Chyba

To mówi Pan do Szebny, zarządcy pałacu: Gdy strącę cię z twego urzędu i przepędzę cię z twojej posady, tegoż dnia powołam sługę mego, Eliakima, syna Chilkiasza. Oblokę go w twoją tunikę, przepaszę go twoim pasem, twoją władzę oddam w jego ręce: on będzie ojcem dla mieszkańców Jeruzalem oraz dla domu Judy. Położę klucz domu Dawidowego na jego ramieniu; gdy on otworzy, nikt nie zamknie, gdy on zamknie, nikt nie otworzy. Wbiję go jak kołek na miejscu pewnym; i stanie się on tronem chwały dla domu swego ojca.

Iz 22,19-23

***

Św. Katarzyna ze Sieny powiedziała kiedyś, że jeżeli będzie się tym, kim Bóg chce, żeby się było, podpali się świat (być może już o tym wspominałam, ten jej tekst zrobił na mnie jednak takie wrażenie, że nie omieszkam go przywoływać częściej).Schody zaczynają się między kwestią „Dobra, super!” a „To do roboty!”, ponieważ tam jest miejsce na „To co, gdzie i jak?”. Pierwszy młot uderza w okolicach przedwudziestego roku życia, gdy człowiek ma hormony na poziomie wysoce odbiegającym od normy, wielkie ambicje i bunt. Myśli, że jak wtedy postanowi, to będzie miał spokój. A tu za kilka lat się okazuje, że trzeba znowu. Potem znowu i znowu. Rozwidlenia może nie są zbyt częste, za to kaliber czasem przeraża. Przeraża też fakt, gdy przez jakiś czas uważa się coś tam, a potem nagle się przytomnieje i dziękuje się Bogu, że jednak się w coś nie poszło bardziej, mimo że wydawało się słuszne. Jak tu sobie potem ufać? Jak ufać tym narzędziom do podejmowania decyzji, gdy okazuje się, że one jednak są ułomne? Co zrobić, gdy już się wie, że te, które się miało, są z epoki kamienia łupanego, nie sprawdzają się już więcej, a nie ma się nowych lub czy to jakaś rogata propaganda nie podpowiada głupot? Jak ciągle na nowo mieć nadzieję, że może tym razem będzie inaczej?

Wszystko to wydaje się strasznie banalne, banalne są chyba także odpowiedzi – tu właśnie zaczyna się prawdziwa wiara, tutaj zaczyna się 77. raz, tu trzeba na nowo ufać Bogu tak, jak ufało się wcześniej. To nie jest kwestia nieużytności narzędzi, ponieważ Boże narzędzia są uniwersalne. Dobre decyzje w połączeniu z pychą tworzą minę przeciwpiechotną. Tak się chyba buduje dojrzałość – że się wie, z czego się nie jest zadowolonym, ale się siebie szanuje i kocha mimo to. Stara się podejmować z decyzje z założeniem, że mogą być złe i ze świadomością, że mimo wszystko może nas ktoś skrzywdzić. To permanentny kurs pokory.

Nie do końca wiem, czy to, co napisałam łączy się jakoś z fragmentem Pisma… Wiem, że to jest wszystko strasznie trudne i czasem to mi się już po prostu nie chce (czyli nie jestem wielką świętą, bo oni są ciągle bardzo zadowoleni ;) ).

Wbrew pozorom o rzeczach fajnych

Lato ma chyba najlepszy pi-ar wśród wszystkich pór roku. 9 miesięcy można rozmyślać o tym, co się będzie robiło latem (intensywność rozmyślań osiąga apogeum w okolicach lutego, bo wtedy jest ta cierpienia granica, za którą się łagodny uśmiech zaczyna, czy jak to tam było). Ma się nadzieje, że będzie tak, tak i tak (nie lubię przytulanych letnich zdjęć, bo lato jest mało przytulaśną porą roku). Nie zastanawia się człowiek, skąd weźmie ładnych chłopców, długie włosy i nierubensowską figurę (oraz fajne sandały), a na ładne szklanki made in China zawsze ostatecznie szkoda kasy. W efekcie okazuje się, że upały w mieście są jak co roku nie do zniesienia, pierwszą myślą po wstaniu jest „Dzisiaj idę już na pewno wcześniej spać”, a z wypadów za miasto nici, bo nie ma motywacji ani znajomości ustronnych miejsc, gdzie akurat nie plażuje połowa aglomeracji. Planuje się w urlop napracować freelansersko na grudzień do przodu, z czego też wychodzą nici z powodu załatwiania wszelkich zaległych z 4 miesięcy spraw i nieprzytomności do godziny 10 rano. Generalne porządki zrobione są na 10%, co też niezwykle rozczarowuje, bo kiedy jak nie latem, kiedy jest długo jasno i ciepło, więc można kurze wywietrzyć. I tak można w nieskończoność (znaczy, ja mogę). 

Jasność to jednak jest to, co latem nigdy nie zawodzi i co zawsze jest milusie i najbardziej przeze mnie kochane. I słońce robi mi cudny naturalny balejaż w kolorze brązo-blondu, co sprawia, że nagle czuję się zwiewniejsza. I w ogóle uważam, że powyższe to po prostu presja, którą pozwalam, żeby internet i filmy na mnie wywierały. Szkoda, że co roku daję się nabrać i staram się napakować do tego trzymiesięcznego wora szczęście zaplanowane na cały rok. Do tego agresywnie wracają wspomnienia poprzednich lat, o których nie to, że chciałoby się zapomnieć, ale chciałoby się włożyć na półkę, żeby wreszcie zaczęły się kurzyć. Późnym latem, kiedy liście już się prawie opaliły, zaczynam odpuszczać i przychodzi uczucie ulgi. Już nie jest tak gorąco, własne myśli nie topnieją zanim dotrą do mózgu i już znowu nic nie trzeba robić fajnego. Można wyciągać świeczki i szykować szale. Planów nie psuje nagły deszcz, bo się zakłada, że będzie pogodowa lipa. Można siedzieć wieczorami w domu bez poczucia winy, że przecież jest lato, więc nie wolno w domu siedzieć. 

I jak przed każdą jesienią, mam nadzieję się zakochać. Zupełnie nie rozumiem idei zakochiwania się na wiosnę. 

P.S. Pewnie to jest egzaltowany post, ale nie chciałam, żeby była tu taka cisza, a w środku mam mniej więcej tak jak wtedy, kiedy Mufasę zamordowano, więc i tak przeszło autocenzurę. I tak, pamiętam, że na świecie szaleje wojna, szykują się na kolejną, panuje epidemia i strzelają ludziom w tył głowy. Przynajmniej mam co za nich ofiarować. Idę po sweter.

Patrz, jakie kółka!

Pokładam nadzieję w Panu, ufam jego słowu.

Ps 130,5

***

Zastanawiam się, co pisać, co myśleć i o co się modlić, gdy widzę obrazy z wojny, epidemii i wypędzania tysięcy ludzi z ich domów dlatego, że są chrześcijanami. Mam wrażenie, że nie wiem, w co pierwsze modlitewne ręce włożyć. Że wstyd mieszkać tu i cieszyć się (jeszcze?) spokojem? Wstyd mieć doła, bo najgenialniejsza fryzjerka zmieniła numer telefonu, nie informując o nowym, a ja nawet nie znam jej nazwiska? Wstyd planować nowy wystrój mieszkania (nawet jeżeli ma być o wiele prostszy i „mniejszy”)? Wstyd chodzić do kina i planować wakacje?

Mój przyszywany brat jest zakonnikiem. Miał kiedyś przełożonego, co był pracoholikiem, ciągle coś budował (nawet jak nie było to specjalnie konieczne) – np. murek nad skarpą. Wszystko oczywiście w zawrotnym tempie, jedno skończył, na drugi dzień zaczynał kolejne. Powiedział mi kiedyś: „Ty jesteś jak B. Tytan pracy” (to nie był komplement). Kiedyś mi ta cecha nie przeszkadzała, bo ogarniałam całość. Potem poszłam do pracy, zaczęłam chorować i mi się paliwo kończyło, a frustracja narastała. Widziałam innych, który robili mnóstwo ważnych rzeczy, ba – widziałam te rzeczy, które trzeba zrobić (=naprawić) i nawet miałam pomysł. Nie wiem, kiedy zaskoczyłam, że to nie tak. Chyba po tej spowiedzi, co mi kapłan powiedział, że po pierwsze to mam odpocząć, a za pokutę dał sprawić sobie jakąś przyjemność. Wtedy zaczęłam myśleć, że trzeba znaleźć inny sposób na życie niż tytaniczność. Wisienką na torcie jest cytat bł. Matki Teresy z Kalkuty, który ktoś umieścił kiedyś na Twitterze:  „Jeżeli nie możesz nakarmić wszystkich głodnych, nakarm jednego”.

Ciągle z tym walczę, bo ciągle mam z tym problem. Ostatnio na Różańcu stwierdziłam, że mi Panie Boże dziesiątek nie starczy, żeby wszystkie intencje przywołać i w ogóle, to powinnam iść do zakonu kontemplacyjnego, bo się modlitewnie nie wyrabiam. Wtedy Duch Św. przypomniał mi Matkę Teresę i z bólem serca wybrałam 1 intencję i z już mniejszym bólem, pozostanie w laikacie (akcja działa się przy słupie na ulicy, podczas gdy mój pies robił kupę).

Nie wiem, czy jest uniwersalna metoda na radzenie sobie ze świadomością zła na świecie. Moja jest taka, żeby za wszystko dobre dziękować Bogu – za wszystko po kolei, od najmniejszych rzeczy. Dalej – ufać i pamiętać, żeby nie wierzyć kłamstwu, ale wierzyć Bogu, że On zwyciężył świat. Modlić się nieustannie (=nie zapominać o Bogu w żadnej minucie dnia), a gdy pojawi się jakieś pierwszoświatowe cierpienie (np. pryszcz), ofiarować w czyjejś intencji. Delegować intencje duszom czyśccowym. Robić swoje, słuchać i rozeznawać, by nie babrać się w rzeczach, które nie są moim powołaniem.

I biegać na tym jeziorze wokół Jezusa i krzyczeć „Patrz, jakie kółka!”.

Troszkę rozmemłanie lub – naukowo – postmodernistycznie

To mówi Pan Bóg: Wszyscy spragnieni, przyjdźcie do wody, przyjdźcie, choć nie macie pieniędzy! Kupujcie i spożywajcie, dalejże, kupujcie bez pieniędzy i bez płacenia za wino i mleko! Czemu wydajecie pieniądza na to, co nie jest chlebem? I waszą pracę – na to, co nie nasyci? Słuchajcie Mnie, a jeść będziecie przysmaki i dusza wasza zakosztuje tłustych potraw. Nakłońcie wasze ucho i przyjdźcie do Mnie, posłuchajcie Mnie, a dusza wasza żyć będzie.

Iz 55,1-3a

***

Wytłuszczone znaczy dla mnie dzisiaj tyle: „chodź, mimo że nie wierzysz, że mogę cokolwiek zmienić”, mówi Bóg.

I jeszcze:

Gdy Jezus usłyszał o śmierci Jana Chrzciciela, oddalił się stamtąd w łodzi na miejsce pustynne, osobno. Lecz tłumy zwiedziały się o tym i z miast poszły za Nim pieszo. Gdy wysiadł, ujrzał wielki tłum. Zlitował się nad nimi i uzdrowił ich chorych. A gdy nastał wieczór, przystąpili do Niego uczniowie i rzekli: Miejsce to jest puste i pora już spóźniona. Każ więc rozejść się tłumom: niech idą do wsi i zakupią sobie żywności! Lecz Jezus im odpowiedział: Nie potrzebują odchodzić; wy dajcie im jeść! Odpowiedzieli Mu: Nie mamy tu nic prócz pięciu chlebów i dwóch ryb. On rzekł: Przynieście Mi je tutaj! Kazał tłumom usiąść na trawie, następnie wziąwszy pięć chlebów i dwie ryby, spojrzał w niebo, odmówił błogosławieństwo i połamawszy chleby dał je uczniom, uczniowie zaś tłumom. Jedli wszyscy do sytości, i zebrano z tego, co pozostało, dwanaście pełnych koszy ułomków. Tych zaś, którzy jedli, było około pięciu tysięcy mężczyzn, nie licząc kobiet i dzieci.

Mt 14,13-21

***

Lubię w tym Bogu wszystko, ale jakiś czas temu odkryłam to, że jest dynamiczny, że pozornie zmienia zdanie. Że jest w tym bardzo ludzki, że pokonuje swoje słabości, by być dla innych. Że jest mu smutno jak Mu umierają przyjaciele, to znaczy jak Mu ich zabijają. Nie wchodzi z wojskiem anielskim i nie rozwala wszystkiego w ….. …., ale idzie się rozmówić z Ojcem. Potrafi czekać, bo wie, że Jego jest na wierzchu. Kocham Gościa.

Stowarzyszenie umarłych tetryków

Królestwo niebieskie podobne jest do skarbu ukrytego w roli. Znalazł go pewien człowiek i ukrył ponownie. Z radości poszedł, sprzedał wszystko, co miał, i kupił tę rolę. Dalej, podobne jest królestwo niebieskie do kupca, poszukującego pięknych pereł. Gdy znalazł jedną drogocenną perłę, poszedł, sprzedał wszystko, co miał, i kupił ją. Dalej, podobne jest królestwo niebieskie do sieci, zarzuconej w morze i zagarniającej ryby wszelkiego rodzaju. Gdy się napełniła, wyciągnęli ją na brzeg i usiadłszy, dobre zebrali w naczynia, a złe odrzucili. Tak będzie przy końcu świata: wyjdą aniołowie, wyłączą złych spośród sprawiedliwych i wrzucą w piec rozpalony; tam będzie płacz i zgrzytanie zębów. Zrozumieliście to wszystko? Odpowiedzieli Mu: Tak jest. A On rzekł do nich: Dlatego każdy uczony w Piśmie, który stał się uczniem królestwa niebieskiego, podobny jest do ojca rodziny, który ze swego skarbca wydobywa rzeczy nowe i stare.

Mt 13,44-52

***

Pewna siostra zakonna powiedziała kiedyś, że czyściec to jest coś takiego jak np. ktoś przychodzi brudny z roboty i chciałby się rzucić na szyję komuś bliskiemu w domu, ale idzie najpierw pod prysznic przecież.

Nieliczni mają to szczęście, że żyją od początku w kochającej się i zdrowej rodzinie, która dodatkowo żyje z Bogiem, nie obok Niego, w każdym wymiarze. Widzę czasem takie rodziny w kościele, czytam o nich w internecie, opowiadają znajomi – ludzie, którzy przyciągają swoją normalnością i swoim pięknem, którzy nigdy nie marudzą „że się nie da” i prowadzą otwarte domy. Trudności i kłopoty spotykają ich tak samo jak innych (dzieci umierają, plądrują złodzieje całe mieszkanie, jedno z rodziców choruje na ciężką chorobę), jednak oni mają przyklejone plecy do Jezusa i się nie dają – mogą cię spotkać straszne rzeczy w życiu, ale wiele zależy od tego, co z nimi zrobisz. Ludzie, których mam na myśli (a mam na myśli bardzo konkretnych, niektórych bardziej znanych szeroko, innych raczej lokalnych) powodują, że gdy się na nich patrzy, chce się po prostu być i mieć jak oni. Wiemy też, że Bóg z tymi, którzy Go miłują, współdziała we wszystkim dla ich dobra, z tymi, którzy są powołani według [Jego] zamiaru. (Rz 8,28) – odpowiedzią jest tutaj po prostu to, że poznali Boga i pozwolili Mu robić zamieszanie w swoim życiu. Znaleźli swój Skarb, podporządkowali Mu wszystko (=sprzedali swoje) i zaczęli inwestować kosztowności, które w Skarbie znaleźli. To skrzynka bez dna, pieniądz robi pieniądz. Dlatego po latach pracy widać u nich to, co widać. Latach ciężkiej pracy wybierania ciągle na nowo.

To nie jest tak, że Bóg automatycznie wskakuje komuś na pierwsze miejsce. Dzieciaki z takich rodzin mają dobre fundamenty, jednak każde  z nich musi w pewnym momencie wybrać. Mają może łatwiejszy trochę start w ten wybór, bo nie muszą przedzierać się przez zasieki prześladowania we własnym domu. Św. Tereska mówiła, że gdyby ludzie zdawali sobie sprawę, czym jest Komunia, w kościołach byłyby non stop dzikie tłumy. Ludzie więc, którzy spotkali Jezusa realnie w jakimś wydarzeniu czy w jakimś człowieku, się po prostu zakochują (Jezus podobno był przystojny – nie wiem, nie widziałam jeszcze). Ludzi, tak samo Boga, spotyka się zazwyczaj tam, gdzie mogą przebywać (trudno, żebym np. w Monachium mogła wpaść na ulicy na Ulę). Bóg jest wszędzie – zgoda, jednak w niektórych miejscach bardzo skrzętnie chowany. Żeby jednak zobaczyć, Kim ten Bóg właściwie jest, trzeba się zakręcić trochę w kościelnych kręgach, Pismo Święte poczytać, do spowiedzi i do Komunii pochodzić, można świętych poczytać. W całym chrześcijaństwie chodzi o to, żeby gdy się zobaczy Jezusa, chcieć mu się po prostu rzucić na szyję. W chrześcijaństwie nie chodzi o robienie propagandy i dobrego wrażenia. Duża Teresa mówiła, że do Nieba nigdy nie idzie się samemu, z kolei Kaśka ze Sieny, że jeżeli będzie się tym, kim Bóg chciał żeby się było, podpali się świat. Chcesz zmieniać świat, bądź pobożnym chrześcijaninem – więcej osiąga się po dobroci (przetestowane na rodzinie) niż agresywną rewolucją.

Stare panny, teraz coś na Was – nikt nie chce żyć jak my (zmęczone matki małych dzieci się nie liczą, działają i gadają takie bzdury w afekcie). Niczego to nie zmienia – ma się też siłę wyrazu, zwłaszcza w kupie. Nie ma się co zniechęcać, tylko nie można stetryczeć ;)

La guerra

Panie, nie ma oprócz Ciebie boga, co ma pieczę nad wszystkim, abyś miał dowodzić, że nie sądzisz niesprawiedliwie, Podstawą Twojej sprawiedliwości jest Twoja potęga, wszechwładza Twa sprawia, że wszystko oszczędzasz. Moc swą przejawiasz, gdy się nie wierzy w pełnię Twej potęgi, i karzesz zuchwalstwo świadomych. Potęgą władasz, a sądzisz łagodnie i rządzisz nami z wielką oględnością, bo do Ciebie należy moc, gdy zechcesz. Nauczyłeś lud swój tym postępowaniem, że sprawiedliwy powinien być dobrym dla ludzi. I wlałeś synom swym wielką nadzieję, że po występkach dajesz nawrócenie.

Mdr 12,13.16-19

***

Gdy byłam małą dziewczynką, mieszkałam niedaleko jednostki wojskowej w mieszkaniu, w którym mieszkała moja babcia przed wojną i po wojnie. Wiem, w którym miejscu leżał martwy koń, do którego chodził w lutym 1945 roku mój pradziadek, by wziąć trochę mięsa do zjedzenia. Kiedy dowiadywałam się tego wszystkiego, w Jugosławii wybuchła wojna. Bałam się oglądać wiadomości, każdy przelatujący samolot był dla mnie równoznaczny z wojną. Ten strach miałam/mam cały czas z tyłu głowy. Strach w ogóle, z różnych okazji. Wiem, co to znaczy bać się praktycznie do wymiotów, kiedy wnętrzności coś ściska tak, że chce się po prostu umrzeć. Kiedy nagle cały świat jakby wchodził na głowę i rozrywał ją od środka.  Kiedy człowiek czuje się jak te świnie, co biegły w morze. Gdy pojawił mi się w głowie ten ostatni obraz, wiedziałam, że Bóg daje mi w tym momencie wędkę, by mnie z mojego strachu wyrwać raz na zawsze. Wiem, skąd pochodziło to, co pchało świnie w morze. Najgorszy jest niewiadomy przeciwnik, który abstrakcyjnie rośnie w głowie do absurdalnych rozmiarów, ale gdy już się go zidentyfikuje, wiadomo po jaką broń sięgnąć. Nie chcę wojny. Nie chcę wojny tu ani nigdzie indziej na świecie. Wiem, że jedyne, co mogę, to modlić się w intencji pokoju. Nie rozumiem bicia piany, przekrzykiwania się jeden przez drugiego w wyliczaniu i ściganiu się, kto pierwszy poda jakąś informację, która może być prawdziwa, ale nie musi. Szkoda czasu i energii na plucie na twitterze, lepiej poświęcić je na modlitwę. Modlitwa o pokój nie jest „pacyfistycznym pozytywnym myśleniem” (Gosia – uwielbiam ten Twój tekst ;) ), a czymś bardzo realnym – czymś, co naprawdę może wiele zmienić. Nie wiem, na jakim etapie większość katolików zaangażowanych w życie społeczne (i nie tylko) o tym zapomina (muszę się też dowiedzieć, na którym roku teologii oduczają tego studentów tego kierunku, który moim zdaniem bardzo powinien ograniczyć przyjmowanie świeckich studentów).

Nie czuję się bezpiecznie. Mam swoje podejrzenia, który z polskich polityków pierwszy wpakuje się do samolotu i ucieknie w razie wybuchu wojny. Nie wiem, czy w moim pokoleniu w wieku sprężystym jest jakaś grupa świadomych patriotycznie facetów oprócz kibiców poznańskiego „Lecha”. Nie wiem, jak walczyliby o ojczyznę faceci, fotografujący się z kwiatami w hipsterskich brodach. Nie wiem. Nie chcę się nigdy dowiedzieć.

W środku mam zaskakujący spokój. Spokój, którego nie burzą pojawiające się czasem myśli zmartwienia. Nie czytam portalów „informacyjnych”, przesiałam obserwowanych na twitterze. Bo wiem, że mój Bóg jest większy od tego. Mam nadzieję, że wie, co dopuszcza; nie zamierzam przestać mu zawracać głowy, że szkoda nas tu jednak na tej ziemi. Chcę mieć wiarę. Jeżeli mają mnie oskarżać, to chcę być jak Jezus, gdy Go oskarżali. Chcę mieć Jego wiarę. Chcę żyć i proszę bardzo mi to umożliwić, szanowni panowie ziemscy władcy.

Bez oraczy nie ma pracy.

Tego dnia Jezus wyszedł z domu i usiadł nad jeziorem. Wnet zebrały się koło Niego tłumy tak wielkie, że wszedł do łodzi i usiadł, a cały lud stał na brzegu. I mówił im wiele w przypowieściach tymi słowami: Oto siewca wyszedł siać. A gdy siał niektóre [ziarna] padły na drogę, nadleciały ptaki i wydziobały je. Inne padły na miejsca skaliste, gdzie niewiele miały ziemi; i wnet powschodziły, bo gleba nie była głęboka. Lecz gdy słońce wzeszło, przypaliły się i uschły, bo nie miały korzenia. Inne znowu padły między ciernie, a ciernie wybujały i zagłuszyły je. Inne w końcu padły na ziemię żyzną i plon wydały, jedno stokrotny, drugie sześćdziesięciokrotny, a inne trzydziestokrotny. Kto ma uszy, niechaj słucha! Przystąpili do Niego uczniowie i zapytali: Dlaczego w przypowieściach mówisz do nich? On im odpowiedział: Wam dano poznać tajemnice królestwa niebieskiego, im zaś nie dano. Bo kto ma, temu będzie dodane, i nadmiar mieć będzie; kto zaś nie ma, temu zabiorą również to, co ma. Dlatego mówię do nich w przypowieściach, że otwartymi oczami nie widzą i otwartymi uszami nie słyszą ani nie rozumieją. Tak spełnia się na nich przepowiednia Izajasza: Słuchać będziecie, a nie zrozumiecie, patrzeć będziecie, a nie zobaczycie. Bo stwardniało serce tego ludu, ich uszy stępiały i oczy swe zamknęli, żeby oczami nie widzieli ani uszami nie słyszeli, ani swym sercem nie rozumieli: i nie nawrócili się, abym ich uzdrowił. Lecz szczęśliwe oczy wasze, że widzą, i uszy wasze, że słyszą. Bo zaprawdę, powiadam wam: Wielu proroków i sprawiedliwych pragnęło ujrzeć to, na co wy patrzycie, a nie ujrzeli; i usłyszeć to, co wy słyszycie, a nie usłyszeli. Wy zatem posłuchajcie przypowieści o siewcy! Do każdego, kto słucha słowa o królestwie, a nie rozumie go, przychodzi Zły i porywa to, co zasiane jest w jego sercu. Takiego człowieka oznacza ziarno posiane na drodze. Posiane na miejsce skaliste oznacza tego, kto słucha słowa i natychmiast z radością je przyjmuje; ale nie ma w sobie korzenia, lecz jest niestały. Gdy przyjdzie ucisk lub prześladowanie z powodu słowa, zaraz się załamuje. Posiane między ciernie oznacza tego, kto słucha słowa, lecz troski doczesne i ułuda bogactwa zagłuszają słowo, tak że zostaje bezowocne. Posiane w końcu na ziemię żyzną oznacza tego, kto słucha słowa i rozumie je. On też wydaje plon: jeden stokrotny, drugi sześćdziesięciokrotny, inny trzydziestokrotny.

Mt 13,1-23

***

Kilka tygodni temu miałam straszne rewolucje żołądkowe po zjedzeniu zielonego ogórka w mizerii – myślałam, że mi rozsadzi brzuch. Ogórki podobno pędzone są strasznie azotem, żeby były ładnie zielone. Po tej traumie postanowiłam przestać spożywać mizerię, co przyszło mi bardzo ciężko, ponieważ to jedno z moich ulubionych dań. Znalazłam jednak na rynku ogórki mniejsze, już nie tak świecące. – Te ogórki to macie Państwo swoje? – Tak, to nasze. – Pędzicie je czymś? – Nie, tylko ziemię przed. Kupiłam, zjadłam trzy, nie było mi nic.

W tym fragmencie Ewangelii większość skupia się na rzucaniu i padaniu ziarna. Przypowieść ta jest dosyć prosta i zrozumiała, więc nie ma co tu filozofować. Pomyślałam sobie wczoraj jednak, że nikt nie mówi o tym, kto przygotowuje (i jak przygotowuje) to podłoże, na które ziarno pada, a to przecież jest jajko, które logicznie musi być przed kurą. Nie może być tak, że ktoś jest jakimś podłożem już z natury, bo wtedy kwestię wolnej woli można by między bajki włożyć i byłaby to czysta predestynacja, która używana byłaby jako wymówka.

Większość chrześcijan widzi się pewnie jako rzucający ziarno, a potem podlewający, osłaniający przed nadmiernym słońcem lub mrozem. Roślinka pięknie kiełkuje i myśli się sobie, jakim to fajnym chrześcijaninem się jest, bo tak się o to, co się rzuciło, dba (no i oto, że przecież ja jestem taki oczytany i mam takie znajomości kościelne, to mam czym tak świetnie rzucać). A to chyba wszystko jest nie tak…

Podłożem jest nasz charakter, nasze doświadczenia domowo-rodzinne, przyjacielskie, miłosne i wszystkie inne kształtowane przez lata. Jeżeli nikt nie skrzywi człowiekowi myślenia o świecie i o drugim człowieku, wtedy padające ziarno ma szansę wpaść w żyzną glebę. Glebę można użyźnić, Bóg jest przecież Bogiem zwyczajnych cudów. Trudno się użyźnia – bo jak ze skały zrobić czarnoziema? Pierwsze doświadczenia bardzo potrafią zdeterminować, zwłaszcza te rodzinne z własnego domu, pierwsze miłości i przyjaźnie. Potem ziarno nie dosyć, że pada na skałę, to jeszcze ta skała wyjaławia inne „podłoża”.

Myślę sobie, że to jest tak, że na ziemi się orze, rzucając trochę ziaren, ale przede wszystkim się orze. Orze pokazując miłość i to, że można inaczej niż ktoś kiedyś kogoś patologicznie nauczył w  przeszłości. Jak pościelisz, tak się ludzkość po tobie będzie wysypiać. To jest właśnie to, o czym Kościół mówi, że grzech pojedynczej osoby jest sprawą całej wspólnoty.

Gdzieś w Piśmie Św. jest proroctwo, że pod koniec czasów będzie już bardzo mało tych od Jezusa. Sam Jezus tak naprawdę powiedział to w tej przypowieści. Tak sobie myślę, że bycie katolikiem to po prostu podwinięcie rękawów i dania z siebie wszystkiego, żeby orać i użyźniać. Żeby iść na skałę i uderzyć w nią kijem tak, jak uderzył Mojżesz, by wyleciała woda. By mieć taką wiarę, żeby inni patrzyli i chcieli się użyźniać, żeby zazdrościli, a nie żeby rzucać w swoim mniemaniu ziarna i dziwić się, że przecież się tłumaczy, a ludzie nie rozumieją.

Monia

Nie jestem fotografem, więc to nie jest post o wyjątkowych walorach fotograficznych. Nie mam szesnastu lat, więc to nie jest post o tym, jaka to jestem fajna, bo tylu ludzi mnie lubi (mówię o szesnastu latach swoich, nie zamierzam urazić żadnych dojrzałych Szesnastolatek, które lubię i szanuję, bo niektóre znam i im zazdroszczę i podziwiam). Nie jest to też post o tym, których moich przyjaciół/znajomych lubię bardziej, o tych piszę na blogu. To jest post o sprawianiu drugiemu radości, o tym, że Bóg stawia mi na drodze wspaniałych Ludzi i że ci Ludzie odnoszą wspaniałe sukcesy. To jest post o Moni – w małym ciele duży duch.

Gdy ja już dobiegałam prawie roku, w pewnym szpitalu umierała pewna dziewczynka, młodsza ode mnie o kilka miesięcy. Rzutem na taśmę pewien lekarz poprawnie zdiagnozował rzadką chorobę genetyczną, na którą chorowała. Gdyby wtedy tego nie zrobił, nie było by tego, co poniżej, bo nie byłoby Moni.

10 lat później przeprowadziliśmy się z rodzicami do dzielnicy, którą do dzisiaj nazywam domem. W środku roku szkolnego przyszłam do klasy 4D, w której już siedziała Monia. Jak się potem okazało – oczekiwała pojawienia się wysokiej blondynki (moja siostra przyszła do tej szkoły przede mną, z racji mojego przeziębienia w listopadzie 1995 roku) i czuła, że się zaprzyjaźnimy. Gdy przyszłam, okazałam się być pryszczatą brunetką, jednak nie przeszkodziło nam to w przyjaźnieniu się (ale jak to Monia zawsze zaznacza – nigdy nie siedziałyśmy razem w ławce). Wiele razem wtedy przeszłyśmy, jej dom stał się moim drugim. Mimo że bardzo się różnimy (zwłaszcza w rozumieniu pojęcia punktualności i zorganizowania) stałyśmy się jakby rodziną. Do liceum również chodziłyśmy razem, z tym że już nie do tej samej klasy, co powodowało czasem przerwy w kontaktach. Stałyśmy się jednak dla siebie kimś, kogo przyjmuje się w piżamie i w bałaganie, bo to przecież swój. Kimś, do kogo w każdej porze dnia i nocy można zadzwonić, bo się np. zapomniało kluczy. Kimś, kogo można opluć ze śmiechu swoim lekarstwem i kimś, po kogo dzwoniło się, żeby spał w pokoju, bo się jest chorym i trzeba mieć kogoś w razie wu. Kimś, z kim paliło się pogańskie i okultystyczne książki po nawróceniu. Równocześnie niestety kimś, kto się nawzajem ranił różnymi młodzieńczymi głupotami. Jej rodzice wsadzali mi w łapę kasę i posyłali do Międzylesia na weekend, gdzie Monia regularnie leżała w szpitalu.  Tak się jakoś złożyło, że w tym samym czasie przeżyłyśmy nawrócenie, całkiem niezależnie od siebie i Monia zaprowadziła mnie do wspólnoty, gdzie przeżyłyśmy nasze katolskie dzieciństwo i narodziły się inne przyjaźnie, trwające do dziś. Chodziłyśmy razem do parku z naszymi psami, wspólnie bałyśmy się pójść do zakonu. Chciałyśmy kiedyś iść do salonu z sukniami ślubnymi, żeby sobie poprzymierzać, bo przecież na pewno będziemy zakonnicami. Wspólnie przeżywałyśmy porzucenie sutanny przez naszego byłego duszpasterza. Bardzo się różnimy, teraz pewnie byśmy nawet nie zwróciły na siebie uwagi. Mamy różne grupy znajomych, różne rzeczy nas interesują. Mamy jednak siebie i z tego powodu czuję się bardzo pobłogosławiona. Moje babcie ciągle o nią pytają, nawet mój tata wie, „która to jest”. W domu jej rodziców do tej pory czuję się jak u siebie, a szum ruchu kołowego naszej dzielnicy przerywa czasem głośny klakson i „KachaTejKurde” autorstwa jej Taty. Na sobie nauczyłyśmy się mówić drugiemu „kocham cię”. Jesteśmy jak rodzina, rodziną się nie przestaje być.

Monia marzyła o tym, żeby zostać lekarzem. Próbowała dostać się na studia wiele razy, zdążyła już nawet skończyć inne. Aż wreszcie się udało, a teraz po 6 latach została absolwentką. W zeszły piątek na tę okoliczność jej Rodzice zorganizowali dla niej grilla-niespodziankę, zapraszając jej przyjaciół i przygotowując pyszne jedzenie.

Monia jest promyczkiem i wszyscy wybuchają już śmiechem na sam dźwięk jej śmiechu (w marcu na moich urodzinach główną atrakcją stał się przyjazd straży pożarnej do kamienicy obok, do tej pory nie wiem, co ją tak w tym śmieszyło). Udowadnia, że mimo poważnej choroby można zrealizować swoje marzenia i nie wolno się poddawać. Proszę o modlitwę za nią, tym bardziej, że teraz razem ze swoją Mamą maszerują do Częstochowy.

blog

blog1

blog2

blog3

blog4

blog5

blog6

P.S. To już (albo dopiero) trzecia impreza-niespodzianka, na jakiej byłam. Wszystkie są ekstra! Ludzie, róbcie niespodzianki!

Za dużo.

Pan jest łagodny i miłosierny,
nieskory do gniewu i bardzo łaskawy.
Pan jest dobry dla wszystkich
a Jego miłosierdzie nad wszystkim, co stworzył.

kawałek Psalmu 145,

który dzisiaj jest śpiewany

***

Tak sobie myślę, że za dużo dookoła katolickiej i antykatolickiej agresji, która niczego dobrego nie buduje, nikogo do niczego nie przekonuje, ale solidnie rujnuje. Po co? Przeczytałam ostatnio na Twitterze cytat z bodajże św. Bernadetty Soubirous – „Nie mam przekonywać, a informować.”. Chrześcijanin WE WSZYSTKIM ma się kierować najpierw miłością. Miłość ta objawia się w zależności od sytuacji bardzo różniście, nigdy jednak nie ma nic wspólnego z poniżaniem. Ma być jak jego Bóg.

To nie jest wiek dla samych kobiet.

Do tego tekstu przymierzałam się kilka lat, temat siedział w mojej głowie cały ten czas, jednak czułam, że to jeszcze nie jest ten moment. Czytałam czy słyszałam gdzieś ostatnio, że działanie Ducha Świętego w człowieku objawia się w jego (człowieka) zdolności do ciągłej zmiany (na lepsze).  Bardzo mi się to spodobało, chciałabym przestać się zmieniać na lepsze minutę po śmierci, więc nie twierdzę, że to, co jest poniżej to koniec tematu. Mam jednak wrażenie, że pierwszy raz w życiu w tej kwestii jestem WOLNA, a to już dobry pierwszy owoc, który wiosnę czyni.

Nie jest to tekst przeciwko niczemu ani nikomu. To jest tekst pro – pro szczęście. Naprawdę uwielbiam ideę faceta jako takiego oraz w praktyce niektóre egzemplarze szczególnie (żeby nie było, że jakaś wojująca jestem).

Trudno znaleźć mi początek. Gdy się nawróciłam, bałam się, że muszę iść do zakonu. Miałam wtedy 18 lat, potem zdawałam maturę, czas dużych decyzji. Nie chciałam (bo siostry noszą welon i nie mogą golić nóg*) i się z tym mocowałam bardzo mocno i tragicznie. Istniały wtedy tylko dwie alternatywy – małżeństwo albo zakon. Ks. Piątkowski z niezwykłym urokiem zapytał mnie kiedyś, czy jestem gotowa na każde powołanie. Małżeństwo? Tak. Zakon? Tak (wtedy już przegryzłam temat). I nagle padło: a starą panną? Ja oczywiście, że tak, ale czułam się wtedy jakby ktoś mi właśnie oznajmił i pokazał zdjęcia z kosmosu, że ziemia jest  jednak okrągła.

Mieszkam całe życie w dużym mieście, w rodzinie o hipisowsko-ateistycznych poglądach mnie chowano, więc wyposażono mnie w  życie pod tytułem: „rób, jak uważasz, byle byś była szczęśliwa” (ja skręciłam w ostro konserwatywny nurt, co mój ojciec kiedyś wprost nazwał swoją porażką wychowawczą ;) ). Moja mama nie jest typem kury domowej, a raczej torpedy biznesłumen – mój najbliższy fizycznie wzorzec kobiecości. Wszystko sama, wiertara i remonty jej nie straszne, co tam rozklekotany maluch i przeróbka sieci elektrycznej. Babcia powtarza, że jakby wiedziała, jak to jest, to w życiu by za mąż nie wyszła (ale sama święta nie jest, wszyscy mówią, że dziadek w kapciach do nieba pójdzie ;) ). Zawsze podskórnie wiedziałam, że ściemniają obydwie, dzisiaj jestem tego pewna. Nikt mnie nigdy do niczego nie zmuszał, nie wtłaczał żadnego konkretnego wzorca czy sposobu życia jako tego właściwego i jedynego.

Lata mijały, ja – poza krótkim epizodem na początku studiów – ciągle byłam sama. Przebojowa głosiłam naokoło, że Jezus nas kocha. Potem wyjechałam na rok, wróciłam na studia i zaczął się bardzo fajny etap w moim życiu. Byłam ciągle sama, jednak nie wadziło mi to po powrocie, ponieważ w związku ze zmianą studiów musiałam zrobić 1,5 roku w rok – miałam co robić. Nowi ludzie, nowe DA i de facto pierwsza miłość (studząc emocje od razu nadmienię, że nieodwzajemniona). Kiedy po kilku miesiącach dowiedziałam się już na pewno, że nic z tego nie będzie, żyłam sobie dalej, coraz bardziej tęskniąc za tym, żeby się z kimś związać. Nałaziłam się z wózkiem podczas mojej rocznej przerwy (byłam au pair w Bawarii) i zajmowałam się łącznie 3 dziećmi w różnym wieku, więc nie miałam histerycznego parcia na wózki, śpioszki i pieluszki, odarto mnie skutecznie z wszelkich romantycznych wizji dotyczących macierzyństwa (zmywanie efektów biegunki dziecku z pleców zaliczone, podobnie jak gotowanie obiadu i wieszanie prania z dzieckiem na rękach). Efekt jednak był taki, że robiłam się coraz starsza i zaczynałam już lekko świrować. Z jednej strony było mi dobrze z sobą samą, a jednocześnie zaczęło coraz bardziej napierać na moją głowę, że to jest patologiczne, będę starą panną i nie będę pasować do reszty. Że nikt mnie nie kocha i pewnie coś jest ze mną nie tak. Trwało to wiele lat z różnym stopniem natężenia. Frustrowało mnie to, że muszę wszystko sama w domu – pęknięta rura, zepsuta lodówka, awaria samochodu. Przerastało mnie to i byłam już zmęczona dogadywaniem się z fachowcami (ale szło mi bardzo dobrze). W międzyczasie się zakochałam ponownie, długa i skomplikowana historia, w efekcie i tak nic z tego nie wyszło (ale o obydwu panach myślę bardzo serdecznie i ciepło i uważam, że dobrze się ostatecznie stało, jak się stało :) ), a potem się w końcu związałam. Związana byłam 1,5 roku, szczegóły zachowam dla siebie i dla tych, którzy je już i tak znają. Związek ten trwał do początku stycznia tego roku. Okazało się prawdą to, co wiedziałam wcześniej teoretycznie – albo być w dobrym związku albo nie być w żadnym. W styczniu stanęłam na nogi, uwierzyłam na nowo w siebie, podjęłam drastyczną decyzję i skręciłam nagle i niespodziewanie w boczną ulicę z autostrady. Od wielu miesięcy nie czułam się tak kochana i doceniana jak teraz, mimo że jestem sama. O wartości człowieka nie decydują żadne zewnętrzne czynniki, mimo że niektórzy uzurpują sobie prawo jej oceny. Na fali malskiej wiosny Bóg znowu dmuchnął w moją duszę i dał mi pokój. Nic nie muszę, niczego mi nie brakuje, jestem piękna i wartościowa. Nauczył mnie wdzięczności. Nie są to żadne zabiegi odwracające uwagę od faktycznego „problemu” (BO PRZECIEŻ JESTEM SAMA) – „odwracanie uwagi” w tych kwestiach jest działaniem wybitnie krótkofalowym i tylko zamiataniem kurzu pod łóżko. Jest wiele niedocenianych i przerażająco nieszczęśliwych kobiet, bardzo skrzywdzonych zarówno przez mężczyzn, jak i przez inne kobiety.

Nie muszę wychodzić za mąż, nie muszę mieć dzieci – pierwszy raz w życiu powiedziałam to sobie kilka tygodni temu ze szczerym i radosnym sercem. Chciałabym, ale jeżeli tak się nie stanie to i tak mam zamiar być szczęśliwa jak nie wiem co. Nie zazdroszczę moim koleżankom, które wychodzą za mąż, które rodzą dzieci – cieszę się razem z nimi uważam, że to super. Kibicuję im i mam nadzieję, że one też są i będą szczęśliwe jak nie wiem co. Uwielbiam patrzeć na dzieci przyjaciół, jak się rozwijają, czego się uczą. Nie myślę wtedy o tym, że ja nie mam (i być może nigdy mieć nie będę). Nie wiem, co będzie ze mną na starość – ufam, że skoro Bóg nie zostawia mnie teraz, wtedy też mnie nie zostawi. Żałuję, że moje babcie nie mają prawnuków i tego, że moje potencjalne dzieci nie będą ich znały. Jednak to nie jest potrzebne do zbawienia –  ani babciom ani potencjalnym dzieciom. Gosia powiedziała mi kiedyś niesamowicie mądrą rzecz – odpowiedni czas na dzieci jest wtedy, gdy jest mama i odpowiedni tata. Biologii nie oszukam, mogę się nie załapać. Jednak pozwalam Bogu na to, żebym się nie załapała i to mi daje niesamowity luz.

Samotność to ciężki krzyż, naprawdę. Czasem chciałabym coś porobić, z kimś wyjść, a nikt akurat nie ma czasu, na wakacje też ciężko z kimś się umówić i razem wyjechać. W kobiecej głowie ciągle powracają pytania dotyczące własnej wartości i potrzeba potwierdzenia jej przez coś lub przez kogoś. Sytuacja finansowa nie jest do pozazdroszczenia – jeżeli rzucę pracę, nie będzie kasy, na mieszkanie własne nie będzie mnie stać prawdopodobnie nigdy (Bóg nie lubi słowa nigdy, ale wolę myśleć w ten sposób, bo wolę być pozytywnie zaskakiwana ;) ). Wracam do domu, a tam czeka na mnie tylko pies. Czasem wydaje się, że wszystkie zabiegi, praca, obowiązki na marne, bo nikomu to nie służy. Pomyślałam jednak kiedyś, że skoro Bóg wymyślił mnie przed założeniem świata, chciał mnie akurat tu i teraz, to moje życie nie może być bez sensu. Bóg mnie chce i to znaczy, że jestem chciana. Moja druga babcia nie gotuje dla siebie obiadu, jeżeli nikt nie ma przyjść „bo po co dla siebie”. A ja mówię nie – robię wymyślne obiady, piekę ciasta dla siebie samej. Nie obchodzi mnie, że mojego nagiego ciała nikt nie ogląda – ja oglądam i chcę, żeby mi się podobało.

Robię swoje, akceptuję siebie, kocham siebie. Mam wspaniałych przyjaciół i zwariowaną rodzinę. Względne zdrowie mimo choroby, dwie ręce i nogi. I to jest wszystko bardzo banalne, ale to jest dla mnie najważniejszy tekst-świadectwo na tym blogu. To nie jest tak, że szczęście człowieka jest tylko i wyłącznie w jego głowie. Człowiek potrzebuje do szczęścia przynajmniej minimum poczucia bezpieczeństwa – pracy, dachu nad głową. Dużo jednak zależy od tego, co w głowie. Są gorsze dni, większe awarie czy chociażby przeziębienia, gdzie sama i tak muszę iść do sklepu i na spacer z psem. Biorę wtedy na przeczekanie i wracam do robienia tego, co absolutnie konieczne. Dom się nie posprząta sam, pranie nie upierze.

Samotność to nie jest życie drugiej kategorii, a mąż/dziecko to nie jest lek na całe zło, to nie jest lek na żadne zło.

*okazało się, że zakonnice mogą golić nogi, więc kamień spadł mi z serca.