Wprost

Koleżanka (cóż ja bym zrobiła bez tych moich Koleżanek ♥ ) zwróciła mi uwagę na artykuł, o którego istnieniu pewnie bym się nigdy nie dowiedziała (bo nie czytam żadnych tygodników, a już tym bardziej „Wprost”). Po przeczytaniu go poziom adrenaliny znacznie mi się podniósł i postanowiłam nie pozostawić go bez komentarza. Postanowiłam potraktować ten wpis jako odpowiedź i wyjaśnienie Autorce, pani Paulinie Socha-Jakubowskiej, pewnych rzeczy, które w jej artykule nie mają nic wspólnego z rzeczywistością i są zbyt poważnym uproszczeniem tematu, którego opracowania się podjęła. Pewnymi stwierdzeniami padającymi w artykule „Katohipsterzy” poczułam się dotknięta, stąd potrzeba napisania kilku zdań.

Przeczytawszy artykuł można odnieść wrażenie, że kilka młodych, wykształconych osób z dużych ośrodków, którzy lubią „wymagającą literaturę” jest nadzieją dla Kościoła Katolickiego w Polsce, że jednak będą z niego jeszcze ludzie. Autorka stawia bohaterów (którzy skądinąd robią świetną robotę!) w opozycji do „reszty”, czyli w domyśle zaściankowego Kościoła w polskim wydaniu, który tworzą przede wszystkim (wnioskuję na zasadzie przeciwieństw do „zalet” katohipsterów wymienionych w tekście) ludzie niewykształceni, niemodnie i brzydko ubrani oraz lekko przygłupawi. Jest to dla mnie jednoznaczny dowód na to, że Autorka w ogóle nie zna ludzi zaangażowanych w życie religijne w Polsce i posługuje się stereotypami. Nie wiem, kto mógłby wpaść na pomysł, że w „modnych ciuchach” nie można iść do kościoła i nie wiem, kto miałby opory, by przy piwie w knajpie rozmawiać o Panu Bogu. Ja nie mam, całe stado moich wierzących katolickich znajomych i przyjaciół także nie ma i żadnemu z nas nie przyszłoby do głowy, że to niestosowne (doprawdy, nie mam pomysłu, co mogłoby w tym być niestosownego). Bóg to najważniejsza osoba w naszym życiu (albo przynajmniej staramy się, żeby tak było) i nie widzimy powodu, żeby zakluczać go w domu, gdy wychodzimy. Przeciwnie – wielu z nas przekonało się, że warto Go ze sobą zabierać w teren, bo często się przydaje. Nie wiem też dlaczego „katohipsterzy” nie mieliby kupować mieszkań w nowoczesnych budynkach (no hipster to powinien raczej w kamienicy mieszkać, ale jakże inne miary przykłada się do zwykłych hipsterów i „katohipsterów”!).

Autorka artykułu pisze, że Jolanta Szymańska (autorka bloga „Hipster Katoliczka) nie czuje się reformatorką. Skąd w ogóle pomysł, że miałaby się tak czuć? Na swój prywatny użytek wymyśliłam sobie małe uproszczenie, przyjmując, że Kościół otworzył się na świeckich w drugiej połowie XX wieku – jak Polska długa i szeroka powstawały duszpasterstwa akademickie, które zrzeszały wielu studentów, potrzebujących pogłębienia swojej wiary, bo chcieli ją lepiej rozumieć. Nie znam konkretnych danych liczbowych, ale biorąc pod uwagę lata i mnożąc je przez moje doświadczenie liczbowe, będzie to już z kilka tysięcy ludzi, którzy do wiary w Boga podchodzili i podchodzą refleksyjnie, są ludźmi nowoczesnymi i z pomysłem na życie.

Ja sama Kościoła (i potem Boga, ale trzeba mnie było najpierw dać się porwać któremuś działowi marketingu) uczyłam się od hipisów (wychodzi na to, że to rodzice/dziadkowie hipsterów), którzy kręcili się wokół franciszkanów. Nie szłam nigdy w pielgrzymce księdza Szpaka, jednak bywałam na spotkaniach/rekolekcjach, które organizowano („organizację” należy tutaj rozumieć w zakresie bardzo minimalistycznym ;)) kilka razy w ciągu roku. Ula zachęcała mnie, żebym pojechała zanim jeszcze się nawróciłam, bo był to czas i miejsce dla wszystkich – wierzących i niewierzących. Nic nie trzeba było, wszystko można było. Spało się w pomieszczeniach na karimatach tam, gdzie było miejsce – kobiety, mężczyźni (łącznie z księżmi, ojcami, braćmi) razem na salach, obok siebie jak śledzie w puszce. Kiedyś spałyśmy z koleżanką na scenie w domu kultury za kotarą, a 10 metrów dalej do 4 rano grano na bębnach. Kiedyś poszliśmy wszyscy ze śpiworami na noc do wiejskiego kościółka – Natan OFM wystawił Pana Jezusa i tak sobie spaliśmy, a kto chciał, to czuwał. Posiłki przygotowywano wspólnie, kto chciał szedł na mszę albo na jakieś spotkanie. Poważne rozmowy o życiu i śmierci prowadziło się, siedząc na rozgrzanym letnim słońcem krawężniku prawie do białego rana, a jak się chciało, to się szło na spływ kajakowy. Na 24.oo wymyślano Różaniec w kapliczce oddalonej od bazy jakieś 5 km, ruszano grupą jakoś przed 23.oo, wracało się o 2.oo. Byli to ludzie z naprawdę różnych środowisk z różną przeszłością (najczęściej bardzo trudną). To ja rozumiem przez awangardę i alternatywę. Tam nauczyłam się, że Bóg oznacza wolność, że pozwala na różnorodność i nietuzinkowość – nie uczy mnie tego artykuł, który był impulsem do napisania tego tekstu. Używając określenia „katolicka awangarda” Autorka ma na myśli zjawisko aktywności w sieci wymienionych w artykule bohaterów, rozumiejąc przez nie intelektualne i refleksyjne podejście do wiary, okraszone modnym strojem i umiejętnością posługiwania się smartfonem, podczas gdy prawdziwa awangarda katolicka (jeżeli w ogóle decydować się na to określenie) ma swoje korzenie jakoś w latach 60/70, nie tworzy się teraz. Teraz po prostu rozwinęły się media społecznościowe, w których chrześcijanie też są obecni i aktywni – posługują się nimi, by realizować swoje powołanie do głoszenia Chrystusa oraz przede wszystkim do dzielenia się tym, Kogo mają najlepszego w sposób dla nich estetyczny, w szerokim tego słowa znaczeniu.

Autorka zdaje się podkreślać elitarny charakter działalności „katohipsterów”, używając nawet wprost tego określenia w odniesieniu do nabożeństw majowych przy miejskich kapliczkach. Ze słownika języka polskiego wynika, że „elitarny” oznacza „uprzywilejowany, dostępny dla elit, ekskluzywny”. Jezus i co za Nim idzie – Kościół Katolicki – nie są elitarni! To jest właśnie to, jaki Jezus NIE jest.

Wiary nie trzeba „oswajać”, „nadawać jej współczesnego sznytu” – wiara jest darem dla człowieka, a człowiek realizuje ją przepuszczając przez własny filtr, na który składa się wiele czynników. Bóg nie jest staromodny – to straszny stereotyp! Bóg jest nowoczesny, ponieważ dla Niego czas nie istnieje i zawsze jest TERAZ.

W artykule znalazło się również odniesienie do czeskiego kapłana i filozofa Tomáša Halika, który podobno twierdzi, że przetrwać może tylko Kościół intelektualny (nie znam źródła tej parafrazy, którą przytoczył pan Błażej Strzelczyk, jeden z bohaterów artykułu, bazuję więc na tym, co jest w artykule). Szanuję autorytet, jakim cieszy się ten kapłan, jednak nie mogę się z tym stwierdzeniem zgodzić. W moim przekonaniu siła Kościoła tkwi w tym, że Jezus obecny jest w nim fizycznie, w cichej i prostej modlitwie rzeszy „babć”, które mają czas na codzienną mszą świętą i godzinne „klepanie Różańca” (jak to powszechnie jest określane przez niektórych ludzi) oraz cierpieniu, które za Kościół i kapłanów ofiarują ludzie chorzy. Ludzie, którzy dyskutują na tematy teologiczne i filozoficzne to naprawdę wierzchołek kościelnej góry i życie pokazuje, że właśnie oni najczęściej dochodzą do wniosku (jeżeli zaniedbają swoje życie duchowe na rzecz gadania o Panu Bogu zamiast z Panem Bogiem), że jednak to im się kupy nie trzyma, bo jest nielogiczne. Ksiądz Twardowski pisał, że nie przyszedł nawracać, tylko powiedzieć, że ufa Panu Bogu jak dziecko. To jest wiara, która ma szansę przetrwać. Intelekt jest darem od Boga danym po to, żeby służyć drugiemu człowiekowi (w szerokim tego słowa znaczeniu), nie jest do zbawienia koniecznie potrzebny. Wiara przetrwa, jeżeli rodzice będą ją przekazywać dzieciom – z kilkulatkami nie rozmawia się o teologii na poziomie akademickim, a i tak ostatecznie nawet w dorosłym życiu praktyczne świadectwo wiary rodziców ma większą siłę rażenia niż dyskusje. Dyskusje i rozmowy są ważne – to nie ulega wątpliwości, jednak w moim odczuciu nie są tym, co daje chrześcijaninowi kręgosłup ze stali.

Zgadzam się, że w estetyce kościelnej w polskim wydaniu można znaleźć dużo kiczu, a starsze osoby (kojarzone głównie z „Radiem Maryja”) robią czasem Kościołowi strasznie czarny PR (mimo dobrych pobudek, którymi się kierują) swoim agresywnym zachowaniem. Ważnym jest jednak moim zdaniem, by nie rozciągać tego stereotypowo na wszystkich ludzi wierzących. Spotkałam w swoim życiu cudowne „babcie klepiące Różaniec”, którym dobroć i łagodność spływały z oczu i z serca. Znam mnóstwo młodych, nowoczesnych, aktywnych na wielu polach, pięknych i zadbanych kobiet, które zbudowały swoje życie na Chrystusie, wokół Jego Kościoła. Nie zgadzam się na takie mówienie o Kościele, które zostało zaprezentowane w artykule.

No, to w sumie tylko to chciałam powiedzieć. I że fajnie, że bohaterowie artykułu robią dobrze swoją robotę, bo nie ich wina, że artykuł o nich jest tak nieumiejętnie napisany.

Tato, ale ten to Ci nie wyszedł…

O „Ziemi Maryi” napisała mi koleżanka kilka tygodni przed polską premierą filmu. Z racji leczenia bolących mięśni po weselu i piruecie na schodach nie załapałam się na grupowe wyjście, poszłam więc sobie sama. Oczekiwania miałam ogromne po lekturze wrażeń na Twitterze – niestety nikt z tych Piewców nie napisał, co najbardziej w filmie cenił, więc wpadłam w pułapkę oczekiwania „nie wiadomo czego”. Nie chcę tutaj filmu recenzować ani bawić się w krytyka filmowego – chcę napisać tylko o tym, co mnie kompletnie zaskoczyło i uważam za genialne (będzie to spoiler w pewnym sensie, więc jeżeli ktoś jeszcze filmu nie widział, a ma w planach i nie lubi odkrytych tajemnic, proszę, żeby dalej nie czytał ;)).

ZM1

Za absolutnie genialne uważam ukazanie stworzenia człowieka w tym filmie. Bóg Ojciec wyjmuje z ziemi kawałek gliny, po czym lepi z niego… niemowlę! Stworzenie tegoż organizmu funkcjonuje w naszych głowach jako stworzenie dorosłego mężczyzny – pomysł twórców wywołał u mnie w głowie owacje na stojąco (i przywołał skojarzenie z „Królem Lwem” ;)), gdy Jahwe wyjąwszy z wody dzieciaczka, unosi go, krzycząc „To jest mój syn!”. Adam i Ewa ukazani są jako dzieci, które rozwijają się, bawią i rosną. Ojciec chodzi z nimi po zakamarkach stworzonego przez siebie świata, by dzieciaki nadawały imiona poszczególnym zwierzętom. W pewnym momencie widzimy dwójkę dzieci zerkających zza krzaków na ptaka wątpliwej urody – Adam mówi z dziecięcą ironią „Tato, ale ten to Ci nie wyszedł!”. Ojciec tylko się uśmiecha, próbuje udobruchać awanturującą się małą Ewę, żeby zostawić imię nadane przez Adama i że następnego nazwie ona. Chodzi z nimi, uczy ich świata. Wszystko z miłością i wyrozumiałością w stosunku do możliwości dziecięcego umysłu. A podczas popełniania grzechu pierworodnego biegnie On przez zadrzewione ścieżki, krzycząc przeraźliwie „Nie!”.

ZM

Genialne (to słowo pojawia się w tym wpisie stanowczo zbyt często, jednak nie znajduję innego) w swojej prostocie, nadało głębi mojemu myśleniu o początkach. Myśleniu o tym, kim jestem dla Boga, w jaki sposób na mnie patrzy i w jaki sposób mnie prowadzi. Sposób przedstawienia tej historii, którą każdy zna na pamięć, pokazał mi, że to, co smuci mnie, smuci też Go – pewnie nie zawsze smuci nas to z tego samego powodu, bo chyba częściej Go smuci to, że mnie coś smuci, co nie powinno (i w tej chwili „smuci” pobiło „genialne” ;)). Że to jest zakochany Bóg.

Podsumowując – film mnie trochę zmęczył, ale zmienił moje życie. Warto go obejrzeć. Naprawdę.

P.S. I tak to się właśnie kolejny raz w moim życiu udało Maryi przez siebie pokazać Boga – jak Ona to robi!?

zdjęcia – nr 1, nr 2

Ratzinger o sensie

Kiedy książka Petera Seewalda „Światłość świata” ukazała się na polskim rynku, mój dobry kolega opiekował się seminaryjną księgarnią. Inaczej pewnie kupienie jej pozostałoby na liście rzeczy do zrobienia i w efekcie nigdy bym jej nie przeczytała. Leżała sobie, aż w końcu postanowiłam wziąć ją ze sobą na wakacje trzy lata temu. Po doświadczeniach niemożności zrozumienia Karola Wojtyły, z wielką rezerwą podchodziłam do pism papieży. Gdy nudziłam się jednak w Zamościu i czekałam, by nadeszło jutro, żeby móc jechać do Krakowa, rzuciłam w końcu w kąt wyszywanie motylków i sięgnęłam po wywiad z Benedyktem XVI. Oniemiałam. Potrafi uciszyć moje niepokoje – jego geniusz tkwi w prostocie, to nie jest człowiek fajerwerków. To jest człowiek, który rozsadza mój system od środka. Mój osobisty nauczyciel pokory i modlitwy, mimo że nie mówi o nich wprost.

Znalazłam na YouTube fragment programu z telewizji 3sat, w którym kardynał Ratzinger opowiada o sensie życia. Spisałam i przetłumaczyłam – oryginał tutaj (wycięłam niektóre mikroskopijne fragmenty, ponieważ w języku mówionym można sobie pozwolić na pewne zabiegi, a napisane i przetłumaczone już brzmi dziadowsko). Kiedyś wypróbowałam ten sposób, o którym wspomina kardynał – u mnie się sprawdziło. Myślę, że na zdrowie wychodzi człowiekowi czasami konstruktywne założenie (pamiętając jednak, Kto jest Szefem), że może jednak się myli w swojej ocenie świata, człowieka, relacji i siebie. Zmusza to do szukania nowych rozwiązań.

Kardynał Józef Ratzinger w rozmowie z prof. Ulrichem Hommsem

„W poszukiwaniu sensu” (rok 1980):

Wierzący jest naturalnie człowiekiem, którego nie oszczędzają problemy, kryzysy, cierpienie, wewnętrzne zmartwienia. Musi on jednak wiedzieć coś szczególnego – że jest chciany, że jest potrzebny, że ma swoje zadanie (…). To słowo na początku Ewangelii wg św. Jana „Na początku było Słowo” można przetłumaczyć także „Na początku był Sens” i dla mnie osobiście jest to zawsze coś niesamowicie ważnego wiedzieć, że na początku jest Wola, jest Miłość, która o mnie pomyślała, zanim ja o sobie samym pomyślałem i (zanim się) znałem, która mnie chce i która mnie ciągle niesie, także wtedy, gdy ja sam nie potrafię niczego wskórać, kiedy sam już nie potrafię nadać sensu.

Rzeczywiście myślę, że jeżeli próbuje się wejść w wiarę za pomocą czystej teorii, nie dochodzi się do żadnego celu. Wszystkie istotne rzeczy w naszym życiu rozpoznajemy przecież tylko na zasadzie wzajemnego oddziaływania na siebie czynu i myśli, żywego doświadczenia i tego, czego się z niego uczymy. (…) Moją radą w kwestii dochodzenia do wiary i zauważania tej możliwości istnienia sensu jest ta, by zacząć tak działać, gdyby ten sens istniał. Jeżeli wychodzi się w swoim życiu od założenia, że postępuję tak, jak gdybym był chciany, jak gdyby inni ludzie byli chciani, jak gdyby istniał za tym wszystkim wieczny sens, który by to niósł, (…) doświadczy się czegoś nowego. Człowiek zobaczy, że otwierają się większe możliwości, (zobaczy) jak życie staje się bardziej wartościowe, bogatsze i także jak trwają efekty tego eksperymentu.

Wybory

Zdarzyło się, że Jezus wyszedł na górę, aby się modlić, i całą noc spędził na modlitwie do Boga. Z nastaniem dnia przywołał swoich uczniów i wybrał spośród nich dwunastu, których też nazwał apostołami: Szymona, którego nazwał Piotrem; i brata jego, Andrzeja; Jakuba i Jana; Filipa i Bartłomieja; Mateusza i Tomasza; Jakuba, syna Alfeusza, i Szymona z przydomkiem Gorliwy; Judę, syna Jakuba, i Judasza Iskariotę, który stał się zdrajcą. Zeszedł z nimi na dół i zatrzymał się na równinie. Był tam duży poczet Jego uczniów i wielkie mnóstwo ludu z całej Judei i Jerozolimy oraz z wybrzeża Tyru i Sydonu; przyszli oni, aby Go słuchać i znaleźć uzdrowienie ze swych chorób. Także i ci, których dręczyły duchy nieczyste, doznawali uzdrowienia. A cały tłum starał się Go dotknąć, ponieważ moc wychodziła od Niego i uzdrawiała wszystkich.

Łk 6,12-19

Należę do ekstrawertyków, którzy wykonują zaskakującą liczbę czynności w dosyć krótkim czasie (i wyrzucają z siebie zaskakującą liczbę głosek i sylab w zaskakująco krótkim czasie). Leczę się z tego, dzięki czemu jeszcze pewnie żyję (żeby utrzymać poziom aktywności sprzed 5 lat musiałabym nie spać ani nie jeść, żeby zaoszczędzić na dobie – błogosławiona choroba, która zmusiła mnie do gwałtownej redukcji zaangażowania). Kiedy dzieje się dobrze i jestem na fali, zapominam się modlić, nawet podziękować. Za dużo emocji, za dużo myśli, żeby to szybko przeżywać i się nacieszyć, bo na pewno to nie jest wolą Bożą i zaraz się skończy, więc trzeba ukraść, ile się da. Po podjęciu jakieś decyzji i rozeznaniu staram się stosować zasadę, by nie roztrząsać, co by było gdy, bo szkoda czasu i energii na bajkopisanie. Modlę się, eliminuję kolejne możliwości według jakiegoś klucza (w zależności od przedmiotu decyzji) i patrzę, co mi zostało do dyspozycji. Staram się być przytomna, by sobie dobrze zapamiętać, dlaczego podejmuję ją taką, a nie inną. Tak zdecydowałam, czyli w momencie decyzji uważałam to za najlepszą z możliwych opcji. Kropka.

Od kilku miesięcy zmagałam się z tym, że mimo że kiedyś jakaś decyzja wydawała mi się słuszną, finalnie w moim rozumieniu się taką nie okazała. Miałam do siebie pretensje i robiłam sobie wyrzuty, jak mogłam się tak pomylić, przecież się modliłam, dałam sobie czas i wszystko złożyło się właśnie tak, że ta decyzja tak została podjęta. Zaczęłam oczywiście poddawać w wątpliwość narzędzia, którymi się posługiwałam, jednak droga ta okazała się ślepą uliczką, bo tym narzędziem była w dużej mierze modlitwa (oczywiście nie tylko, ale chcę zaznaczyć, że wiem, że tego nie zaniedbałam i zachowałam proporcje).

Jezus wybrał sobie Judasza jako Apostoła po całonocnej modlitwie. Nie wiem, co wiedział Jezus, a czego nie wiedział w swoim boskim człowieczeństwie. W moim zaufaniu Mu nawet nie przychodzi mi do głowy, że się pomylił. Judasz doprowadził do tego, że Go torturowano i zabito. Nie miewam wizji mistycznych, nie przenosi mnie Duch Święty do Getsemani w Wielki Czwartek, żebym mogła Jezusa zapytać, czy żałuje wyboru Judasza. Chyba nie myślał wtedy o tym. Zgodził się z wolą Ojca w swojej wolnej woli. To zostaje dla mnie tajemnicą. Pomaga mi jednak w ćwiczeniu się w pokorze wobec samej siebie, bo tak jak w tym przypadku, nie wszystko w relacjach z ludźmi zależy tylko ode mnie.

Uczę się tego, że Bóg nie ma gotowych scenariuszy. Że jak pytam, odpowiada „A Ty jak byś chciała?”. Jest to czasem strasznie wkurzające, bo chciałabym gotowy przepis i gwarancję. Przecież się modlę i słucham. Myślę, że to jest też pułapka, w którą wpada wielu chrześcijan – finałem jest to, że mają poczucie, że mają monopol na słuszność i nieomylność zawsze i wszędzie. Doświadczam tego, że Bóg pozwala człowiekowi czasem, żeby mu się coś wydawało. Ma w tym jakiś ukryty cel. I oczywiście zawsze zostaje to, żeby z każdego zła wyciągać jak najwięcej dobra, uczyć się na błędach, by te kiepskie decyzje były trampoliną do Nieba. One mają chyba czasem większą sprężystość i lepszą wyrzutnię.

P.S. Wymyśliłam ostatnio schemat wieczornej modlitwy – pomógł mi uporządkować dzień, więc podaję dalej (copyright by Duch Święty): dziękować za 3 rzeczy, przeprosić za 3 rzeczy, poprosić o 3 rzeczy. Polecam, czasem można się zdziwić samym sobą ;)

Religia dla ludzi o mocnych nerwach

Chciałam zniknąć z sieci, jednak nauczona doświadczeniem, że gdy pojawiają mi się w głowie myśli aspołeczne, należy usiąść i poczekać aż przejdzie, niczego postanowiłam nie deklarować „publicznie”.

Chodziłam przez ostatnie tygodnie bardzo przyciśnięta do gruntu, bez przyszłości, bez perspektyw, sama. Z myślami, że przyjdą podpalić dom, w którym mieszkam – Polskę, że szlag może trafić moich najbliższych, psa będzie trzeba zastrzelić, żeby nie szczekał, gdy będziemy się ukrywali i że moim dziadkom starczy już wojen światowych w karierze i że w ogóle to tak strasznie komplikuje moje plany bycia cholernie szczęśliwą. Do tego proza życia samotnego, które akurat było po ciemnej stronie Księżyca i spanie na podłodze od prawie miesiąca w totalnym chaosie meblowym i porządkowym.

Dobra jestem w wybieraniu – nienawidzę łazić, porównywać i się miesiącami zastanawiać – gdy znajdę pierwszy spełniający moje wymogi egzemplarz (a wiem, czego chcę w 99% przypadkach) za miarę rozsądną cenę, biorę. W poniedziałek w nastroju apokaliptycznym wracałam deszczowym wieczorem z meblowego centrum handlowego z kwitkiem poświadczającym, że zamówiłam sofę i wpłaciłam wymaganą kaucję. Jechałam i myślałam, po co mi ta sofa, skoro może będzie być koniec świata. Nie znoszę tymczasowości, więc szybko doszłam jednak do wniosku, że trudno – nawet jak mam spać na niej 2 tygodnie, to i tak jej potrzebuję i że w sumie przykro mi będzie patrzeć, jak będzie płonąć albo coś. Tysiące myśli przetaczało mi się przez głowę, tak jak moje auto przez odkorkowane wieczorem deszczowe ulice Poznania, wszystkie one w tonacji bardzo molowej (o samotności, wywożeniu do łagrów, gwałtach, itp.). Gdy stanęłam na światłach, spojrzałam na telefon, który pokazywał prywatną wiadomość od tego od sałaty. Otworzyłam, a tam był link do artykułu o trzeciej tajemnicy fatimskiej. W tej samej sekundzie miałam wrażenie, że cały strach i rozpacz z piekła ładują mi się na głowę – znam to uczucie, jest strasznie do bani, paraliżuje i podnosi wszystko w żołądku, wiążąc następnie kiszki w węzeł. Pomyślałam sobie „Nie, tylko nie to…”. Otworzyłam jednak link i myślę se „Dobra, wezmę to na klatę, przecież już to znam, bo jeden artykuł kiedyś o tym czytałam” (skończyło się totalną histerią, leceniem na probostwo i ciągnięciem wikariusza za sutannę, że muszę do spowiedzi).

Trzecia tajemnica fatimska jest dla ludzi o mocnej wierze i mocnych nerwach. W objawienia prywatne można wierzyć, nie trzeba, ja jednak wierzę w te uznane przez Kościół. Jest trochę tych proroctw o końcu świata (np. u s. Faustyny w „Dzienniczku”) i one wszystkie są równie przerażające. W tym, co określa się trzecią tajemnicą fatimską opisany jest przebieg III wojny światowej, opisane są kataklizmy i podkreślone jest to, że takiego okrucieństwa człowiek jeszcze nie widział. Maryja mówi, że Bóg trzyma rękę nad światem, bo człowiek swoimi grzechami mocno przegina i tylko Jego miłosierdzie powstrzymuje Go przed spuszczeniem kurtyny. Mówi, żeby modlić się o nawrócenie narodów, które odeszły od Boga, bo one będą narzędziem zniszczenia człowieka. Ogólnie, masakra o jakiej się pile mechanicznej nie śniło. Nie chcę zachęcać nikogo do googlania, bo można dużo głupot znaleźć na ten temat. W artykule, którego link dostałam, przelatując wzrokiem, natrafiłam na nazwisko Ratzingera, co było dla mnie w tym strachu po prostu wyciągnięciem z tej wzburzonej otchłani oceanu strachu. Kardynał uspokaja, mówi, żeby traktować symbolicznie i z dystansem. Pomyślałam, dobra. Strach jednak nie mijał, oczywiście nie stałam cały czas na tych światłach, jechałam i myślałam. W końcu wyłączyłam radio, zaczęłam na głos się modlić – to już jest moja ostateczna forma modlitwy. Wydaje mi się, że gdy się modli na głos, nie tylko w myślach, słowa są bardziej wyraziste, konkretne i skondensowane. Mówiłam Bogu, że się boję i że to są straszne rzeczy. I że jak już chce, to dobra, bo to Jego świat i może sobie z nim robić, co chce, On tu rządzi. Że jeżeli to są czasy ostateczne, to są strasznie do kitu i że w sumie można przyjąć, że skoro mnie w nich umieścił, to są to dla mnie najlepsze czasy (tu bym polemizowała, ale co ja tam wiem) i że jak już chce robić taki bałagan, to niech mi da wiarę i siłę, bo to będą straszne rzeczy i tego się po ludzku nie dźwignie. Podjechałam pod dom, zaparkowałam i siedziałam w aucie, ciągle się modląc – „Przekonaj mnie, że to ma sens i przekonaj, że się da. Skoro stworzyłeś mnie z miłości i do miłości, jak to się ma to rozwalania wszystkiego w kosmos?” Wyszłam z samochodu innym człowiekiem, dostałam swoje odpowiedzi. Pomyślałam, że dobra, skoro tak ma być, to trzeba ratować świat. Żadnego znikania, żadnego chowania się, żadnego marudzenia i żadnego poddawania się.  Trzeba się modlić, trzeba się radować, trzeba być autentycznym i trzeba iść na pierwszą linię frontu. Skoro wierzę, że Bóg za złe karze, to muszę wierzyć w całą historię miłości Boga do człowieka, która jest w Biblii. Zło nie może przysłonić dobra, którego doświadczyłam, bo Bóg zwyciężył świat.

Ratzinger powiedział, że tych objawień nie można traktować jako przepowiedni i pewnika – jest to jakaś tam możliwość. Nie ma czegoś takiego jak fatum, czy plan Boga, który zakłada zniszczenie człowieka. BÓG STWORZYŁ  CZŁOWIEKA Z MIŁOŚCI. Nie wiem, co będzie, uczę się nie chcieć wiedzieć. Uczę się ufać i poznaję Boga coraz głębiej przez te wszystkie okoliczności. Będę się cieszyć na moją sofę, zaplanuję Boże Narodzenie, będę żyć przyszłością. Ogromną pokusą szatana jest ta, gdy odbiera człowiekowi wizję przyszłości, to że przyszłość jest możliwa.  Przyszłość jest możliwa i przyszłość może być dobra, a to zależy także ode mnie. Bóg jest dobry. 

W tym proroctwie fatimskim jest też o tym, że po trzech dniach totalnej ciemności przyjdzie dzień, kiedy wszystko ustanie i wyjdzie słońce, przyjdą Aniołowie. Jakże niepełnosprawny jest ludzki umysł, że zatrzymuje się na środku książki, a nie patrzy na jej ostatnią stronę. Nigdy nie wpadłabym na to, że proroctwo apokaliptyczne tak może mnie wynieść, one mnie zawsze przyciskały jeszcze bardziej. Trzeba działać, nie ma czasu do stracenia :)

 

Chyba

To mówi Pan do Szebny, zarządcy pałacu: Gdy strącę cię z twego urzędu i przepędzę cię z twojej posady, tegoż dnia powołam sługę mego, Eliakima, syna Chilkiasza. Oblokę go w twoją tunikę, przepaszę go twoim pasem, twoją władzę oddam w jego ręce: on będzie ojcem dla mieszkańców Jeruzalem oraz dla domu Judy. Położę klucz domu Dawidowego na jego ramieniu; gdy on otworzy, nikt nie zamknie, gdy on zamknie, nikt nie otworzy. Wbiję go jak kołek na miejscu pewnym; i stanie się on tronem chwały dla domu swego ojca.

Iz 22,19-23

***

Św. Katarzyna ze Sieny powiedziała kiedyś, że jeżeli będzie się tym, kim Bóg chce, żeby się było, podpali się świat (być może już o tym wspominałam, ten jej tekst zrobił na mnie jednak takie wrażenie, że nie omieszkam go przywoływać częściej).Schody zaczynają się między kwestią „Dobra, super!” a „To do roboty!”, ponieważ tam jest miejsce na „To co, gdzie i jak?”. Pierwszy młot uderza w okolicach przedwudziestego roku życia, gdy człowiek ma hormony na poziomie wysoce odbiegającym od normy, wielkie ambicje i bunt. Myśli, że jak wtedy postanowi, to będzie miał spokój. A tu za kilka lat się okazuje, że trzeba znowu. Potem znowu i znowu. Rozwidlenia może nie są zbyt częste, za to kaliber czasem przeraża. Przeraża też fakt, gdy przez jakiś czas uważa się coś tam, a potem nagle się przytomnieje i dziękuje się Bogu, że jednak się w coś nie poszło bardziej, mimo że wydawało się słuszne. Jak tu sobie potem ufać? Jak ufać tym narzędziom do podejmowania decyzji, gdy okazuje się, że one jednak są ułomne? Co zrobić, gdy już się wie, że te, które się miało, są z epoki kamienia łupanego, nie sprawdzają się już więcej, a nie ma się nowych lub czy to jakaś rogata propaganda nie podpowiada głupot? Jak ciągle na nowo mieć nadzieję, że może tym razem będzie inaczej?

Wszystko to wydaje się strasznie banalne, banalne są chyba także odpowiedzi – tu właśnie zaczyna się prawdziwa wiara, tutaj zaczyna się 77. raz, tu trzeba na nowo ufać Bogu tak, jak ufało się wcześniej. To nie jest kwestia nieużytności narzędzi, ponieważ Boże narzędzia są uniwersalne. Dobre decyzje w połączeniu z pychą tworzą minę przeciwpiechotną. Tak się chyba buduje dojrzałość – że się wie, z czego się nie jest zadowolonym, ale się siebie szanuje i kocha mimo to. Stara się podejmować z decyzje z założeniem, że mogą być złe i ze świadomością, że mimo wszystko może nas ktoś skrzywdzić. To permanentny kurs pokory.

Nie do końca wiem, czy to, co napisałam łączy się jakoś z fragmentem Pisma… Wiem, że to jest wszystko strasznie trudne i czasem to mi się już po prostu nie chce (czyli nie jestem wielką świętą, bo oni są ciągle bardzo zadowoleni ;) ).

Wbrew pozorom o rzeczach fajnych

Lato ma chyba najlepszy pi-ar wśród wszystkich pór roku. 9 miesięcy można rozmyślać o tym, co się będzie robiło latem (intensywność rozmyślań osiąga apogeum w okolicach lutego, bo wtedy jest ta cierpienia granica, za którą się łagodny uśmiech zaczyna, czy jak to tam było). Ma się nadzieje, że będzie tak, tak i tak (nie lubię przytulanych letnich zdjęć, bo lato jest mało przytulaśną porą roku). Nie zastanawia się człowiek, skąd weźmie ładnych chłopców, długie włosy i nierubensowską figurę (oraz fajne sandały), a na ładne szklanki made in China zawsze ostatecznie szkoda kasy. W efekcie okazuje się, że upały w mieście są jak co roku nie do zniesienia, pierwszą myślą po wstaniu jest „Dzisiaj idę już na pewno wcześniej spać”, a z wypadów za miasto nici, bo nie ma motywacji ani znajomości ustronnych miejsc, gdzie akurat nie plażuje połowa aglomeracji. Planuje się w urlop napracować freelansersko na grudzień do przodu, z czego też wychodzą nici z powodu załatwiania wszelkich zaległych z 4 miesięcy spraw i nieprzytomności do godziny 10 rano. Generalne porządki zrobione są na 10%, co też niezwykle rozczarowuje, bo kiedy jak nie latem, kiedy jest długo jasno i ciepło, więc można kurze wywietrzyć. I tak można w nieskończoność (znaczy, ja mogę). 

Jasność to jednak jest to, co latem nigdy nie zawodzi i co zawsze jest milusie i najbardziej przeze mnie kochane. I słońce robi mi cudny naturalny balejaż w kolorze brązo-blondu, co sprawia, że nagle czuję się zwiewniejsza. I w ogóle uważam, że powyższe to po prostu presja, którą pozwalam, żeby internet i filmy na mnie wywierały. Szkoda, że co roku daję się nabrać i staram się napakować do tego trzymiesięcznego wora szczęście zaplanowane na cały rok. Do tego agresywnie wracają wspomnienia poprzednich lat, o których nie to, że chciałoby się zapomnieć, ale chciałoby się włożyć na półkę, żeby wreszcie zaczęły się kurzyć. Późnym latem, kiedy liście już się prawie opaliły, zaczynam odpuszczać i przychodzi uczucie ulgi. Już nie jest tak gorąco, własne myśli nie topnieją zanim dotrą do mózgu i już znowu nic nie trzeba robić fajnego. Można wyciągać świeczki i szykować szale. Planów nie psuje nagły deszcz, bo się zakłada, że będzie pogodowa lipa. Można siedzieć wieczorami w domu bez poczucia winy, że przecież jest lato, więc nie wolno w domu siedzieć. 

I jak przed każdą jesienią, mam nadzieję się zakochać. Zupełnie nie rozumiem idei zakochiwania się na wiosnę. 

P.S. Pewnie to jest egzaltowany post, ale nie chciałam, żeby była tu taka cisza, a w środku mam mniej więcej tak jak wtedy, kiedy Mufasę zamordowano, więc i tak przeszło autocenzurę. I tak, pamiętam, że na świecie szaleje wojna, szykują się na kolejną, panuje epidemia i strzelają ludziom w tył głowy. Przynajmniej mam co za nich ofiarować. Idę po sweter.

Patrz, jakie kółka!

Pokładam nadzieję w Panu, ufam jego słowu.

Ps 130,5

***

Zastanawiam się, co pisać, co myśleć i o co się modlić, gdy widzę obrazy z wojny, epidemii i wypędzania tysięcy ludzi z ich domów dlatego, że są chrześcijanami. Mam wrażenie, że nie wiem, w co pierwsze modlitewne ręce włożyć. Że wstyd mieszkać tu i cieszyć się (jeszcze?) spokojem? Wstyd mieć doła, bo najgenialniejsza fryzjerka zmieniła numer telefonu, nie informując o nowym, a ja nawet nie znam jej nazwiska? Wstyd planować nowy wystrój mieszkania (nawet jeżeli ma być o wiele prostszy i „mniejszy”)? Wstyd chodzić do kina i planować wakacje?

Mój przyszywany brat jest zakonnikiem. Miał kiedyś przełożonego, co był pracoholikiem, ciągle coś budował (nawet jak nie było to specjalnie konieczne) – np. murek nad skarpą. Wszystko oczywiście w zawrotnym tempie, jedno skończył, na drugi dzień zaczynał kolejne. Powiedział mi kiedyś: „Ty jesteś jak B. Tytan pracy” (to nie był komplement). Kiedyś mi ta cecha nie przeszkadzała, bo ogarniałam całość. Potem poszłam do pracy, zaczęłam chorować i mi się paliwo kończyło, a frustracja narastała. Widziałam innych, który robili mnóstwo ważnych rzeczy, ba – widziałam te rzeczy, które trzeba zrobić (=naprawić) i nawet miałam pomysł. Nie wiem, kiedy zaskoczyłam, że to nie tak. Chyba po tej spowiedzi, co mi kapłan powiedział, że po pierwsze to mam odpocząć, a za pokutę dał sprawić sobie jakąś przyjemność. Wtedy zaczęłam myśleć, że trzeba znaleźć inny sposób na życie niż tytaniczność. Wisienką na torcie jest cytat bł. Matki Teresy z Kalkuty, który ktoś umieścił kiedyś na Twitterze:  „Jeżeli nie możesz nakarmić wszystkich głodnych, nakarm jednego”.

Ciągle z tym walczę, bo ciągle mam z tym problem. Ostatnio na Różańcu stwierdziłam, że mi Panie Boże dziesiątek nie starczy, żeby wszystkie intencje przywołać i w ogóle, to powinnam iść do zakonu kontemplacyjnego, bo się modlitewnie nie wyrabiam. Wtedy Duch Św. przypomniał mi Matkę Teresę i z bólem serca wybrałam 1 intencję i z już mniejszym bólem, pozostanie w laikacie (akcja działa się przy słupie na ulicy, podczas gdy mój pies robił kupę).

Nie wiem, czy jest uniwersalna metoda na radzenie sobie ze świadomością zła na świecie. Moja jest taka, żeby za wszystko dobre dziękować Bogu – za wszystko po kolei, od najmniejszych rzeczy. Dalej – ufać i pamiętać, żeby nie wierzyć kłamstwu, ale wierzyć Bogu, że On zwyciężył świat. Modlić się nieustannie (=nie zapominać o Bogu w żadnej minucie dnia), a gdy pojawi się jakieś pierwszoświatowe cierpienie (np. pryszcz), ofiarować w czyjejś intencji. Delegować intencje duszom czyśccowym. Robić swoje, słuchać i rozeznawać, by nie babrać się w rzeczach, które nie są moim powołaniem.

I biegać na tym jeziorze wokół Jezusa i krzyczeć „Patrz, jakie kółka!”.

Troszkę rozmemłanie lub – naukowo – postmodernistycznie

To mówi Pan Bóg: Wszyscy spragnieni, przyjdźcie do wody, przyjdźcie, choć nie macie pieniędzy! Kupujcie i spożywajcie, dalejże, kupujcie bez pieniędzy i bez płacenia za wino i mleko! Czemu wydajecie pieniądza na to, co nie jest chlebem? I waszą pracę – na to, co nie nasyci? Słuchajcie Mnie, a jeść będziecie przysmaki i dusza wasza zakosztuje tłustych potraw. Nakłońcie wasze ucho i przyjdźcie do Mnie, posłuchajcie Mnie, a dusza wasza żyć będzie.

Iz 55,1-3a

***

Wytłuszczone znaczy dla mnie dzisiaj tyle: „chodź, mimo że nie wierzysz, że mogę cokolwiek zmienić”, mówi Bóg.

I jeszcze:

Gdy Jezus usłyszał o śmierci Jana Chrzciciela, oddalił się stamtąd w łodzi na miejsce pustynne, osobno. Lecz tłumy zwiedziały się o tym i z miast poszły za Nim pieszo. Gdy wysiadł, ujrzał wielki tłum. Zlitował się nad nimi i uzdrowił ich chorych. A gdy nastał wieczór, przystąpili do Niego uczniowie i rzekli: Miejsce to jest puste i pora już spóźniona. Każ więc rozejść się tłumom: niech idą do wsi i zakupią sobie żywności! Lecz Jezus im odpowiedział: Nie potrzebują odchodzić; wy dajcie im jeść! Odpowiedzieli Mu: Nie mamy tu nic prócz pięciu chlebów i dwóch ryb. On rzekł: Przynieście Mi je tutaj! Kazał tłumom usiąść na trawie, następnie wziąwszy pięć chlebów i dwie ryby, spojrzał w niebo, odmówił błogosławieństwo i połamawszy chleby dał je uczniom, uczniowie zaś tłumom. Jedli wszyscy do sytości, i zebrano z tego, co pozostało, dwanaście pełnych koszy ułomków. Tych zaś, którzy jedli, było około pięciu tysięcy mężczyzn, nie licząc kobiet i dzieci.

Mt 14,13-21

***

Lubię w tym Bogu wszystko, ale jakiś czas temu odkryłam to, że jest dynamiczny, że pozornie zmienia zdanie. Że jest w tym bardzo ludzki, że pokonuje swoje słabości, by być dla innych. Że jest mu smutno jak Mu umierają przyjaciele, to znaczy jak Mu ich zabijają. Nie wchodzi z wojskiem anielskim i nie rozwala wszystkiego w ….. …., ale idzie się rozmówić z Ojcem. Potrafi czekać, bo wie, że Jego jest na wierzchu. Kocham Gościa.

Stowarzyszenie umarłych tetryków

Królestwo niebieskie podobne jest do skarbu ukrytego w roli. Znalazł go pewien człowiek i ukrył ponownie. Z radości poszedł, sprzedał wszystko, co miał, i kupił tę rolę. Dalej, podobne jest królestwo niebieskie do kupca, poszukującego pięknych pereł. Gdy znalazł jedną drogocenną perłę, poszedł, sprzedał wszystko, co miał, i kupił ją. Dalej, podobne jest królestwo niebieskie do sieci, zarzuconej w morze i zagarniającej ryby wszelkiego rodzaju. Gdy się napełniła, wyciągnęli ją na brzeg i usiadłszy, dobre zebrali w naczynia, a złe odrzucili. Tak będzie przy końcu świata: wyjdą aniołowie, wyłączą złych spośród sprawiedliwych i wrzucą w piec rozpalony; tam będzie płacz i zgrzytanie zębów. Zrozumieliście to wszystko? Odpowiedzieli Mu: Tak jest. A On rzekł do nich: Dlatego każdy uczony w Piśmie, który stał się uczniem królestwa niebieskiego, podobny jest do ojca rodziny, który ze swego skarbca wydobywa rzeczy nowe i stare.

Mt 13,44-52

***

Pewna siostra zakonna powiedziała kiedyś, że czyściec to jest coś takiego jak np. ktoś przychodzi brudny z roboty i chciałby się rzucić na szyję komuś bliskiemu w domu, ale idzie najpierw pod prysznic przecież.

Nieliczni mają to szczęście, że żyją od początku w kochającej się i zdrowej rodzinie, która dodatkowo żyje z Bogiem, nie obok Niego, w każdym wymiarze. Widzę czasem takie rodziny w kościele, czytam o nich w internecie, opowiadają znajomi – ludzie, którzy przyciągają swoją normalnością i swoim pięknem, którzy nigdy nie marudzą „że się nie da” i prowadzą otwarte domy. Trudności i kłopoty spotykają ich tak samo jak innych (dzieci umierają, plądrują złodzieje całe mieszkanie, jedno z rodziców choruje na ciężką chorobę), jednak oni mają przyklejone plecy do Jezusa i się nie dają – mogą cię spotkać straszne rzeczy w życiu, ale wiele zależy od tego, co z nimi zrobisz. Ludzie, których mam na myśli (a mam na myśli bardzo konkretnych, niektórych bardziej znanych szeroko, innych raczej lokalnych) powodują, że gdy się na nich patrzy, chce się po prostu być i mieć jak oni. Wiemy też, że Bóg z tymi, którzy Go miłują, współdziała we wszystkim dla ich dobra, z tymi, którzy są powołani według [Jego] zamiaru. (Rz 8,28) – odpowiedzią jest tutaj po prostu to, że poznali Boga i pozwolili Mu robić zamieszanie w swoim życiu. Znaleźli swój Skarb, podporządkowali Mu wszystko (=sprzedali swoje) i zaczęli inwestować kosztowności, które w Skarbie znaleźli. To skrzynka bez dna, pieniądz robi pieniądz. Dlatego po latach pracy widać u nich to, co widać. Latach ciężkiej pracy wybierania ciągle na nowo.

To nie jest tak, że Bóg automatycznie wskakuje komuś na pierwsze miejsce. Dzieciaki z takich rodzin mają dobre fundamenty, jednak każde  z nich musi w pewnym momencie wybrać. Mają może łatwiejszy trochę start w ten wybór, bo nie muszą przedzierać się przez zasieki prześladowania we własnym domu. Św. Tereska mówiła, że gdyby ludzie zdawali sobie sprawę, czym jest Komunia, w kościołach byłyby non stop dzikie tłumy. Ludzie więc, którzy spotkali Jezusa realnie w jakimś wydarzeniu czy w jakimś człowieku, się po prostu zakochują (Jezus podobno był przystojny – nie wiem, nie widziałam jeszcze). Ludzi, tak samo Boga, spotyka się zazwyczaj tam, gdzie mogą przebywać (trudno, żebym np. w Monachium mogła wpaść na ulicy na Ulę). Bóg jest wszędzie – zgoda, jednak w niektórych miejscach bardzo skrzętnie chowany. Żeby jednak zobaczyć, Kim ten Bóg właściwie jest, trzeba się zakręcić trochę w kościelnych kręgach, Pismo Święte poczytać, do spowiedzi i do Komunii pochodzić, można świętych poczytać. W całym chrześcijaństwie chodzi o to, żeby gdy się zobaczy Jezusa, chcieć mu się po prostu rzucić na szyję. W chrześcijaństwie nie chodzi o robienie propagandy i dobrego wrażenia. Duża Teresa mówiła, że do Nieba nigdy nie idzie się samemu, z kolei Kaśka ze Sieny, że jeżeli będzie się tym, kim Bóg chciał żeby się było, podpali się świat. Chcesz zmieniać świat, bądź pobożnym chrześcijaninem – więcej osiąga się po dobroci (przetestowane na rodzinie) niż agresywną rewolucją.

Stare panny, teraz coś na Was – nikt nie chce żyć jak my (zmęczone matki małych dzieci się nie liczą, działają i gadają takie bzdury w afekcie). Niczego to nie zmienia – ma się też siłę wyrazu, zwłaszcza w kupie. Nie ma się co zniechęcać, tylko nie można stetryczeć ;)