proszę się nie obrażać. Pomaga złapać dystans.

Mam nadzieję, że ten cykl pomoże także zdobyć wyobrażenie o życiu w samotności osobom, które tego nigdy nie doświadczyły.

Pierwszy tekst w niedzielę.


This series was supposed to be a podcast, but I capitulated. A few years ago I left my comfort zone and I have no strength to push it further.

When I was 18, I had to go to an exorcist. Father Marian Piątkowski (RIP) asked me once (with his lovely gentleness) (which is not stereotypically obvious, considering his profession) if I am open to any way of vocation. I struggled with the „internal compulsion” of going to the convent (it was also an interesting topic worth moving), so insecure, but I answered yes. I was surprised, however, by his „And are you ready to be a spinster?” (Ah, his wicked gleam in his eyes when he said this). Here I am 15 years later without any husband and without children, inconsistent with the norm and trying to keep the balance (by cutting off any pseudo-Catholic thoughts that may appear now – no, I do not think that it was in any way prophetic or magical what he said).

Much has happened in my life over the last two years. It was very difficult for me to get support, so I decided to share what I had learned about loneliness. I share MY experience and what Works for ME. I hope that it will help you gain a valuable perspective.

The context in which I am and the perspective from which I write:

  • feminine,
  • Catholic
  • I do not consider myself a victim or a loser.

At the beginning I recommend three sources:

I will use the term spinster because I like it very much. My intention is not to offend anyone, so do not be offended. It helps to catch the distance.

I hope that this series will also help to gain an idea of ​​living in loneliness for people who have never experienced it.

You can expect the first post on this on coming Sunday.

Cierpienie / Suffering

O cierpieniu powiedziano i napisano już wiele i robili to o wiele mądrzejsi ode mnie (żeby wymienić już chociażby Jezusa jako pierwszego). Ja miałam jakieś tam teoretyczne przemyślenia, połączone z jakąś tam praktyką i tak, z zaciśniętą żuchwą, parłam do przodu. W zeszłym roku jednak okazało się, że przestrzeliłam z tymi moimi wnioskami z wcześniejszych doświadczeń, a wiedza teoretyczna, przekazana mi przez wcześniejsze pokolenia, okazała się bardzo niepełna i nieprawdziwa.

Processed with VSCO with a5 preset

 

Zauważyłam, że żeby przeżyć cierpienie, trzeba je do siebie dopuścić. Przyznać się, że przez coś się cierpi i nie wmawiać sobie, że to obiektywnie za mało, żeby przez to tak się czuć -> tak jest bardzo ŹLE, tak nie robimy. Nie pozwolić sobie wmówić innym, którzy trywializują rzecz, która sprawia nam cierpienie. Każdy ma swoje trudno, każdy ma inną wrażliwość i inne potrzeby. Jest oczywiście granica, za którą się histeryzowanie i przesadzanie zaczyna, jednak trzeba bardzo uważnie rozeznawać, bo można sobie lub komuś, kto potrzebuje naszego wsparcia, bardzo dużą krzywdę zrobić, bagatelizując. Ja długo trywializując swoje, zadawałam sobie jeszcze większe, bo zamiast je przerobić i być szczerą wobec siebie, udawałam, że pewne rzeczy mnie nie dotykają i jestem ponad nie.

Już kiedyś o tym pisałam, ale napiszę jeszcze raz. Kiedyś myślałam, że gdy się ofiaruje cierpienie za kogoś lub powie się sobie, że chce się je przeżywać z Jezusem, to ono przestanie boleć – że zniknie, bo „wchłonie” je Jezus. W następstwie udawałam, że już tego cierpienia w ogóle nie ma, że zniknęło (nie znikało, tylko je kneblowałam). Kilkanaście lat temu zostałam napadnięta na ulicy. Gdy po kilku tygodniach wreszcie uległam pokusie zapytania „Gdzie byłeś wtedy, Jezusie, Synu Jahwe?”, uświadomił mi On, że razem ze mną był ciągnięty po ziemi tamtego wieczoru. Wydarzenia ostatniego roku uświadomiły mi, że Chrystus nie patrzy na mnie z politowaniem, że sobie tak słabo radzę z trudnymi sytuacjami. On nie chce, żeby mi było trudno – stworzył mnie z miłości i do miłości. Nie muszę przed nim udawać, że nic mnie nie rusza. Jaką mnie Boże stworzyłeś, taką mnie masz – posiadanie większego wiaderka na wrażliwość z jakiegoś powodu będzie dla mnie zyskiem w różnych sytuacjach życiowych, skoro mnie tak Jahwe wymyślił. Nie zrobiłby mi psikusa, żeby się zabawić, oglądając. Może ktoś stwierdzić, że to niewiele zmienia w samym przeżywaniu cierpienia – mi jednak zmieniło. Nie ma we mnie tygodniami pielęgnowanego pod przykrywką buntu – pretensje zgłaszam od razu do Nieba. Nie było nigdy sytuacji takiej, żeby było to zostawione bez echa. Zawsze przynajmniej ulży mi emocjonalnie, nie mówiąc o tym, że czasem przypadkiem wpadam na kogoś życzliwego za rogiem lub ktoś zadzwoni.

Cierpienie uszlachetniło mnie w tym sensie, że wymieniłam sobie wiaderko z napisem „empatia” na większe. Postanowiłam sobie, że nie dam sobie wyhodować grubej skóry – już wolę wytrenować sobie pośladki, żeby mieć twarde cztery litery. Cierpienie dla samego cierpienia jest okrucieństwem. Negowanie czyjegoś cierpienia jest okrucieństwem.

Nie jestem ekspertem od cierpienia. Apoteoza cierpienia jest głupotą. Wierzę, że Bóg go nie chciał i nie chce, ale wie, jak to jest cierpieć. Zmartwychwstały Jezus ma na swoim ciele ślady męki, ale jaśnieje. Uratował człowieka, jest Bogiem, ale zostały Mu blizny. Bądź jak Jezus, niech z Twoich ran bije oślepiające światło miłości, które oświetla drogę. Drogę do Domu.


A lot has been already said and written about suffering and people much smarter than I did that (to mention e.g. Jesus as the first one). I had had some theoretical thoughts on it, combined with some practice and so, with my jaw clenched, I moved forward. Last year, however, it turned out that my conclusions from my previous experiences and the theoretical knowledge passed down to me by previous generations turned out to be very incomplete and untrue.

I noticed that in order to survive suffering, one must admit it. That means not telling yourself that this thing shouldn’t make you feel pain – it’s so WRONG, that’s not how we do it. If something causes pain it’s useless to pretend it’s not. Don’t allow yourself to be told by others who trivialize the thing that causes us suffering. People are different and different things make them suffer – everyone has a different sensitivity and other needs. There is, of course, a boundary behind which the hysterics begins, but one must carefully discern because you can do a lot of harm, belittle oneself or someone who needs our support. For a long time trivializing my own sufferings, I was hurting myself even more, because instead of working them out and being honest with myself, I pretended that certain things don’t affect me and I’m above them.

I wrote about it before, but I will write again. Once I thought that when one sacrifices suffering for somebody or one wants to share this pain with Jesus, it won’t hurt anymore – that it will disappear because „Jesus” will absorb it. In the aftermath, I pretended that there was no more suffering, that it disappeared (it didn’t disappear, I just gagged it). Some time ago I was attacked on the street. When, after a few weeks, I finally succumbed to the temptation to ask, „Where were you then, Jesus, Son of Yahweh?” he made me realize that he was dragged along with me on the ground that evening. The events of the last year have made me realize that Christ doesn’t look at me with pity, that I am so poor in dealing with difficult situations. He doesn’t want my life to be hard – he created me out of love and for love. I don’t have to pretend to him that nothing affects me. He knew what he was doing while creating me – having a bigger bucket for sensitivity for some reason will be a profit for me in various life situations. He wouldn’t do a trick to have fun watching me. Someone may say that it doesn’t change much in experiencing suffering – but it has changed me. I am not protesting weeks long in silence – I immediately complain to Heaven. There has never been a situation when it was unnoticed. I always at least relieve emotionally, not to mention that sometimes I accidentally run into someone around the corner or someone calls me.

Suffering ennobled me in the sense that I exchanged my bucket with the inscription „empathy” for a bigger one. I decided that I wouldn’t let myself to be thinks-skinned. Suffering for suffering itself is cruelty. Negating someone’s suffering is cruelty.

I am not an expert on suffering. The apotheosis of suffering is stupid. I believe God didn’t and doesn’t want its presence in the world and he knows what it’s like to suffer. The resurrected Jesus has traces of torment on his body, but his body shines. He saved a mankind, he is God, but he has got scars. Be like Jesus, let your wounds be the blinding light of love that illuminates the way. The way home.

„Jezus i kobiety” Enzo Bianchi

Wokół tematu „Kobiety w Kościele Katolickim” narosło wiele stereotypów – ja sama wzdychałam wcześniej z politowaniem, gdy widziałam, że ktoś się za niego zabiera. Takie uproszczenia nie biorą się z powietrza, a świecki ruch feministyczny kojarzony jest z histerią, abstrakcyjnymi postulatami i zdaje się często, że feministki chciałyby po prostu usunąć mężczyzn nie tylko z planety Ziemia, ale i całego kosmosu. Przykładając to stereotypowe myślenie do zagadnień związanych z organizacją życia religijnego w KK, pierwszym wnioskiem, który może się nasuwać, jest *uciemiężenie kobiet* przez hierarchię z powodu niedopuszczania ich do święceń kapłańskich.

Moje osobiste doświadczenie podpowiada, że nigdzie indziej w świecie kobieta nie jest (na poziomie teoretycznym, z praktyką różnie bywa – wiem) tak sprawiedliwie traktowana jak w Kościele Katolickim. Bóg stworzył człowieka jako kobietę i mężczyznę, Jego wola realizuje się przez nich obydwoje, różnice pomagają tylko poszerzyć pole rażenia. Z jakiegoś (mi nieznanego) powodu (pewnie po prostu przez grzech), w kulturze rozpanoszył się patriarchat, który stworzył i przez wieki pogłębiał podział między płciami na niekorzyść kobiecej części ludzkości. Gdy Bóg przyszedł na świat we Własnej Osobie, chciał pokazać, że to nie jest słuszna koncepcja – o tym właśnie jest książka Enzo Bianchi’ego „Jezus i kobiety”, którą wydało niedawno wydawnictwo „w drodze”.

IMG_20180630_225442

Autor przeanalizował relacje Jezusa z kobietami i podkreśla ich rewolucyjność. Po krótkim wstępie, gdzie Bianchi kreśli tło historyczno-kulturowe Starego Testamentu, bierze pod lupę najpierw ewangelie synoptyczne i oddzielnie ewangelię według świętego Jana. Większość z nas bardzo dobrze zna postacie i historie przez niego opisywane – wystarczy otworzyć Pismo Święte w odpowiednim miejscu. Zwraca on jednak uwagę na szczegóły, których przeciętny czytelnik (cóż, każdy bez uniwersyteckiego przygotowania teologicznego) prawdopodobnie przeocza podczas lektury – robi to w sposób odważny i prowokujący. Sensacja ma tutaj wymiar otwierania drzwi do tajemniczego ogrodu – to, co się za nimi objawia napawa pięknem i pierwotną delikatnością. Jezus dostrzega kobietę jako taką, bierze na serio jej uczucia, pragnienia i smutek. Dyskutuje z nią, traktując ją jako równego sobie interlokutora. Jest czuły, ale nie przekracza granicy czystości.

Kobieta, która cierpiała na krwotok (czyli prawdopodobnie na niekończącą się menstruację) była nieczysta, a mimo to odważyła się przekroczyć prawo i dotknąć mężczyzny, przekazując mu niejako swoją nieczystość, a On nazywa ją córką! Podczas wizyty w domu swoich przyjaciół, Maria zasłuchuje się w Jego naukę, a Jezus powiedział, że obrała dobrą część. W Torze znajdujemy zapis, że lepiej spalić słowa Tory, aniżeli nauczać jej kobiety (s. 57) – w świetle tych słów, zachowanie Jezusa jest naprawdę rewolucyjne.

„Czynności domowe powinny być wykonywane skrzętnie, zachowując jednak wewnętrzną integralność. Troska, uwaga, służba innym są ważne, ale każde działanie powinno dokonywać się w sposób inteligentny, bez niszczenia własnej osobowości, w spokoju i wewnętrznym pokoju. Istnieje prymat słuchania Słowa nad aktywnością codzienną, nawet tą służebną, ale nie przeciwstawienie, w którym jedno wykluczałoby drugie; nie ma żadnego totalitaryzmu w służbie Panu, jedynie pierwszeństwo bycia w Jego obecności i słuchaniu Słowa.” (s. 59)

Jezus nie traktuje kobiet inaczej niż mężczyzn – jest tym samym Jezusem w kontaktach z każdym. Uważnie patrzy na konkretnego człowieka, bez uprzedzeń. Nie przeciwstawia kobiecości męskości, nie wartościuje. Świadectwo kobiety nic nie znaczyło, a to właśnie kobiety przekazały w świat wiadomość o zmartwychwstaniu. Nie bał się, że nikt nie uwierzy. Duch Boży okazał się większy od uprzedzeń ówczesnego patriarchatu (tak naprawdę, Syn Boży przyszedł na świat dlatego, że Jahwe zapytał jedną Dziewczynę, czy się zgodzi – mogła się nie zgodzić).

Niestety, Bianchi zauważa, że już w Dziejach Apostolskich rola kobiet w ewangelizacji i życiu pierwszych chrześcijan jest marginalizowana – po wniebowstąpieniu utarte schematy zachowań okazały się silniejsze niż przykład Jezusa. Od kilkunastu tygodni jestem w żałobie po moich wyobrażeniach o świętych Piotrze i Pawle, bo to w dużej mierze ich wina. Zawiedli mnie srogo – wybaczę im, czas leczy rany, a Jezus nauczył mnie prosić Ojca o wybaczenie, tak jak ja wybaczam, więc jakby nie mam wyjścia.

„Byłoby również szczególnie ważne, aby Kościół powrócił bez lęku do słów i postawy Jezusa wobec kobiet i dał Mu się inspirować, przyjmując Jego myśli, uczucia, ludzkie zachowanie, które są decydujące, także jeżeli chodzi o kształt wspólnoty chrześcijańskiej i relacji w niej panujących pomiędzy mężczyznami i kobietami, bo przecież wszyscy są jednym w Chrystusie Jezusie.” (s. 143)

Książka jest fantastycznym punktem wyjścia i zachętą do medytacji nad tym tematem. Są w niej  fragmenty nieco kontrowersyjne, zastanawiające, ale nie czytałam wcześniej niczego tak delikatnego, a równocześnie zdecydowanego. Książkę tę napisał mężczyzna, co sprawia, że jest jeszcze bardziej intrygująca. Ważna, zarówno dla mężczyzn i kobiet. Warto jako prezent dla kapłana.


Short summary in English:

I am afraid that there is no English translation of the Enzo Bianchi’s book „Jesus and women” (there should be, so if somebody who has the power to get this translated and published reads this, please give it a try!).

Bianchi shares his observations about how Jesus treated women and who actually women were/are in God’s eyes. At the beginning of his book, the author draws a historic-cultural picture of ancient Israel and the situation of women. Then he examines every encounter of Jesus and a woman that you can find in the New Testament – he divided his work into two larger parts: Synoptic Gospels and Gospel of John.

Bianchi shows how Jesus overcame the prejudices against women – he allows to be touched by a bleeding woman (aka unclean) and teaches Mary, Lazarus’ sister (women were not supposed to be taught by a rabbi). He has discussions with women and treats their fears, thoughts, and feelings seriously – it is really a very revolutionary behavior than. He emphasizes that Jesus was affectionate towards them.

What happened afterward that the Catholic Church is being accused of marginalizing women? Well, Bianchi points out that after the Ressurection and the Ascension the Apostles and other disciples came back to the patriarchal customs and women were put aside from all functions. Apart from the fact that it was women who proclaimed the resurrection to the world, there is hardly any reference to their role during the creation of the Church in the Acts of the Apostles. I must confess I am very disappointed with Peter and Paul after this book because they were able to change this and they didn’t. It seems like they were not sensitive enough for all Jesus did. I will forgive them, because I have to (but they could try harder) – I know they did amazing job anyway.

We all know the characters of those stories from Bianchi’s book – we can just open the Bible and read the them (one more time). However, without theological studies we overlook many details that are actually revolutionary. This book was written by a man what makes it more interesting – to me it was sensational in a way you open a door to a secret garden: what you see is natural, beautiful and tender.

God didn’t mind that the testimony of a woman doesn’t mean a lot then – the first human being on the whole planet who sees the risen Lord is a woman. Jesus came to this world because one Girl said „Yes”. He trusted women.

„It would also be particularly important for the Church to return without fear to the Jesus’ words and attitude to women and to allow Him to give her an inspiration, accepting His thoughts, feelings, human behavior, which are decisive, also in terms of the shape of the Christian community and the relationship between men and women, because all are one in Jesus Christ.” (p. 143)

Upici zapachem bzu / Made drunk by the lilac scent

20180501_105211_0001

Modliłam się ostatnio na Różańcu i kolejny raz moje myśli gdzies odleciały. Czasami jedną dziesiątkę odmawiam trzy razy, bo nie jestem usatysfakcjonowana jej jakością (trzecim razem też nie jestem usatysfakcjonowana zazwyczaj, ale kapituluję, bo nic innego bym nie robiła w ciągu dnia, tylko odmawiała Różaniec). Wtedy też nie było inaczej. Przypomniałam sobie o tym, że Różaniec to po prostu dawanie Maryi bukietu róż i pomyślałam sobie, że ten mój bukiet to jakiś taki naprawdę słaby. Duch Święty porwał moje myśli i w wyobraźni go zobaczyłam – róże takie jakieś przekwitłe, wysmagane gwałtowną letnią burzą; listki ponadgryzane przez robaczki – obraz nędzy i rozpaczy. Wiedziałam jednak, że innego nie mam i muszę dać taki. Jakże wielkie było moje zaskoczenie, gdy Maryja rozpromieniona wyciągnęła po niego rękę. Wstydziłam się bardzo, że on taki brzydki, ale nie zdążyłam nic powiedzieć, bo Maryja się odsunęła i pokazała mi wszystkie bukiety, jakie ode mnie dostała. WSZYSTKIE – stały po horyzont w wazonach na podłodze. Trzyma je WSZYSTKIE i one żyją. Wszystkie tak samo „brzydkie”. Jeżeli Twoja mama wyrzuciła kiedyś laurkę od Ciebie, to wiedz, że Maryja trzyma wszystkie bukiety.


Some time ago I was praying the Rosary and one more time my thoughts were running like crazy in some strange directions. Sometimes I pray one decade three times in a row because I am not satisfied with the ‘quality’ of it (the third time isn’t actually satisfying as well, but I surrender because I would only pray the Rosary the whole day long). It was also the case on that day. I remembered that the Rosary is actually a bunch of roses for Mary and it came to my mind that my bunch is really poor. The Holy Spirit inspired me and I imagined it – the roses were faded, destroyed by the summer storm, the leaves gnawed by some bugs. I knew I have only this one to give Her. I was very surprised when she reached out her hands for it beaming. I was very ashamed because it was so ugly in my opinion, but I didn’t manage to say a word since she moved and showed me all the bunches she had ever received from me standing in vases on the floor. There were ALL I have ever given her. She keeps them all and they live although they’re all as much ‘ugly’ I imagined the current one. If your mum has ever thrown away some DIY gift from you, you should now that Mary keeps all the bouquets.