Nie taki katolik straszny…

Czytałam kiedyś artykuł o dyskryminacji przy zatrudnieniu – pan pracodawca postanowił zatrudniać jedynie świadków Jehowy. Tłumaczył się tym, że gwarancją, jaką otrzymuje wraz z takim pracownikiem jest to, że będzie on pracował uczciwie i solidnie. W sumie niegłupio to wykombinował, a świadczy też o tym, na jaką opinię sobie świadkowie Jehowy swoją postawą zapracowali. Czytam strzępy artykułów docierających do mnie z portali nieprzychylnych niedawno wybranemu prezydentowi Dudzie, w których to autorzy obawiają się instalacji państwa wyznaniowego oraz punktują wszelkie momenty przyznawania się przez niego do bycia katolikiem. Niezmiernie zadziwia mnie strach, który budzą ludzie wierzący w społeczeństwie, bo świadczy to moim zdaniem o tym, że społeczeństwo to nie spotkało nigdy osobnika będącego świadomym katolikiem, co już tylko kiepsko świadczy o większości ludzi identyfikujących się w tym kraju z Kościołem Katolickim.

Rok 2015 jest w moim życiu rokiem szalonym, za chwilę drugi raz w ciągu kilku miesięcy zmienię pracę. Niedawno dowiedziałam się, że kiedy w styczniu schodziłam na najniższe piętro korpopiekła (o czym oczywiście wtedy jeszcze nie wiedziałam) w nowym dziale powiadomiono M., że ja to jestem wierząca i przy mnie nie będzie mogła przeklinać. Podczas niedawnej rozmowy o pracę, bardzo sympatycznej skądinąd (a firma ma moim zdaniem najfajniejszą politykę przeprowadzania selekcji kandydatów, jakiej kiedykolwiek byłam częścią, a często byłam ostatnio częścią jakiejś) zapytano mnie o moje pocztówki. Siedzą sobie one w ostatniej sekcji „Hobby” mojego CV, ponieważ jest to coś, z czego jestem bardzo dumna i co daje mi ogromną radość (z racji z przebywania przez ostatnie miesiące na najniższym piętrze korpopiekła wszelka działalność hobbystyczna została zawieszona ze względu na przerzucenie całej energii na próbę trzymania się w kupie – w tym roku nie przeczytałam jeszcze ŻADNEJ książki). Państwo, które mnie przepytywało (liczebność: 4) podkreśliło, że obejrzeli wszystkie dokładnie (♥) i zapytali, skąd pomysł. Opowiedziałam, po czym zostałam uraczona monologiem na temat niedyskryminacji w pracy nikogo ze względu na religię, że to jest dla nich ważne, żeby być tolerancyjnym – to są wartości, których bronią w organizacji. Minę miałam mniej więcej taką: o_O. Zdecydowanie odpowiedziałam, że to wartości również ważne dla mnie i potrafię normalnie funkcjonować w pracy oraz społeczeństwie.

Wnioski płyną takie, że pożądany człowiek to człowiek bez właściwości i bez poglądów, negujący wartości wypływające z tradycji. Społeczeństwo zapomina o tym (i częściowo katolicy też), że pierwszym przykazaniem jest przykazanie miłości. Miłość stała się zagrożeniem dla innych. Co tu się porobiło, ja się pytam?! Chrześcijanin ma być kimś, kto nie złamie trzciny nadłamanej, kto dla miłości i z miłości jest w stanie przekraczać swoje wady i ograniczenia, dla którego człowiek jest w centrum, ale patrzy na niego przez Boga. Bóg dał człowiekowi wolną wolę, więc chrześcijanin nikomu jej nie odbierze. Wyłania się z tego rzeczywiście przerażający obraz prezydenta czy pracownika…

Intymnie

10 lat temu przeżywałam – jak wtedy myślałam – wielki kryzys wiary (teraz wiem, że to było szukanie dziury w całym, ale młodość górna i durna) i koleżanka, próbując mi pomóc, zapytała mnie jak wygląda moja modlitwa. Bardzo nieśmiało i przepraszająco, jakby wchodziła obłoconymi buciorami do mojej świeżo wyczyszczonej kuchni z białymi kafelkami. Mnie zdziwiła ta otoczka, bo uważałam, że to nic strasznego, natomiast pytanie uznałam za najnormalniejsze w świecie i absolutnie nienaruszające mojej prywatności. Skłoniło mnie ono do późniejszych refleksji i wyciągnięcia wniosków, że tak naprawdę albo się człowiek modli cały czas albo wcale, bo modlitwa jest dla mnie świadomością obecności Boga i całego Niebiańskiego Kramu obok mnie, a nie tylko samą rozmową. Są jednak właśnie także te momenty rozmowy, kiedy siadam z Bogiem (za Tomaszem ciśnie mi się na usta „z Zarządem”, bo to jakoś lepiej oddaje Trójjedyność) do stołu i sobie opowiadamy. Czasem też idę z Nim(i) na spacer z Różańcem. Czasem siadam na kanapie albo jadę samochodem i na głos dyskutuję. Modlitwy uczyłam się intuicyjnie, Pan Bóg po prostu mówił „Chodź i mów”. Skoro uwierzyłam w Boga, a nie podobał mi się sposób rozmawiania z Nim, jaki znałam ze stereotypów, musiałam sobie znaleźć swój własny. Zawsze jednak byłam ja i Pan Bóg, nawet jeżeli modliłam się wśród ludzi ze wspólnoty lub z grupą znajomych, wracając w aucie z imienin na probostwie.

Niedawno przekonałam się, że gdy się wchodzi do Gabinetu Zarządu z KIMŚ KOGO SIĘ BARDZO KOCHA I KTO BARDZO KOCHA CIĘ, to Pan Bóg wtedy zamyka drzwi Gabinetu i przez rozmowę tej rozmowy trójki (O)osób tworzą się pozornie cienkie, ale bardzo mocne więzi. Oprócz tych więzi z Bogiem, które ma każde z nas z osobna, zaczynają się tworzyć nasze wspólne więzi z Trójcą. Teraz poznaję, jaki to luksus zaprosić Człowieka do mojej relacji z Bogiem, żeby brał z tych skarbów, co nagromadziłam przez lata, a On daje mi swoje. Relacja z Bogiem jakby się rozszerza, bo tak naprawdę każdy człowiek ma w sercu miejsce, gdzie i tak zostanie na zawsze sam z Bogiem. Teraz się właśnie zrobiło intymnie.

Królewna

Ksiądz Węgrzyniak napisał wczoraj tłita, który wzburzył moje receptory w proteście:

12

Gdy dziewczynki są małe, opowiada i czyta im się bajki o królewnach śpiących i nieszczęśliwych z innych powodów, których gehenna kończy się wraz z poślubieniem księcia, który je uratował oraz pozbawieniem ojca połowy królestwa. Dziewczynki na balikach przebierane chcą być za królewny i księżniczki, następnie w razie nagłej niespodzianej nastoletniej depresji hormonalnej ratują się sceną, gdy pan Darcy wychodzi z jeziora wprost na Elżbietę Bennet albo gdy NY152 okazuje się być Joe Foxem, a potem daje im się świadectwo maturalne i mówi, że księciów i królewiczów nie ma. Każdy byłby zdezorientowany. Gdzieś tu ktoś zatem kłamie.

Dzieci są cudne pod wieloma względami, ich naturalność i szczerość w dzieleniu się pierwszymi refleksjami dotyczącymi świata rozbrajają, więc na moje ściemnia dorosły świat. Nie tylko zresztą na moje, co pozwala mi sądzić, że mam rację. Długo ja również byłam zdezorientowana aż wreszcie trafiła w moje oczy i do mojego mózgu „Urzekająca” małżeństwa Eldrigde’ów (Ula, jeżeli źle apostrof, to napisz smsa). Słuchałam kiedyś Fabiana Błaszkiewicza, który mówił kobietom, że jeżeli w ich sercach jest jakieś pragnienie dobra, miłości, etc, jakieś ich wyobrażenie, to należałoby się zastanowić, skąd im się to tam wzięło, bo może się okazać, że nie po to, żeby całe życie nieszczęśliwie z nimi walczyć, a właśnie po to, że taka już ich natura i prawdziwym szczęściem będzie realizowanie tego. Można być dorosłą królewną i nie oznacza to siedzenia z założonymi nogami i rozpostartymi palcami dłoni, bo się suszy lakier na paznokciach – podobnie jak bycie dzieckiem Bożym nie oznacza wrzeszczenia i tupania, bo się chce lizaka. Według mnie bycie dorosłą królewną oznacza pielęgnowanie i realizowanie tych kobiecych tęsknot i pragnień, które Pan Bóg włożył w serce kobiety, by dojrzewały razem z jej ciałem. Bycie dorosłą królewną oznacza poznawanie siebie, wsłuchiwanie się w siebie i w Boga (ja jestem zwolenniczką katarzyńskiej teorii, że przez poznawanie siebie poznaje się Boga) no i czekanie na księcia. Bo księciowie są i warto na nich czekać. Księcia poznasz po tym, że się w twoim świecie odnajdzie, a co więcej okaże się, że nagle jest ktoś, przy kim możesz być 100% sobą i że wcześniej przy nikim nie byłaś. Dzięki niemu znajdziesz w sobie jeszcze fajniejszą siebie. I nikt mi nie wmówi, że jest inaczej, chociaż ja sama do niedawna też próbowałam sobie wmówić, żeby czekanie mniej bolało.

***

Tekst jest oczywiście generalizowaniem i uproszczeniem, bo można o temacie pisać i mówić w nieskończoność. Zaczęłam nawet się rozpisywać o różnych aspektach, ale się zakopałam i wywaliłam, bo to nie o to mi tym wpisem chodziło.

za mało miłości

Gdybym też miał dar prorokowania
i znał wszystkie tajemnice,
i posiadał wszelką wiedzę,
i wszelką [możliwą] wiarę, tak iżbym góry przenosił.
a miłości bym nie miał,
byłbym niczym.

1 Kor 13, 2

 Po tak długiej nieobecności prosi się chyba, żeby wrócić z jakimś hitem, więc kilka razy miałam myśl, żeby coś tam napisać, ale potem odpuszczałam, stwierdzając, że to wcale nie jest aż takie fajne. Nie uważam, żeby to, co dzisiaj się tu pojawia miało być jakieś rewelacyjne, ale zatęskniłam za pisaniem. Życie służbowe stało się koszmarnym wampirem energetycznym, doprowadzającym mnie do kresu mojej wiary i chrześcijańskiego humanitaryzmu. Dojście do takiej ściany oznacza jedynie, ze trzeba iść narąbać drewna, zrobić klepki i sklecić wyższą drabinę, co jest już samo w sobie bardzo męczące, nie mówiąc o rozczarowaniu własną sobą, że jednak nie jestem taką wspaniałą chrześcijanką, jaką mi się wydawało, że jestem. Budowanie drabiny idzie mi jak po grudzie. Przypomina mi się pobyt w karkonoskich Borowicach wiele lat temu, jeszcze w PRLu, kiedy szłam z rodzicami i siostrą do pobliskiego Karpacza przez las, drąc się w niebogłosy, że ja już nie mogę i nie chcę. Tak mniej więcej idę sobie teraz, tylko wrzeszczę bardziej duchowo, a za rękę prowadzi mnie Pan Jezus z miną przepełnionego miłością politowania.

Podczas ostatniej spowiedzi ksiądz mówił, żeby złączyć swoje cierpienia z krzyżem Chrystusa. Myślę obrazami, więc żeby sobie unaocznić, przywołałam w głowie obraz drogi krzyżowej i zaczęłam analizować, jaki Jezus na drodze krzyżowej był. Był brudny, zakurzony, zakrwawiony, z posklejanymi włosami i pewnie brzydko pachniał. Do tego plątały Mu się nogi i wszyscy się z niego śmiali, kilka razy (bo podobno te 3 to tylko uproszczenie) się przewracał i nie mógł sam wstać. Głodny i pewnie nie miał kiedy załatwić innych potrzeb fizjologicznych, tych o których potocznie chyba nie wypada wspominać BO TO BÓG (ale człowiek, więc sikać musiał też). Niewyspany. Wtedy sobie uświadomiłam, że skoro ja idę po drodze krzyżowej, to nie mogę być wtedy ładna, z gracją wstająca z upadków, zgrabna i pachnąca, bo to nie byłaby żadna droga krzyżowa, tylko wybieg dla modelek. I to, że mi ciężko i nieumiejętnie idzie pchanie taczki obłędu nie znaczy wcale, że zawiodłam Pana Boga. Zawiodłam i zawodzę siebie, ale od tego się nie umiera. Chyba dobrze tak się przejechać na sobie od czasu do czasu, bo to wtedy restartuje cały system i człowiek wie, że musi wrócić do źródeł, bo wcale nie jest z niego taki chrześcijański cud.

Słaba jest moja wiara i wspomagam się często losowaniem Słowa. Ostatnio dostałam to, co wkleiłam na początku tego wpisu. Gdy się wylosowało, pomyślałam, że już mógłby się Pan Jezus trochę bardziej postarać i nie rzucać mi tu „Hymnem o miłości”, bo to już tak strasznie wyświechtany tekst, że aż wstyd. Pomyślałam, jednak, że się wczytam, bo może akurat. I akurat, bo przez ten cały czas staram z siebie wydobyć więcej wiary, a nie miłości. To jest chyba klucz.

bo ja cie kochom

W miniony weekend przejechałam województwa wielkopolskie, łódzkie, śląskie, opolskie i dolnośląskie. To lepsze niż spa.

Kiedyś myślałam, że wiem jak zdefiniować przyjaźń. Teraz już wiem, że jednak nie wiem, ale potrafię pokazać, kto jest przyjacielem. I można się widywać raz na rok lub dwa lata i mimo wszystko jest dobrze.

DSC00900 DSC00905 DSC00910 Leon Lwie Serce – kot i owczarek niemiecki sterroryzowani.DSC00918 DSC00923 DSC00925 DSC00942 Najlepsza pizza w kraju zawsze u nich.DSC00952 Nikiszowiec w Katowicach.DSC00963Jeszcze z dwa dni i Francesco by mi się oświadczył, jestem pewna.
20150215_115854 Spaniel i jego Chłopczyk.20150214_162306aJurowelove
11004705_453607271459335_1419762665_n

  • K: Kochasz mnie?
  • Ja: Tak. Przejechałam 400 km [na Twoje urodziny]. To jakbym Ci szafki w kuchni powiesiła.
  • K: Ja też Cię kocham.

 ***

Autostrada A4 jest niezwykle pięknie położona. Gdybym lubiła jeździć autostradami, to bym tam umierała z ekstazy. A to, co robiło słońce, gdy zachodziło dokładnie wprost nad drogą jest wprost nie do opisania. To były piękne dni.

Awanturniczo-przygodowo

Wiara ma w sobie zawsze coś z awanturniczego pęknięcia i rysy, ponieważ w każdym czasie oznacza ryzyko, które całkowicie zakłada, że to, co jest niewidoczne jest właśnie tym prawdziwym i rzeczywistym.

Joseph Ratzinger, Benedikt XVI „Glaube, Hoffnung, Liebe. 365 Denkanstösse” München 2011, czyli fragmenty z „Wprowadzenia do chrześcijaństwa”.

„Exodus: Bogowie i królowe” RIdley’a Scotta i nie tylko

Ridley Scott postanowił sfilmować jedną z najważniejszych dla mnie biblijnych historii i nie mogło być tak, żebym nie poszła jej obejrzeć. Naiwnie dałam mu szansę. Naiwnie, bo mam wrażenie, że oprócz imienia Mojżesza niewiele dzieło Scott’a ma wspólnego z oryginałem i prawdą. Mojżesza przedstawia jako nieświadomego swojego pochodzenia wojskowego, którego faraon hojniej obdarza miłością niż własnego egipskiego syna. Gdy na jaw wychodzi jego pochodzenie, on sam najpierw nie chce przyjąć tej informacji do wiadomości, następnie zostaje wygnany z Egiptu, a dwóch hersztów  próbuje go zabić, gdy śpi gdzieś na pustyni (ale oczywiście im się nie udaje, bo Mojżesz Ridley’a Scott’a to taki starożytny James Bond). Żonę ma Mojżesz w filmie piękną-jak-nie-wiem-co (ale to akurat może być przecież zgodne z prawdą, kto wie…), ale syna mają tylko jednego. W filmie Bóg powołuje Mojżesza na górze Horeb, gdy ten jest uwięziony w zastygającym błocie – rezultacie lawiny, jaka przeszła, gdy pasł kozy (albo owce, nie pamiętam). Na dobrą sprawę nie wiadomo czy to jest tak naprawdę Bóg, bo postać, z którą rozmawia Mojżesz uwięziony w błocie to ok. 7-8-letni chłopiec, który później czasami nazywa się sam pośrednikiem, a czasem „Jestem”. Dalej w filmie Mojżesz próbuje wyprowadzić lud swój z Egiptu mieczem i strzałą, organizując w jaskiniach obóz szkoleniowy dla izraelskiej partyzantki, po czym ukazuje mu się chłopiec, który mówi, że w taki sposób będzie wyzwalał lud kolejne dwa pokolenia, więc on (trudno mi pisać o nim jako Bogu…) teraz mu pokaże. Następuje sekwencja plag egipskich, nikt nie idzie do faraona, nikt nie wyciąga laski, nikt nie protestuje, że nie potrafi dobrze się wysławiać. Gdy Izrael w końcu wychodzi z Egiptu, nie idzie za nim ani przed nim żaden obłok ani słup ognia, a może rozstępuje się tak, że znika całkiem (znowu żadnych słupów, tym razem wody). Mojżesz jest w filmie jakby bratem panującego faraona, więc nie mógł się powstrzymać, by krótko przed zalaniem korytarza dla Izraelitów stanąć z nim jeszcze oko w oko niczym John Wayne i wymownie na niego popatrzeć – wody zalały faraona i Mojżesza, ale oboje wypłynęli (każdy oczywiście na przeciwne brzegi). Podsumowując – stek hollywoodzkich bzdur, na który moim zdaniem szkoda tych dwóch godzin siedzenia w kinie, a największym nieobecnym w tej historii wydaje się być JESTEM.

***

Zastanawiałam się ostatnio, dlaczego tak bliski jest mi Stary Testament i dlaczego tak bardzo zajmują mnie historie tam zapisane (w takim osobistym, prywatnym wymiarze dla mnie – nie dlaczego jest bliski i ważny dla chrześcijaństwa w ogóle). Doszłam do wniosku, że chyba dlatego, że ludzie tam wydają się tak trochę chodzić po omacku, kombinują jak to zrobić, żeby było dobrze, nie ma św. Piotra ani św. Jana, który przyjdzie i powie, że tak jest dobrze, a tak nie, bo oni byli przy Jezusie jak nauczał, jak umierał i widzieli Go po zmartwychwstaniu i w ogóle to wylał się na nich Duch Święty i oni mówią językami ludzi i narodów i wszystko już jest jasne. Bóg nie jest widzialny w Starym Testamencie, wiara Izraelitów mnie fascynuje – musi być głęboka i pokorna, żeby przetrwać (wiadomo już chociażby z historii łażenia po pustyni, że z tą wiarą u nich różnie bywało). Żyli w nadziei i oczekiwaniu, w szacunku i uznaniu dla potęgi i miłości Boga (oczywiście nie wszyscy i nie zawsze – wiem). Ten Bóg się nie zmienił po zmartwychwstaniu Jezusa, to jest ciągle ten sam JESTEM, który mówił do Mojżesza na Horebie (całe szczęście w rzeczywistości nie musiał go paraliżować błotem). To jest wiara, której ja się ostatnio uczę i którą chciałabym mieć, bo tak naprawdę jest ona bardzo praktyczna. Ta wiara starożytnego Izraela wydaje mi się być taka jakaś spokojniejsza (ale może to przez moje osobiste doświadczenia różnych charyzmatycznych wspólnot, z którymi miałam do czynienia).

Historia wyprowadzenia z Egiptu jest niesamowicie ważna i aktualna dla każdego chrześcijanina – podczas liturgii w Wielką Sobotę śledzi się ją całą bardzo dokładnie przez te miliard czytań. Jezus zrobił duchowo z człowiekiem dokładnie to samo, co Jahwe wtedy dla Egipcjan w wymiarze światowym – za mało się to chyba podkreśla podczas kazań czy katechezy, a szkoda, bo to wiele by chrześcijanom uświadomiło. Ja bardzo często odnoszę tę historię do mojego własnego życia. Myślę sobie o bezczelności Mojżesza powodowanej Bożym Słowem, który chodził do faraona, by ten uwolnił jego rodaków i o tym, że JESTEM potrafi nawet morze rozstąpić i jak będzie trzeba, rozstąpi też dla mnie. Zapominam tylko często o tym, że po wyjściu z Egiptu 40 lat Izrael chodził po pustyni, a w ziemi Kanaan musiał sobie zrobić miejsce i wykurzyć tych, co tam wcześniej byli. I zastanawiam się, czy i skąd wiedzieli oni, że Kanaan to Kanaan…

Ten z kroplą, czyli cud

Odwiedzałam wczoraj kapłana na wielkopolskiej wsi z okazji jego wielkiej imprezy imieninowej. Pogoda była wybitnie pożerająca płyn do spryskiwacza, którego już od kilku dni i tak nie miałam w odpowiednim zbiorniku. Stan mojej przedniej szyby wołał o pomstę do nieba, a ja ciągle zapominałam zbiornik uzupełnić. Od zawsze mam z tym problem, więc osiągnęłam mistrzostwo w wykorzystywaniu sprzyjających warunków, by względnie oczyścić szybę bez niego (jak np. wystarczająco dużo inne samochody nachlapią, to można wtedy tym „zmyć”, tylko musi tam być więcej wody niż brudu w tej mieszaninie). Szyba nie nadawała się do niczego już 20 km za Poznaniem, a ja miałam jeszcze 2 razy tyle drogi przed sobą. Wiedziałam, że na rondzie będzie stacja benzynowa, jednak nie wiedziałam dokładnie, za ile to kilometrów, a widoczność jakieś 20% miałam. Martwiłam się i marudziłam w myślach, aż tu naraz spadła duża kropla wody na szybę, mniej więcej na wysokości mojego wzroku. Nie wiem skąd, bo świeciło słońce, drzew żadnych nad drogą nie było – zresztą to nie lato, żeby ich liście tworzyły romantyczny klimat. Jak tylko ją zobaczyłam, pomyślałam od razu „Panie Boże, Ty to jednak jesteś…” i poczęłam machać wycieraczkami, mając nadzieję na wymycie chociaż małego kółeczka na wysokości mojej twarzy. Ta jedna kropla umyła do czystości jednak CAŁĄ moją przednią szybę. Ta jedna. Kropla. Wody. Nie wiem. Jak.

P.S. Od kilku dni chodzi mi po głowie Rubik, a konkretnie jego „Ten, który nie poznał” (kilk). Lubię te oratoria, mają moc.

Pamięć

Pamięć ludzka to narzędzie bardzo zwodnicze i niedoskonałe – subiektywne i dziurawe. Humanistycznymi ekspertami od niej są germaniści-literaturoznawcy na UAMie (gdyby ktoś potrzebował namiarów) i ja osobiście wymiotuję do tej pory teoretycznymi opracowaniami na jej temat. Nie jestem typem nadmiernie sentymentalnym, długo jako dorosła mentalnie uciekałam przed swoim dzieciństwem i okresem dojrzewania, bo wydawały mi się tak strasznie obciachowe (dobra, okres dojrzewania ciągle taki mi się wydaje) aż w końcu przyszedł czas, że moja pamięć (natchniona na pewno przez Ducha) wyławia i pokazuje mi te wszystkie fajne wspomnienia, które powodują, że ciepło mi się robi w okolicach serca i myślę sobie „To Ci wyszło, Panie Boże”. Nie chcę nigdy absolutnie do nich wracać, po prostu cieszę się, że sobie były i że dzięki nim tak naprawdę jestem tym, kim jestem. Pan Bóg uzdrowił mi więc pamięć i zaprowadza mnie od czasu do czasu w różne jej miejsca.

Dzięki moim Rodzicom nie ma w tym kraju krainy, której bym nie odwiedziła. W Zduńskiej Woli byłyśmy z siostrą całe umorusane jagodami, bo zasnęłyśmy w 30 stopniowym upale na tylnym siedzeniu malucha, a one wysypały się ze słoika, który stał między nią a mną, w Pińczowie tata gotował nam na obiad sos „Uncle Ben’s” (#gimbynieznajo), po tym jak wymienił w maluchu rozrusznik. W Solinie oglądaliśmy robaczki świętojańskie i spaliśmy w namiocie na folii malarskiej, bo Rodzice zapomnieli spakować podłogę namiotową. W Kazimierzu Dolnym zawsze szliśmy kąpać się w Wiśle (czy teraz można w Kazimierzu kąpać się jeszcze w Wiśle?), a na jej plaży pełno było rzecznych ślimaków z fajnie poskręcanymi muszlami. Gdzieś pod Puszczą Białowieską na polu namiotowym latały muchy mutanty, a na Mazurach trafiliśmy pod namiot w miejsce, gdzie dopływał tylko stateczek i jechało się tam 7 km przez las. Piasek w okolicach Jastrzębiej Góry jest o wiele bardziej milusi niż na zachodniopomorskich „ziemiach odzyskanych”. Tych miejscowości i wspomnień jest o wiele więcej, o różnej sile natężenia funkcjonują w mojej pamięci. Szczególne miejsce zajmuje w nich jednak Jura. Jura, o której niektórzy ludzie w ogóle nie wiedzą, że istnieje. Sama nie wiem, czemu na mnie takie wrażenie zrobiła, gdy miałam 9 lat i Tata zabrał nas tam po raz pierwszy. To mój Tata zaprowadził nas pierwszy do Matki Bożej w Częstochowie. Spaliśmy wtedy w Olsztynie (pod Częstochową). Pamiętam, że padał strasznie deszcz, gdy tam dotarliśmy. Tata znalazł jakieś skupisko domków z dykty, gdzie nocleg na osobę kosztował równowartość 5 zł (czyli wtedy jakieś 50 000 to musiało być) – nie było google, posiłkował się przewodnikami i tym, co zastał na miejscu. Ja byłam przerażona, bo miałam wrażenie, że deszcz zmyje zaraz nasz domek i głodna, więc tata kupił nam bochenek chleba większy od mojej głowy. Na drugi dzień poszliśmy zwiedzać zamek, a kolejnego pojechaliśmy dalej dokładnie zwiedzać Jurę. Dobry Bóg tak wykombinował, że dziś na Jurze mieszkają bliscy mi ludzie i czasem uda mi się do nich wyskoczyć na chwilę. Myślę sobie wtedy, że bez sensu taki kawał drogi jechać na weekend, ale w takich momentach wydaje mi się, że jestem bardziej romantyczna niż rozważna i wsiadam w das Auto i ruszam na południe. Kiedy wyjeżdżam z Częstochowy, kierując się drogą nr 46 na Szczekociny, żeby w Lelowie odbić na południe, czekam tylko aż na horyzoncie ukażą się ruiny tego cholernego wapiennego olsztyńskiego zamku. To jest silna podświadoma radocha, lepsza niż przy oglądaniu zdjęć czy oglądaniu video z wakacji (ale video nie kręciliśmy). Robi się w tedy tak milusio, wraca to dzieciowe poczucie bezpieczeństwa. Za kilkanaście dni minę go znowu. W moim życiu zadziwia mnie wiele rzeczy, niektóre przestają z czasem, niektóre nie. Niezmiennie fascynuje mnie to, że będę tam kolejny raz ja, 20 lat starsza, a jednak ta sama, bo tymi samymi oczami będę na niego patrzeć. Różne czynniki potrafią wyjąć coś z pamięci i wracają wtedy emocje. Z zapachem pierwszego wiosennego wiatru wraca w oka mgnieniu na sekundę często wspomnienie napadu; czasem coś innego przypomni coś, czego się np. bardzo wstydzę – wszystkie te rzeczy oddaję wtedy od razu Bogu, bo sama w pamięci grzebać nie będę, to Jego robota. Są też jednak takie czynniki ( i takich sytuacji jest o wiele więcej), które przywołują coś tak wspaniałego, że aż się człowiek dziwi, że to takie fajne – taką moc ma np. zapach mieszkania jednej z moich Babć. I cieszę się na ten około kwadrans patrzenia na te ruiny pod Częstochową, bo to zawsze czas, kiedy mój umysł dziękuje Bogu za całe moje dzieciństwo i za to, że doprowadził mnie do miejsca, w którym jestem dziś. I że fajnie mi to życie wymyślił, mimo wszystkich jego bólów.

P.S. I cieszę się, Kasiu, oczywiście też na to, że zjemy ten obiad w Nikiszowcu ;)

Impresja

Marysia mówi, mówi, mówi.

Ja: Poczekaj, mogę sobie to zapisać?

Maria: Ostatnio siedziałam tu właśnie z Marleną i ona też, czy może sobie coś zapisać, a ja pomyślałam o Tobie i że kolejna blogerka, a Ty teraz to!

A Marysia powiedziała bardzo mądrą rzecz – że mamy być reprezentantami Boga, nie jego akwizytorami (rozmowa dotyczyła relacji jednostki i Boga w kontekście Kościoła ;) ).