
Udało mi się w końcu w niedawnym czasie obejrzeć wszystkie odcinki “Mildred Pierce”. Wkurza mnie strasznie moja niedostateczna znajomość angielskiego, gdyż oglądając w oryginale umknęły mi czasem niektóre niuanse. Poza tym, powieść, na podstawie której nakręcono serial, nie jest dostępna po polsku.


Kate Winslet otrzymała za tę rolę nagrodę Emmy. Nie wiem, jakimi kryteriami kieruje się jury ani co ta nagroda tak naprawdę oznacza, pewne jest dla mnie to, że rola jest naprawdę warta uwagi. Dopiero, gdy widzi się aktora odgrywającego różne osoby i różne charaktery, widzi się jego aktorstwo i dla mnie osobiście Kate Winslet jest najulubieńszą aktorką. Przekonałam się, że lubię, gdy reżyser lub autor książki nie umieszcza bohatera w odpowiedniej przegródce – “do lubienia” lub “nie do lubienia”, ale pozostawia to pole widzowi/czytelnikowi, ukazując człowieka z jego niedoskonałościami. Tak jest z Mildred – można ją podziwiać za pracowitość, zdecydowanie w życiu zawodowym, talent kulinarny i to, że w swoim mniemaniu, robi dla dzieci wszystko, co najlepsze. Jednak to, co mnie najbardziej w niej denerwowało, to paniczny strach przed córką i jej sprzeciwem. Nie da się nad nikim rozciągnąć klosza, pewne rzeczy każdy człowiek musi przeżyć sam, żeby dojrzeć. Nie rozumie córki, wmawia sobie, że jest taka, jaką ona by chciała ją widzieć. Prawdziwy talent Vida odkrywa jednak później, bez pomocy matki.



Mildred jest kobietą dosyć toporną, Monty w ogóle o niej nie pasuje, nawet wizualnie (to zapewne celowy zabieg twórców serialu); pałace i salony to nie miejsca dla niej. Nie jest Siłaczką – tak naprawdę większość życia nie potrafiła ułożyć sobie relacji z Vidą, Monty był motywem ciągle przeplatającym się przez jej życie – nie widziała, że on tak naprawdę jej nie kocha.Ogromnie podobała mi się relacja, jaką miała przez cały czas z byłym mężem – mimo wszystko był on ciągle jej ostoją.

