Siemię.

Dzisiaj będzie raczej dla kobiet, ale może jakiś pan chciałby służyć dobrą radą jakieś pani i jej zaimponować, więc niech czyta, kto chce.

W ciągu ostatniego roku jakość mojego życia poszybowała ostro w górę. Wiele lat temu pewien lekarz powiedział mi, że boli mnie, bo jestem kobietą (w dosłownym sensie że mnie boli, nie że mam jakiś Weltschmerz w związku z moją płcią). Znosiłam wszelkie trudny, teraz wiem, że bardzo dzielnie. Dwutygodniowy PMSowy koszmar był na porządku dziennym, więc w sumie można powiedzieć, że połowę mojego życia spędziłam na snuciu wizji samobójstwa. W ostatnim czasie okropne problemy gazowo-jelitowe, cerowe i wszystko razem sprawiało, że dobrze czułam się jakiś tydzień w miesiącu. Myślałam, że tak musi być. Dziś wiem, że nie musi.

Prawie rok temu zostałam zdiagnozowana (sama się zdiagnozowałam, bo to nie było trudne, do lekarza poszłam po receptę i wyrok czy pod nóż czy nie – nie trzeba było, się okazało) i dostałam leki, które najpierw opornie, potem bardzo skutecznie udowodniły mi, że ten świat nie jest taki zły, niech no tylko poziom TSH będzie spoko. Ten post jednak jest o czymś innym (jak zostało mi oznajmione na moim niedawnym przyjęciu urodzinowym, ja nie potrafię opowiedzieć o czymś w mniej niż 10 zdaniach, więc…) – jest o siemieniu lnianym.

Zakumplowałyśmy się z Moniką (@kotywbutach) kilka dobrych miesięcy temu i od tego czasu stale na łączach przekazujemy sobie super sposoby na różne straszne dolegliwości oraz piszczymy na samo wspomnienie Lisy Eldridge (o której pisałam już tu).  Monika pewnego zimowego dnia napisała mi informację-hit o tym, że siemię lniane eliminuje ból miesiączkowy. Że sama sprawdziła, bo jej to koleżanka powiedziała i u tamtej działa, więc ona wypróbowała i u niej też działa, a cierpiała strasznie całe życie. Pomyślałam, że ok., skoro dwie mówią, że tak jest, nic nie szkodzi mi spróbować (ale nastawiona byłam sceptycznie). Na początku miewałam problemy z konsekwencją i regularnością. Dwie łyżeczki siemienia wsypywałam do połowy jogurtu greckiego i mieszałam z łyżeczką miodu – w słoiczek i do pracy na 15. śniadanie. Monia mówiła, że miesiąc jadła (czyli cały cykl) i o godzinie zero nie brała już tabletek! Cudowna perspektywa, biorąc pod uwagę moje obliczenia, ile już przeciwbólowych na tę okazję zżarłam byłam. Siemię lniane w moim domu stosował tata – gotował gluty i na żołądek, ostatnio dostawał Leon przy biegunce. Szukając właściwości siemienia, wyskakują oczywiście wyniki dotyczące właśnie układu pokarmowego i różne inne, ale kiedyś sama podobne teksty pisałam, więc wiem, że trzeba z dystansem traktować wypociny na temat cudownych właściwości ziół i innych – o zbawiennym wpływie na ból miesięczny nigdzie ani słowa. Przechodząc do konkretów – po dwumiesięcznym spożywaniu nasionek – zero gazów, o wiele ładniejsza cera i paznokcie i… ból miesiączkowy zredukowany o jakieś 80-90%! Miałam swoją godzinę zero niedawno i TO NAPRAWDĘ DZIAŁA. Jestem trzecią kobietą, o której wiem, że TO DZIAŁA – nie wiem, czy na wszystkie. Pomyślałam jednak, że się tym podzielę, bo warto spróbować, tym bardziej że nie ma to żadnych skutków ubocznych – Liga radzi i nie zdradzi.

Z tego, co gdzieś czytałam wynika, że po zmieleniu ziarnka siemienia szybko się utleniają (ergo tracą wiele swoich właściwości), więc najlepiej mielić je samemu krótko przed zjedzeniem. Ja dwa miesiące jadłam jednak kupne mielone siemię lniane (dwie płaskie łyżeczki + pół jogurtu greckiego + łyżeczka miodu) i zadziałało. Teraz kupiłam ziarenka, bo babcia oddała mi swój stary młynek do kawy i mielę na bieżąco. I nie wiem czy to jest jasne, ale wolę to zaznaczyć – nie ma co oczekiwać efektów po tygodniu brania, to nie aspiryna ani środek przeciwbólowy. Ważna jest konsekwencja i regularność.  Spróbować zawsze można :) Podajcie dalej!

Za kulisami. Jakby.

Wiedział bowiem, że przez zawiść Go wydali. A gdy on odbywał przewód sądowy, żona jego przysłała mu ostrzeżenie: Nie miej nic do czynienia z tym Sprawiedliwym, bo dzisiaj we śnie wiele nacierpiałam się z Jego powodu.

(gdzieś tutaj: Mt 26,14-27,66)

***

We fragmencie powyżej mowa o Piłacie oczywiście. Moje refleksje w temacie tego pana wyartykułowałam już tutaj (pokręciłam Piłata z Herodem wtedy, już poprawiłam, ale na przyszłość proszę mi zwracać uwagę, gdy zaczynam bredzić).

Film „Pasja” oglądałam raz i raczej wystarczy mi na całe życie. Z filmu pamiętam najbardziej trzy sceny – kiedy Maryja z Marią Magdaleną ścierały szmatami z białych kamieni krew Jezusa po biczowaniu, żonę Piłata (dobra, to więcej niż scena) i rozdarcie zasłony przybytku z trzęsieniem ziemi w momencie śmierci Jezusa. Fragmenty Męki, które wcześniej jakoś nigdy mnie nie zahaczyły.

W czytanym wczoraj fragmencie Męki Pańskiej padają słowa żony Piłata, której Biblia nie nazywa (określa się ją imieniem Prokula). Cóż z nich wynika? Na pewno to, że mężczyźni powinni modlić się o mądre żony, a potem powinni słuchać ich rad. Wczoraj jednak uświadomiły mi one coś, czego w sumie nikt nie mówi (ja przynajmniej nie słyszałam), a co jest jakby dla mnie kontynuacją tego, co Mel Gibson pokazał na filmie – żona Piłata przyniosła Maryi i Marii Magdalenie kawałki materiału, którymi wycierały krew Jezusa. Do ogrodu Getsemani Chrystus wziął ze sobą uczniów i prosił ich o modlitwę i wsparcie. Wczoraj na ostatnim kazaniu pasyjnym na „Gorzkich żalach” ks. W. mówił, że Bóg nie patrzy na człowieka z góry, lecz z dołu. Jezus patrzy z dołu na człowieka i prosi go o pomoc. Kiedy trzeci raz przychodzi sprawdzić czy się modlą, już nawet ich nie budzi. Kawałek dalej była jednak kobieta, która nie spała spokojnie. Kobieta, która wiedziała, przez Kogo nie może spać, która nie miała w związku z tym pretensji. Zawstydza mnie.

***

Wielkanoc zaczyna się w Wielki Czwartek – największe święto chrześcijaństwa trwa 4 dni. Piękno liturgii Triduum Paschalnego jest oszałamiające, choć bardzo smutne. Wielki ołtarz pozbawiony kwiatów, obrusów, brak dzwonów i dzwonków, tylko głuche kołatki; ciemność i ogromny krzyż po środku.

Ten sam.

A jeżeli mieszka w was Duch Tego, który Jezusa wskrzesił z martwych, to Ten, co wskrzesił Chrystusa z martwych, przywróci do życia wasze śmiertelne ciała mocą mieszkającego w was swego Ducha.

Rz 8, 11

***

To ciągle ten dam Duch. Ten sam, Który unosił się nad wodami zanim powstały lądy. Ten sam, Który napełnił Maryję. Ten sam, Który zdjął apostołom klapki z oczu. Ten sam, Który wieje podczas wyboru papieża. Ten sam, Który był na ślubie moich prapradziadków. Ten sam, Którego dostałam na chrzcie, a poprawkę na bierzmowaniu. Mogę spać spokojnie, wypróbowany.

Action girl.

  • W okolicach pierwszej połowy roku 2010 oglądam film “500 dni na miłość” i pomyślałam, że chciałabym kiedyś pracować w firmie, która robi pocztówki.
  • Potem kończę studia i moje życie przestaje być inspirujące, żywe i optymistyczne, już nie spędzam całych dni z ludźmi, których kocham i nad rzeczami, które również kocham (kochałam).
  • Miotam się zawodowo, próbując (zbyt) wielu rzeczy, mojemu psu (przyjaciel dorastania i w ogóle – kto miał psa, zrozumie) komórki rakowe postanowiły wyżreć prawie całe ciało, więc oddałam ziemi to ciało. W mieszkaniu pojawia się małe czarne coś, co się za mną szlaja do dziś.
  • Jakoś w pierwszej połowie roku 2013 poznaję wspaniałych ludzi na Twitterze, m.in. Marcina który okazał się dodatkowo przydatny.
  • W styczniu tego roku funduję życiu memu rewolucję i znowu czuję się wolna, na fali i w ogóle – znowu młoda, piękna i świat należy do mnie.
  • Amy Merrick jest dla mnie guru florystycznym i lubię, gdy na jej blogu pojawiają się nowe wpisy. W połowie miesiąca czytam to - Amy pisze o przeprowadzce z Nowego Jorku do Kalifornii i że dobrze jest mówić drugim o swoich marzeniach/zamierzeniach, bo motywuje to do wprowadzenia ich w czyn.
  • Dalej jest styczeń. Trafiam na bloga Kasi i jej tekst o Emilii. Składam wszystkie klocki i napisałam do Emilii maila, że tak naprawdę to nic nie wiem, nie jestem grafikiem, a chcę umieć. PRZEŁOM – WIEM, CO CHCĘ W ŻYCIU ROBIĆ, czas skończyć się miotać. Kasia ma także na blogu mini przewodnik w temacie zakładania firmy – wybawienie dla mnie, polecam.
  • Oszczędności na Thermomixa zmieniają cel swojego przeznaczenia.
  • Boję się, że nie jestem z branży; robię jednak, co napisała Amy – mówię. Z tego mówienia okazało się, że Marcin wymiata. Marcin jest ojcem chrzestnym pocztówek.
  • Chodzę na wykłady, uczę się, poddaję w wątpliwość i walę głową w mur.
  • Szukam drukarni, pytam, piszę maile, mówię od razu, że ja to prawie nic nie wiem, ale chcę, żeby to wyglądało tak, tak i tak.
  • Udaje się, dostaję, co chciałam. Nie obywa się bez momentów “Shrek, ja w dół patrzę”. W mojej historii “od zera do bohatera” jestem na poziomie zero. Wcześniej byłam jednak na minusie, więc już jest postęp. Już wiem, że bym żałowała, gdybym nie spróbowała. Zaczynam iść za marzeniem.
  • POSŁOWIE: Piotruś jest synem znajomych mojej przyjaciółki. Jest w bardzo ciężkim białaczkowym stanie – potrzebny jest szpik. Czy można dać człowiekowi coś więcej niż życie?

Nic.

Jezus przechodząc obok ujrzał pewnego człowieka, niewidomego od urodzenia. Uczniowie Jego zadali Mu pytanie: Rabbi, kto zgrzeszył, że się urodził niewidomym – on czy jego rodzice? Jezus odpowiedział: Ani on nie zgrzeszył, ani rodzice jego, ale /stało się tak/, aby się na nim objawiły sprawy Boże.

J 9,1-5

***

Istnieje taka możliwość, że to co się mi dzieje (nie żeby teraz działo się coś wybitnie niedobrego, u mnie zawsze coś się dzieje) jest właśnie po to, żeby objawiły się sprawy Boże. Może się dziać z wielu innych różnych powodów, ale ten powód właśnie warto mieć zawsze w pamięci. Bo podobno Bóg lubi wykorzystywać właśnie to, co uważa się za swój największy niedostatek, wadę i w ogóle – tak mówią przynajmniej. Kiedy patrzę jednak na swoje wady i niedostatki łapię się na tym, nie wyobrażam sobie, że one mogą Panu Bogu czymś posłużyć. Bardzo bym chciała, bo szkoda marnować surowca, w końcu recykling jest w modzie, ale ja nie mam na nie pomysłu.

Z różnych powodów wzięłam udział w tych rekolekcjach. W trakcie robienia listy moich Abli po prostu się rozpłakałam – ze wstydu i bezsilności. Polecam wysłuchać całości, nie zatrzymywać się tylko na tym, co śmieszne i błyskotliwe.

Zabierz, Panie i przyjmij
całą wolność moją,
pamięć moją i rozum,
i wolę mą całą,
cokolwiek mam i posiadam.
Ty mi to wszystko dałeś –
Tobie to, Panie oddaję.
Twoje jest wszystko.
Rozporządzaj tym w pełni
wedle swojej woli.
Daj mi jedynie
miłość twą i łaskę,
albowiem to mi wystarcza. Amen.

św. Ignacy Loyola

P.S. Kartki polecają się!  Pierwsze znalazły już nowe domy!

Habemus pocztówki!

Na początku chciałabym, muszę i wypada podziękować Marcinowi Fietkiewiczowi, bez którego nie byłoby NIC (słownie: ZERO). Chwalmy Pana w ludziach, których stawia na naszej drodze!

Dziś jest dzień, kiedy spełniają się moje marzenia, a moje życie zmienia kurs gdzieś w okolice oceanu jakiegoś (wypływam na głębię czyli).

Annuntio vobis gaudium magnum – habemus pocztówki! Karton 300g, matowe wykończenie i gładki rewers. Pięcioraczki debiutantki – mam nadzieję, że to początek pięknej przyjaźni.

Zapraszam na pocztówkowego bloga (trzeba tutaj kliknąć) i do wysyłania wielkanocnych życzeń ślimaczą pocztą z przesłaniem od Ducha :)

eO tym, jak to się w ogóle stało będzie później.

Fejsbukowych fanów mojego nieco egzaltowanego i hermetycznego myślenia zapraszam na Fun-page

pion1

pion2
pion3

zajawka
3a

Przybywajcie!

Jak tam Wielki Post? Mnie kłują moje postanowienia każdego dnia, co świadczy tylko o tym, że trafnie wybrałam (ze słodyczami mam tak, że po 3 dniach już mogłyby dla mnie nie istnieć, więc to kiepski post byłby w moim przypadku). Wielokrotnie już powtarzałam, że Wielki Post to moja ulubiona pora roku liturgicznego, także dlatego, że kończy się Wielkanocą. Kiedy pierwsze wiosenne wiatry zaczynają smagać twarz, rodzi się we mnie co roku myśl “O, to już niedługo Gorzkie Żale“.

Kiedy ponad 10 lat temu się nawróciłam, brałam udział w KAŻDYM wydarzeniu w mojej parafii (już tak mam, że jak się decyduję, to na 120% normy), także w celu poznania (brak mi teraz tego poczucia nowości i świeżości) – zwiedzałam sobie po prostu Kościół Katolicki, próbując się wszystkiego nauczyć. Nie wiem kiedy zabujałam się w “Gorzkich Żalach”.

“Gorzkie Żale” pierwszy raz odprawione zostały w 1707 roku (lub wcześniej, wtedy miały wyjść drukiem) w Warszawie, jest to nabożeństwo tylko i wyłącznie polskie. Tekst i melodie zachowały się bez zmian do dzisiaj. W czasach, gdy liturgia odbywała się po łacinie i ludzie, którzy nie posługiwali się łaciną, byli w pewnym sensie wyłączeni z rozumienia tego, co dzieje się przy ołtarzu jeszcze bardziej niż są dzisiaj (bo Bóg to w końcu tajemnica do końca świata i dłużej). Dla mnie są wyrazem duchowości ludowej w najlepszym tego słowa znaczeniu, mimo że napisane przez kapłana. Nieraz naturalistyczne opisy Męki Pańskiej, określenia chwytające za serce, niezwykle trafnie opisujące ludzką reakcję na Mękę Jezusa, przy jednoczesnym wystawieniu Najświętszego Sakramentu. Nie wiem skąd, ale mam zawsze wtedy poczucie zatopienia w Bogu w obliczu Jego męki, dostając jednocześnie pocieszenie i umocnienie. Niesamowite zawsze było dla mnie też pełne prezbiterium – wszyscy kapłani pracujący przy mojej parafii przychodzili, siadali w czarnych sutannach (tylko kapłan prowadzący ubrany jest w kapę) i pokornie klękali i śpiewali razem ze wszystkimi.

W ciągu tych 10 lat nauczyłam się, że do “Gorzkich Żali” potrzeba dobrego organisty i dobrych organów, inaczej nabożeństwo to przypomina drogę krzyżową. W swojej karierze już dwa razy zasnęłam na kazaniu pasyjnym, więc to też nie jest bez znaczenia (tu warto dodać, że odbywają się one najczęściej w okolicach 15-16 godziny w niedzielę, więc zaraz po obiedzie i w czasie sjesty).

“Gorzkie żale”  są w mojej głowie w tej samej szufladzie, co “Godzinki o Niepokalanym Poczęciu Najświętszej Maryi Panny” (klikając na wytłuszczone można sobie posłuchać tego i tego; “Gorzkie…” to playlista), które codziennie rano śpiewaliśmy na pieszej pielgrzymce do Częstochowy. Może i kiedyś ludzie nie byli tak wykształceni, ale czy kto umie teraz pisać tak o Maryi, jak śpiewa się w “Godzinkach…”? Wiele lat temu w sąsiedniej parafii co sobotę rano jedna osoba ze scholi młodzieżowej śpiewała “Godzinki…” – bardzo żałuję, że u mnie nie ma takiej tradycji.

“Gorzkie Żale” naprawdę pomagają mi przeżywać Wielki Post. Są uroczyste i prawdziwe. Można jeszcze skorzystać – jeszcze 3 niedziele, a w niektórych kościołach śpiewa się wszystkie części na raz w Wielki Piątek.

Wiedziały.

Jezus przybył do miasteczka samarytańskiego, zwanego Sychar, w pobliżu pola, które /niegdyś/ dał Jakub synowi swemu, Józefowi. Było tam źródło Jakuba. Jezus zmęczony drogą siedział sobie przy studni. Było to około szóstej godziny. Nadeszła /tam/ kobieta z Samarii, aby zaczerpnąć wody. Jezus rzekł do niej: Daj Mi pić! Jego uczniowie bowiem udali się przedtem do miasta dla zakupienia żywności. Na to rzekła do Niego Samarytanka: Jakżeż Ty będąc Żydem, prosisz mnie, Samarytankę, bym Ci dała się napić? Żydzi bowiem z Samarytanami unikają się nawzajem. Jezus odpowiedział jej na to: O, gdybyś znała dar Boży i /wiedziała/, kim jest Ten, kto ci mówi: Daj Mi się napić – prosiłabyś Go wówczas, a dałby ci wody żywej. Powiedziała do Niego kobieta: Panie, nie masz czerpaka, a studnia jest głęboka. Skądże więc weźmiesz wody żywej? Czy Ty jesteś większy od ojca naszego Jakuba, który dał nam tę studnię, z której pił i on sam, i jego synowie i jego bydło? W odpowiedzi na to rzekł do niej Jezus: Każdy, kto pije tę wodę, znów będzie pragnął. Kto zaś będzie pił wodę, którą Ja mu dam, nie będzie pragnął na wieki, lecz woda, którą Ja mu dam, stanie się w nim źródłem wody wytryskającej ku życiu wiecznemu. Rzekła do Niego kobieta: Daj mi tej wody, abym już nie pragnęła i nie przychodziła tu czerpać. A On jej odpowiedział: Idź, zawołaj swego męża i wróć tutaj. A kobieta odrzekła Mu na to: Nie mam męża. Rzekł do niej Jezus: Dobrze powiedziałaś: Nie mam męża. Miałaś bowiem pięciu mężów, a ten, którego masz teraz, nie jest twoim mężem. To powiedziałaś zgodnie z prawdą. Rzekła do Niego kobieta: Panie, widzę, że jesteś prorokiem. Ojcowie nasi oddawali cześć Bogu na tej górze, a wy mówicie, że w Jerozolimie jest miejsce, gdzie należy czcić Boga. Odpowiedział jej Jezus: Wierz Mi, kobieto, że nadchodzi godzina, kiedy ani na tej górze, ani w Jerozolimie nie będziecie czcili Ojca. Wy czcicie to, czego nie znacie, my czcimy to, co znamy, ponieważ zbawienie bierze początek od Żydów. Nadchodzi jednak godzina, owszem już jest, kiedy to prawdziwi czciciele będą oddawać cześć Ojcu w Duchu i prawdzie, a takich to czcicieli chce mieć Ojciec. Bóg jest duchem; potrzeba więc, by czciciele Jego oddawali Mu cześć w Duchu i prawdzie. Rzekła do Niego kobieta: Wiem, że przyjdzie Mesjasz, zwany Chrystusem. A kiedy On przyjdzie, objawi nam wszystko. Powiedział do niej Jezus: Jestem Nim Ja, który z tobą mówię. Na to przyszli Jego uczniowie i dziwili się, że rozmawiał z kobietą. Jednakże żaden nie powiedział: Czego od niej chcesz? – lub: – Czemu z nią rozmawiasz? Kobieta zaś zostawiła swój dzban i odeszła do miasta. I mówiła tam ludziom: Pójdźcie, zobaczcie człowieka, który mi powiedział wszystko, co uczyniłam: Czyż On nie jest Mesjaszem? Wyszli z miasta i szli do Niego. Tymczasem prosili Go uczniowie, mówiąc: Rabbi, jedz! On im rzekł: Ja mam do jedzenia pokarm, o którym wy nie wiecie. Mówili więc uczniowie jeden do drugiego: Czyż Mu kto przyniósł coś do zjedzenia? Powiedział im Jezus: Moim pokarmem jest wypełnić wolę Tego, który Mnie posłał, i wykonać Jego dzieło. Czyż nie mówicie: Jeszcze cztery miesiące, a nadejdą żniwa? Oto powiadam wam: Podnieście oczy i popatrzcie na pola, jak bieleją na żniwo. żniwiarz otrzymuje już zapłatę i zbiera plon na życie wieczne, tak iż siewca cieszy się razem ze żniwiarzem. Tu bowiem okazuje się prawdziwym powiedzenie: Jeden sieje, a drugi zbiera. Ja was wysłałem żąć to, nad czym wyście się nie natrudzili. Inni się natrudzili, a w ich trud wyście weszli. Wielu Samarytan z owego miasta zaczęło w Niego wierzyć dzięki słowu kobiety świadczącej: Powiedział mi wszystko, co uczyniłam. Kiedy więc Samarytanie przybyli do Niego, prosili Go, aby u nich pozostał. Pozostał tam zatem dwa dni. I o wiele więcej ich uwierzyło na Jego słowo, a do tej kobiety mówili: Wierzymy już nie dzięki twemu opowiadaniu, na własne bowiem uszy usłyszeliśmy i jesteśmy przekonani, że On prawdziwie jest Zbawicielem świata.

J 4,5-42

***

Nie często Jezus mówił otwarcie, kim jest. Zakazywał mówienia o tym złym duchom, które Go znały, czasem zakazywał mówienia o cudach, które zrobił. Z Samarytanką rozmawia otwarcie, prosto z mostu.Ta Samarytanka to osoba, która jest obca, która żyje w grzechu. Kobieta, która nie jest zahukaną, wzdychającą niewiastą. Kobieta, która rozmawia z Nim jak równa z równym, mimo nawet faktu, że po ichniu ludzku stoi niżej w hierarchii. Tej kobiecie Jezus mówi wprost. Ona ma Go wyłącznie dla siebie, a to coś, co kobiety bardzo lubią. Która jeszcze miała Go wyłącznie dla siebie, twarzą w twarz, tak że nikogo obok nie było? Maryja, Maria Magdalena i Marta, siostra Łazarza. Im  nie mówił w przypowieściach, a one wierzyły, mimo że nie zabrał ich ze sobą na Górę Tabor. Samarytanka poszła do wsi i skutecznie o Nim opowiedziała, Maria Magdalena była pierwszą, która zobaczyła Go po zmartwychwstaniu i która poszła powiedzieć. Święta Marta, która powiedziała, że gdyby tam był, jej brat by nie umarł – ich rozmowa to krótka piłka: “Wierzysz?” – “Wierzę.” – “To masz”.

Samarytanka nie dopytuje, nie kombinuje, nie wije się. Jezus nie ozdabia tego, co do niej mówi – mówi, jak jest. Ona nie wpada w histerię, nie pada mu do nóg, tylko idzie powiedzieć ludziom we wsi. A Jezus siedzi dalej i czeka aż przyjdą.

Powoływanie człowieka to długi etap i Bóg o tym wie. Zaszczepia w nim coś, mówi Duchem “Idź!” i czeka, siedząc na studni i majtając nogami, aż przyjdą tamtego owoce. Daje Ducha, daje aniołów. Jezus lubi z ludźmi rozmawiać, inaczej nie strzępił by sobie naderemnie języka. Samarytanka nie jest uprzedzona, zna siebie i wie jaka jest jej sytuacja. Nieświadomie daje siebie Bogu taką, jaka jest i Bóg z nią taką rozmawia i taką posyła.

Bo kto wie, czy za rogiem nie stoją Anioł z Bogiem?

Bóg jest wielki, a ja malutka.

BYpnYgxCQAAWsF9

Poczucie bezpieczeństwa jest stanem zerowym, normalnym. To w momencie zagrożenia skacze poziom adrenaliny, która działa jak sok z gumijagód. Na krótką metę, bo na dłuższą niszczy człowieka od środka, co pokolenie zasilające szeregi bardziej lub mniej okrutnych korporacji doskonale wie.

Poczucie bezpieczeństwa rozumiane jako comfort zone XXI wieku dają pewnie stała praca, mąż/żona, dzieci, mieszkanie, samochód, świadomość dobrze wykorzystywania danego czasu i mienia wystarczających środków finansowych, a przede wszystkim zdrowie. Przewidywalność,  stabilność i poczucie kontroli. I skoro Bozia daje to wszystko, to znaczy, że mnie kocha i błogosławi. Pewnie to i to znaczy.

Jakże dziwne jest bezpieczeństwo, które daje Bóg. Mówi, że życie nie należy już do mnie a do Niego. Mówi, żeby nie bać się tego, który niszczy ciało a tego, który może zniszczyć duszę. Mówi, że mam życie wieczne i że domu Ojca jest mieszkań wiele. Mówi, że sam wystarczy. To nie są gwarancje tego, że mojego domu nie zrówna z ziemią czołg ani że nie przyjdą mnie w nocy wywieźć gdzieś daleko. To nie są gwarancje tego, że przeżyję w zdrowiu do starości. Tego, że nie będę do końca życia na obrzeżach w hierarchii społecznej jako stara panna, ani tego, że nie popełnię w życiu żadnego błędu i nikogo nie skrzywdzę. Nie oznacza, że trafię na dobrych lekarzy w moich chorobach, którzy nie popełnią błędu, będą przychodzić na umówione wizyty i stawiać prawdziwe diagnozy. I niby to wszystko wiem, ale gdy przychodzi realne zagrożenie, to czasem czuję trzęsienie ziemi i wołam, że burza i w ogóle. Mam wtedy wrażenie, że świat jest taki mały, że tak niewiele wystarczy, by go niszczyć, a  moje ciało tak strasznie niedoskonałe i histeryzuję. Kiedy jednak Pan Bóg przewierci się z powrotem do mojego mózgu, widzę rzeczy takimi, jakimi powinnam. Jestem małą królewną, której Tata rządzi światem. Ogromnym światem, który wymyślił, który zna od podszewki, który ma plan. I który ma władzę; jako Jedyny tak naprawdę ją ma. Który mnie wymyślił i tak zaprogramował moja naturę, że można by usiąść i patrzeć, jak to wszystko w środku działa, a moje dwie nogi unoszą cały mój ciężar.

Jestem świątynią Boga, a – jak mówi Pismo – kto zniszczy świątynię Boga, tego zniszczy Bóg. Postawił obok mnie anioła, który co wieczór przykrywa mnie swoimi skrzydłami* jak kołdrą i już jego w tym głowa, żeby mnie oddać potem św. Piotrowi na wycieraczce przed drzwiami w odpowiednim stanie. Ale wszystko w swoim czasie.

*Nanuzza Evola mówiła, że Aniołowie Stróżowie mają wygląd ok. 10-letnich dzieci, o skrzydłach nie wspominała, ale skrzydła są bardziej romantyczne do wyobrażeń, więc pozostanę przy skrzydłach (bo sorry, jak inaczej by latały? ;) ).
 
Nie znam autora ilustracji, ściągnęłam ją kiedyś z facebooka. Nie jest mojego autorstwa – jeżeli ktoś zna namiary, będę wdzięczna za ich podanie. Źródło ilustracji (dziękuję, Michał!)

Zdąży.

Pan rzekł do Abrama: Wyjdź z twojej ziemi rodzinnej i z domu twego ojca do kraju, który ci ukażę. Uczynię bowiem z ciebie wielki naród, będę ci błogosławił i twoje imię rozsławię: staniesz się błogosławieństwem. Będę błogosławił tym, którzy ciebie błogosławić będą, a tym, którzy tobie będą złorzeczyli, i ja będę złorzeczył. Przez ciebie będą otrzymywały błogosławieństwo ludy całej ziemi. Abram udał się w drogę, jak mu Pan rozkazał, a z nim poszedł i Lot.

Rdz 12,1-4a

***

Abraham to dla mnie zawsze dowód, że nigdy nie jest na nic za późno. Dowód, że fakt, że Bóg kogoś wybiera do wielkich rzeczy, nie jest równoznaczny z tym, że po ludzku będzie mu się powodziło (często jest przecież zupełnie odwrotnie). Obiecał mu, że będzie ojcem narodów, podczas gdy wydawałoby się, że przeżył już swoje życie i wszystko zmierza ku końcowi, bez dziedzica. I jak tu Takiemu wierzyć? Uwierzą tej nadziei tylko maluczcy i pozornie naiwni. Ci, którzy zachowują młodość Ducha Świętego w swoim środku mimo 90 lat. Bóg nigdy nie kłamie i zawsze zdąży. Taki był właśnie ojciec mojej wiary, taką ja bym chciała do końca życia być (a już mam z tym problemy, więc różowo nie będzie).

Maryja była wdową. Być wdową w Izraelu tamtych czasów to nic przyjemnego, a na pewno nic korzystnego finansowo. Miała na szczęście Syna. Syn jednak oddał życie za stada dla niej obcych ludzi, też za Nią samą. Czy myślała o tym, co z nią będzie jak już zostanie sama, gdy wypełni się to, co wiedziała o Mesjaszu? Nie wiem. Kilka minut przed śmiercią, Jezus pobity, przybity, nagi spragniony z włosami sklejonymi zaschniętą krwią powiedział do św. Jana “Oto Matka Twoja”, żeby wziął Ją do siebie. Bóg zdąży i myśli o wszystkim. Zawsze.