Stowarzyszenie umarłych tetryków

Królestwo niebieskie podobne jest do skarbu ukrytego w roli. Znalazł go pewien człowiek i ukrył ponownie. Z radości poszedł, sprzedał wszystko, co miał, i kupił tę rolę. Dalej, podobne jest królestwo niebieskie do kupca, poszukującego pięknych pereł. Gdy znalazł jedną drogocenną perłę, poszedł, sprzedał wszystko, co miał, i kupił ją. Dalej, podobne jest królestwo niebieskie do sieci, zarzuconej w morze i zagarniającej ryby wszelkiego rodzaju. Gdy się napełniła, wyciągnęli ją na brzeg i usiadłszy, dobre zebrali w naczynia, a złe odrzucili. Tak będzie przy końcu świata: wyjdą aniołowie, wyłączą złych spośród sprawiedliwych i wrzucą w piec rozpalony; tam będzie płacz i zgrzytanie zębów. Zrozumieliście to wszystko? Odpowiedzieli Mu: Tak jest. A On rzekł do nich: Dlatego każdy uczony w Piśmie, który stał się uczniem królestwa niebieskiego, podobny jest do ojca rodziny, który ze swego skarbca wydobywa rzeczy nowe i stare.

Mt 13,44-52

***

Pewna siostra zakonna powiedziała kiedyś, że czyściec to jest coś takiego jak np. ktoś przychodzi brudny z roboty i chciałby się rzucić na szyję komuś bliskiemu w domu, ale idzie najpierw pod prysznic przecież.

Nieliczni mają to szczęście, że żyją od początku w kochającej się i zdrowej rodzinie, która dodatkowo żyje z Bogiem, nie obok Niego, w każdym wymiarze. Widzę czasem takie rodziny w kościele, czytam o nich w internecie, opowiadają znajomi – ludzie, którzy przyciągają swoją normalnością i swoim pięknem, którzy nigdy nie marudzą „że się nie da” i prowadzą otwarte domy. Trudności i kłopoty spotykają ich tak samo jak innych (dzieci umierają, plądrują złodzieje całe mieszkanie, jedno z rodziców choruje na ciężką chorobę), jednak oni mają przyklejone plecy do Jezusa i się nie dają – mogą cię spotkać straszne rzeczy w życiu, ale wiele zależy od tego, co z nimi zrobisz. Ludzie, których mam na myśli (a mam na myśli bardzo konkretnych, niektórych bardziej znanych szeroko, innych raczej lokalnych) powodują, że gdy się na nich patrzy, chce się po prostu być i mieć jak oni. Wiemy też, że Bóg z tymi, którzy Go miłują, współdziała we wszystkim dla ich dobra, z tymi, którzy są powołani według [Jego] zamiaru. (Rz 8,28) – odpowiedzią jest tutaj po prostu to, że poznali Boga i pozwolili Mu robić zamieszanie w swoim życiu. Znaleźli swój Skarb, podporządkowali Mu wszystko (=sprzedali swoje) i zaczęli inwestować kosztowności, które w Skarbie znaleźli. To skrzynka bez dna, pieniądz robi pieniądz. Dlatego po latach pracy widać u nich to, co widać. Latach ciężkiej pracy wybierania ciągle na nowo.

To nie jest tak, że Bóg automatycznie wskakuje komuś na pierwsze miejsce. Dzieciaki z takich rodzin mają dobre fundamenty, jednak każde  z nich musi w pewnym momencie wybrać. Mają może łatwiejszy trochę start w ten wybór, bo nie muszą przedzierać się przez zasieki prześladowania we własnym domu. Św. Tereska mówiła, że gdyby ludzie zdawali sobie sprawę, czym jest Komunia, w kościołach byłyby non stop dzikie tłumy. Ludzie więc, którzy spotkali Jezusa realnie w jakimś wydarzeniu czy w jakimś człowieku, się po prostu zakochują (Jezus podobno był przystojny – nie wiem, nie widziałam jeszcze). Ludzi, tak samo Boga, spotyka się zazwyczaj tam, gdzie mogą przebywać (trudno, żebym np. w Monachium mogła wpaść na ulicy na Ulę). Bóg jest wszędzie – zgoda, jednak w niektórych miejscach bardzo skrzętnie chowany. Żeby jednak zobaczyć, Kim ten Bóg właściwie jest, trzeba się zakręcić trochę w kościelnych kręgach, Pismo Święte poczytać, do spowiedzi i do Komunii pochodzić, można świętych poczytać. W całym chrześcijaństwie chodzi o to, żeby gdy się zobaczy Jezusa, chcieć mu się po prostu rzucić na szyję. W chrześcijaństwie nie chodzi o robienie propagandy i dobrego wrażenia. Duża Teresa mówiła, że do Nieba nigdy nie idzie się samemu, z kolei Kaśka ze Sieny, że jeżeli będzie się tym, kim Bóg chciał żeby się było, podpali się świat. Chcesz zmieniać świat, bądź pobożnym chrześcijaninem – więcej osiąga się po dobroci (przetestowane na rodzinie) niż agresywną rewolucją.

Stare panny, teraz coś na Was – nikt nie chce żyć jak my (zmęczone matki małych dzieci się nie liczą, działają i gadają takie bzdury w afekcie). Niczego to nie zmienia – ma się też siłę wyrazu, zwłaszcza w kupie. Nie ma się co zniechęcać, tylko nie można stetryczeć ;)

La guerra

Panie, nie ma oprócz Ciebie boga, co ma pieczę nad wszystkim, abyś miał dowodzić, że nie sądzisz niesprawiedliwie, Podstawą Twojej sprawiedliwości jest Twoja potęga, wszechwładza Twa sprawia, że wszystko oszczędzasz. Moc swą przejawiasz, gdy się nie wierzy w pełnię Twej potęgi, i karzesz zuchwalstwo świadomych. Potęgą władasz, a sądzisz łagodnie i rządzisz nami z wielką oględnością, bo do Ciebie należy moc, gdy zechcesz. Nauczyłeś lud swój tym postępowaniem, że sprawiedliwy powinien być dobrym dla ludzi. I wlałeś synom swym wielką nadzieję, że po występkach dajesz nawrócenie.

Mdr 12,13.16-19

***

Gdy byłam małą dziewczynką, mieszkałam niedaleko jednostki wojskowej w mieszkaniu, w którym mieszkała moja babcia przed wojną i po wojnie. Wiem, w którym miejscu leżał martwy koń, do którego chodził w lutym 1945 roku mój pradziadek, by wziąć trochę mięsa do zjedzenia. Kiedy dowiadywałam się tego wszystkiego, w Jugosławii wybuchła wojna. Bałam się oglądać wiadomości, każdy przelatujący samolot był dla mnie równoznaczny z wojną. Ten strach miałam/mam cały czas z tyłu głowy. Strach w ogóle, z różnych okazji. Wiem, co to znaczy bać się praktycznie do wymiotów, kiedy wnętrzności coś ściska tak, że chce się po prostu umrzeć. Kiedy nagle cały świat jakby wchodził na głowę i rozrywał ją od środka.  Kiedy człowiek czuje się jak te świnie, co biegły w morze. Gdy pojawił mi się w głowie ten ostatni obraz, wiedziałam, że Bóg daje mi w tym momencie wędkę, by mnie z mojego strachu wyrwać raz na zawsze. Wiem, skąd pochodziło to, co pchało świnie w morze. Najgorszy jest niewiadomy przeciwnik, który abstrakcyjnie rośnie w głowie do absurdalnych rozmiarów, ale gdy już się go zidentyfikuje, wiadomo po jaką broń sięgnąć. Nie chcę wojny. Nie chcę wojny tu ani nigdzie indziej na świecie. Wiem, że jedyne, co mogę, to modlić się w intencji pokoju. Nie rozumiem bicia piany, przekrzykiwania się jeden przez drugiego w wyliczaniu i ściganiu się, kto pierwszy poda jakąś informację, która może być prawdziwa, ale nie musi. Szkoda czasu i energii na plucie na twitterze, lepiej poświęcić je na modlitwę. Modlitwa o pokój nie jest „pacyfistycznym pozytywnym myśleniem” (Gosia – uwielbiam ten Twój tekst ;) ), a czymś bardzo realnym – czymś, co naprawdę może wiele zmienić. Nie wiem, na jakim etapie większość katolików zaangażowanych w życie społeczne (i nie tylko) o tym zapomina (muszę się też dowiedzieć, na którym roku teologii oduczają tego studentów tego kierunku, który moim zdaniem bardzo powinien ograniczyć przyjmowanie świeckich studentów).

Nie czuję się bezpiecznie. Mam swoje podejrzenia, który z polskich polityków pierwszy wpakuje się do samolotu i ucieknie w razie wybuchu wojny. Nie wiem, czy w moim pokoleniu w wieku sprężystym jest jakaś grupa świadomych patriotycznie facetów oprócz kibiców poznańskiego „Lecha”. Nie wiem, jak walczyliby o ojczyznę faceci, fotografujący się z kwiatami w hipsterskich brodach. Nie wiem. Nie chcę się nigdy dowiedzieć.

W środku mam zaskakujący spokój. Spokój, którego nie burzą pojawiające się czasem myśli zmartwienia. Nie czytam portalów „informacyjnych”, przesiałam obserwowanych na twitterze. Bo wiem, że mój Bóg jest większy od tego. Mam nadzieję, że wie, co dopuszcza; nie zamierzam przestać mu zawracać głowy, że szkoda nas tu jednak na tej ziemi. Chcę mieć wiarę. Jeżeli mają mnie oskarżać, to chcę być jak Jezus, gdy Go oskarżali. Chcę mieć Jego wiarę. Chcę żyć i proszę bardzo mi to umożliwić, szanowni panowie ziemscy władcy.

Bez oraczy nie ma pracy.

Tego dnia Jezus wyszedł z domu i usiadł nad jeziorem. Wnet zebrały się koło Niego tłumy tak wielkie, że wszedł do łodzi i usiadł, a cały lud stał na brzegu. I mówił im wiele w przypowieściach tymi słowami: Oto siewca wyszedł siać. A gdy siał niektóre [ziarna] padły na drogę, nadleciały ptaki i wydziobały je. Inne padły na miejsca skaliste, gdzie niewiele miały ziemi; i wnet powschodziły, bo gleba nie była głęboka. Lecz gdy słońce wzeszło, przypaliły się i uschły, bo nie miały korzenia. Inne znowu padły między ciernie, a ciernie wybujały i zagłuszyły je. Inne w końcu padły na ziemię żyzną i plon wydały, jedno stokrotny, drugie sześćdziesięciokrotny, a inne trzydziestokrotny. Kto ma uszy, niechaj słucha! Przystąpili do Niego uczniowie i zapytali: Dlaczego w przypowieściach mówisz do nich? On im odpowiedział: Wam dano poznać tajemnice królestwa niebieskiego, im zaś nie dano. Bo kto ma, temu będzie dodane, i nadmiar mieć będzie; kto zaś nie ma, temu zabiorą również to, co ma. Dlatego mówię do nich w przypowieściach, że otwartymi oczami nie widzą i otwartymi uszami nie słyszą ani nie rozumieją. Tak spełnia się na nich przepowiednia Izajasza: Słuchać będziecie, a nie zrozumiecie, patrzeć będziecie, a nie zobaczycie. Bo stwardniało serce tego ludu, ich uszy stępiały i oczy swe zamknęli, żeby oczami nie widzieli ani uszami nie słyszeli, ani swym sercem nie rozumieli: i nie nawrócili się, abym ich uzdrowił. Lecz szczęśliwe oczy wasze, że widzą, i uszy wasze, że słyszą. Bo zaprawdę, powiadam wam: Wielu proroków i sprawiedliwych pragnęło ujrzeć to, na co wy patrzycie, a nie ujrzeli; i usłyszeć to, co wy słyszycie, a nie usłyszeli. Wy zatem posłuchajcie przypowieści o siewcy! Do każdego, kto słucha słowa o królestwie, a nie rozumie go, przychodzi Zły i porywa to, co zasiane jest w jego sercu. Takiego człowieka oznacza ziarno posiane na drodze. Posiane na miejsce skaliste oznacza tego, kto słucha słowa i natychmiast z radością je przyjmuje; ale nie ma w sobie korzenia, lecz jest niestały. Gdy przyjdzie ucisk lub prześladowanie z powodu słowa, zaraz się załamuje. Posiane między ciernie oznacza tego, kto słucha słowa, lecz troski doczesne i ułuda bogactwa zagłuszają słowo, tak że zostaje bezowocne. Posiane w końcu na ziemię żyzną oznacza tego, kto słucha słowa i rozumie je. On też wydaje plon: jeden stokrotny, drugi sześćdziesięciokrotny, inny trzydziestokrotny.

Mt 13,1-23

***

Kilka tygodni temu miałam straszne rewolucje żołądkowe po zjedzeniu zielonego ogórka w mizerii – myślałam, że mi rozsadzi brzuch. Ogórki podobno pędzone są strasznie azotem, żeby były ładnie zielone. Po tej traumie postanowiłam przestać spożywać mizerię, co przyszło mi bardzo ciężko, ponieważ to jedno z moich ulubionych dań. Znalazłam jednak na rynku ogórki mniejsze, już nie tak świecące. – Te ogórki to macie Państwo swoje? – Tak, to nasze. – Pędzicie je czymś? – Nie, tylko ziemię przed. Kupiłam, zjadłam trzy, nie było mi nic.

W tym fragmencie Ewangelii większość skupia się na rzucaniu i padaniu ziarna. Przypowieść ta jest dosyć prosta i zrozumiała, więc nie ma co tu filozofować. Pomyślałam sobie wczoraj jednak, że nikt nie mówi o tym, kto przygotowuje (i jak przygotowuje) to podłoże, na które ziarno pada, a to przecież jest jajko, które logicznie musi być przed kurą. Nie może być tak, że ktoś jest jakimś podłożem już z natury, bo wtedy kwestię wolnej woli można by między bajki włożyć i byłaby to czysta predestynacja, która używana byłaby jako wymówka.

Większość chrześcijan widzi się pewnie jako rzucający ziarno, a potem podlewający, osłaniający przed nadmiernym słońcem lub mrozem. Roślinka pięknie kiełkuje i myśli się sobie, jakim to fajnym chrześcijaninem się jest, bo tak się o to, co się rzuciło, dba (no i oto, że przecież ja jestem taki oczytany i mam takie znajomości kościelne, to mam czym tak świetnie rzucać). A to chyba wszystko jest nie tak…

Podłożem jest nasz charakter, nasze doświadczenia domowo-rodzinne, przyjacielskie, miłosne i wszystkie inne kształtowane przez lata. Jeżeli nikt nie skrzywi człowiekowi myślenia o świecie i o drugim człowieku, wtedy padające ziarno ma szansę wpaść w żyzną glebę. Glebę można użyźnić, Bóg jest przecież Bogiem zwyczajnych cudów. Trudno się użyźnia – bo jak ze skały zrobić czarnoziema? Pierwsze doświadczenia bardzo potrafią zdeterminować, zwłaszcza te rodzinne z własnego domu, pierwsze miłości i przyjaźnie. Potem ziarno nie dosyć, że pada na skałę, to jeszcze ta skała wyjaławia inne „podłoża”.

Myślę sobie, że to jest tak, że na ziemi się orze, rzucając trochę ziaren, ale przede wszystkim się orze. Orze pokazując miłość i to, że można inaczej niż ktoś kiedyś kogoś patologicznie nauczył w  przeszłości. Jak pościelisz, tak się ludzkość po tobie będzie wysypiać. To jest właśnie to, o czym Kościół mówi, że grzech pojedynczej osoby jest sprawą całej wspólnoty.

Gdzieś w Piśmie Św. jest proroctwo, że pod koniec czasów będzie już bardzo mało tych od Jezusa. Sam Jezus tak naprawdę powiedział to w tej przypowieści. Tak sobie myślę, że bycie katolikiem to po prostu podwinięcie rękawów i dania z siebie wszystkiego, żeby orać i użyźniać. Żeby iść na skałę i uderzyć w nią kijem tak, jak uderzył Mojżesz, by wyleciała woda. By mieć taką wiarę, żeby inni patrzyli i chcieli się użyźniać, żeby zazdrościli, a nie żeby rzucać w swoim mniemaniu ziarna i dziwić się, że przecież się tłumaczy, a ludzie nie rozumieją.

Monia

Nie jestem fotografem, więc to nie jest post o wyjątkowych walorach fotograficznych. Nie mam szesnastu lat, więc to nie jest post o tym, jaka to jestem fajna, bo tylu ludzi mnie lubi (mówię o szesnastu latach swoich, nie zamierzam urazić żadnych dojrzałych Szesnastolatek, które lubię i szanuję, bo niektóre znam i im zazdroszczę i podziwiam). Nie jest to też post o tym, których moich przyjaciół/znajomych lubię bardziej, o tych piszę na blogu. To jest post o sprawianiu drugiemu radości, o tym, że Bóg stawia mi na drodze wspaniałych Ludzi i że ci Ludzie odnoszą wspaniałe sukcesy. To jest post o Moni – w małym ciele duży duch.

Gdy ja już dobiegałam prawie roku, w pewnym szpitalu umierała pewna dziewczynka, młodsza ode mnie o kilka miesięcy. Rzutem na taśmę pewien lekarz poprawnie zdiagnozował rzadką chorobę genetyczną, na którą chorowała. Gdyby wtedy tego nie zrobił, nie było by tego, co poniżej, bo nie byłoby Moni.

10 lat później przeprowadziliśmy się z rodzicami do dzielnicy, którą do dzisiaj nazywam domem. W środku roku szkolnego przyszłam do klasy 4D, w której już siedziała Monia. Jak się potem okazało – oczekiwała pojawienia się wysokiej blondynki (moja siostra przyszła do tej szkoły przede mną, z racji mojego przeziębienia w listopadzie 1995 roku) i czuła, że się zaprzyjaźnimy. Gdy przyszłam, okazałam się być pryszczatą brunetką, jednak nie przeszkodziło nam to w przyjaźnieniu się (ale jak to Monia zawsze zaznacza – nigdy nie siedziałyśmy razem w ławce). Wiele razem wtedy przeszłyśmy, jej dom stał się moim drugim. Mimo że bardzo się różnimy (zwłaszcza w rozumieniu pojęcia punktualności i zorganizowania) stałyśmy się jakby rodziną. Do liceum również chodziłyśmy razem, z tym że już nie do tej samej klasy, co powodowało czasem przerwy w kontaktach. Stałyśmy się jednak dla siebie kimś, kogo przyjmuje się w piżamie i w bałaganie, bo to przecież swój. Kimś, do kogo w każdej porze dnia i nocy można zadzwonić, bo się np. zapomniało kluczy. Kimś, kogo można opluć ze śmiechu swoim lekarstwem i kimś, po kogo dzwoniło się, żeby spał w pokoju, bo się jest chorym i trzeba mieć kogoś w razie wu. Kimś, z kim paliło się pogańskie i okultystyczne książki po nawróceniu. Równocześnie niestety kimś, kto się nawzajem ranił różnymi młodzieńczymi głupotami. Jej rodzice wsadzali mi w łapę kasę i posyłali do Międzylesia na weekend, gdzie Monia regularnie leżała w szpitalu.  Tak się jakoś złożyło, że w tym samym czasie przeżyłyśmy nawrócenie, całkiem niezależnie od siebie i Monia zaprowadziła mnie do wspólnoty, gdzie przeżyłyśmy nasze katolskie dzieciństwo i narodziły się inne przyjaźnie, trwające do dziś. Chodziłyśmy razem do parku z naszymi psami, wspólnie bałyśmy się pójść do zakonu. Chciałyśmy kiedyś iść do salonu z sukniami ślubnymi, żeby sobie poprzymierzać, bo przecież na pewno będziemy zakonnicami. Wspólnie przeżywałyśmy porzucenie sutanny przez naszego byłego duszpasterza. Bardzo się różnimy, teraz pewnie byśmy nawet nie zwróciły na siebie uwagi. Mamy różne grupy znajomych, różne rzeczy nas interesują. Mamy jednak siebie i z tego powodu czuję się bardzo pobłogosławiona. Moje babcie ciągle o nią pytają, nawet mój tata wie, „która to jest”. W domu jej rodziców do tej pory czuję się jak u siebie, a szum ruchu kołowego naszej dzielnicy przerywa czasem głośny klakson i „KachaTejKurde” autorstwa jej Taty. Na sobie nauczyłyśmy się mówić drugiemu „kocham cię”. Jesteśmy jak rodzina, rodziną się nie przestaje być.

Monia marzyła o tym, żeby zostać lekarzem. Próbowała dostać się na studia wiele razy, zdążyła już nawet skończyć inne. Aż wreszcie się udało, a teraz po 6 latach została absolwentką. W zeszły piątek na tę okoliczność jej Rodzice zorganizowali dla niej grilla-niespodziankę, zapraszając jej przyjaciół i przygotowując pyszne jedzenie.

Monia jest promyczkiem i wszyscy wybuchają już śmiechem na sam dźwięk jej śmiechu (w marcu na moich urodzinach główną atrakcją stał się przyjazd straży pożarnej do kamienicy obok, do tej pory nie wiem, co ją tak w tym śmieszyło). Udowadnia, że mimo poważnej choroby można zrealizować swoje marzenia i nie wolno się poddawać. Proszę o modlitwę za nią, tym bardziej, że teraz razem ze swoją Mamą maszerują do Częstochowy.

blog blog1 blog2 blog3 blog4 blog5 blog6

P.S. To już (albo dopiero) trzecia impreza-niespodzianka, na jakiej byłam. Wszystkie są ekstra! Ludzie, róbcie niespodzianki!

Za dużo.

Pan jest łagodny i miłosierny,
nieskory do gniewu i bardzo łaskawy.
Pan jest dobry dla wszystkich
a Jego miłosierdzie nad wszystkim, co stworzył.

kawałek Psalmu 145,

który dzisiaj jest śpiewany

***

Tak sobie myślę, że za dużo dookoła katolickiej i antykatolickiej agresji, która niczego dobrego nie buduje, nikogo do niczego nie przekonuje, ale solidnie rujnuje. Po co? Przeczytałam ostatnio na Twitterze cytat z bodajże św. Bernadetty Soubirous – „Nie mam przekonywać, a informować.”. Chrześcijanin WE WSZYSTKIM ma się kierować najpierw miłością. Miłość ta objawia się w zależności od sytuacji bardzo różniście, nigdy jednak nie ma nic wspólnego z poniżaniem. Ma być jak jego Bóg.

To nie jest wiek dla samych kobiet.

Do tego tekstu przymierzałam się kilka lat, temat siedział w mojej głowie cały ten czas, jednak czułam, że to jeszcze nie jest ten moment. Czytałam czy słyszałam gdzieś ostatnio, że działanie Ducha Świętego w człowieku objawia się w jego (człowieka) zdolności do ciągłej zmiany (na lepsze).  Bardzo mi się to spodobało, chciałabym przestać się zmieniać na lepsze minutę po śmierci, więc nie twierdzę, że to, co jest poniżej to koniec tematu. Mam jednak wrażenie, że pierwszy raz w życiu w tej kwestii jestem WOLNA, a to już dobry pierwszy owoc, który wiosnę czyni.

Nie jest to tekst przeciwko niczemu ani nikomu. To jest tekst pro – pro szczęście. Naprawdę uwielbiam ideę faceta jako takiego oraz w praktyce niektóre egzemplarze szczególnie (żeby nie było, że jakaś wojująca jestem).

Trudno znaleźć mi początek. Gdy się nawróciłam, bałam się, że muszę iść do zakonu. Miałam wtedy 18 lat, potem zdawałam maturę, czas dużych decyzji. Nie chciałam (bo siostry noszą welon i nie mogą golić nóg*) i się z tym mocowałam bardzo mocno i tragicznie. Istniały wtedy tylko dwie alternatywy – małżeństwo albo zakon. Ks. Piątkowski z niezwykłym urokiem zapytał mnie kiedyś, czy jestem gotowa na każde powołanie. Małżeństwo? Tak. Zakon? Tak (wtedy już przegryzłam temat). I nagle padło: a starą panną? Ja oczywiście, że tak, ale czułam się wtedy jakby ktoś mi właśnie oznajmił i pokazał zdjęcia z kosmosu, że ziemia jest  jednak okrągła.

Mieszkam całe życie w dużym mieście, w rodzinie o hipisowsko-ateistycznych poglądach mnie chowano, więc wyposażono mnie w  życie pod tytułem: „rób, jak uważasz, byle byś była szczęśliwa” (ja skręciłam w ostro konserwatywny nurt, co mój ojciec kiedyś wprost nazwał swoją porażką wychowawczą ;) ). Moja mama nie jest typem kury domowej, a raczej torpedy biznesłumen – mój najbliższy fizycznie wzorzec kobiecości. Wszystko sama, wiertara i remonty jej nie straszne, co tam rozklekotany maluch i przeróbka sieci elektrycznej. Babcia powtarza, że jakby wiedziała, jak to jest, to w życiu by za mąż nie wyszła (ale sama święta nie jest, wszyscy mówią, że dziadek w kapciach do nieba pójdzie ;) ). Zawsze podskórnie wiedziałam, że ściemniają obydwie, dzisiaj jestem tego pewna. Nikt mnie nigdy do niczego nie zmuszał, nie wtłaczał żadnego konkretnego wzorca czy sposobu życia jako tego właściwego i jedynego.

Lata mijały, ja – poza krótkim epizodem na początku studiów – ciągle byłam sama. Przebojowa głosiłam naokoło, że Jezus nas kocha. Potem wyjechałam na rok, wróciłam na studia i zaczął się bardzo fajny etap w moim życiu. Byłam ciągle sama, jednak nie wadziło mi to po powrocie, ponieważ w związku ze zmianą studiów musiałam zrobić 1,5 roku w rok – miałam co robić. Nowi ludzie, nowe DA i de facto pierwsza miłość (studząc emocje od razu nadmienię, że nieodwzajemniona). Kiedy po kilku miesiącach dowiedziałam się już na pewno, że nic z tego nie będzie, żyłam sobie dalej, coraz bardziej tęskniąc za tym, żeby się z kimś związać. Nałaziłam się z wózkiem podczas mojej rocznej przerwy (byłam au pair w Bawarii) i zajmowałam się łącznie 3 dziećmi w różnym wieku, więc nie miałam histerycznego parcia na wózki, śpioszki i pieluszki, odarto mnie skutecznie z wszelkich romantycznych wizji dotyczących macierzyństwa (zmywanie efektów biegunki dziecku z pleców zaliczone, podobnie jak gotowanie obiadu i wieszanie prania z dzieckiem na rękach). Efekt jednak był taki, że robiłam się coraz starsza i zaczynałam już lekko świrować. Z jednej strony było mi dobrze z sobą samą, a jednocześnie zaczęło coraz bardziej napierać na moją głowę, że to jest patologiczne, będę starą panną i nie będę pasować do reszty. Że nikt mnie nie kocha i pewnie coś jest ze mną nie tak. Trwało to wiele lat z różnym stopniem natężenia. Frustrowało mnie to, że muszę wszystko sama w domu – pęknięta rura, zepsuta lodówka, awaria samochodu. Przerastało mnie to i byłam już zmęczona dogadywaniem się z fachowcami (ale szło mi bardzo dobrze). W międzyczasie się zakochałam ponownie, długa i skomplikowana historia, w efekcie i tak nic z tego nie wyszło (ale o obydwu panach myślę bardzo serdecznie i ciepło i uważam, że dobrze się ostatecznie stało, jak się stało :) ), a potem się w końcu związałam. Związana byłam 1,5 roku, szczegóły zachowam dla siebie i dla tych, którzy je już i tak znają. Związek ten trwał do początku stycznia tego roku. Okazało się prawdą to, co wiedziałam wcześniej teoretycznie – albo być w dobrym związku albo nie być w żadnym. W styczniu stanęłam na nogi, uwierzyłam na nowo w siebie, podjęłam drastyczną decyzję i skręciłam nagle i niespodziewanie w boczną ulicę z autostrady. Od wielu miesięcy nie czułam się tak kochana i doceniana jak teraz, mimo że jestem sama. O wartości człowieka nie decydują żadne zewnętrzne czynniki, mimo że niektórzy uzurpują sobie prawo jej oceny. Na fali malskiej wiosny Bóg znowu dmuchnął w moją duszę i dał mi pokój. Nic nie muszę, niczego mi nie brakuje, jestem piękna i wartościowa. Nauczył mnie wdzięczności. Nie są to żadne zabiegi odwracające uwagę od faktycznego „problemu” (BO PRZECIEŻ JESTEM SAMA) – „odwracanie uwagi” w tych kwestiach jest działaniem wybitnie krótkofalowym i tylko zamiataniem kurzu pod łóżko. Jest wiele niedocenianych i przerażająco nieszczęśliwych kobiet, bardzo skrzywdzonych zarówno przez mężczyzn, jak i przez inne kobiety.

Nie muszę wychodzić za mąż, nie muszę mieć dzieci – pierwszy raz w życiu powiedziałam to sobie kilka tygodni temu ze szczerym i radosnym sercem. Chciałabym, ale jeżeli tak się nie stanie to i tak mam zamiar być szczęśliwa jak nie wiem co. Nie zazdroszczę moim koleżankom, które wychodzą za mąż, które rodzą dzieci – cieszę się razem z nimi uważam, że to super. Kibicuję im i mam nadzieję, że one też są i będą szczęśliwe jak nie wiem co. Uwielbiam patrzeć na dzieci przyjaciół, jak się rozwijają, czego się uczą. Nie myślę wtedy o tym, że ja nie mam (i być może nigdy mieć nie będę). Nie wiem, co będzie ze mną na starość – ufam, że skoro Bóg nie zostawia mnie teraz, wtedy też mnie nie zostawi. Żałuję, że moje babcie nie mają prawnuków i tego, że moje potencjalne dzieci nie będą ich znały. Jednak to nie jest potrzebne do zbawienia –  ani babciom ani potencjalnym dzieciom. Gosia powiedziała mi kiedyś niesamowicie mądrą rzecz – odpowiedni czas na dzieci jest wtedy, gdy jest mama i odpowiedni tata. Biologii nie oszukam, mogę się nie załapać. Jednak pozwalam Bogu na to, żebym się nie załapała i to mi daje niesamowity luz.

Samotność to ciężki krzyż, naprawdę. Czasem chciałabym coś porobić, z kimś wyjść, a nikt akurat nie ma czasu, na wakacje też ciężko z kimś się umówić i razem wyjechać. W kobiecej głowie ciągle powracają pytania dotyczące własnej wartości i potrzeba potwierdzenia jej przez coś lub przez kogoś. Sytuacja finansowa nie jest do pozazdroszczenia – jeżeli rzucę pracę, nie będzie kasy, na mieszkanie własne nie będzie mnie stać prawdopodobnie nigdy (Bóg nie lubi słowa nigdy, ale wolę myśleć w ten sposób, bo wolę być pozytywnie zaskakiwana ;) ). Wracam do domu, a tam czeka na mnie tylko pies. Czasem wydaje się, że wszystkie zabiegi, praca, obowiązki na marne, bo nikomu to nie służy. Pomyślałam jednak kiedyś, że skoro Bóg wymyślił mnie przed założeniem świata, chciał mnie akurat tu i teraz, to moje życie nie może być bez sensu. Bóg mnie chce i to znaczy, że jestem chciana. Moja druga babcia nie gotuje dla siebie obiadu, jeżeli nikt nie ma przyjść „bo po co dla siebie”. A ja mówię nie – robię wymyślne obiady, piekę ciasta dla siebie samej. Nie obchodzi mnie, że mojego nagiego ciała nikt nie ogląda – ja oglądam i chcę, żeby mi się podobało.

Robię swoje, akceptuję siebie, kocham siebie. Mam wspaniałych przyjaciół i zwariowaną rodzinę. Względne zdrowie mimo choroby, dwie ręce i nogi. I to jest wszystko bardzo banalne, ale to jest dla mnie najważniejszy tekst-świadectwo na tym blogu. To nie jest tak, że szczęście człowieka jest tylko i wyłącznie w jego głowie. Człowiek potrzebuje do szczęścia przynajmniej minimum poczucia bezpieczeństwa – pracy, dachu nad głową. Dużo jednak zależy od tego, co w głowie. Są gorsze dni, większe awarie czy chociażby przeziębienia, gdzie sama i tak muszę iść do sklepu i na spacer z psem. Biorę wtedy na przeczekanie i wracam do robienia tego, co absolutnie konieczne. Dom się nie posprząta sam, pranie nie upierze.

Samotność to nie jest życie drugiej kategorii, a mąż/dziecko to nie jest lek na całe zło, to nie jest lek na żadne zło.

*okazało się, że zakonnice mogą golić nogi, więc kamień spadł mi z serca.

Śrem song

 

Mówi się (w Polsce, bo z tego, co czytam wynika, że np. w Ameryce nikt nie wstydzi się powiedzieć „Bóg mi powiedział”), że Bóg nie odpowiada na modlitwy, że modlitwa jest monologiem. Jest to jedna z większych stereotypowych bzdur o Bogu.

Jezus nazwał Ducha Świętego Pocieszycielem, to znaczy, że w każdym, kto dostał Ducha (czytaj każdy ochrzczony), siedzi Duch Święty ze wszystkimi Swoimi darami (które trzeba wypakować w odpowiednim czasie, ale to nie jest post o tym) i że Duch Święty ma go pocieszać.

Nie jestem pneumatologiem (uwielbiam ten wyraz :D), nie wiem więc, czy Duch Święty działa tak (jak zaraz napiszę) we wszystkich. We mnie działa tak, że pociesza mnie, przypominając różne piosenki; lubuje się w piosenkach świeckich (Marek Grechuta np. czy ostatnio Roy Orbison). Przypomina mi „się” czasem niespodzianie jakiś cytat (z Grechuty pierwszy był np. „Nie bój się, ty nie idziesz sama” z tej piosenki) i czasem w środku mi się śpiewa to przez jakiś czas. Piosenka, której dawno nie słyszałam, piosenka, o której dawno nie myślałam – ni z gruszki, ni z pietruszki. Duch Święty lubi też kanony z Taize (fajny i szybki sposób na uwielbianie Boga, gdy siedzi się i koloruje tabelki w fabryce).

Nie ma to nic wspólnego z muzycznie natrętnymi piosenkami disco polo, których się człowiek nie może pozbyć z głowy, bo w biurze koledzy robili sobie jaja i przypominali wesela. Po czym poznać? Po tym, że są jak grom z nieba i realnie zmieniają patrzenie i poczucie. Następnym razem, gdy przypomni Wam się jakaś piosenka, zastanówcie się chwilę albo poszukajcie całego tekstu w internecie :)

Zmieniając temat (chociaż pozostając ciągle w niebie, tyle że w gębie) dalej będzie o tym, co łączy Śrem (w Wielkopolsce) i Eton (w Anglii). Jednego popołudnia zadzwonił znajomy, czy coś robimy, a ja pomyślałam, że dobrze byłoby wybrać się do Śremu na lody. Śrem to miejscowość ok. 40 km od Poznania, gdzie warto pojechać na jakiś (np. weekendowy) spacer (mają wspaniały park przypominający las i promenadę wzdłuż Warty), a potem iść na lody (ileż można jeździć do Kórnika i Rogalina). Okazało się, że tutaj podają etonmessowe lody, czyli śmietankowo-truskawkowe z bezą. Był to chyba ich lokalny wyrób, bo nigdzie wcześniej takich nie jadłam.

Lubię proste potrawy, których nazwy składników potrafię wymówić. Beza, śmietana i truskawki to połączenie prawie oczywiste. Skoro mamy sezon truskawkowy, a ja chciałam sobie poprawić humor po tym, jak mi pewien pan zrobił garaż z mojego bagażnika, poszłam po jajka i zrobiłam hipisowską Pavlovą, czyli Eton mess („bałagan z Eton”). Jest bajecznie prosty, efektowny i pyszny!

20140614_173626

Eton mess

Potrzeba: ok. 1 kg truskawek (zależy, ile się chce; można inne owoce), 05-1 l śmietany kremówki (zależy od preferencji) i bezy.

Bezy: ubić białko z 6 jajek, dodając stopniowo 1,5 szklanki cukru, a na końcu szczyptę soli. Z ubitego białka łyżeczką układać przyszłe beziki na blasze wyłożonej papierem do pieczenia. Piec 60 minut w 140 stopniach (120 jeżeli termoobieg). Mi wyszły dwie blaszki bez (trzeba zachować odstępu, bo one pączkują w czasie pieczenia). (przepis Sohpie Dahl z „Apetycznej panny Dahl”).

Bezy mogą być oczywiście kupne, ale ja takich nie uznaję, więc zrobiłam swoje.

Przygotowanie deseru: Wystudzić bezy, ubić śmietanę, pokroić truskawki. Można układać warstwami albo jak leci (ja preferuję „jak leci”), w poszczególnych pucharkach albo w jednej dużej misie. Połamać bezy (lub wkładać w całości, w zależności jakie duże wyszły), wrzucać na zmianę z truskawkami i śmietaną, aż miseczka się zapełni.

Ich Trzech, czyli co tu dużo gadać.

Bracia, radujcie się, dążcie do doskonałości, pokrzepiajcie się na duchu, jedno myślcie, pokój zachowujcie, a Bóg miłości i pokoju niech będzie z wami! Pozdrówcie się nawzajem świętym pocałunkiem! Pozdrawiają was wszyscy święci. Łaska Pana Jezusa Chrystusa, miłość Boga i dar jedności w Duchu Świętym niech będą z wami wszystkimi!

2 Kor 13,11-13

***

Człowiek chce wiele rzeczy (niektórzy wszystko) zrozumieć i sobie wytłumaczyć, mierzy do tego swoją miarą, próbując wszystko wetknąć w ludzkie wąskie myślenie o czasie i przestrzeni. Dodatkowo magluje to przez swoje doświadczenie życiowe, bo na jego podstawie funkcjonuje w teraźniejszości i na jego podstawie patrzy w przyszłość. Rozumie to, że szampon może być 3 w 1, ale nie rozumie tego, że Bóg jest 1 w 3. I nie zrozumie, bo to TAJEMNICA. Coś z tym fantem jednak trzeba zrobić. Pomyślałam sobie kiedyś, że Kościół to są ludzie „zwykli”, ludzie „niezwykli” (na purpurowo i w górę), Bóg oczywiście też, ale także poszczególne relacje między n(N)imi wszystkimi. Nie jest to zatem wyłącznie instytucja, wyłącznie grupa modlitewna, wyłącznie naukowa teologia i filozofia – Kościół jest żywy. Żywy dlatego, że w nim buzuje i jest dynamiczny, a tym, co go napędza są relacje. I tak patrzę na Trójcę Świętą – nie tylko jak na Trzy Poszczególne Osoby (bo jak tu Ducha Świętego wyobrażać sobie jako człowieka!?), ale też na to, co dzieje się między Nimi. Jezus jest jak Bóg Ojciec, ale nie jest Nim. Duch Święty jest jak Jezus, ale nie jest Nim. Do bezsensu dochodzę bardzo szybko, ale sobie myślę – a niech tam sobie będą. Nie muszę tego rozumieć, mam doświadczenie Każdego z Nich z osobna.

Kwestia Trójcy Św. wydaje się to być podstawą wiary, którą wyznaję, jednak już na samym początku można sobie rozbić głowę o ten mur. Nie rozumiem tego. Wiem tylko z własnej skóry, że Bóg nie kłamie. Dał Zbawiciela, dał Pocieszyciela. Skoro mówi, że jest Trójjedyny, niech sobie będzie. Całe szczęście nie muszę tego rozumieć.

P.S. Zwróciliście uwagę na czytaniu? Święci nas dzisiaj pozdrawiają!

Uwierz w Ducha!

P1210778

Wczoraj był ciężki poniedziałek rozpoczęty godzinnym zaspaniem i zatkanymi uszami (prawdziwa zmora, nie polecam), niedziela była wybitnie w drodze. Reasumując, nie było kiedy.

Na Ducha Świętego czekałam w tym roku sama na plaży. I było to chyba najlepsze czuwanie ever. Robiłam swoje, czytałam świeckie rzeczy, patrzyłam, myślałam, ale wiedziałam, że unosi się nad wodami.

Nigdy nie byłam częścią „Odnowy w Duchu Świętym”, jednak jest to ruch, który mojej duchowości jest mimo wszystko najbliższy. „Mimo wszystko” to znaczy – mimo wszystkich zarzutów, które kieruje się pod jej adresem, słusznych lub nie (w zależności od wspólnoty i opiekuna duchowego) i mimo niebezpieczeństw, które zastawiają swoje pułapki między niesamowitościami. Gdybym sama w życiu pewnych rzeczy nie poczuła na własnej skórze, uważałabym jej członków za oszołomów. Ważnym jest, by pamiętać, że istota „Odnowy…” nie polega na „fruwaniu” (jak wśród znajomych określamy całokształt niesamowitości na spotkaniach tego typu) – wszystkie dary są dane wspólnocie po coś. Po to, by być szczęśliwym, zdrowym i w prawdzie iść do Boga, a co za tym idzie do człowieka i siebie samego. Bóg posługuje się ludzką naturą, ale także często ją przekracza, by pokazać swoją moc.

Pierwszy raz ze spoczynkiem w Duchu Świętym spotkałam się bez żadnego teoretycznego wprowadzenia. Wyjeżdżałyśmy z przyjaciółką z rekolekcji, a kapłan powiedział, że nas pobłogosławi, ale – nie wiedzieć czemu – zabrał nas dwie do kaplicy. Wtedy widziałam pierwszy raz w życiu spoczynek w Duchu Świętym. Nie przejęłam się tym czymś za bardzo, myślałam po prostu, że zemdlała i już. Jasiu (kapłan) powiedział, że to normalne, że możemy iść, a ona zaraz przyjdzie. Jak dziecko przyjęłam to do wiadomości i tyle. Nie wracałam myślami do tamtego wydarzenia, miałam dużo swoich atrakcji egzorcystycznych w tamtym czasie i w ogóle nie wiedziałam, że Duch Święty tak robi.

Wiele miesięcy później wyjechałam na kolejne rekolekcje, gdzie miała miejsce modlitwa wstawiennicza – wylanie Ducha Świętego. Siostra powtarzała z uporem maniaka, że nie mamy się martwić, jak nic nie będzie widać, bo Duch i tak na każdego zstąpi. U niektórych to po prostu widać. A ja ciągle nie rozumiałam, jak to ma być niby widać. Nic, zaczęli się modlić i zachęcali, żeby podchodzić. Przed klęknięciem miałam powiedzieć, o jaki dar proszę Ducha Świętego. Powiedziałam. Potem jak klęczałam, a oni się modlili, pomyślałam, że po co mi ten dar i chciałam wstać powiedzieć, że jednak chcę inny. W tym samym momencie po prostu się położyłam – poczułam, że moje nogi już reszty nie utrzymują. Z małymi przerwami leżałam w kaplicy jakieś 3 godziny (Bóg się zmiłował, bo leżałam na środku i zawadzałam, więc dał mi dojść do ławek, gdzie tak leżałam między dwoma ławkami, nikomu już nie wadząc) i leżałabym pewnie do rana, gdyby mi nie pomogli dojść do pokoju. Siostry siedziały w ławkach, modląc się i pękając ze śmiechu z tego Ducha Świętego. A ja leżałam jak na haju, było mi cudnie. Nie czułam ciała, byłam przytomna i ciągle uśmiechnięta. Mogłam mówić, ale po co mówić, skoro czuje się takie rzeczy, których opowiedzieć nie można. Był to mój pierwszy i najbardziej spektakularny spoczynek w Duchu Świętym (potem przez jakiś czas leżałam na każde błogosławieństwo, działało niestety także przez ściany – Natan, pamiętasz na Twoim diakonacie? ;) ). Oczywiście bardzo szybko wyrosła obok mnie frakcja sprowadzająca mnie na ziemską stronę mocy, powodując u mnie straszliwy mętlik w głowie. Wylądowałam więc znowu (tym razem profilaktycznie bardziej) u ks. Piątkowskiego, ówczesnego lokalnego speca od egzorcyzmów i „Odnowy w Duchu Świętym”. Pomodlił się, na koniec pokiwał głową, mówiąc „Co z ciebie wyrośnie?!” i dał buziaka w czółko.

Od tamtego czasu minęło 10 lat, zdarzyło się jeszcze kilka spoczynków w moim życiu, mądrzy ludzie i sam Duch nauczyli mnie obchodzić się z tym. Czyta się, słyszy się, „żeby tego nie chcieć”. Zastanawiam się, JAK MOŻNA TEGO NIE CHCIEĆ?! Jest to niesamowite uczucie i poczucie Bożej mocy, które ogarnia i otula, dając poczucie bezpieczeństwa – kto tego nie chce? Ja chcę. Wydaje mi się, że chodzi po prostu o to, żeby nie uzależniać od tego swojej wiary w to, że Duch przychodzi. Nie szantażować Boga, nie wymuszać na Nim (byłam kiedyś na czuwaniu, gdzie kapłan – moim zdaniem – „wymuszał” dar języków, czułam się zażenowana). Bóg zstępuje jak chce – Bogiem jest, wolno Mu robić, co chce. Uczucia są złudne, lubi wykorzystywać je także Zły – tutaj tkwi ogromne niebezpieczeństwo ruchów charyzmatycznych. Zły może się podszywać; kusi, by wystawić Boga na próbę. Dary Boże mogą budzić zazdrość i dzielić tym samym, zamiast łączyć. Żaden człowiek ani wspólnota nie może się nimi „szczycić” – nie są ich. Wierzyć Bogu, to zostawiać Mu wolność w działaniu.

Nie czytam naukowych opracowań na temat spoczynku, nie jestem żadnym ekspertem; dzielę się swoim doświadczeniem. Doszłam do etapu, gdzie – jak okoliczności zaczynają być sprzyjające – mówię Bogu, żeby siary nie robił, bo to zawsze sensacja jest gdzieś w większej grupie. Uwielbiam słuchać daru języków, mimo że sama go nie mam. Słyszałam, gdy człowiek, który nade mną się modlił, mówił w jakimś semickim języku i wspaniale wymawiał wszystkie ichnie gardłowe głoski (módl tu się nad filologiem). Uważam, że to jest niesamowite, piękne i fascynujące. To umacnia w drodze do Boga, pomaga. Ale nic tak nie umacnia i nie pomaga jak Eucharystia, spowiedź, dekalog, Pismo Święte i posłuszeństwo Kościołowi.

P.S. Na zdjęciu płatki czerwonych róż, sypane w rzymskim Panetonie w minioną niedzielę, jako symbol zstępującego Ducha Świętego. Zdjęcie autorstwa DonT’a, ale mówił, że nie muszę pisać, że nie moje.

9. dzień nowenny do Ducha Świętego

Modlitwa wstępna:

Duchu Święty, Boże, który w dniu narodzin Kościoła raczyłeś zstąpić widomie na apostołów, aby oświecić ich rozum, zapalić serca, utwierdzić w wierze i życie ich uświęcić, błagamy Cię najgoręcej w czasie tej nowenny, abyś również nam raczył udzielić tych samych darów dla naszego uświęcenia i wzrostu chwały Bożej. Przez Chrystusa, Pana naszego. Amen.

Pismo święte poucza: „Kiedy nadszedł dzień Pięćdziesiątnicy, znajdowali się wszyscy razem na tym samym miejscu. Nagle dał się słyszeć z nieba szum, jakby uderzenie gwałtownego wichru, i napełnił cały dom, w którym przebywali. Ukazały się im też języki jakby z ognia, które się rozdzieliły, i na każdym z nich spoczął jeden. I wszyscy zostali napełnieni Duchem Świętym, i zaczęli mówić obcymi językami, tak jak im Duch pozwalał mówić (Dz 2,1-4).

Módlmy się: Duchu Święty, który sprawiłeś, że apostołowie mówili różnymi językami, spraw abyśmy w życiu chrześcijańskim potrafili mówić językiem słów, językiem czynów, językiem przykładu i wszystkimi możliwymi językami dla pomnożenia chwały Bożej. Amen.

Ojcze nasz…

Módlmy się:

Boże, Ty otworzyłeś nam bramy życia wiecznego wywyższając Chrystusa i zsyłając nam Ducha Świętego, spraw, aby tak wielkie dary umocniły nasze oddanie się Tobie i pomnożyły naszą wiarę. Przez Chrystusa, Pana naszego. Amen.