Kartki, kartki do domu!

Plany były różne. Miałam zacząć w sierpniu i być gotowa najdalej w październiku. Życie zweryfikowało ambitne plany, ale i wszystko jest na czas – pierwsza (?) Bożonarodzeniowa Kolekcja pocztówek by Malska gotowa do sprzedaży (trzeba tu kliknąć, przeniesie do sklepu)!

DSC00191 DSC00225 DSC00211

Chciałam, żeby było wesoło, ale mocno i prawdziwie. Chciałam przez tę kolekcję pokazać też to, czym dla mnie osobiście jest Boże Narodzenie. Wybierając fragmenty, chciałam podkreślić łączność Starego Testamentu z Nowym. Jutro na drugim blogu napiszę bardziej, dlaczego akurat te fragmenty (ciekawscy  i niecierpliwi mogą oczywiście poklikać po sklepie, gdzie wszystko jest wyłuszczone :) ).

Zapraszam!!!

A na kartkowym blogu trochę o tym, dlaczego kartki są takie, a nie inne :)

„minimalizm po polsku, czyli jak uczynić życie prostszym.” Anny Mularczyk-Meyer

Krótko po premieminimalizm_nowy_format-01rze tej książki jej recenzje pojawiały się na różnych blogach jak grzyby po deszczu, więc bałam się, że Ajka wyskoczy mi z lodówki, gdy rano będę w niej szperać w poszukiwaniu czegoś do zjedzenia do pracy. Już w zeszłym roku przeczytałam w jednym z jej wpisów, że pracuje nad książką i  w pewnym sensie na nią czekałam. Po drodze przeczytałam „Sztukę minimalizmu w codziennym życiu” D. Loreau, która nie zrobiła na mnie praktycznie żadnego pozytywnego wrażenia (o czym byłam łaskawa napisać TUTAJ), odwiedzam także regularnie „minimalistyczne” blogi w internecie i zastanawiałam się, co nowego i ciekawego można jeszcze w tym temacie napisać. Książkę otrzymałam niejako w prezencie (dziękuję, Kami!), odczekała swoje w kolejce aż skończyłam czytać poprzednie coś i wreszcie moja ciekawość została zaspokojona.

Książka Ajki to moim zdaniem kompendium minimalizmu – Autorka snuje opowieść o swojej drodze do prostszego i „mniejszego” życia, nie pomijając jednak konkretów i narzędzi, które pomogły jej ograniczyć stan posiadania materialnego i niematerialnego oraz błędów, które popełniała w życiu „przed”. Jest to opowieść osobista, podana w bardzo zgrabny sposób – dotyka praktycznie wszystkich aspektów życia: poczynając od rodziny, przyjaciół, znajomych, przez pracę i czas wolny. Czerpie z polskiego podwórka mentalności i historii – niezwykle cieszy to, że porusza także temat wiary chrześcijańskiej w kontekście minimalizmu. Autorka zauważa, że umiarkowanie w jedzeniu i piciu (że tak się metaforycznie wyrażę) jest ściśle związane z chrześcijaństwem i w poszukiwaniu duchowych podstaw minimalistycznej postawy życiowej nie trzeba sięgać do – jakże egzotycznej – filozofii Dalekiego Wschodu.

Sposób, w jaki Ajka rozumie minimalizm i prostotę jest mi bardzo bliski – jest w tym wszystkim miejsce na przyjemności, ładne przedmioty, kolor i pełną radość z życia. W kilku miejscach zwraca uwagę na to, że minimalizm to dla niej droga do pełniejszego życia i cieszenia się chwilą. Ze mną było podobnie – przestałam chociażby na wyjazdach trzaskać tysiące zdjęć, których potem i tak nie oglądałam. Wolę posiedzieć kwadrans dłużej na kamieniu, patrząc na góry, by zapamiętać ten widok lub usiąść na kocyku na plażowym piasku, oglądać jak Ziemia się kręci i chowa Słońce, by go użyczyć trochę Amerykom, gdy my tu będziemy spać. Nie zabiorę tego wszystkiego za sobą, zdjęcia nie oddają uroku tych chwil – co przeżyję, to moje. Tego uczy Ajka w swojej książce.

Książka jest napisana błyskotliwym i przystępnym językiem, wielokrotnie miałam wrażenie, jakby Autorka siedziała obok i po prostu opowiadała. Nie jest obszerna, więc nie potrzeba wiele czasu, by ją przeczytać. To moim zdaniem naprawdę wspaniały pomysł na prezent, zwłaszcza dla kogoś zagubionego w pędzie zachodniej cywilizacji XXI wieku.

Dlaczego jestem katoliczką

Przeglądając „tajmlajny” na różnych portalach społecznościowych natrafiłam na link do artykułu w „New York Times” pt. „Why am I a Catholic” i z zaciekawieniem zaczęłam czytać. Niestety felieton nie okazał się być czymś na kształt osobistego wyznania, a skupiał się głównie na nauce KK na temat nierozerwalności małżeństwa i odpryskach niedawno zakończonego synodu. Pomyślałam jednak, że się zainspiruję, bo kto mi zabroni.

W wieku 15 lat postanowiłam „rzucić” Kościół (na szczęście w tamtych czasach nie wpadło mi do głowy urzędowe załatwienie tego w obecności iluś tam świadków), potem po 3 latach wróciłam do niego z hukiem – o tym, jak to się działo pisałam TUTAJ. Traktuję więc swój katolicyzm jako świadomy wybór dorosłego człowieka, nie jako coś, co wlecze się za mną niewygodnie od urodzenia. Fakt bycia wychowaną w rodzinie zasadniczo katolickiej i kręgu kulturowym zasadniczo katolickim nie są oczywiście bez znaczenia.

Gdy rodziła mi się w głowie myśl o nawróceniu, sądziłam, że wyląduję u luteran – tak sobie racjonalnie wymyśliłam, podobało mi się takie racjonalne chrześcijaństwo, jak wtedy na to patrzyłam. Rzeczywistość okazała się jednak inna i wylądowałam u katolików „bez gadania”, bo po prostu trzeba było się ratować, a ratowała mnie Maryja z Różańcem. Kościołowi zawdzięczam (nie wdając się w szczegóły, które można przeczytać TU) uwolnienie mojego ciała i duszy od Złego. Kościołowi Katolickiemu zawdzięczam też to, że poznaję siebie ciągle coraz bardziej, będąc „zmuszona” regularnie prać się w konfesjonale. Konsekwencją tego jest też ciągłe ściąganie aktualizacji Bożego dobra i próba instalowania go na twardym dysku, ponieważ „trzeba” zadośćuczynić i mocno postanowić poprawę. Rozszerza to moje „serce” – jakby to powiedzieć po kościelnemu, powodując, że „muszę” następnym razem zareagować inaczej w danej sytuacji, która doprowadza mnie do np. szału lub rozpaczy. Bóg nauczył mnie w Kościele przebaczać i dawać drugiemu człowiekowi kolejną szansę. I wiem, że to brzmi strasznie banalnie, ale dla mnie to jest milowe odkrycie – zawsze, gdy odpuszczam i przebaczam lub zaczynam mieć chęć przebaczyć (CHOCIAŻ WIEM, ŻE PRZECIEŻ MAM RACJĘ i KTOŚ MNIE SKRZYWDZIŁ), czuję jakbym wchodziła po schodach wyżej; jakby otwierały się drzwi do komnaty, gdzie już jest bliżej Boga; jakby z hukiem pękały kajdany, którymi mam skute ręce przez poczucie krzywdy i nienawiść. Przez Kościół dowiedziałam się, że jestem kochana i chciana i wymyślona celowo. W tym Kościele poznaję Boga, oglądam Boga i jem Boga, dzięki czemu moje ciało fizycznie łączy się z Jego Ciałem. Kościół Katolicki to dla mnie solidny fundament wmurowany w ziemię. To grupa ludzi połączona duchowo, związana Duchem Świętym – Kościół to te relacje między jego wszystkimi członkami. W Kościele poznałam wspaniałych ludzi, z którymi niektórymi się zaprzyjaźniłam, którzy powodują, że nie idę przez życie sama.

Jest to oczywiście instytucja, która mieści także wiele ludzkich błędów i słabości, często takich, dla których nie ma usprawiedliwienia. Jezus powiedział Piotrowi, że bramy piekielne nie przemogą Kościoła, do którego ten dostał klucze. Nie powiedział, że się diabły nie będą dobijać – skoro Nauczyciela skatowano, uczniów będą tym bardziej. Zło dobrem zwyciężać jest bardzo trudno, bo często wydaje się, że przynosi to marne skutki, ale powiedział: NIE PRZEMOGĄ! Myślę, że w Kościele tym jest tak wiele dobra, że nie można pozwolić, by to obecne w nim zło je przysłoniło.

Nie lubię nikogo zmuszać do wypowiedzi, więc proszę tego tak nie traktować, ale jakby ktoś chciał zaspokoić moją ciekawość – a Ty dlaczego jesteś katolikiem?

Miłość

Gdy faryzeusze dowiedzieli się, że Jezus zamknął usta saduceuszom, zebrali się razem, a jeden z nich, uczony w Prawie, zapytał , wystawiając Go na próbę: Nauczycielu, które przykazanie w Prawie jest największe? On mu odpowiedział: Będziesz miłował Pana Boga swego całym swoim sercem, całą swoją duszą i całym swoim umysłem. To jest największe i pierwsze przykazanie. Drugie podobne jest do niego: Będziesz miłował swego bliźniego jak siebie samego. Na tych dwóch przykazaniach opiera się całe Prawo i Prorocy.

Mt 22,34-40

***

W przykazaniu miłości Boga i bliźniego objawia się geniusz chrześcijaństwa. Święty Augustyn mówił Kochaj i rób, co chcesz! – żeby to dobrze rozumieć, trzeba wiedzieć, czym jest prawdziwa miłość, a to bywa trudne, bo żeby zrozumieć, trzeba jej doświadczyć i się jej nauczyć, a miłości doświadcza się od drugiego człowieka, który jest przecież grzeszny, ułomny i egoistyczny. Prawdziwa miłość jest chyba największym czymś, co trzyma człowieka w ryzach, co wyznacza granice – stąd rozkaz św. Augustyna ma sens. Jest w nim ogrom wolności, która ograniczona jest jedynie właśnie przez miłość.

Miłość potężna jest jak śmierć, która wszystko odwraca o 180 stopni;  rozkłada „starego” człowieka, by wydobyć z niego to, co w nim najpiękniejsze, by zaczął wreszcie prawdziwe życie. Bóg jest miłością, to znaczy, że jest cierpliwy, łaskawy, nie zazdrości, nie szuka poklasku, nie jest zadufany w Sobie, nie szuka Swojego, nie chce się gniewać i nie rozpamiętuje zrobionego zła; nie cieszy się z niesprawiedliwości, ale współweseli z prawdą; wszystko zniesie, wierzy człowiekowi i pokłada w nim nadzieję, nic Go nie zniszczy, bo jest wieczny.* Taki jest Bóg w stosunku do człowieka i taki by chciał, żeby człowiek był w stosunku do Niego i żeby w taki boski sposób traktował on drugiego człowieka.
Jeżeli wprowadzi się te wszystkie „zasady” w życie, zmienia się ono diametralnie.  

* oczywiście por. z 2 Kor 13

Materialistycznie

Blisko rok temu umieściłam na blogu moje przemyślenia w temacie zakupów, wcześniej w temacie minimalizmu, a między nimi w temacie Julity Bator i w tym poście chciałabym wszystko razem zaktualizować, ponieważ tak naprawdę łączy się to dla mnie w jedną całość.
Kupowanie tylko polskich produktów jest wyższą szkołą jazdy i po tych wszystkich miesiącach naprawdę wątpię, że się da zrobić tak, by kupowane w 100% produkowane było w Polsce przez polskie firmy (dygresja od czapy: w trakcie któregoś śledztwa okazało się np. że „Allegro” nie jest już polską firmą, a zostało wykupione przez jakąś z RPA – poprawcie, jeżeli mam błędne informacje). Żywność (oprócz tej mniej lub bardziej egzotycznej) kupuję w formie jak najmniej przetworzonej, więc udaje kupować się krajową, czasem nawet wprost od producentów (jeżeli ktoś bardzo lubi zielone ogórki i nie lubi potem tego uczucia rozsadzania od środka i refleksji o nieuchronnej śmierci, polecam znaleźć sobie właśnie jakiegoś bezpośredniego małego producenta – ja już się bałam, że będę musiała zrezygnować z ukochanej mizerii). Przez zdrowsze jedzenie (selen i siemię lniane!) pozbyłam się w jakichś 90% problemu z trądzikiem. Z innymi dziedzinami życia jest już gorzej, zwłaszcza z odzieżą (poza butami – tutaj polskie niepodzielnie rządzą), chemią i przedmiotami do domu. Niezmienne pozostało to, że staram się wybierać polskie sklepy, ale bez fanatyzmu i plucia np. na Rossmanna czy IKEĘ, do kin chodzę tylko małych, lokalnych. Nie kupuję już na siłę polskich kosmetyków, bo niektóre mi potrafiły krzywdę zrobić lub nie potrafiły nic (tutaj nad krajowym pochodzeniem postawiłam skład). Nie kupuję też np. gotowych masek do twarzy, ponieważ żadna nie potrafi zrobić na twarzy tego, co spirulina połączona z jogurtem naturalnym (spirulinę w proszku można kupić np. w sklepach zielarskich), więc nie daję się już na nic w tej dziedzinie nabrać w drogeriach. Z fajnych odkryć kosmetycznych, które polecam – „czarne mydło” (w linku jest przykładowy egzemplarz; można kupić online, ale widziałam też w „Hebe”, gdzie były również różne czyste glinki w proszku, którymi moim zdaniem warto się zainteresować) i kryształ ałunu (naturalny dezodorant).
Pozbywanie się zbędnych przedmiotów z mojego otoczenia wydaje się być nigdy niekończącą się historią i dowodzi tylko tego, ile nagromadziłam i ciągle gromadzę (mimo czujności!). W ostatnim czasie pozbyłam się dosyć wysokiej komody, co zakładało ulokowanie schowanych tam skarbów w innych miejscach lub ich wyrzucenie. W efekcie wszystko to, co było w 5 szufladach mieści mi się na 1 półce w szafie. Długi był to proces i bardzo żmudny (trwał z miesiąc), ponieważ najpierw trzeba było w tej szafie znaleźć miejsce – znów 1/3 jej zawartości znalazła nową właścicielkę, a skrzętnie chowane „skarby” o naprawdę nikłej wartości trafiły do śmietnika (dwa wielkie wory śmieci i makulatury) – i przede wszystkim przejrzeć każdy list sprzed 15 lat czy na pewno trzeba go zachować (ileż wspomnień się obudziło!). Przeglądnęłam również regał z książkami i coś niecoś nadało się do puszczenia dalej w obieg (udało się nawet wszystko, co zamierzyłam, sprzedać, więc było na waciki). Odkąd mam czytnik, kupuję głównie ebooki – właśnie ze względu na to, żeby nie powiększać fizycznego księgozbioru. Rzadko kupuję magazyny czy czasopisma – jeżeli już się zdarzy, po przeczytaniu puszczam przekazuję dalej, bo wiem, że z niektórymi przyjaciółmi czy znajomymi mamy podobne zainteresowania (niestety czasopisma w wersji elektronicznej to pomyłka moim zdaniem – nie potrafiłam w ogóle ich czytać ;) ).
Staram się unikać słowa „minimalizm”, bo za przedstawicielkę tego nurtu ciągle się nie uważam (i nie mam takich aspiracji) – staram się moje życie organizować w jak najprostszy sposób tak, by połączyć moją wizję życia z warunkami, jakie mam do dyspozycji (co – jeżeli ktoś nie zauważył – zakłada dynamikę i dążenie do corazlepszości ;) ). Zamiast słowa „minimalizm” wolę zatem „rozsądek” i „prostotę”. No i żeby było możliwie ładnie. Zasady te rozciągam też na organizację dnia (tak, mam tygodniowy harmonogram sprzątania, ale nie, nie mam rzeczy poukładanych w szafie kolorami ;) ) – jak już kiedyś wspomniałam, gdzieś we mnie tkwi destrukcyjna tendencja do nadaktywności, którą jednak już chyba skutecznie spacyfikowałam i pamiętam o tym, że życie ma polegać na życiu i podziwianiu widoków (kiedy oczywiście okoliczności temu sprzyjają), a nie na przebiegnięciu przez nie. Przygotowywanie jedzenia praktycznie w całości w domu (nie znaczy to, że obrabiam dopiero co zabitego świniaka – chodzi tu o przygotowanie np. mięsa na zimno do chleba) wymusza dobrą organizację, ponieważ trzeba temu poświęcić trochę czasu (przygotowanie np. schabu to łącznie kwadrans, jednak piecze się godzinę, podczas której np. nie można wyjść z domu). Mi te przygotowania nie ciążą, to dla mnie ważny aspekt codziennego życia i świadomie poświęcam ten czas właśnie na to.

Kończąc, chciałam polecić trzy „miejsca”, które łączą się z tymi tematami:

„Zamień chemię na jedzenie: nowe przepisy” Julity Bator – książka ukazała się kilka tygodni temu, stanowi swoistą ściągę dla tych, którym nie chce się przekopywać przez Internet w poszukiwaniu inspiracji czy przepisów (dla osób biegłych w tych sprawach nie będzie odkrywcza). Nie trzeba kombinować z zamienianiem jakichś składników, bo o to zadbała już Autorka. Wszystkie przepisy zostały możliwie uproszczone, by nie trzeba było godzinami siedzieć w kuchni. (P.S. książki kulinarne – podobnie jak czasopisma – tylko w wersji papierowej, ebooki się nie sprawdzają)

„Minimalizm po polsku” Anny Mularczyk-Mayer – od razy przyznaję się, że JESZCZE nie czytałam, jednak śledzę bloga Ajki i to naprawdę musi być dobre coś, ta książka. Autorka ma rozsądne podejście do uwalniania przestrzeni od zbędnych przedmiotów, nie jest neofitką i zna realia.

Cykl „Szafa minimalistki” na blogu Simplicite – uważam, że Autorka robi świetną robotę, pokazując jak w tydzień wynosić „tylko” 5-6 sztuk odzieży i wyglądać super.

Cieszy, gdy jest

Mam wujka, który jest pod wieloma względami jedną z niewielu obecnych jeszcze wśród żywych postacią z tego Poznania, którego już nie ma. Wybijszyba z Chwaliszewa, który pamięta, że było ono cyklicznie zalewane przez Wartę i pływało się po ulicy łódką (nie na darmo więc ulica boczna od niej nosi miano Wenecjańskiej). Opowiadając, używa gwarowej konstrukcji ACI, relacjonując „widziałem go siedzieć w samochodzie”, zna wszystkich Józków, Zdziśków i Mietków z Wildy i Starego Miasta. Zajmował się liternictwem i robił szyldy, konserwował dzieła sztuki, imprezował z połową miasta. Prababcia dosłownie goniła go z lolą po Starym Mieście za to, że wagarował, a kiedyś nawet siedziała w szkolnej ławce, czekając na niego, gdy postanowił w końcu zaszczycić placówkę, przynajmniej na jakąś część dnia, swoją obecnością. Dusza towarzystwa, doskonały gawędziarz. W gruncie rzeczy prosty chłop w jak najlepszym tego słowa znaczeniu. Rozbawiał towarzystwo nawet na wyciągu na Kopę, siedząc na krzesełku kilka metrów nad ziemią (teraz też by pewnie rozbawiał, ale już nie bywa w tamtych rejonach). Kiedyś się ożenił, ma syna. Około 30 lat temu jego żona, moja ciocia, zaczęła chorować, od ponad 20 lat jest kompletnie niesprawna, ma stwardnienie rozsiane. Wujek musiał nauczyć się życia od nowa – zaczął prowadzić dom, organizował rehabilitację, pracował zawodowo i ustawiał swojego dopiero co dorosłego syna w blokach startowych do prawdziwego życia. Na początku nie umiał w ogóle gotować, a teraz wyprawia Święta. Stał się najlepszym pielęgniarzem, a gdy nie starczało już go, prosił o pomoc profesjonalistów. Gdy ciocia już wymagała pełnej opieki, tak wszystko organizował, że udało mu się nawet kilka razy wypłynąć w rejsy po morzach i oceanach, a ona miała zapewnioną najlepszą opiekę. Nigdy się nie skarżył, nigdy nie był niezadowolony, nie stracił nic ze swojej pogody ducha, której nie można mylić z wesołkowatością. Nie zrezygnował z życia towarzyskiego, wszystko dało się jakoś poukładać. Po wypadku dziadka opiekował się także nim (a między nimi w życiu naprawdę było bardzo niefajnie różnie) i moją babcią (dla której zawsze był i jest podporą).

Kilkanaście dni temu babcia powiedziała mi, że przyjechał do niej zdruzgotany, bo ciocię zabrali do szpitala i powiedzieli mu, że raczej już z niego nie wyjdzie. Mąż, który blisko 30 lat poświęcił na codzienną dwudziestoczterogodzinną opiekę nad żoną, z którą praktycznie nie ma kontaktu, nie wyobraża sobie życia bez niej. Jeździ po znajomych i rodzinie, by nie siedzieć samemu w domu. Ciocię zabierają (lub już zabrali) do hospicjum.

Nie lubię ckliwych tekstów na blogach, wyciskaczy łez. Nie chciałam, żeby ten tekst był częścią tej konwencji. Wiele mówi się o rodzinie, wiele też się o rodzinie nie mówi. Zdewaluowało się ją straszliwie, Święta niektórzy wolą spędzać ze znajomymi i przyjaciółmi niż z ludźmi, których łączą więzy krwi. Dla mnie rodzina jest kopalnią, dziedzictwem, a przede wszystkim fundamentem. Wiem, skąd się wzięłam, fascynuje mnie to, jak niektórzy jesteśmy do siebie fizycznie podobni. Wdzięczna jestem mojej rodzinie za to, że pokazała mi jak wybaczać i jak kochać w praktyce i za to, że potrafimy być dla siebie oparciem. Każdy z nas ma swoje wady, bolesną prawdą bywa też to, co powiedziała Marjorie Pay Hickney – „Dom jest tam, gdzie najmocniej cię kochają i gdzie zachowujesz się najgorzej”. Moja rodzina nauczyła mnie tego, że warto walczyć o lepsze jutro i że trzeba ciągle się starać. Nie jest idealna, znamy się od najgorszych stron. Nikt jednak nie odpuszcza, tylko wstaje, otrzepuje portki, przeprasza i wraca budować dalej nasz wspólny świat. Przypomniało mi się to wszystko bardzo mocno przed dwoma tygodniami, kiedy babcia ze łzami w oczach powiedziała, że W. jest przerażony tym, że już nigdy nie wróci z L. do domu.

Nadzieja nie umiera nigdy

On to wbrew nadziei uwierzył nadziei, że stanie się ojcem wielu narodów zgodnie z tym, co było powiedziane: takie będzie twoje potomstwo. I nie zachwiał się w wierze, choć stwierdził, że ciało jego jest już obumarłe – miał już prawie sto lat – i że obumarłe jest łono Sary. I nie okazał wahania ani niedowierzania co do obietnicy Bożej, ale się wzmocnił w wierze. Oddał przez to chwałę Bogu i był przekonany, że mocen jest On również wypełnić, co obiecał.

Rz 4, 18-21

[Proszę w nich], aby Bóg Pana naszego Jezusa Chrystusa, Ojciec chwały, dał wam ducha mądrości i objawienia w głębszym poznaniu Jego samego. [Niech da] wam światłe oczy serca tak, byście wiedzieli, czym jest nadzieja waszego powołania, czym bogactwo chwały Jego dziedzictwa wśród świętych i czym przemożny ogrom Jego mocy względem nas wierzących – na podstawie działania Jego potęgi i siły.

Ef 1, 17-19

A nadzieja zawieść nie może, ponieważ miłość Boża rozlana jest w sercach naszych przez Ducha Świętego, który został nam dany.

Rz 5,5

W szkole podstawowej z tyłu zeszytu do religii mieliśmy wypunktowane modlitwy i formułki, które musieliśmy w ciągu roku „zaliczyć” (co roku były to te same). Moimi ulubionymi były „Trzy cnoty boskie” i „Apel Jasnogórski”, bo najkrótsze (pod koniec lekcji pani pytała, czy ktoś chce dzisiaj coś zaliczać i jeżeli ktoś się zgłosił, podchodził do biurka, mamrotał na jednym oddechu np. „Wierzę w Boga” i otrzymywał podpis). „Wiara, nadzieja, miłość”, które św. Paweł wymienia na końcu „Hymnu o miłości” brzmią zawsze jakoś tak banalnie i zwykle, a już podkreślenie przez niego, że „a z nich największa jest miłość” powodowało u mnie zawsze skupianie się właśnie na tej ostatniej (w końcu jest ona potężna jak śmierć). Pierwsza z nich – wiara – też gdzieś zawsze sobie tam w tle fruwa u mnie między niebem a ziemią, zwłaszcza w momentach krytycznych, gdzie trzeba ją sprawdzić w praktyce. Niedawno ze zdumieniem odkryłam, że nadzieja leży sobie u mnie gdzieś z boku na półce zakurzona, nieużywana. Tfu, to za wiele powiedziane – odkryłam, że w ogóle istnieje coś takiego jak nadzieja.

Jestem osobą, która nie lubi się za wiele po czymś spodziewać – wolę racjonalizować, by mnie początkowy entuzjazm za bardzo nie wystrzelił w górę, bo gdy się spada z dużej wysokości, to bardziej boli tyłek. Nie określiłabym tego pesymizmem, który oznacza dla mnie raczej, że się zakłada, że będzie źle i który paraliżuje jakikolwiek postęp. Ja wolę zakładać, że może być dobrze, ale może być też nijak (skala ma tylko trzy stopnie – dobrze, nijak, źle). Rozważam także wariant, że może być źle, ale dlatego, by mieć świadomość, na co się decyduję w razie by nie wyszło i staram się teoretycznie przewidzieć konsekwencje tego „niewyjścia” (przytaczam sobie wtedy w głowie wszystkie argumenty przeciwko jakiemuś przedsięwzięciu, by je wszystkie zneutralizować sobie lub innym lub by ich po prostu być świadomą i nie dać się zaskoczyć). Absolutnie mnie przeciwności nie zrażają – podejmuję ryzyko, jeżeli widzę cień szansy powodzenia i robię wszystko, by cel osiągnąć (całkowicie lub częściowo).*

Nadzieję „Słownik języka polskiego” definiuje jako «oczekiwanie spełnienia się czegoś pożądanego i ufność, że to się spełni, urzeczywistni». Jawi mi się ona jako coś irracjonalnego; jest dla mnie nowością, na którą muszę uważać, by nie mylić jej z emocjonalną ekscytacją czymś (na szczęście coraz rzadziej mi się ona przytrafia, o błogosławiona postępująca dojrzałości!), bo tę znam aż za dobrze i szczerze jej nie znoszę. Katechizm KK mówi, że cnoty boskie nazywa się inaczej także wlanymi i są nadprzyrodzone, wszczepione człowiekowi przez Boga (jest tam też wiele innych słów, których znaczenie teoretycznie rozumiem, praktycznie jednak nie bardzo, więc pozostanę przy tych). Kiedyś próbowałam o nich myśleć w porządku wertykalnym, że są jakby stopniami dochodzenia do doskonałości, teraz jednak zaczynam rozumieć, że to rozumowanie bardzo koślawe (bo czy całkiem błędne, nie wiem). Skłaniam się ku myśleniu o nich horyzontalnie jako o czymś równoczesnym, równoległym, przenikającym się i wzmacniającym się nawzajem. Katechizm mówi też, że nadzieja poszerza serce i to sformułowanie akurat bardzo mi się spodobało. To jakby w jakieś sprawie dochodziło się do ściany, końca ślepej ulicy, ale właśnie dzięki wierze, nadziei i miłości ten mur przesuwałoby się jeszcze dalej lub w ogóle wysadzałoby się go w powietrze.

Jestem raptus, lubię mieć wszystko „na już”. Uczenie się czekania na coś jest momentami bardzo bolesne. Pierwszym kubłem zimnej wody było skończenie studiów, gdy okazało się, że długo jeszcze nie będzie mnie stać na 100-metrowe mieszkanie (albo nawet na 30-metrowe), że nie ma żadnej gwarancji spełniania się zawodowo ani rodzinnie, a przebywanie wśród znajomych, którzy w dużej części mieli (mają) już życie poukładane sprawiło, że przy porównywaniu się wypadałam słabo. Przypomniałam sobie, że nie ma sensu się porównywać i nauczyłam, że pewne rzeczy przychodzą z czasem. Przypomniało mi się, że żeby być szczęśliwą muszę być w pełni sobą, a ja nie chcę zajmować kierowniczych stanowisk i wyjeżdżać w podróże służbowe do Kapsztadu. Nie wiem dlaczego bardziej uwierzyłam Syzyfowi niż Jezusowi. Nadzieja otwiera na przyszłość. Jest taka scena w filmie „Karol – człowiek, który został papieżem”, której niestety nie potrafię odszukać i która zapadła mi najbardziej w pamięć z całego filmu: podczas II wojny światowej młody Karol siedzi w Krakowie w ciemnym pomieszczeniu z jakimś starszym człowiekiem. Mówi on (ten starszy człowiek), że zło przeminie, naziści przeminą… Koniec sceny. Myślenie takie wydało mi się wtedy rewolucyjne, bo w moim systemie operacyjnym, gdy działo się do tej pory źle, oznaczało to koniec i skupiałam się na tym, co było i że już tego nie będzie – jakby nie było przyszłości. Starość ma ten przywilej, że pomaga się zdystansować, a dystans jest chyba nawozem dla nadziei. Nadzieja nie jest matką głupich – jest z nią może trochę tak jak z Różańcem – kojarzy się z naiwnym klepaniem w kółko tych samych modlitw i ze stylem życia babuleńki, która codziennie przychodzi na dwie msze. Ale Różaniec rozbija system.

Praktycznie rzecz ujmując, z tą nadzieją jest teraz dla mnie trochę tak, jakbym kupiła sobie zmywarkę i postawiła ją na środku pokoju niedowierzając, że to umie zmywać, bo przecież „nikt tak nie umyje naczyń jak ja”. Każdego kolejnego dnia, przymierzając się wreszcie do jej wypróbowania, jakbym decydowała się w końcu i tak umyć naczynia w zlewie. Potem ktoś przyjdzie, ustawi mi ją w kuchni i podłączy i wreszcie jej użyję. Potem poczuję tę satysfakcję, gdy wtulę się w kołdrę, a w tle usłyszę pranie naczyń (#bezcenne)… Wcześniej naczynia też były czyste, efekt jest więc taki sam. Mi jest jednak łatwiej i mam czas na inne rzeczy. Nadzieja ułatwia, wspomaga niesmucenie się. Myślę, że tę iskrę ma każdy (skoro dana jest przez Boga), ja jej jednak długo nie zauważałam i przy niej akurat nie chciałam się ogrzewać podczas mrozu. Teraz będę pamiętać, że to gdzieś tam się pali i chce mnie ogrzać.

*dla tych, dla których jest zbyt teoretycznie i poetycko – rzecz tyczy się np. zakładania działalności gospodarczej, kwestii wyboru wakacyjnego celu, zdecydowania się na udział w targach itp. :)

Wprost

Koleżanka (cóż ja bym zrobiła bez tych moich Koleżanek ♥ ) zwróciła mi uwagę na artykuł, o którego istnieniu pewnie bym się nigdy nie dowiedziała (bo nie czytam żadnych tygodników, a już tym bardziej „Wprost”). Po przeczytaniu go poziom adrenaliny znacznie mi się podniósł i postanowiłam nie pozostawić go bez komentarza. Postanowiłam potraktować ten wpis jako odpowiedź i wyjaśnienie Autorce, pani Paulinie Socha-Jakubowskiej, pewnych rzeczy, które w jej artykule nie mają nic wspólnego z rzeczywistością i są zbyt poważnym uproszczeniem tematu, którego opracowania się podjęła. Pewnymi stwierdzeniami padającymi w artykule „Katohipsterzy” poczułam się dotknięta, stąd potrzeba napisania kilku zdań.

Przeczytawszy artykuł można odnieść wrażenie, że kilka młodych, wykształconych osób z dużych ośrodków, którzy lubią „wymagającą literaturę” jest nadzieją dla Kościoła Katolickiego w Polsce, że jednak będą z niego jeszcze ludzie. Autorka stawia bohaterów (którzy skądinąd robią świetną robotę!) w opozycji do „reszty”, czyli w domyśle zaściankowego Kościoła w polskim wydaniu, który tworzą przede wszystkim (wnioskuję na zasadzie przeciwieństw do „zalet” katohipsterów wymienionych w tekście) ludzie niewykształceni, niemodnie i brzydko ubrani oraz lekko przygłupawi. Jest to dla mnie jednoznaczny dowód na to, że Autorka w ogóle nie zna ludzi zaangażowanych w życie religijne w Polsce i posługuje się stereotypami. Nie wiem, kto mógłby wpaść na pomysł, że w „modnych ciuchach” nie można iść do kościoła i nie wiem, kto miałby opory, by przy piwie w knajpie rozmawiać o Panu Bogu. Ja nie mam, całe stado moich wierzących katolickich znajomych i przyjaciół także nie ma i żadnemu z nas nie przyszłoby do głowy, że to niestosowne (doprawdy, nie mam pomysłu, co mogłoby w tym być niestosownego). Bóg to najważniejsza osoba w naszym życiu (albo przynajmniej staramy się, żeby tak było) i nie widzimy powodu, żeby zakluczać go w domu, gdy wychodzimy. Przeciwnie – wielu z nas przekonało się, że warto Go ze sobą zabierać w teren, bo często się przydaje. Nie wiem też dlaczego „katohipsterzy” nie mieliby kupować mieszkań w nowoczesnych budynkach (no hipster to powinien raczej w kamienicy mieszkać, ale jakże inne miary przykłada się do zwykłych hipsterów i „katohipsterów”!).

Autorka artykułu pisze, że Jolanta Szymańska (autorka bloga „Hipster Katoliczka) nie czuje się reformatorką. Skąd w ogóle pomysł, że miałaby się tak czuć? Na swój prywatny użytek wymyśliłam sobie małe uproszczenie, przyjmując, że Kościół otworzył się na świeckich w drugiej połowie XX wieku – jak Polska długa i szeroka powstawały duszpasterstwa akademickie, które zrzeszały wielu studentów, potrzebujących pogłębienia swojej wiary, bo chcieli ją lepiej rozumieć. Nie znam konkretnych danych liczbowych, ale biorąc pod uwagę lata i mnożąc je przez moje doświadczenie liczbowe, będzie to już z kilka tysięcy ludzi, którzy do wiary w Boga podchodzili i podchodzą refleksyjnie, są ludźmi nowoczesnymi i z pomysłem na życie.

Ja sama Kościoła (i potem Boga, ale trzeba mnie było najpierw dać się porwać któremuś działowi marketingu) uczyłam się od hipisów (wychodzi na to, że to rodzice/dziadkowie hipsterów), którzy kręcili się wokół franciszkanów. Nie szłam nigdy w pielgrzymce księdza Szpaka, jednak bywałam na spotkaniach/rekolekcjach, które organizowano („organizację” należy tutaj rozumieć w zakresie bardzo minimalistycznym ;)) kilka razy w ciągu roku. Ula zachęcała mnie, żebym pojechała zanim jeszcze się nawróciłam, bo był to czas i miejsce dla wszystkich – wierzących i niewierzących. Nic nie trzeba było, wszystko można było. Spało się w pomieszczeniach na karimatach tam, gdzie było miejsce – kobiety, mężczyźni (łącznie z księżmi, ojcami, braćmi) razem na salach, obok siebie jak śledzie w puszce. Kiedyś spałyśmy z koleżanką na scenie w domu kultury za kotarą, a 10 metrów dalej do 4 rano grano na bębnach. Kiedyś poszliśmy wszyscy ze śpiworami na noc do wiejskiego kościółka – Natan OFM wystawił Pana Jezusa i tak sobie spaliśmy, a kto chciał, to czuwał. Posiłki przygotowywano wspólnie, kto chciał szedł na mszę albo na jakieś spotkanie. Poważne rozmowy o życiu i śmierci prowadziło się, siedząc na rozgrzanym letnim słońcem krawężniku prawie do białego rana, a jak się chciało, to się szło na spływ kajakowy. Na 24.oo wymyślano Różaniec w kapliczce oddalonej od bazy jakieś 5 km, ruszano grupą jakoś przed 23.oo, wracało się o 2.oo. Byli to ludzie z naprawdę różnych środowisk z różną przeszłością (najczęściej bardzo trudną). To ja rozumiem przez awangardę i alternatywę. Tam nauczyłam się, że Bóg oznacza wolność, że pozwala na różnorodność i nietuzinkowość – nie uczy mnie tego artykuł, który był impulsem do napisania tego tekstu. Używając określenia „katolicka awangarda” Autorka ma na myśli zjawisko aktywności w sieci wymienionych w artykule bohaterów, rozumiejąc przez nie intelektualne i refleksyjne podejście do wiary, okraszone modnym strojem i umiejętnością posługiwania się smartfonem, podczas gdy prawdziwa awangarda katolicka (jeżeli w ogóle decydować się na to określenie) ma swoje korzenie jakoś w latach 60/70, nie tworzy się teraz. Teraz po prostu rozwinęły się media społecznościowe, w których chrześcijanie też są obecni i aktywni – posługują się nimi, by realizować swoje powołanie do głoszenia Chrystusa oraz przede wszystkim do dzielenia się tym, Kogo mają najlepszego w sposób dla nich estetyczny, w szerokim tego słowa znaczeniu.

Autorka zdaje się podkreślać elitarny charakter działalności „katohipsterów”, używając nawet wprost tego określenia w odniesieniu do nabożeństw majowych przy miejskich kapliczkach. Ze słownika języka polskiego wynika, że „elitarny” oznacza „uprzywilejowany, dostępny dla elit, ekskluzywny”. Jezus i co za Nim idzie – Kościół Katolicki – nie są elitarni! To jest właśnie to, jaki Jezus NIE jest.

Wiary nie trzeba „oswajać”, „nadawać jej współczesnego sznytu” – wiara jest darem dla człowieka, a człowiek realizuje ją przepuszczając przez własny filtr, na który składa się wiele czynników. Bóg nie jest staromodny – to straszny stereotyp! Bóg jest nowoczesny, ponieważ dla Niego czas nie istnieje i zawsze jest TERAZ.

W artykule znalazło się również odniesienie do czeskiego kapłana i filozofa Tomáša Halika, który podobno twierdzi, że przetrwać może tylko Kościół intelektualny (nie znam źródła tej parafrazy, którą przytoczył pan Błażej Strzelczyk, jeden z bohaterów artykułu, bazuję więc na tym, co jest w artykule). Szanuję autorytet, jakim cieszy się ten kapłan, jednak nie mogę się z tym stwierdzeniem zgodzić. W moim przekonaniu siła Kościoła tkwi w tym, że Jezus obecny jest w nim fizycznie, w cichej i prostej modlitwie rzeszy „babć”, które mają czas na codzienną mszą świętą i godzinne „klepanie Różańca” (jak to powszechnie jest określane przez niektórych ludzi) oraz cierpieniu, które za Kościół i kapłanów ofiarują ludzie chorzy. Ludzie, którzy dyskutują na tematy teologiczne i filozoficzne to naprawdę wierzchołek kościelnej góry i życie pokazuje, że właśnie oni najczęściej dochodzą do wniosku (jeżeli zaniedbają swoje życie duchowe na rzecz gadania o Panu Bogu zamiast z Panem Bogiem), że jednak to im się kupy nie trzyma, bo jest nielogiczne. Ksiądz Twardowski pisał, że nie przyszedł nawracać, tylko powiedzieć, że ufa Panu Bogu jak dziecko. To jest wiara, która ma szansę przetrwać. Intelekt jest darem od Boga danym po to, żeby służyć drugiemu człowiekowi (w szerokim tego słowa znaczeniu), nie jest do zbawienia koniecznie potrzebny. Wiara przetrwa, jeżeli rodzice będą ją przekazywać dzieciom – z kilkulatkami nie rozmawia się o teologii na poziomie akademickim, a i tak ostatecznie nawet w dorosłym życiu praktyczne świadectwo wiary rodziców ma większą siłę rażenia niż dyskusje. Dyskusje i rozmowy są ważne – to nie ulega wątpliwości, jednak w moim odczuciu nie są tym, co daje chrześcijaninowi kręgosłup ze stali.

Zgadzam się, że w estetyce kościelnej w polskim wydaniu można znaleźć dużo kiczu, a starsze osoby (kojarzone głównie z „Radiem Maryja”) robią czasem Kościołowi strasznie czarny PR (mimo dobrych pobudek, którymi się kierują) swoim agresywnym zachowaniem. Ważnym jest jednak moim zdaniem, by nie rozciągać tego stereotypowo na wszystkich ludzi wierzących. Spotkałam w swoim życiu cudowne „babcie klepiące Różaniec”, którym dobroć i łagodność spływały z oczu i z serca. Znam mnóstwo młodych, nowoczesnych, aktywnych na wielu polach, pięknych i zadbanych kobiet, które zbudowały swoje życie na Chrystusie, wokół Jego Kościoła. Nie zgadzam się na takie mówienie o Kościele, które zostało zaprezentowane w artykule.

No, to w sumie tylko to chciałam powiedzieć. I że fajnie, że bohaterowie artykułu robią dobrze swoją robotę, bo nie ich wina, że artykuł o nich jest tak nieumiejętnie napisany.

Tato, ale ten to Ci nie wyszedł…

O „Ziemi Maryi” napisała mi koleżanka kilka tygodni przed polską premierą filmu. Z racji leczenia bolących mięśni po weselu i piruecie na schodach nie załapałam się na grupowe wyjście, poszłam więc sobie sama. Oczekiwania miałam ogromne po lekturze wrażeń na Twitterze – niestety nikt z tych Piewców nie napisał, co najbardziej w filmie cenił, więc wpadłam w pułapkę oczekiwania „nie wiadomo czego”. Nie chcę tutaj filmu recenzować ani bawić się w krytyka filmowego – chcę napisać tylko o tym, co mnie kompletnie zaskoczyło i uważam za genialne (będzie to spoiler w pewnym sensie, więc jeżeli ktoś jeszcze filmu nie widział, a ma w planach i nie lubi odkrytych tajemnic, proszę, żeby dalej nie czytał ;)).

ZM1

Za absolutnie genialne uważam ukazanie stworzenia człowieka w tym filmie. Bóg Ojciec wyjmuje z ziemi kawałek gliny, po czym lepi z niego… niemowlę! Stworzenie tegoż organizmu funkcjonuje w naszych głowach jako stworzenie dorosłego mężczyzny – pomysł twórców wywołał u mnie w głowie owacje na stojąco (i przywołał skojarzenie z „Królem Lwem” ;)), gdy Jahwe wyjąwszy z wody dzieciaczka, unosi go, krzycząc „To jest mój syn!”. Adam i Ewa ukazani są jako dzieci, które rozwijają się, bawią i rosną. Ojciec chodzi z nimi po zakamarkach stworzonego przez siebie świata, by dzieciaki nadawały imiona poszczególnym zwierzętom. W pewnym momencie widzimy dwójkę dzieci zerkających zza krzaków na ptaka wątpliwej urody – Adam mówi z dziecięcą ironią „Tato, ale ten to Ci nie wyszedł!”. Ojciec tylko się uśmiecha, próbuje udobruchać awanturującą się małą Ewę, żeby zostawić imię nadane przez Adama i że następnego nazwie ona. Chodzi z nimi, uczy ich świata. Wszystko z miłością i wyrozumiałością w stosunku do możliwości dziecięcego umysłu. A podczas popełniania grzechu pierworodnego biegnie On przez zadrzewione ścieżki, krzycząc przeraźliwie „Nie!”.

ZM

Genialne (to słowo pojawia się w tym wpisie stanowczo zbyt często, jednak nie znajduję innego) w swojej prostocie, nadało głębi mojemu myśleniu o początkach. Myśleniu o tym, kim jestem dla Boga, w jaki sposób na mnie patrzy i w jaki sposób mnie prowadzi. Sposób przedstawienia tej historii, którą każdy zna na pamięć, pokazał mi, że to, co smuci mnie, smuci też Go – pewnie nie zawsze smuci nas to z tego samego powodu, bo chyba częściej Go smuci to, że mnie coś smuci, co nie powinno (i w tej chwili „smuci” pobiło „genialne” ;)). Że to jest zakochany Bóg.

Podsumowując – film mnie trochę zmęczył, ale zmienił moje życie. Warto go obejrzeć. Naprawdę.

P.S. I tak to się właśnie kolejny raz w moim życiu udało Maryi przez siebie pokazać Boga – jak Ona to robi!?

zdjęcia – nr 1, nr 2

Ratzinger o sensie

Kiedy książka Petera Seewalda „Światłość świata” ukazała się na polskim rynku, mój dobry kolega opiekował się seminaryjną księgarnią. Inaczej pewnie kupienie jej pozostałoby na liście rzeczy do zrobienia i w efekcie nigdy bym jej nie przeczytała. Leżała sobie, aż w końcu postanowiłam wziąć ją ze sobą na wakacje trzy lata temu. Po doświadczeniach niemożności zrozumienia Karola Wojtyły, z wielką rezerwą podchodziłam do pism papieży. Gdy nudziłam się jednak w Zamościu i czekałam, by nadeszło jutro, żeby móc jechać do Krakowa, rzuciłam w końcu w kąt wyszywanie motylków i sięgnęłam po wywiad z Benedyktem XVI. Oniemiałam. Potrafi uciszyć moje niepokoje – jego geniusz tkwi w prostocie, to nie jest człowiek fajerwerków. To jest człowiek, który rozsadza mój system od środka. Mój osobisty nauczyciel pokory i modlitwy, mimo że nie mówi o nich wprost.

Znalazłam na YouTube fragment programu z telewizji 3sat, w którym kardynał Ratzinger opowiada o sensie życia. Spisałam i przetłumaczyłam – oryginał tutaj (wycięłam niektóre mikroskopijne fragmenty, ponieważ w języku mówionym można sobie pozwolić na pewne zabiegi, a napisane i przetłumaczone już brzmi dziadowsko). Kiedyś wypróbowałam ten sposób, o którym wspomina kardynał – u mnie się sprawdziło. Myślę, że na zdrowie wychodzi człowiekowi czasami konstruktywne założenie (pamiętając jednak, Kto jest Szefem), że może jednak się myli w swojej ocenie świata, człowieka, relacji i siebie. Zmusza to do szukania nowych rozwiązań.

Kardynał Józef Ratzinger w rozmowie z prof. Ulrichem Hommsem

„W poszukiwaniu sensu” (rok 1980):

Wierzący jest naturalnie człowiekiem, którego nie oszczędzają problemy, kryzysy, cierpienie, wewnętrzne zmartwienia. Musi on jednak wiedzieć coś szczególnego – że jest chciany, że jest potrzebny, że ma swoje zadanie (…). To słowo na początku Ewangelii wg św. Jana „Na początku było Słowo” można przetłumaczyć także „Na początku był Sens” i dla mnie osobiście jest to zawsze coś niesamowicie ważnego wiedzieć, że na początku jest Wola, jest Miłość, która o mnie pomyślała, zanim ja o sobie samym pomyślałem i (zanim się) znałem, która mnie chce i która mnie ciągle niesie, także wtedy, gdy ja sam nie potrafię niczego wskórać, kiedy sam już nie potrafię nadać sensu.

Rzeczywiście myślę, że jeżeli próbuje się wejść w wiarę za pomocą czystej teorii, nie dochodzi się do żadnego celu. Wszystkie istotne rzeczy w naszym życiu rozpoznajemy przecież tylko na zasadzie wzajemnego oddziaływania na siebie czynu i myśli, żywego doświadczenia i tego, czego się z niego uczymy. (…) Moją radą w kwestii dochodzenia do wiary i zauważania tej możliwości istnienia sensu jest ta, by zacząć tak działać, gdyby ten sens istniał. Jeżeli wychodzi się w swoim życiu od założenia, że postępuję tak, jak gdybym był chciany, jak gdyby inni ludzie byli chciani, jak gdyby istniał za tym wszystkim wieczny sens, który by to niósł, (…) doświadczy się czegoś nowego. Człowiek zobaczy, że otwierają się większe możliwości, (zobaczy) jak życie staje się bardziej wartościowe, bogatsze i także jak trwają efekty tego eksperymentu.