Upici zapachem bzu / Made drunk by the lilac scent

20180501_105211_0001

Modliłam się ostatnio na Różańcu i kolejny raz moje myśli gdzies odleciały. Czasami jedną dziesiątkę odmawiam trzy razy, bo nie jestem usatysfakcjonowana jej jakością (trzecim razem też nie jestem usatysfakcjonowana zazwyczaj, ale kapituluję, bo nic innego bym nie robiła w ciągu dnia, tylko odmawiała Różaniec). Wtedy też nie było inaczej. Przypomniałam sobie o tym, że Różaniec to po prostu dawanie Maryi bukietu róż i pomyślałam sobie, że ten mój bukiet to jakiś taki naprawdę słaby. Duch Święty porwał moje myśli i w wyobraźni go zobaczyłam – róże takie jakieś przekwitłe, wysmagane gwałtowną letnią burzą; listki ponadgryzane przez robaczki – obraz nędzy i rozpaczy. Wiedziałam jednak, że innego nie mam i muszę dać taki. Jakże wielkie było moje zaskoczenie, gdy Maryja rozpromieniona wyciągnęła po niego rękę. Wstydziłam się bardzo, że on taki brzydki, ale nie zdążyłam nic powiedzieć, bo Maryja się odsunęła i pokazała mi wszystkie bukiety, jakie ode mnie dostała. WSZYSTKIE – stały po horyzont w wazonach na podłodze. Trzyma je WSZYSTKIE i one żyją. Wszystkie tak samo „brzydkie”. Jeżeli Twoja mama wyrzuciła kiedyś laurkę od Ciebie, to wiedz, że Maryja trzyma wszystkie bukiety.


Some time ago I was praying the Rosary and one more time my thoughts were running like crazy in some strange directions. Sometimes I pray one decade three times in a row because I am not satisfied with the ‘quality’ of it (the third time isn’t actually satisfying as well, but I surrender because I would only pray the Rosary the whole day long). It was also the case on that day. I remembered that the Rosary is actually a bunch of roses for Mary and it came to my mind that my bunch is really poor. The Holy Spirit inspired me and I imagined it – the roses were faded, destroyed by the summer storm, the leaves gnawed by some bugs. I knew I have only this one to give Her. I was very surprised when she reached out her hands for it beaming. I was very ashamed because it was so ugly in my opinion, but I didn’t manage to say a word since she moved and showed me all the bunches she had ever received from me standing in vases on the floor. There were ALL I have ever given her. She keeps them all and they live although they’re all as much ‘ugly’ I imagined the current one. If your mum has ever thrown away some DIY gift from you, you should now that Mary keeps all the bouquets.

Reklamy

Zaakceptować siebie

„The Catholic Woman” to strona, na której co środę publikowane są listy-świadectwa katoliczek. W ubiegłą środę ukazał się list ode mnie. Poniżej tłumaczenie listu i mini wywiad (oryginał znajdziecie tutaj)

[przed lekturą dwie uwagi: * – „siostry” brzmi po polsku jakby rodem z „Seksmisji”, wiem, nie poradzę; ** – list pisałam jesienią, w międzyczasie stuknęła mi kolejna trójka, dlatego jest pewna nieścisłość wiekowa; *** – kilkanaście lat temu zostałam napadnięta na ulicy, stąd takie myśli.]

Drogie Siostry*,

mam 32** lata i znów jestem singielką po ponad dwuletnim związku, który skończył się w maju zeszłego roku. Przez wszystkie lata mojego dorosłego życia z małżeństwa i chęci posiadania dzieci zrobiłam sobie mojego idola. Czułam, że brak własnej rodziny czyni mnie gorszą kobietą i człowiekiem w ogólności, więc nie byłam w stanie czuć się szczęśliwa i wdzięczna za to, co otrzymałam od Boga.

Bardzo mocno starałam się być taka, jaka wydawało mi się, że być powinnam, by być dobrą katoliczką. Myślałam, że muszę zwalczać moje uczucia i słabości – trzeba nad sobą pracować, prawda? Myślałam, że oznacza to, że nie wolno mi czuć złości, samotności, smutku czy przytłoczenia, ponieważ – jako dobra katoliczka – powinnam być ponad to. Zeszłej wiosny znalazłam się w punkcie, gdzie nie miałam już siły tak bardzo się starać, ponieważ modlitwy, które zanosiłam przez ostatnie dwa lata nie wypełniały się. Poddałam się. Po raz drugi w moim życiu poddałam się Bogu i po raz drugi okazało się to najlepszym, co mogłam zrobić. Dzięki Jego Łaskce uczę się się jak być szczerą ze sobą i z Nim. Przez te wszystkie lata wydawało mi się, że muszę pokonać swoje uczucia – teraz już wiem, że to kłamstwo.

Nie muszę udawać, że nie mam uczuć, ponieważ teraz już wiem naprawdę, że uczucia nie są złe – uczucia są super i są darem Boga. Nauczyłam się je rozumieć i akceptować oraz nie oceniać siebie samej tak surowo. Wynikiem tego jest to, że po raz pierwszy w moim sercu nie ma żałoby w związku z moim życiem solo. Nigdy wcześniej w życiu nie czułam się tak wolna. Gdy czuję się smutna lub samotna, natychmiast mówię o tym Bogu. Wcześniej nie włączałam tego do mojej modlitwy i całymi dniami zamartwiałam się, płakałam i czułam się bezradna. Nie miałam pojęcia, że to dla Niego ważne. On nie zmienia okoliczności zawsze/natychmiast, lecz zmienia mój punkt widzenia i dosłownie zabiera smutek. Codzienne życie stało się o wiele prostsze. Ciągle są problemy, które trzeba rozwiązać (czasem potrzeba jedynie czterystu tysięcy złotych, co nie?), są choroby i kłótnie, ale nie ma tego bólu z nimi związanego. Nauczyłam się żyć tu i teraz bez zamartwiania się o przyszłość. Po 32 latach wreszcie zrozumiałam, co to znaczy, gdy Bóg mówi, by nie martwić się o jutro.

Zmierzam do tego, że najważniejsze jest znać i akceptować prawdę o sobie samym. To jest czasem zwodnicze, bo myślałam, że siebie znam. Wiedziałam, że jestem emocjonalna, ale zawsze traktowałam to jako słabość, a nie chciałam być słaba, lub – co jest bliższe prawdzie – nie chciałam, by Bóg myślał, że jestem słaba. Ta droga do pełnej akceptacji i pokochania siebie może być bardzo długa, ale uwalnia i otwiera na Bożą Łaskę. Nie bierzemy udziału w żadnym wyścigu w naszym życiu – nie chodzi o to, żeby przeżyć, a o to, żeby żyć. Niczego nam nie brakuje, ponieważ Bóg daje nam wszystko to, czego potrzebujemy.

IMG_20171128_214737_966
Zdjęcie – Ela

Troszkę o mnie:

Mam na imię Kasia, mam 33 lata i jestem singielką. Skończyłam germanistykę i obecnie pracuję jako PMO w międzynarodowej firmie IT. W przeszłości mieszkałam w Monachium i Wrocławiu, latem zeszłego roku wróciłam do Poznania, mojego rodzinnego miasta. Mam osobowość ESFJ i choleryczno-melancholijny temperament. W tej chwili staram się realizować swoje marzenia, w związku z czym zaczęłam uczyć się stepowania (moje wielkie marzenie od czasów liceum) i zaczęłam więcej podróżować.

Jak Twoja katolicka wiara wpływa na Twoje codzienne życie?

Naprawdę wpływa. Moja wiara jest moją największą motywacją, by być lepszym człowiekiem dla mojej rodziny, przyjaciół i koleżanek/kolegów w pracy. Staram się w ciągu dnia znaleźć chwilę tylko dola siebie i Boga. Modlitwa jest dla mnie świadomością obecności Boga w każdej minucie dnia – nigdy nie jestem sama. Kiedyś bałam się o przyszłość i wszystkich tych niebezpieczeństw, które mogą przytrafić się samotnej kobiecie w wielkim mieście***, ale teraz już wiem, że Bóg się o wszystko zatroszczy. Powtarzam sobie, że chodzi o wypełnienie woli Bożej i staram się jej szukać wśród tych wszystkich rzeczy, które przytrafiają mi się w życiu.

Która rada, jaką kiedykolwiek dostałaś, najbardziej Cię zainspirowała?

To było w zeszłym roku podczas spowiedzi. Do konfesjonału czekało wielu ludzi, do Mszy zostało niewiele czasu, ksiądz nie mógł mi go zbyt wiele poświęcić. Mimo to powiedział mi coś, co odmieniło moje życie na zawsze. Powiedziałam mu w konfesjonale, że muszę podjąć decyzję i nie wiem, co mam zrobić. Powiedział mi, że mam nie tylko prosić o wypełnienie się woli Bożej, ale powinnam także pomyśleć o tym, czego ja tak naprawdę chcę, ponieważ to naprawdę ma znaczenie. To dla mnie bardzo ważne, ponieważ moją patronką jest św. Katarzyna ze Sieny – uczy ona, że poznajesz Boga poprzez poznawanie samego siebie. Bardzo mocno łączę teraz te dwie rzeczy.

Opowiedz o kobiecie, która Cię inspiruje. Czego się od niej nauczyłaś? Jak wpłynęła ona na Twoje życie?

Najbardziej inspirującymi kobietami w moim życiu są moje przyjaciółki i koleżanki – żony, mamy, singielki. Gdy myślę o znanych kobietach, które miały (mają) na mnie wpływ to z pewnością Oriana Fallaci i św. Katarzyna ze Sieny.

Oriana Fallaci miała odwagę, by być sobą – była bardzo ambitna i szczera. Chciała wiedzieć wszystko o sprawach, które ją interesowały. Miała to tradycyjne humanistyczne wykształcenie, które zawsze robi na mnie ogromne wrażenie. Św. Katarzyna także była bardzo odważna i żyła po swojemu, będąc przy tym bardzo kobieca. Uczy jak być silną kobietą – poprzez odnalezienie Boga i samej siebie.

Jaka cnota jest dla Ciebie aktualnie najważniejsza?

Powiedziałabym, że znajdywanie pokoju w Panu w codziennym życiu. Świat potrafi być bardzo rozczarowujący i dobijający, moje własne życie potrafi być bardzo rozczarowujące. Mimo to staram się wracać ciągle do Jezusa i pamiętać, że zmartwychwstał i jest miłością.

Jaki zapach jest dla Ciebie najpiękniejszy na świecie?

Zapach ziół w mieście. Może to się wydawać dziwne, ale zwłaszcza latem w ciepłe wieczory unosi się ten zapach nad miastem wśród ruchu samochodowego, domów i bloków. Nigdy nie doświadczyłam tego poza Poznaniem. Ma to dla mnie niezwykłą moc, bo to znak, że natura zawsze jest tuż obok – bez względu na miejską architekturę i styl życia.

Dokończ zdania

Typowy dzień w moim życiu…

Wstaję i szykuję się do pracy. Ubieram się, maluję i jem śniadanie – w tej kolejności. Później idę do pracy, gdzie spędzam kolejnych osiem godzin. Po pracy zazwyczaj spotykam się ze znajomymi, chodzę na siłownię, gotuję lub czytam książki. Nie brzmi to jak jakieś wybitnie fascynujące życie, jednak postanowiłam przyjmować małe codzienne sprawy z wielką miłością i dzięki temu naprawdę mogę się cieszyć życiem.

Mój ulubiony cytat to…

„Powstań, przyjaciółko ma, piękna ma, i pójdź” Pieśń na Pieśniami 2,10

Czuję się zainspirowana, gdy…

Gdy rozmawiam z przyjaciółmi o sprawach dla nich ważnych. Ich historie o zmaganiu się z przeciwnościami zawsze wywierają na mnie największe wrażenie. Jakkolwiek dziwnie to może zabrzmieć – daje mi to siłę i motywację do walki z moimi własnymi problemami. Nauczyłam się, że nie musisz być idealna, ale to zawsze miło, gdy się starasz najbardziej jak umiesz.

Kościół Katolicki jest…

moim domem.


You can find the (original) English version here.

katolik RZYMSKI / ROMAN catholic

O Rzymie napisano już wszystko, Włosi są trochę aroganccy, a pizza tuczy. I CO Z TEGO!?

Styczeń, po wyjściu z samolotu atak wiosennego powietrza i śpiewu ptaków, pierwsze spacery z płaszczem na przedramieniu. Na Zatybrzu wieczorem sami Włosi, kolejki tylko do Pawła za Murami, bo papież i drugie nieszpory (ilu kleryków potrzeba do przeniesienia stołka? trzech – dwóch trzyma, jeden konsultuje)(ten diakon z pierwszego zdjęcia jechał z nami wtedy metrem!). Lecisz tyle kilometrów, żeby pod drzwiami bazyliki św. Piotra czekać na jej otwarcie obok swojego prywatnego poznańskiego arcybiskupa. Potem przyczajka na papieża z tarasu klasztoru franciszkanów, gdy wychodził od św. Marty (jak się człowiek zachowa w takiej sytuacji okazuje się dopiero, gdy papież wychodzi i okazało się, że reaguje się spontanicznym piszczeniem) (dobrze, że nie było żadnego snajpera nigdzie na okolicznym dachu). Snucie się 20 km dziennie po mieście, dużo piękności, ciepła i radości. Moje serce jest pełne (jak to mówią Amerykanie) – najbardziej rozbrajająca jest bezinteresowna przyjaźń i czekoladowy panettone (ojciec Rysiu umie w panettone i w gościnę ♥) (w grudniu będzie pieczone, bo ta z bakaliami to jest taka sobie, ale z czekoladą to JEST PO PROSTU AMBROZJA) (we dwie opędzlowałyśmy całą w dwa wieczory).

Są takie chwile, kiedy się bardzo wzruszam. Jest to miłe uczucie, zawsze się wtedy czuję bliżej Boga. W Rzymie wzruszyłam się przynajmniej cztery razy: gdy jadłam czekoladowego panettone, gdy jadłam tiramisu na Via Quattro Novembre, a tak bardziej na serio to poryczałam się przy grobie św. Katarzyny ze Sieny oraz przy stopie Apostoła Jakuba albo Filipa Mniejszego w bazylice Dwunastu Apostołów (relikwie obydwu panów tam się znajdują, ale nie dało się dowiedzieć czyja stopa – w każdym razie pomyślałam sobie, że tą stopą mógł być trącany Jezus, a ojciec Rysiu słusznie zauważył – i wtedy to już mi się serce rozpłynęło – że TĘ STOPĘ całował Jezus podczas ostatniej wieczerzy). Wiem, że chrześcijaństwo to nie jest religia miejsca i Msza Święta na Lateranie ma taką samą wartość jak Msza Święta w Pcimiu i że święci tak samo są wszędzie obecni, bo już są w innym wymiarze, ale jednak po ludzku ogromnie przeżyłam i nie mogłam się oderwać od grobu Sienenki i gabloty z tą stopą (M: „Idziemy?” Ja: „Nie, potrzebuję jeszcze trochę” M: „Dobrze”. – naprawdę dobrze trzeba wybierać towarzystwo na wakacje ♥).


Everything has already been written about Rome, the Italians are a bit arrogant, and the pizza is fattening. SO WHAT!?

January, an attack of spring air after leaving the plane and birds singing, first walks with a mantle on the forearm. In the Trastevere Italians in the evening, queues only to Paul Outside the Walls, because the Pope and the second vespers (how many clerks do you need to move one stool? – three: two hold the stool, one consults). You were flying so many kilometers only to meet your own archbishop at the door of the St. Peter’s Basilica. Later, you spot the pope from the terrace of the Franciscan monastery while leaving the St. Martha’s (how you would behave in such a situation turns out only when the Pope comes out and it turns out that you simply scream) (well, there was no sniper anywhere on the surrounding roof fortunately). Walking daily 20 km around the city, admiring the beauty, warmth, and joy. My heart is full – one of the most powerful things in the world are selfless friendship and chocolate panettone (father Rysiu knows how to panettone and knows the meaning of the word hospitality ♥) (in December it will be baked at home, because I don’t like the one with dried fruits and nuts so much, but the one with chocolate IS SIMPLY AMBROSIA).

There were moments when I was deeply touched. It is a nice feeling, I always feel closer to God than. In Rome I was moved at least four times: when I ate chocolate panettone, when I was eating tiramisu by Via Quattro Novembre, and more seriously, I cried at the grave of St. Catherine of Siena and at the foot of the Apostle James or Philip in the Church of the Twelve Holy Apostles (relics of both men are there, but it was impossible to know whose foot it was – anyways I thought that Jesus could have been kicked with this foot, and father Rysiu rightly noticed – and then my heart melted – that Jesus was kissing THIS foot during the Last Supper). I know that Christianity is not a religion of a place and the Holy Mass at Lateran has the same value as the Holy Mass in a small shabby church and that the saints are equally present everywhere because they are already in a different dimension, but I experienced it very very deep there.

 

1
pod niebem pełnym cudów / under the sky full of wonders

2

3
u św. Piotra / at St. Peter’s
4
u św. Piotra same mozaiki! nic malowanego! / only mosaics there, nothing is painted!

56

7
miedziane misy z piaskiem do trzymania świeczek – przepiękność! kościół św. Bartłomieja, sanktuarium męczenników XX i XXI wieku / copper bowls with sand to hold candles – beautiful! St. Bartholomew, the sanctuary of the martyrs of the 20th and 21st centuries
8
u św. Anastazji adoracja trwa całą dobę! jeden z piękniejszych kościołów, w jakim byłam – wnętrzem rządzi pastelowy błękit / there an Adoration round the clock at St. Anastasia’s

9

10
DZIEWCZYNA ZE SIENY! / THE GIRL OF SIENA!

111213

14
u św. Sabiny na Awentynie. teraz już przynajmniej wiem, że poznański kościół dominikanów zbudowano na jej wzót. i niech mi nikt nie mówi, że jest inaczej. wspaniałe miejsce.

15

16
u św. Praksedy stoi fragment słupa, przy którym był biczowany Jezus (jak zauważył ojciec Rysiu – jeden z wielu 😉 ). *O nie, Panie Jezu, ubiczowali Cię!* *Ale spokojnie, zmartwychwstałem!!!*. także tak. / The Basilica of Saint Praxedes where you can find a piece of the pole at which Jesus was beaten (as Father Rysiu noted – one of many;)). * Oh, Lord Jesus, they whipped You! * * Yes, but don’t worry, I rose from the dead!*. OK then.

 

17
stając się Sophią Loren / becoming Sophia Loren
19
w kościółku Domine Quo Vadis, czyli w miejscu, gdzie św. Piotr zapytał Jezusa dokąd idzie. Pan Jezus w darze zostawił odcisk Swoich stóp w kamieniu (dotykałam ♥!). / at the Church Domine Quo Vadis where Peter met Jesus and asked Him where was He going. Jesus left His footprints in the stone (I touched it! ♥)

202122

24
Lateran to zdecydowanie moja ulubiona rzymska bazylika. to tutaj to drzwi, które są Drzwiami Świętymi, kiedy jest okazja ku temu. / Lateran is definetely my favorite Roman Basilic. This here are the doors which are the Holy Doors when the Church needs them.

 

 

 

 

„…i serce me w ukryciu cicho szepnęło: to jest on!”*

IMG_20180113_111121Jakiś czas temu w ciemne styczniowe popołudnie po pracy z przystanku G. uciekł mi tramwaj. Widząc na tablicy, że zaraz przyjedzie inny, zaczęłam się zastanawiać, czy jechać nim i się przesiąść czy poczekać po prostu na swój. Wybrałam opcję z przesiadką. Na przystanku T. wysiadłam z tramwaju X i przeszłam na przystanek w stronę domu. Nadjechał tramwaj Y, w którego beznamiętnie wsiadłam, zajmując miejsce na składanym krzesełku. W tłumie umościłam głowę na obwiązanym wokół szyi szalu, układając na kolanach torbę i siatę z zakupami, po czym oddałam się bezrefleksji, starając się nie stracić równowagi i motywacji do życia. Patrząc bezmyślnie na sufit (ja zawsze na sufit lub podłogę, by uniknąć spojrzeń), zauważyłam, że stoi w tym tłumie mężczyzna, który musi schylać głowę, bo się nie mieści. Miał ze dwa metry wzrostu. Przesuwałam wzrok po nim ku podłodze i nie dało się nie zauważyć idealnej długości granatowego płaszcza, następnie fikuśnych jasno-szarych, nieco przykrótkich spodni. W drugiej turze (po wewnętrznym okrzyku „PANIE BOŻE, JAK TY ŁADNIE UMIESZ W CZŁOWIEKA!!!” ) rzucił się w oczy perfekcyjnie zamotany wokół szyi wiśniowy szal, który okazał się być dopasowany kolorystycznie do skarpetek. Czarne buty coś między eleganckimi a na co dzień. Włosy ciemne, kręcone, ale bardzo krótko przycięte (na dole mniej, u góry więcej, ale nic mu nie sterczało, raczej przylegało). Prawdopodobnie ciemne oczy. Pięknie wyrzeźbione dłonie – męskie, ale delikatne. Takie miał obejście łagodnie pogodne – żywiołowy, ale nie za bardzo. Nie narzucający swojej obecności, ale wyraźny. Idealna równowaga między elegancją a nonszalancją i elegancka, delikatna, ale zdecydowana męskość. To najpiękniejszy mężczyzna, jakiego w życiu spotkałam.

Jechaliśmy razem może jakieś 7 minut, ani razu nie spojrzał w moją stronę (ja nie mogłam przestać się w niego wpatrywać). Prawie nie ogarnęłam manewru wysiadania na moim przystanku, gdy słyszałam z ich strony (jechał z kolegą), że się żegnają. Niestety razem ze mną wysiadł kolega, a mój ideał pojechał. Nigdy wcześniej nie doświadczyłam czegoś podobnego – zachwyt od początku do końca w drugiej sekundzie patrzenia. Znalazł się jakiś puzzel, który wskoczył w miejsce dla niego przeznaczone, zupełnie bez świadomości, że ono istnieje gdzieś puste. A mogłam nie wsiąść do tego tramwaju…

Oczywiście może być prywatnie i osobiście wstrętnym chamem (ale na pewno nie jest).

*TYTUŁ TO FRAGMENT  „REBEKI” ANDRZEJA WŁASTA.

Some time ago in the dark January afternoon after work, I missed my tram. Seeing on the board that another one will arrive soon, I began to wonder whether to get on it and change for another tram. I chose the option for a change. At the T. stop, I got off the X tram and went to the stop towards home. The Y tram came, in which I Got In dispassionately, taking up a seat. In the crowd, I had my head put on my shawl wrapped around my the neck, and my bags on my lap, then I was staring into the void, not thinking too much, trying not to lose balance and motivation for life. Looking thoughtlessly at the ceiling, I noticed that there is a man in the crowd who must bend his head because he can not fit. He was about two meters tall. I moved my eyes to the floor and it was impossible not to notice the perfect length of his navy blue coat, then the flirting light-gray, slightly short trousers. In the second round (after the inner exclamation „GOD, YOU DID IT SO WELL!!!”), a cherry scarf perfectly wrapped around his neck, turned out to be color-matched to the socks. Black shoes something between elegant and every day. Dark, curly hair, but very short cropped (lower on the bottom, more on the top). Probably dark eyes. Beautifully carved hands – masculine, but delicate. He had such a gentle cheerful manner – lively, but not too much. Not imposing his presence, but vivid. The perfect balance between elegance and nonchalance – elegant, delicate but determined masculinity. He is the most beautiful man I have ever met.

We were together maybe 7 minutes on the tram, he never looked at me (I could not stop staring at him). I almost didn’t manage to get off the tram on my stop when I heard from them (he was with a friend) that they were saying goodbye. Unfortunately, a friend got off with me and my ideal Man went. I have never experienced such a thing before – a delight from the second secondo of looping at him. There was a puzzle that jumped into the space intended for him, completely without me being aware that this emptiness exists somewhere there.

Of course, he can be personally a disgusting boor (but he is certainly not).

Najlepsze w 2017 poza tym, że nigdy nie wróci. / The best things from 2017 apart from the fact that it will never come back.

aybp15j22zr4jxkn45sb
by Banksy

„Bądź tym, kim Bóg przeznaczył cię, żebyś był, a podpalisz świat” – miała powiedzieć św. Katarzyna Sieneńska (która nie dosyć, że jest moją patronką z fabryki, to jeszcze mi się wylosowała na patrona roku). Miniony rok był rokiem prawdy i docierania do niej. Prawdy o sobie, porzucania ochronnego pancerza tego, jakim się powinno być i kim się wymyśliło, że się jest oraz rokiem akceptacji tej prawdy. Był to najtrudniejszy rok w moim życiu, jednak łask dostałam proporcjonalnie do otrzymanych ciosów, więc z bliznami po szwach trwam w zachwycie nad tym, jacy piękni potrafią być ludzie, a konkretnie kobiety (mężczyźni też są/bywają człowieczo piękni, ale to nie o nich wątek). To był zdecydowanie rok kobiecości – odkrywania kobiecej siły w sobie samej i w innych kobietach. Pierwszy raz w życiu stanęłam przed ścianą i nie wiedziałam, co dalej. Wzięły mnie wtedy za ręce i poskładały, pokazały jak uwierzyć w siebie i że nie muszę wszystkiego umieć (bo one np. coś tam umieją i mogą mnie nauczyć i to nie będzie żadna ujma na moim honorze). Że nie muszę być perfekcyjna, że człowiek nie jest jak saper, który myli się raz, bo go potem rozsadza (trzeba sobie znaleźć takie koleżanki, które ci koronę podtrzymają, gdy ci się przekrzywi) (znajduje się je przez długie modlenie się o takowe – uprzedzając pytania). Doświadczyłam bardzo mocno, co to znaczy być traktowanym niesprawiedliwie i nie móc w żaden sposób temu zaradzić (ergo przekonałam się jak niewiele wiem o Jezusie na krzyżu). Wśród tych wszystkich cierni moje życie mimo wszystko rozkwitło – „zbankrutowałam”, ależ jak pięknie jest odbijać się od dna. Moje serce jest pełne wdzięczności Bogu i ludziom, przez których mi się (kolejny raz) pokazał.

Na drodze do poznawania i akceptowania samej siebie (i innych przy okazji też) pomogły mi także głównie trzy poniższe „rzeczy”, którymi chciałabym się podzielić (można czytać/słuchać też bez obaw, gdy się jest niewierzącym, bo to bazuje na psychologii wszystko i nie indoktrynuje 😉 ):

„Konflikt w relacjach. Zrozumieć i przezwyciężyć”, Sara Savage i Eolene Boyd-MacMillan – książka, która wie, jak jest. Konfliktów nie da się uniknąć, ta książka tłumaczy, dlaczego tak, a nie inaczej zachowujemy się w sytuacji konfliktowej i że pewnych rzeczy nie przeskoczymy, bo działa biologia. Uczy tego, że w różny sposób się konfliktujemy (bardzo cenne i trafne testy na diagnozę własnego typu) i jakie mamy możliwości przerobienia tego konfliktu (czasem  zależności od naszego typu, ale pewne prawdy są uniwersalne). To nie jeden z kołczingowych poradników, jak uniknąć konfliktu – to książka o tym jak wejść w konflikt, gdy już inaczej się nie da i jak go przejść z jak najmniejszą liczbą ofiar śmiertelnych.

16 personalities – nigdy nie wierzyłam w testy na diagnozę osobowości. Dla zabawy zrobiłam ten i czytając opis mojego typu zaczęłam się zastanawiać, kto mnie z Księżyca obserwuje i skąd on to wszystko wie. Przez lata niektóre osoby z mojego otoczenia wtłaczały mi, że pewne zachowania, wynikające z mojej osobowości są złe i trzeba je zwalczyć. W tym teście cudowne jest to, że ukazane są i mocne i słabe strony danego typu. Przyświeca mu idea akceptacji samego siebie i takiego zarządzania całym tym taborem, żeby było najfajniej jak to możliwe. Niczego nie trzeba w sobie zwalczać, chodzi o to, by umiejętnie pokierować (umiejętnie kieruje się z Panem Bogiem, który jaką mnie stworzył, taką mnie ma. Cały ten proces poznawania siebie odbywał się właśnie w tej perspektywie i jak powiedział Malina – patrz niżej – tylko z Panem Bogiem to, co jest wadą, można sobie przepracować).

Temperamenty – rozwój charakteru, audiobook ks. Mirosława Malińskiego – Malina ma wybitny dar parodiowania i tłumaczenia prosto trudnych rzeczy. Nie wiem, skąd tak dobrze zna człowieka, ale bierzcie z tego wszyscy, serio!

Wszystkie te wiadomości o człowieku służą lepszemu poznaniu siebie, ale także uwrażliwiają na inność drugiego. Podkreślają konieczność doskonalenia komunikacji (!!!) i uczą wyrozumiałości. W tym filmie ks. Krzysiu Porosło mówi, że Bóg kocha inność, stworzył nas jako różnych. Stwarzał, rozdzielając. Nie wolno przytłaczać innych swojością, ani siebie samego niszczyć wymyślonymi ideałami. Poznając siebie, poznajemy Boga.


“Be who God meant you to be and you will set the world on fire.” – told St. Catherine of Siena who is my name patron and also my patron for 2018. For me last year was a year of finding the truth and reaching out to it. The truth about myself, abandoning some vision I had had about myself who I should be and a year of acceptance of this truth. It was the most difficult year in my life, but I received enough grace to handle this, so with scars, I’m in awe of how beautiful people can be, especially women (men are also beautiful, but it’s not a thread about them). It was definitely a year of femininity – discovering a woman’s strength in myself and in other women. For the first time in my life, I stood in front of the wall and did not know what to do next. They took me by my hands and put together, showed me how to believe in myself and that I do not have to know everything (because, for example, they know something and can teach me and it will not discredit my honor). That I do not have to be perfect, that a man is not like a sapper who can be mistaken once, because then it bursts him (you have to find such friends who will hold your crown when it tilts you) (you can find them by long praying for such girlfriends). I experienced very much what it means to be treated unfairly and not be able to remedy this in any way (ergo I realized how little I had known about Jesus on the cross). Among all these thorns, my life blossomed after all – I went bankrupt, but how beautiful it is to rebound. My heart is full of gratitude to God and to people who (once again) showed me Him.

On the way to getting to know myself better and accepting myself (which means also understanding other people better, too) I found two „things” that were very helpful for me last year which I would like to share with you:

Conflict in Relationships: Understand It, Overcome It: At Home, At Work, In Life by Sara Savage, Eolene Boyd-MacMillan – a book that knows what the thing is. Conflicts cannot be avoided, this book explains why we behave the way we behave in a conflict situation (biology!). It teaches that we are managing conflicts in various ways (provides very valuable and accurate tests for the diagnosis of our own type) and what are the possibilities to go through the conflict (sometimes depending on our type, but some truths are universal). This is not one of the coaching guides on how to avoid conflict – this is a book about how to enter the conflict when you cannot do it any other way and how to go through it with as few casualties as possible.

16 personalities – I have never believed in tests for personality diagnosis. I did this for fun and while reading a description of my type, I began to wonder who is watching me from the moon and how he knows it all. Over the years, some people around me have forced me that certain behaviors resulting from my personality are bad and must be overcome. In this test, it is wonderful that the strengths and weaknesses of a given type are shown. It is guided by the idea of accepting yourself and managing this entire luggage in such a way that it would be as cool as possible. You do not have to fight anything, it’s about being able to guide yourself. I believe that the only way to manage some weakness in your personality is to pray to God. He created us the way we are because He wanted us so and He will not leave us alone.

Both the book and the test emphasize the need to improve communication (!!!) among people and teach understanding. Fr. Krzysiu Porosło said once that God loves diversity, he created us as different. He created by separating. By getting to know ourselves, we get to know God.

Adwent na peryferiach / Advent on the periphery

Wraz z nastaniem Adwentu z internetu zaatakowały mnie krzyki o ciszy, więc jedyne, o czym zaczęłam marzyć, to schowanie się do skorupki.

24799433_1477141445732655_3240752103396122532_o
Źródło

Wydaje się jakby wraz z nastaniem nowego roku liturgicznego piekło się otwarło i rzucało na ziemię specjalnie na tę okazję przygotowane świeżutkie kupki gnoju. Sa akcje, muszą być reakcje – nie ma potrzeby wymyślać dodatkowych ćwiczeń duchowych. Potrzeba przecież tylko jednego.

Poniższą modlitwą chciałam podzielić się już od jakiegoś czasu, ale jakoś się nie składało. Adwent mnie zmobilizował. Nie znalazłam żadnego jej satysfakcjonującego mnie tłumaczenia, więc przetłumaczyłam sama (punktem wyjścia jest dla mnie wersja angielska – nie wiem, czy jest to rzeczywiście wersją oryginalna, ponieważ autor był hiszpańskim kardynałem). Zrobiła ona na mnie ogromne wrażenie, bo zdemaskowała we mnie miejsca, gdzie mi jeszcze ciągle pokory brakuje. Modlitwa, którą trudno się uczciwie odmawia, bo jest tak konkretna i mocna (taką też jest na przykład ta pieśń).

Żeby była jasność – uważam, że potrzeba bycia kochanym, akceptowanym, docenianym, etc. są wpisane w ludzką naturę i nie ma w nich nic złego. Źle dzieje się wtedy, gdy te pragnienia zaczynają być przyczyną krzywdy, wyrządzanej sobie samemu (nawałnice negatywnch emocji) i innym, ponieważ przysłaniają Boga i Jego Miłość do człowieka. Wyzbycie się tego wszystkiego, o czym pisze kardynał Merry del Val, nie daje niczego innego jak tylko większe człowieczeństwo i większą miłość, bo kieruje strumień świadomości w pozytywne rejony drugiego człowieka i siebie samego. No i święty spokój.

Litania o pokorę

(przypisywana kardynałowi Rafaela Merry del Vala)

Panie Jezu, cichy i pokornego serca, wysłuchaj mnie.
Od pragnienia bycia szanowanym, wybaw mnie, Jezu.
Od pragnienia bycia kochanym, wybaw mnie, Jezu.
Od pragnienia bycia chwalonym, wybaw mnie, Jezu.
Od pragnienia bycia wyróżnianym, wybaw mnie, Jezu.
Od pragnienia bycia uprzywilejowanym względem innych, wybaw mnie, Jezu.
Od pragnienia by się mnie radzono, wybaw mnie, Jezu.
Od pragnienia bycia akceptowanym, wybaw mnie, Jezu.
Od lęku przed upokorzeniem, wybaw mnie, Jezu.
Od lęku przed byciem wzgardzonym, wybaw mnie, Jezu.
Od lęku przed byciem karconym, wybaw mnie, Jezu.
Od lęku przed byciem oczernianym, wybaw mnie, Jezu.
Od lęku przed byciem zapomnianym, wybaw mnie, Jezu.
Od lęku przed byciem wyśmianym, wybaw mnie, Jezu.
Od lęku przed byciem skrzywdzonym, wybaw mnie, Jezu.
Od lęku przed byciem podejrzanym, wybaw mnie, Jezu.
Aby inni byli bardziej kochani niż ja – Jezu, udziel mi łaski, by tego pragnąć.
Aby inni byli szanowani bardziej niż ja – Jezu, udziel mi łaski, by tego pragnąć.
Aby w opinii świata inni mogli wzrastać, a ja się umniejszać – Jezu, udziel mi łaski, by tego pragnąć.
Aby inni byli wybrani, a ja postawiony z boku – Jezu, udziel mi łaski, by tego pragnąć.
Aby inni byli chwaleni, a ja niezauważony – Jezu, udziel mi łaski, by tego pragnąć.
Aby inni byli przedkładani nade mnie – Jezu, udziel mi łaski, by tego pragnąć.
Aby inni stali się bardziej święci niż ja, pod warunkiem, że ja stanę się tak święty, jak powinienem – Jezu, udziel mi łaski, by tego pragnąć.


With the beginning of Advent, I was attacked with screams for silence on the Internet, so the only thing I started dreaming about was to hide.

It seems as if with the beginning of the new liturgical year, the hell opened and throws fresh prepared for this occasion dung balls down to us. There are some actions, there must be reactions – there is no need to invent any additional spiritual exercises. Only a few things are needed.

I wanted to share this prayer for some time. Advent mobilized me. It made a great impression on me because it revealed some places in me where I still lack humility. Prayer, which is difficult to pray it honestly, because it is so concrete and strong.

Disclaimer – I think that the desire to be loved, accepted, appreciated, etc. are inscribed in human nature and there is nothing wrong with them. It is bad when these desires begin to cause harm to yourself (storms of negative emotions) and to others because they obscure God and His love for man. Those words written by Cardinal Merry del Val can lead only to greater humanity and greater love. And towards the peace of mind.

Litany of Humility

(attributed to Rafael Cardinal Merry del Val)

Lord Jesus. Meek and humble of heart, Hear me.
From the desire of being esteemed, Deliver me, Jesus.
From the desire of being loved, Deliver me, Jesus.
From the desire of being extolled, Deliver me, Jesus.
From the desire of being honored, Deliver me, Jesus.
From the desire of being praised, Deliver me, Jesus.
From the desire of being preferred to others, Deliver me, Jesus.
From the desire of being consulted, Deliver me, Jesus.
From the desire of being approved, Deliver me, Jesus.
From the fear of being humiliated, Deliver me, Jesus.
From the fear of being despised, Deliver me, Jesus.
From the fear of suffering rebukes, Deliver me, Jesus.
From the fear of being calumniated, Deliver me, Jesus.
From the fear of being forgotten, Deliver me, Jesus.
From the fear of being ridiculed, Deliver me, Jesus.
From the fear of being wronged, Deliver me, Jesus.
From the fear of being suspected, Deliver me, Jesus.
That others may be loved more than I, Jesus, grant me the grace to desire it.
That others may be esteemed more than I, Jesus, grant me the grace to desire it.
That, in the opinion of the world, others may increase and I may decrease, Jesus, grant me the grace to desire it.
That others may be chosen and I set aside, Jesus, grant me the grace to desire it.
That others may be praised and I unnoticed, Jesus, grant me the grace to desire it.
That others may be preferred to me in everything, Jesus, grant me the grace to desire it.
That others may become holier than I, provided that I may become as holy as I should, Jesus, grant me the grace to desire it.

Dłoń na Serce / Your hand on His heart

Ciągnąc temat wyobraźni, kilka tygodni temu, gdy zaczynałam się dekoncentrować przy spowiedzi (słuchając już wielebnego), przypomniało mi się coś, czym natchnął mnie dawno temu Duch Święty właśnie na okoliczność tego sakramentu.

Spowiedź była dla mnie najtrudniejszym elementem, gdy się nawracałam. Mądrzy ludzie wysłali mnie na rozmowę do o. Macieja Biskupa OP, któremu zadałam trzy pytania, w tym jedno na temat sensowności spowiedzi. Niestety nie pamiętam, co mi odpowiedział, ale wiem, że tak mi powiedział, że od tego momentu nie miałam już żadnych wątpliwości (tak, szkoda). Potem ogromne wrażenie zrobiła na mnie historia z o. Pio, kiedy to musiał wyjść z konfesjonału, ale człowiek w nim klęczący dalej się spowiadał, bo w konfesjonale siedział Jezus (nie mam źródła). To uświadomiło mi, że kapłan naprawdę jest tylko pośrednikiem. Jak się okazało, uświadomiło mi jedynie na poziomie teorii, bo po wielu latach dopiero Duch Święty podsunął mi pomysł, który zrewolucjonizował moje spowiedzi.

Uwielbiam spowiadać się w konfesjonale – wtedy wszystko jest jakby na swoim miejscu, czuję się osłonięta i bezpieczna (nawet jeżeli konstuktorem mebla był ktoś, kto chyba w życiu nie klęczał, bo gdyby klęczał, nigdy by tak nie wyprofilował klęcznika) (spowiadałam się już idąc, na łące, w ławce, przy stole – konfesjonał najlepszy). W związku z przyciskaniem głowy bokiem do kratek, zwróciłam kiedyś uwagę na to, że z boku jest zazwyczaj deska, która tworzy ramę okienka z kratką. Położyłam na tę deskę całą otwartą dłoń z obrazem w głowie, że kładę ją tak Jezusowi na klacie i mogę poczuć bicie Jego serca. BUM.

W relacjach ważny jest dotyk (albo żeby tego dotyku nie było), a taki gest jest (w mojej skali) zarezerwowany dla BARDZO wąskiej grupy (aktualnie liczy ona zero członków, nie licząc Jezusa), a nawet bym powiedziała, że dla jednej osoby (nie licząc Jezusa). Wyobrażam sobie również, że mnie jako kobiecie łatwiej przychodzi stworzenie sobie takiego obrazu intymności z Jezusem, bo to w końcu mężczyzna (chętnie posłucham jak mężczyzna to widzi 🙂 ). Uczyniło mi to spowiedź prawdziwą rozmową od serca do Serca (kiedy pamiętam o tym, żeby tę dłoń położyć).

Wpis ten nie pojawił się tutaj rozmyślnie na początku Adwentu – jest to zbieg okoliczności, nieplanowany przeze mnie, ale może przez Boga. Mam teraz po prostu – po wielu miesiącach – własny pokój. A jak wiadomo, kobieta, żeby pisać, musi mieć własny pokój i 500 funtów rocznie. Oczyszczenie w spowiedzi to zawsze nowy początek, tak jak początek roku liturgicznego. Czyste serce daje Bogu ogromne pole do popisu. Życzę Wam, by się popisał!

*Wiem, że ze spowiedzią i spowiednikami bywa różnie – sama mam na koncie kilka takich, po których myślałam, że już więcej nigdy się nie wyspowiadam, o wielu kwiatkach słyszałam. Wiem też, że niektórzy ludzie wyznają teorię (zwłaszcza w mniejszych miejscowościach), że proboszcz po to spowiada, żeby wiedzieć, co się we wsi dzieje – pewnie też tak bywa. To wszystko jednak nie zmienia faktu, że jest to sakrament, w którym kapłan mocą udzieloną mu przez Jezusa rozgrzesza – jest to spotkanie z Nim samym. I jeżeli ten spowiednik w jakikolwiek sposób skrzywdzi, to już się Jezus z nim policzy.*


Continuing with the subject of the imagination, a few weeks ago during confession, when my thoughts begun wandering towards some other things than confession (while listening to the to priest after confessing my sins), I thought about something that the Holy Spirit inspired long time ago.

The confession was the most difficult element for me when I was converting. Wise people sent me to talk to Fr. Maciej Biskup OP, who I asked come three questions, including one on the meaning of confession. Unfortunately, I do not remember what he said to me, but I know that he told me something that caused that I had no doubts anymore (it’s a pity, I know). Then I heard a powerful story about Fr. Pio, when he had to leave the confessional during confession, but the man stayed kneeling and continued to confess because Jesus was sitting in the confessional sat Jesus (I have no source for this, I read this somewhere long time ago). This made me realize that the priest is really just an intermediary. Theoretically, I had known since then, that this is Jesus who you confess your sins to, but after many years he Holy Spirit gave me an idea that revolutionized my confession.

I love to confess in the confessional – then everything has its place, I feel sheltered and safe (even if the furniture’s constructor was someone who probably did not ever kneel in his life because if he was kneeling, he would never shape the kneeler the way they are often shaped) (I’ve confessed already in the meadow, on the bench, at the table – the best place for me is the confessional). While I once leaned my head against the bars, I noticed that on the side there is usually a board that forms a window frame for the bar. I put a whole open hand on this board with a picture in my head that I put it on Jesus’s chest and I can feel the beat of His heart. BOOM.

In your relationships, touching is very important (or it is important that there should be no touch), and this gesture is (on my scale) reserved for a VERY narrow group (currently it counts zero members, not counting Jesus), I would even say that for the one person (not counting Jesus). I also imagine that it is easier for me as a woman to create such an image of intimacy with Jesus, because he is a man (I would like to know how a man sees it 🙂 ). This made my confession a real conversation from heart to heart (when I remember to put this hand against the confessional).

This entry did not appear here deliberately at the beginning of Advent – it is a coincidence, not planned by me, but perhaps by God. I’ve got now – after many months – my own room. And as you know, a woman must have her own room and 500 pounds a year to be able to write. Confession is always a new beginning, just like the beginning of the liturgical year. A pure heart gives God a great opportunity to show off. I wish He will show off in your life!

Wyobraźnia – pierwszy stopień do Nieba / Imagination – the first step towards Heaven

Kiedyś zabrałam się za czytanie pism św. Teresy z Avila. Nie pamiętam dużo, ale bardzo mocno wryło mi się w mózg, że pamięć i wyobraźnia to dwie z trzech (nie pamiętam trzeciej) największych przeszkód w modlitwie. Mogłam coś źle zapamiętać (jeżeli ktoś kojarzy temat i mógłby mi opowiedzieć, będę wdzięczna), ale długo przekonanie to determinowało moje myślenie o sobie samej i mojej modlitwie. Dodatkowo pewien ksiądz, który cieszył się u mnie dużym autorytetem, grzmiał kiedyś z ambony, żebyśmy nie zajmowali się wyobrażeniami/marzeniami tylko tym, co jest (ciężko tak dziewczynie, co marzy o księciu względnie o góralu). Wyobraźnia jawiła mi się jako coś złego i coś, co trzeba zwalczać. Aż w końcu usłyszałam od Beth Davis na tych warsztatach (polecam), że tak wcale nie jest. Bóg dał człowiekowi wyobraźnię, a skoro dał, to znaczy, że jest dobra – można z nią zrobić dobre rzeczy.

Beth poleciła nam się każdej pomodlić do Ducha Świętego o natchnienie, by posłużył się naszą wyobraźnią. Następnie miałyśmy sobie wyobrazić ogród, Jezusa i siebie w tym ogrodzie (to podobno pochodzi z duchowości ignacjańskiej, która podobno jest pilnie strzeżona, ale postanowiłam zaryzykować trafienie do jezuickiego czyśćca, ponieważ dowiedziałam się o tym także jakby spoza, więc ku chwale Bożej się dzielę). Nastawiona byłam sceptycznie, jednak to, co stało się potem uruchomiło lawinę, która zmieniła moje życie.

Mój ogród jest wielkim parkiem (takim trochę jak park przy pałacu w Rogalinie, ale większym) – z pagórkami, krzewami, drzewami mającymi spokojnie jakieś 100 lat (w odróżnieniu od Rogalina nie ma w nim komarów). Była tam polana, na polanie kocyk. Na skraju kocyka siedziała sobie około cztero-pięcioletnia dziewczynka przystrzyżona na boba (zawsze gdy wyobrażam sobie siebie w bezpośrednim fizycznym kontakcie z Bogiem jestem właśnie taką małą dziewczynką z taką fryzurą). Siedziała, a przed nią i obok niej leżało mnóstwo książeczek, które wertowała, oglądała i z wrodzonym sobie dynamizmem i zdecydowaniem, przekładała z kupki na kupkę (nos utkwiony w książeczkach). Na drugim skraju kocyka siedział Jezus z podpartą głową, wpatrzony z miłością w dziewczynkę. Pomyślałam sobie, że to jest genialne i poszłam zajmować się codziennością, bo tak byłam podekscytowana, że mi się coś wyobraziło. Do chęci zrozumienia tego, co wtedy „zobaczyłam” musiałam dojrzeć albo ona musiała mnie jakoś zaatakować, rzucona we mnie przez Anioła Stróża. Cała ta scena miała uświadomić mi, że ja zawsze „muszę” sama, wszystko sama. „Panie Jezu, możesz siedzieć na moim kocyku (i nawet możesz patrzeć), ale tu są ważne rzeczy, którymi muszę zarządzać.” Zrozumiałam wtedy, że nie wpuszczam Go do mojego życia i nie pozwalam Mu działać – tak mocno wtedy zależało mi tylko na jednej sprawie i tak mocno o nią zabiegałam/walczyłam. Uświadomienie sobie tego pomogło mi zacząć modlić się o tę otwartość, która pozwoliłaby mi oddać Mu moje książeczki. Trwało to kilka dobrych tygodni, wracałam do tego obrazu z polany, sprawdzając czy już oddałam. Przyszedł kiedyś w końcu dzień, gdy Jezus wyciągnął rękę, a mała podała mu wszystkie książeczki. Jezus schował za pazuchę, wstał i wziął małą za rękę na spacer po ogrodzie.

W praktyce oznacza to dla mnie nową jakość życia. Oddawanie każdej, nawet najmniejszej sprawy Bogu – wiem jak to brzmi, sama gdy kiedyś czytałam takie zdania, myślałam „Ale smęty, ten ktoś z życia nic nie ma”. Kiedyś wszystkie smutne i trudne chwile starałam się racjonalizować, nie pozwalając sobie nawet na najmniejszą słabość. Wymyśliłam sobie, że dobry katolik nie zajmuje się bzdurami takimi jak własne uczucia słabości czy pragnienia, tylko musi je w sobie zwalczać, żeby „poskromić ciało”. Opowiedzenie tego Panu Jezusowi byłoby okazaniem słabości, a histeryzować nie wolno. Cała ta historia o ogrodzie pomogła mi dojść do momentu, kiedy postanowiłam, że nie będę ustalać sobie, o czym porozmawiam z Panem Bogiem na modlitwie, tylko będę po prostu rozmawiać bezpośrednio z Nim, a nie z sobą za kulisami. Przełom ten faktycznie nastąpił, gdy pewnego dnia w modlitwie wieczornej przeszkadzał mi pozabiegowy ból nieeleganckiej części ciała i wyartykułowałam w ramach ćwiczenia wszystko, co mi w tej chwili w ciele powodowało dyskomfort. Ból nie zniknął, ale mnie zrobiło się łatwiej na sercu. Zauważyłam, że Jezus może zwyczajnie przywrócić właściwą perspektywę – bo właściwą perspektywą jest to, że jest miłość i zbawienie. Nie przestało mnie boleć, nie jestem ciągle wyleczona, ale nie zaciskam już zębów w swoim wnętrzu. Życie nie polega na robieniu dobrej miny do złej gry (mam na myśli w ogólności, czasem – wiadomo – trzeba, byle nie było standardem). Kiedy robi mi się nagle przykro pod wpływem czegoś, co czytam lub co ktoś mówi, przerywam swoją robotę na dwie  minuty, żeby z Nim porozmawiać i oddać to (żeby na przykładach – „Panie Jezu, jest mi w tej chwili bardzo przykro, że mogę nigdy nie być mamą.”). To bardzo uwalnia, bo utylizuje natychmiast wszystkie syfy, które wcześniej gromadziłam dniami i tygodniami, przekładając je tylko z kupki na kupkę. Często pojawia się pokusa, by iść w swoje smutki (mechanizm myślę dosyć kobiecy, ale tylko taki znam od środka, więc proszę panów o wyrozumiałość) i je nakręcić. Można wtedy nie spać pół nocy i przepłakać ją z wymyślonego powodu (serio) względnie powodu prawdopodobnego (bardzo mało prawdopodobnego). Oddawanie tego natychmiast CZYNI WOLNYM. Nie zmienia faktów (przynajmniej natychmiast, jeżeli w ogóle), ale zmienia perspektywę i przede wszystkim leczy z samotności i skupienia na tym, czego brak.


Some time ago I read the writings of St. Teresa of Avila. I don’t remember much, but I did remember, that – according to her – memory and imagination are two out of three (I don’t remember the third one) greatest obstacles to prayer. I might remember it a litlle bit wrong (if anyone associates this topic from her and could tell me, I will be grateful), but it determined my thinking about myself and my prayer for a very long time. In addition, a priest who enjoyed a great respect once thundered from the pulpit, that we shouldn’t concentrate on our imagination /dreams, but on facts (it was hard for a girl who dreams of a prince or highlander). I associated my imagination with something I have to fight with. Until finally I heard from Beth Davis during this workshop that it is not true at all. God gave us imagination, and when He gives, it means it is good – you can do good things with your imagination.

Beth instructed us to pray to the Holy Spirit for inspiration to use our imagination. Then we were supposed to imagine a garden, Jesus and ourselves in this garden (it is supposedly from the Ignatian spirituality, which is supposedly strictly guarded but I decided to take the risk of getting to the Jesuit purgatory because I learned it as well from the outside). I was skeptical, but what happened later triggered an avalanche that changed my life.

My garden is a big park (a bit like the park at the Rogalin palace, but bigger) – with hills, bushes, trees that are about 100 years old (unlike Rogalin there are no mosquitoes in it). There were a glade and a blanket. At the edge of the blanket sat a four or five-year-old girl with a bob haircut (whenever I imagine myself in direct physical contact with God I’m just such a little girl with such a haircut). In front of her there was a lot of little books that she looked at and – with her innate dynamism and determination – she was putting them from one pile to another pile (with the nose stuck in the books). At the other end of the blanket, Jesus was sitting, staring lovingly at the girl. I thought it was brilliant and started doing something usual at home because I was so excited that I imagined something. I needed some time to understand what I “saw” and I think my Guardian Angel had to throw something at me. The whole scene made me realize that I “have to” do things always on my own. „Lord Jesus, you can sit on my blanket (and you can even look), but here are the important things that I have to manage.” I understood then that I didn’t let Him into my life and I didn’t let Him change anything – I was trying so much to get what I wanted for 2 years. Being aware of this helped me to begin to pray for that openness that would allow me to give Him my books. It took me a good few weeks, I was going back to this picture from the glade, checking whether I gave up my books. One day finally, Jesus reached out his hand and the little girl handed him all the books. Jesus took them and put them in His pocket and took the girl for a walk in the garden.

It means a new quality of life for me. Giving every, even the smallest thing to God. I know how it sounds – when I used to read such sentences from other people I thought he/she must have a very boring life. Earlier I tried to rationalize all the sad and difficult moments in my life, without even allowing myself the slightest weakness. I thought that a good Catholic doesn’t deal with rubbish like his/her own sad feelings or weakness, but he/she is supposed to fight against it in order to „tamper the body.” Telling this to Jesus would be a manifestation of weakness, and hysteria is not allowed. All this story of the garden helped me come to the point where I decided that I won’t determine behind the scenes what I would talk to God in my prayer, but I would just talk to Him. This breakthrough actually occurred when one day during my evening prayer, the inelegant part of my body was in pain after some treatment and I just articulated all the things that at that moment bothered my body. The pain didn’t go away, but it made that moment easier. I have noticed that Jesus can simply restore the right perspective – because the right perspective is that there are love and salvation. I’m still not cured, but I do not clench my teeth anymore. Life is not about putting a bold face on everything (I mean in general, sometimes you just have to, but it can’t be a standard way of living). When I am suddenly upset or sad by what I read or hear, I stop doing what I do for two minutes to talk to God about this and give it to him (so, for example, „Lord, I’m really sad right now that I may never be a mum”). It is very liberating because it immediately lets me free from all the emotional dirt that I accumulated earlier for days and weeks, putting them only from pile to pile. There is often a temptation to go deeper and deeper into your sorrows (the mechanism I think is pretty feminine, but that’s the only one I know from the inside, so all the men out there are asked for understanding). It is possible not to sleep the half of the night and cry for an imagined reason (seriously) or for a very unlikely reason. Giving this away to God immediately sets us FREE. It doesn’t change the facts (at least immediately, if at all) but changes the perspective and above all heals from loneliness and focusing on my shortages.

Mysterium fascinans

Przestrzeń wokół wydarzenia „Mysterium fascinans” przeniknięta jest intymnością z Bogiem, prostotą, wolnością i bezpośredniością. Wykłady i konferencje to uczta intelektualna, a wymodlić się można do nieprzytomności. Organizatorzy (a co za tym idzie uczestnicy także) nie są liturgicznymi terrorystami, ani tym bardziej terrorystami trydenckimi, więc jest to wprost wymarzone środowisko do tego, by poznawać liturgię Kościoła Katolickiego.

Nigdy wcześniej nie byłam na Mszy Świętej w nadzwyczajnej formie rytu, ba – nie potrafiłam nawet dobrze jej nazwać. Kojarzyła mi się z dziwakami i ludźmi, którzy terroryzują kobiety, by nosiły spódnice BO TAK. Zawsze chciałam wziąć w niej udział i tak nie bardzo wiedziałam jak się do tego zabrać (a stereotypy wryte w moją głowę skutecznie gasiły zapał serca), aż wreszcie napatoczyło się „Mysterium fascinans”.

Gościem specjalnym rekolekcji był ojciec Cassian Folsom OSB. Mówił o tym, że w zwyczajnej formie rytu rzymskiego zaniedbywana jest często zmysłowe poznanie człowieka, cała uwaga skoncentrowana jest na intelektualnej stronie liturgii i że to źle. Że oprawa i odczucia zmysłowe są również bardzo ważne i prowadzą człowieka do Boga – tutaj forma nadzyczajna jest o wiele bogatsza (zauważył także, że z kolei w formie nadzwyczajnej używanie niezrozumiałego języka powoduje niestety redukcję warstwy rozumowej). Ojciec Cassian odprawiał w sobotę Mszę w nadzywczajnej formie rytu rzymskiego. Wierzę, że to, co wtedy odczułam było wielką łaską od Boga i pewnie nie na każdej Mszy w formie nadzwyczajnej będę się czuła, jakbym siedziała na stopniu tronu Jahwe wtulona w Jego sukmanę, gdy załatwia ważne rzeczy z ważnymi ludźmi, ale co przeżyłam w Krakowie w tamtą sobotę jest moje i na zawsze będzie.

Podeszłam do tematu intelektualnie, bo ja lubię rozumieć (przestałam się bać latać samolotem, gdy wreszcie mi wytłumaczono, dlaczego to w ogóle leci). Łaciny trochę liznęłam w życiu, więc jakoś szczególnie nie czułam, żeby mnie coś miało tam przerosnąć. W pewnym momencie jednak się zgubiłam (mieliśmy książeczki z rozkładem jazdy) i zaczęłam czuć się mniej więcej tak jak Cameron Diaz w tej scenie.* Na szczęście mój sąsiad z ławki wszystko mi szybko wytłumaczył, znalazłam odpowiednią stronę w książeczce i potem już było tylko błogo (chociaż obiektywnie ciężkie jest równoczesne czytanie tekstów i patrzenie, co dzieje się w prezbiterium, więc trzeba się tekstów nauczyć na pamięć jak nic). Zdaję sobie sprawę, że to, co wydarzyło się podczas tej Mszy w moim wnętrzu jest tylko i wyłącznie z łaski Bożej i nie wiem, czy kiedyś jeszcze takie przeżycie może się powtórzyć. Mój posoborowo ukształtowany mózg ciągle zaplątywał się w kółko, bo dochodził do ściany – utarte ścieżki zwyczajnej formy rytu prowadziły w ślepe uliczki. Czułam się jednak zatracona w Boskości Boga – poznałam swoją małość, ale równocześnie nie czułam się przedmiotem. Czułam się kochana, czułam się przyjacielem, a znałam swoje miejsce, bo wskazane z Miłości. Oddałam całkiem moją „niezależność” i dałam się porwać temu, co działo się wokół mnie. Dotarło do mnie, dlaczego podnosi się po Soborze temat umniejszenia roli kapłana – w nadzwyczajnej formie rytu kapłan ponosi odpowiedzialność za liturgię, on rozmawia z Bogiem i ma dostęp do miejsca świętego. Zamiast czuć, że ktoś mi odbiera coś, co do mnie należy, poczułam się zaopiekowana. Skoro nie muszę za często w ogóle się odzywać, to znaczy, że mogę wejść w to w inny sposób – nie wiem jeszcze jaki, ale jest tu duża przestrzeń do wypełnienia (obawiam się, że w innych okolicznościach bym się po prostu nudziła lub moje myśli zaczęłyby planować obiad, więc to definitywnie kwestia do przepracowania). Nie widać, co kapłan robi w aktualnym momencie przy ołtarzu – to tajemnica, która nie czułam, żeby mnie z czegokolwiek wykluczała. Krótko po Eucharystii wpadła mi do głowy św. Teresa z Lisieux i jej „mała droga”, której rewolucyjność starałam się zawsze pojąć rozumowo, ale bezskutecznie, ponieważ to, o czym pisała w „Dziejach duszy” było mi bardzo bliskie, znane i oczywiste. Zaraz po tej Mszy pomyślałam, że wreszcie zrozumiałam, na czym ta rewolucyjność polegała i jak niesamowite było (jest?) działanie Ducha w niej, skoro miała ona dostęp tylko do Mszy Świętej w nadzywczajnej formie (i to nie codziennie) – atmosfera świętości, tajemnicy i niedostępności zdaje się, że mogła potęgować poczucie obcości i wykluczenia u wiernych – a ona czuła się małym puszystym ptaszkiem, który przytulne gniazdko miał w jednej z fałdek szaty siedzącego na tronie Wiekuistego. Kilka dni potrzebowałam na to, by uświadomić sobie, że ja poczułam wtedy dokładnie to samo i właśnie mimo tego, co stereotypowo myślałam w pierwszej chwili o liturgii sprzed Soboru. Pan Bóg tak bardzo wymyka się ludzkiej logice w najpiękniejszy niemożliwy sposób, że naprawdę warto Mu się poddawać każdego dnia na nowo.
Ojciec Cassian Folsom to człowiek przepełniony Bogiem – to ktoś, przy kim wiesz, że nie musisz się niczego bać, bo dobry Bóg Cię zawsze obroni. Świadek, że gdy oddasz się całkowicie Bogu, Bóg nie sprawi, że się Twoja indywidualność rozmyje, a wręcz przeciwnie – Twoje talenty się rozwiną i będzie się bardziej.
Nawróciłam się 14 lat temu i przez cały ten czas byłam raczej aktywna duszpastersko. Nikt ani razu nie pokusił się o to, żeby chociaż porozmawiać o nadzwyczajnej formie – strasznie szkoda.
Ma powstać audiobook, zawierający materiał z rekolekcji – śledźcie, bo naprawdę warto tego posłuchać i pozwolić się poprowadzić Duchowi liturgii.

*To scena z filmu „The Holiday”, gdzie bohaterka grana przez Cameron Diaz (Amerykanka) przyjeżdża do Wielkiej Brytanii. W filmiku mówi: „Potrafię prowadzić auto po złej stronie drogi. Siedząc po złej stronie auta. Muszę się tylko skupić.”


The atmosphere around the event „Mysterium fascinans” is filled with intimacy with God, simplicity, freedom and directness. Lectures and conferences are an intellectual feast and you can pray till you get almost unconscious. People who stay behind it (and therefore the participants too) are no liturgical terrorists, so it is simply a dream environment to get to know the liturgy of the Catholic Church.

I’ve never been to Holy Mass in the extraordinary form of the Roman Rite before, I wasn’t even able to name it properly. I associated it with kind of freaks and people who terrorize women to wear skirts JUST BECAUSE. I’ve always wanted to take part in it, but I couldn’t somehow organize it (and the stereotypes in my head effectively extinguished the gust of my heart), until finally „Mysterium fascinans” happened.

A special guest of the retreat was Father Cassian Folsom OSB. According to him the ordinary form of the Roman Rite neglects often the sensual aspect of the human being’s knowledge, all attention is concentrated on the intellectual side of the liturgy and it is wrong. Sensual knowledge is also very important and it also leads a man to God – in the extraordinary form the formulas are much richer (he also noted that the use of incomprehensible language causes unfortunately the reduction of the rational layer of the liturgy). Father Folsom celebrated the Mass in the extraordinary form on Saturday. I believe that what I felt at that time was a great grace from God, and probably not at every Mass in the extraordinary form I would feel as if I was sitting next the throne of Yahweh, snuggled in His robe when He does important things with important people, but what I experienced in Cracow that Saturday is mine.

I approached the Mass intellectually, because I like to understand things (I was scared to fly on a plane till I finally got explained why it is flying). I learnt some Latin during my studies, so I thought I would manage it. At one point, however, I lost the track (we got little books with all the texts) and I began to feel more or less like Cameron Diaz in this scene. Luckily my neighbor quickly explained all to me and I found the right page in the booklet and then I started to feel blissful (although it is very difficult to read the texts from your book and look up to what’s going on in the presbytery). I realized that what happened at this Mass in my soul was solely by divine grace, and I don’t know if such an experience can ever happen again. My shaped after the Seond Vatican Council brain was constantly leading me into dead-end streets. But I felt lost in the divinity of God – I met my littleness, but at the same time I didn’t feel treated like an object. I felt loved, I felt a friend, and I knew my place, because it was shown to me with Love. I gave up my „independence” completely and I got caught up in what was going on around me. I realized that they were right when it comes to the role of the priest after the Council – in the extraordinary form of the Rite the priest is responsible for the liturgy, he speaks to God and has access to the holy place. Instead of feeling that someone takes me something away that belongs to me, I felt taken care of. Since I don’t have to talk too much at all during the Mass in the Old Rite, it means I can go into it in another way – I don’t know yet in what way, but there’s a lot of room to fill in (I’m afraid in other circumstances I would just be bored or my brain would simply start planning dinner, so it’s definitely something to think over). You are not able to see what the priest is doing at the present moment at the altar – it’s a mystery that didn’t make me feel like excluding me from anything. Shortly after the Eucharist, I thought about the St. Therese of Lisieux and her „little way”, which revolution I tried always to understand, but unsuccessfully, because what she wrote in „The Story of a Soul” was very close and obvios to me. Immediately after this Mass, I thought that I understood eventually what this revolutionary nature was and how amazing did the Holy Spirit act in her soul, since she had only access to the Holy Mass in its older form (and not every day) – the atmosphere of holiness, mystery and inaccessibility, that you could amplify the sense of alienation and exclusion from God – and she felt a small fluffy bird nestled in one of the folds of the robe of God. I needed a few days to realize that I felt exactly the same then, and despite what you could stereotypically think about the Old Rite. God is always so eluding the human logic in the most beautiful impossible way!

Father Cassian Folsom is a man of God – it’s someone who with his posture asures you that there’s nothing to be afraid of, because the good God will always defend you. He’s a witness, that when you give yourself completely to God, God won’t take you your individuality away, but on the contrary – your talents will develop and you will become yourself more.
I came back to the Church 14 years ago and was rather active in it. During this time nobody ever tried to talk about the extraordinary form to me – I think it’s very wrong.